Udostępnij:

Pocztówki literackie KM – maj 2017

POCZTÓWKI LITERACKIE KAROLA MALISZEWSKIEGO

 

 

Marek. Monologi przydługie, przyciężkie, lejące się bez umiaru…i innych parametrów formy. Zdarza się zaskakujący koncept (np. ten o „siepaczach chodzących do przedszkola”), lecz otoczony zbyt dużą ilością słów, zagadany, ginie. Coś tam na chwilę zaświeci i zaraz gaśnie. Brakuje warsztatu, wyczucia formy. Wiersz się robi, poprawia, skreśla, nadaje mu się ton, rytm, modulację. Najlepszy pomysł, świeża myśl, piękny obraz bez wystarczających, formalnych warunków zaistnienia są niczym. Nic z tego nie dojdzie, nie przekona, nie porwie. Tak, jak pan to robi, to owszem można do szuflady, w zamkniętym obiegu własnej jaźni. Jeśli chce pan dotrzeć do odbiorcy, to potrzebny dodatkowy wysiłek redukowania jednych słów (i fraz) oraz eksponowania, wydobywania innych. Do tego trzeba mieć rękę (widzieć wiersz w jego grafice, kruchej architekturze czerni i światła) i słuch – słyszeć wiersz w jego brzmieniu, wiersz osiągający, wybrzmiewający swoje; zaś u pana nic, tylko mruczenie, monotonne mamrotanie.

Krystian. Tom nie robi dobrego wrażenia. Wydaje się, że jeszcze nie pora na komponowanie tomiku. Tylko nieliczne fragmenty mają jakąś wartość, reszta to wprawki, zapiski, które trzeba oczyścić, rozwinąć. I tu granica między jednym a drugim układa się wzdłuż linii rymów – moje wrażenie wyraźnie wskazuje na teksty nierymowane jako ciekawsze, natomiast te drugie to zupełne nieporozumienie (np. Wiosną grzeją się w trawce płoche zajączki./ Pamiętasz? Nie chciałaś ostudzić gorączki albo Chruścik nieboraczek/ czekał na kubraczek). Niech pan się nie śpieszy z pochopnym wydaniem debiutanckiego tomiku, nie bierzemy udziału w żadnym wyścigu, czas ten materiał przesieje; i wydestyluje się coś zdecydowanie wartościowszego.

Seweryn. Po krótkiej wymianie zdań padło pytanie „czy naprawdę jest tak źle?”. Pomyślałem, że chyba pan dzieli moje wypowiedzi na te bliższe prawdy oraz te w różnym stopniu od niej oddalone. Nie ma niczego bardziej mylnego. Staram się odpowiadać szczerze, zgodnie z podstawową emocją, intuicyjnym rozpoznaniem i jakąś tam wiedzą. Po przyłożeniu takiej siatki do pańskiego utworu stwierdzam, że nic na niej nie pozostało. Jest źle od samego początku. Żeby godnie wybrzmiał asonans („pieczęć” – „wiecznie”), poświęcił pan gramatykę (powinno być „pieczęcią”) i zdrowy rozsądek. „Licentia poetica” nie ma tu nic do rzeczy. Żadna licencja, zwykła nieudolność: Jesteśmy tu na chwilę z wbitą w paszport pieczęć./ Chwytając za skrzydła motyle pragniemy żyć wiecznie. To wrażenie niesmaku i niezdarności rośnie w postępie geometrycznym. Aż człowiekowi przykro, że musi z czymś takim obcować, sytuować się wobec tego, wydawać w oparciu o coś takiego jakiekolwiek opinie. Rosnący, a niezamierzony, absurd osiąga swoje szczyty w dystychu piątym w obrazie „najwyższego w piżamie” (Że najwyższy nas potrzebuję to sprawa jest oczywista./ Inaczej by z nas nie szydził na pół gwizdka w piżamie) oraz w ósmym i dziewiątym w obrazie „skrzydeł doskonałości”, które podmiot najpierw „spalił na panewce”, a potem został przez nie (sic!) poinformowany, że „za każdym razem z prochu powstanie i w proch się obróci”. W proch to ja się obróciłem. Ze wstydu i bezsiły. Cały język do wymiany, a nie tylko parę słów czy zdań.

 

Paweł. I znowu bezradnym, poddaję się, „bez baczenia staję”. Zaczynam od gorącej prośby. Jeśli pan może, niech natychmiast zajmie się czymś przyjemniejszym i zdrowszym – łamigłówki słowne wyraźnie panu nie służą, pogrążając w coraz większej logorei. Światła, słońca, zieleni, wędrówki! Rzeczy! Niechże się pan otrząśnie. Mówię z troski o równowagę psychiczną, bowiem stopniowo traci pan wyczucie znaczenia słów, ich wagi, barwy, kształtu. Poezja w pana autorskim wydaniu jest katowaniem języka i psychiki, nakładaniem ciężkiej zbroi na to, co proste, naturalne, piękne. Efekty przerażające: gniję gdy cię widzę/ a plebejski/ bezczelnie chełpię się/ wziewem orbitalnej woni/ twojej immanencji. A że we mnie immanencji za grosz (już od dziecka tak miałem), więc walę prosto z mostu, potrząsając pana sumieniem ludzkim i poetyckim: gniję/ a łaknę mocniej/ drwić z granic/ z wysokości ciebie/ rugać wszelką noc. Nie rugam, a grzecznie proszę o powstrzymanie się bądź przeniesienie afektu na inny rodzaj aktywności twórczej (może korzenioplastyka – dobrze zakonserwowany, artystycznie obrobiony, korzeń tak szybko nie gnije): gniję/ a jako katoński tragarz/ groteski własnego cienia/ chcę karczemnie ogołocić/ spiżowy skarbiec twojej obecności. Skoro tak, to nie mamy o czym mówić. I nie będziemy też więcej dręczyć potencjalnych czytelników szaleństwem sformułowań. Zatem w tym miejscu kończę wraz z pierwszym (a jest jeszcze kilka podobnej urody), zacytowanym w całości, utworem: gniję/ a bez baczenia staję/ pode mną skowycze piękno/ krwawią zorze w martwym blasku. Tu muszę z przykrością przyznać panu rację: piękno w tych tekstach rzeczywiście skowyczy.

KM