Pocztówki literackie KM- czerwiec 2017

POCZTÓWKI  LITERACKIE KAROLA MALISZEWSKIEGO

 

Zbigniew. Umiejętności już są, lecz tematów brak. Wprawdzie jest jeden, nieśmiertelny, obejmujący własną pańską osobę, wydaje się jednak, że taki narcyzm nie jest pana domeną. Mógłby pan wiele zdziałać piórem, odwróciwszy się od lustereczka w stronę świata. On tam niecierpliwie czeka i chce zaskakiwać, błyszczeć w pana wierszach. Proszę mu to umożliwić. Natomiast dywagacje w stylu „słabi poeci nie są w stanie” albo „ludzie na mieście gadają że jestem grafomanem” należy schować głęboko w szufladzie. I wziąć się do roboty.

Karol. Powiem wprost, myślałem, że rozwój będzie szybszy. A tu idzie jak po grudzie. Dwa kroki w przód, jeden w tył. Dał sobie pan spokój z mechanicznym nadużywaniem metafory dopełniaczowej i znów pan do niej ukradkiem wraca – w „rękach księżyca”… świeża żętyca. Przepraszam za tę drwinę, ale już nie wiem, jak panem potrząsnąć. Wiem, że rewolucja rodzi się w bólach, zmiana świadomości nie następuje z dnia na dzień, ale w tym momencie stanął pan w miejscu. Teraz liczę na dwa kroki w przód, w stronę nowego wyrazu.

Justyna. I znów chodzi o ocalanie miłości w słowie, o trwałą konserwację. Jak się zapisze, to może będzie trwać wiecznie. Tylko dlaczego piszące panie uparły się na ciągle ten sam zestaw rekwizytów, na tak upiornie powtarzalną retorykę? Co mam powiedzieć kolejnej zakochanej „w piśmie, mowie i uczynku”, przekonującej mnie, czytelnika, że „jego ciało jak mgła, co drogę do mnie dobrze zna”. No cóż, facet ma szczęście, literatura zdecydowanie nie. A tak poważnie: byłbym ciekaw innych pani prac, prosiłbym o wyściubienie nosa z oparów miłości i napisania czegoś o tym skromnie obok istniejącym świecie.

 Adrian. Przed laty jakiś pański kolega przeżywał to samo z Lukianem, co pan teraz ma z Horacym, zatem odpowiedź będzie podobna. Pozostał pan w skansenie klasycyzmu à la Kawafis, bo nawet nie à la Eliot. Nie przeczę, jestem wzruszony i pytam samego siebie, gdzie się rodzą, na jakim kamieniu, takie osobowości, takie duchy oddzielne? Ale pan oddzielił się aż za bardzo od tego, co tu i teraz. Radośnie podjął pan niesamowite ryzyko. Chodzi o ryzyko artystyczne. Wyśmieją pana. Ja mam wiele szacunku. A tak prywatnie: czy nie dałoby się tego ładnego, łagodnego klasycyzmu zabrudzić, zdynamizować, użyć tak pięknie wypolerowanego stylu do zmierzenia się ze współczesnością?

Patryk. Piszący musi być wszystkiego świadomy. Nawet użycia słowa „żertwa” w tym a nie innym miejscu, w tym a nie innym kontekście. Tutaj tej świadomości maluteńko. I nic nie pomoże studiowanie słowników, chociaż to ważna dla pisarza czynność. Trzeba doskonalić wyczucie kontekstu i trzeba wreszcie jakimś psim swędem wyczuwać sytuacyjność języka, jego iskrzenie, nieustanną pulsację. A na to nie ma innej rady: czytać do upadłego. To, co upadnie z hukiem, to właśnie to, o czym mówię: naiwność, prostolinijność, dosłowność.

Paweł. Znów klasycyzm, ale w innym jednak odcieniu. Pana skłonność do przemowy, rezonerstwa, głucho brzmiącej retoryki mogą niektórych razić. Ja odczytuję to raczej jako objawy stylizacji. Pan się wręcz bawi zeszłowieczną poezją i jej przekonaniem, że służy do wyrażania patosu prawdy i niczego więcej. Jeśli opanuje pan inne jeszcze zakresy i tonacje, wtedy będzie już można myśleć o publikowaniu. Chyba będzie pan gotowy.

Sabina. Szerzy się ten minimalizm, oj szerzy. I bardzo dobrze. Tylko zastanawiam się, pod czyim przewodem. Bo już raczej nie Miłobędzkiej. Tu więcej Julii Szychowiak, Klary Nowakowskiej, Ilony Witkowskiej. Na pierwszy rzut oka wszystko gra. Jestem ukontentowany powściągliwością, zwięzłością, dziwnie świeżą ironią. I nagle myśl: czy ta zwięzłość nie jest chwilami okupiona niezrozumiałością, czy ona nie jest zbyt daleko posunięta. Pani „profesjonalne skróty” mogą być nieczytelne dla nieprofesjonalistów. Ale mnie się podobają. Zwłaszcza wtedy, gdy nie usiłują ukryć, że właściwie nie ma się pomysłu na to, jak wiersz zakończyć albo go ciekawiej rozwinąć. Bo bywa, że zamazuje pani tę niepewność czy bezradność błyskiem, skrótem, sztuczką przerzutni. Dojrzałe pisanie, jednak z trudem rozpoznawalne w tłumie. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Tłumie minimalistów, rozprosz się trochę…

Sylwia. Miał pan rację, nie wystarczy myśleć, że coś się czuje, to po prostu trzeba przeżywać. Czasem myślę, że pisanie wierszy jest jak ekshibicjonizm, trzeba pokazać to, co inni pruderyjnie ukrywają. I ja te wiersze pani wreszcie czuję, słyszę, widzę. Za jakiś czas (bo i tu kolejka) spróbuję kilka umieścić na stronie internetowej „Odry”. Do kwestii rzekomego ekshibicjonizmu kiedyś powrócimy. Na razie piszemy, upajając się pisaniem. Jest pani na fali. A to nie trwa długo.

KM