Udostępnij:

Wiersze z pocztówek lipiec-sierpień 2018

Katarzyna Ślączka, Mariusz Białkowski

 

 

Katarzyna Ślączka

 

Nocny motyl – fotografia z nawrócenia

 

kobieta ze zdjęcia jest jeszcze całkiem młoda

ładna chociaż wydaje się trochę zmęczona

w ręce trzyma wielką ćmę którą zasłania twarz

jak chińskim wachlarzem

 

chciałabym żeby mi powiedziała

skąd się biorą tak duże owady

ale nawet nie wiem czy ma usta

 

cała jest tylko czernią i bielą

ze stopami rozrzuconymi na kuchennej podłodze

marznie jeśli długo tak czeka unieruchomiona światłem

czemu nie włożyła butów do zdjęcia?

 

nad ranem śni mi się matka

boska bosa i smutna

mówi że bóg z niej zażartował

więc wraca

 

Naloty

 

Nie pa­mię­tam już, jak miały na imię oko­licz­ne ptaki,

któ­rym to­wa­rzy­szy­łam przy umie­ra­niu —

ci­chej za­ba­wie w za­my­ka­nie oczu.

 

One wo­ła­ły na mnie It-it i chcia­ły, żebym po­szła za nimi.

Na dnie ziemi — mó­wi­ły — jest ja­śniej, niż można przy­pusz­czać,

a wszyst­ko, co ist­nie­je, dawno od­uczy­ło się pła­kać.

 

Nie pa­mię­tam już, dla­cze­go wcze­śniej nie bie­głam ich śla­dem.

Być może były dla mnie zbyt szyb­kie,

albo wła­śnie za­czy­na­ła się pora ko­la­cji.

 

A potem nagle je do­go­ni­łam, jakby przy­pad­kiem

za­czę­ło grzmieć.

Zanim się stłu­kłam, po­my­śla­łam jesz­cze,

że cza­sa­mi wszy­scy je­ste­śmy ze szkła.

 

 

Łyżeczkowanie

 

Wczoraj kazałam ciału rozebrać się do naga.

Dotykam go teraz po kawałku – miękko, pusto;

poniżej żeber wielka głucha jama;

wilgotny świeży grób, na który nie umiem patrzeć,

nad którym nie umiem płakać.

 

Nagle tyle rzeczy wymaga zapomnienia.

Pluszowe kocyki, kołysanki,

imię, jak spóźniony list, którego nie zdążyłam nadać.

 

A przecież trzeba jeszcze nakarmić szczenięta,

odebrać ze szkoły cudze dzieci.

To chyba trochę potrwa,

ale obiecuję, wkrótce, może już na wiosnę,

jak tylko rozkwitną blizny,

wybrzuszę się od początku, wypatroszę pamięć do czysta.

 

Odloty

Chłopcy mają się dobrze.

Nie chorują.

A ich rumiane buzie powoli zaczynają kłuć matkę w policzek.

Ona wie, że każda następna zima jest jej ostatnią.

Nauczyła się nie płakać za głośno.

Zamiast tego, co niedzielę przesala rosół.

Odchodzi od zmysłów, a potem wraca.

Trochę spokojniejsza, bardziej śpiąca.

Mam ją wtedy na wyciągnięcie ręki. Wystarczająco blisko,

by odcisnąć opuszki na miękkiej od czasu twarzy.

Jak w glinie, zacząć formować od początku.

 

 

Wieczorem widzę, jak chlipie kompot ze szklanki.

Ma taki mały dziób i ciemne znamię na końcu skrzydła.

Pyta, czy gniazda można zacerować jak pończochy.

 

Chłopcy mają się dobrze – mówię.

A ich rumiane buzie już nie kłują matki w policzek.

 

 

Opowieści spomiędzy ścian

 

 

Luiza ma chłodne spojrzenie

i podarte pończochy zsunięte do kostek

mówi – dotknij mnie mocniej

tak by zapaliły się światła w oknach sąsiadów

 

jutro będzie zapominać

 

nawet pokolorowana naprędce skóra —

raz dwa trzy cztery pięć

sinych śladów na przedramieniu

zniknie pod bawełnianym rękawem

 

Luiza zniknie razem z nimi

na chwilę w zimnej wodzie umywalki

spuści odwagę i przeklnie

 

dotknij mnie mocniej

dotykiem który wyprowadza dzieci spod kołdry

każe patrzeć na czerń

oczom nieprzywykłym do ciemności

 

 

 

Mariusz Białkowski

 

 

 

Mam dość

 

Mam dość stania w tramwaju,
ale proszę siadać,
jeszcze się w życiu nasiedzę.

Mam dość rozdawania pieniędzy
natrętnym przechodniom,
ale proszę brać drobne,
przynajmniej tych nie przepiję.

Proszę się nie krępować,
chętnie przyjmę kolejną ulotkę,
w końcu żadna praca nie hańbi.

Zdecydowanie jestem za
krótkim zielonym
i długim czerwonym,
przecież i tak nie mam dokąd pójść.

Celu nie traci się w dużych miastach.

W dużych miastach
zatraca się człowiek,
potrącony o te kilka osób
na swojej drodze.

Donikąd.

 

 

 

 

 

O autorze, który czekał na własny wiersz

Umknął mi,
mojej uwadze,
moim nieposłusznym dłoniom,
które od tamtej pory
stale się trzęsą.

Zapakował w tobołek najważniejsze rzeczy
i wyruszył w świat.

Bez pożegnania.

Mogłem sobie tylko wyobrazić,
jak oczarowywał wszystkich
swoim blaskiem
i nienaganną formą.

Widziałem,
jak przemykał zgrabnie
pomiędzy palcami rozmarzonych dam.

Czułem,
jak wylewał się ustami mężczyzn,
skrywających trwożliwie własne
wrażliwość i tęsknotę.

Słyszałem,
jak mówiono o nim
w przeróżnych językach.

Podobno już planowano
namalować mural
na jego cześć,
lecz nagle, nie wiadomo jak i gdzie,
posypały się jego fundamenty.

Kiedy wrócił do mnie,
położył się łagodnie i wstydliwie
na jednej z kartek
zapisanego zeszytu.

Miał przy sobie bagaż doświadczeń,
którego sam nie był w stanie już unieść.

Przeprosił za to,
że mnie opuścił
i postanowił poprawę.

Wyciągając rękę na zgodę,
poczułem,
jak znikał z niej
ten okropny wstrząs.

 

 

 

 

Ile trwa jedna sekunda

wiedzą o tym dobrze
rekordziści świata
personel medyczny jadący na sygnale
nogi i biodra zawodowych tancerzy
głosy piosenkarzy i retorów
szwajcarscy zegarmistrzowie
saperzy i funkcjonariusze
finaliści teleturniejów
złodzieje napadający na bank
biznesmeni wysokiego szczebla
konstruktorzy i inżynierowie
piloci i astronauci
zwykli ludzie spóźnieni do pracy

a już najbardziej
oczy przyłapane na kłamstwie
lub co gorsza
na prawdzie

 

 

 

 

do nienamacalnego

jak mam się zachować zadaję sobie to pytanie
gdy stoi przed lustrem naga
i wygląda jak klasyczna rzeźba o perfekcyjnych proporcjach
chociaż w całym swoim życiu widziałem tak mało sztuki
że mogę się na tym nie znać lecz wiem że nie będzie to
wyolbrzymieniem gdy ten mój bezstan
którym ją witam zamiast właściwego uniesienia
jest niczym innym jak zachwytem i podziwem
dla absolutnego piękna jej ciała
i bezdusznym pociągiem do nienamacalnego

 

 

 

 

 

Żeby tak było

żebyśmy doceniali to co mamy
nie tylko wtedy gdy to tracimy
i żeby pod tą wspólną żywotną gwiazdą
zawsze znalazło się miejsce na nasze powroty
żeby tak było przyrzeknijmy to sobie

na małe palce na głębię zachwytu
na pełne tchu piersi i pełne słów wargi
na przestrzeń nieodkrytą
a eksploracji się domagającą
na sacrum duszy i na profanum ciała
przyrzeknijmy to sobie żeby tak było

 

 

 

 

Nie znam kwiatu miłości

 

Nie znam kwiatu miłości,
a mimo to
nie znoszę jego zapachu.

Czuję na sobie ciężar ziemi,
w której dojrzewają
młodego uczucia
nieskończone korzenie.

Jestem samotnym chwastem
wśród bukietu róż.

Tracę grunt, pod którym
wzbierają się soki z rzek,
nieprzeznaczonych dla mnie.

Dokoła szepczą wiatry,
odbijane od skalnych ścian:

Czy wiesz, że uczucie miłości
jest nieśmiertelne?

Widzę jak kwitną pąki
ich czystego pożądania-
są tak nieskazitelne
i przezroczyste
w odbiciu zachodzącego słońca.

To są kwiaty wieczne.

Nad moją dolą
wiatr przywołał
granatowe chmury.

Niebo płacze,
bym chociaż miał szansę
pożywić się deszczem.

Jednak nawet
w największym cieniu drzew
nie ukryję się
przed czerwienią
wiekuistej namiętności.

Jestem samotnym chwastem
wśród bukietu róż.

Nie poznałem dotąd kwiatu miłości,
lecz nie znoszę
jego zapachu.

Jedyne, co mam,
to naostrzone kolce.

Proszę,
wyrwijcie mnie,
nim zranię innych.