Udostępnij:

Wiersze wybrane w październiku 2020

Michał Filipowski, Łukasz Jasek, Alex Sławiński

 

 

Michał Filipowski

***

pada deszcz krople niepokojąco uderzają w metalową pokrywę dachu

pies biega po pokoju z kawałkiem kości bawiąc się nią jak kot

półżywą ze strachu myszą mogę się złościć i pytać dlaczego

mogę iść za tobą nieść twój cień

z niecierpliwością liczyć kroki patrzeć ci w oczy

a za chwilę w tarczę zegarka

płoszę się gdy tylko słyszę dźwięk twojego tętna

a potem drżę z przerażenia

na myśl o możliwości zrealizowania się Obietnicy

***

…chciałabym byś był ze mną jak najdłużej…

Emanuela

wystarczyło jedno zdanie by mnie uczynić niezdolnym

już nie wyruszę na wojnę teraz to rozumiem

nie ma innego sposobu żeby utrzymać armię w okopach

oni to wiedzą dlatego potrzebny im jest

Barabasz by zgromadzić lud

na rynku tylko ty nikt inny

nie zdołał nauczyć mnie jak się korzysta

ze zbroi nikt oprócz ciebie nie potrafi

tak pięknie rozbrajać min

***

pamiętam taki czas kiedy było wstyd

pojawić się w szkole z tornistrem zamiast plecaka

kończył się sierpień osiemdziesiątego dziewiątego

musiałem uciekać

nie wiedziałem jeszcze wtedy

że mogę się komuś podobać w białej koszuli

że dobrze jest dla mężczyzny

gdy spędzi osiem godzin w fabryce

wydawało mi się że to była wielka niesprawiedliwość

mieć ojca na posterunku

zamiast na dysydenckiej demonstracji

miałem wówczas piętnaście lat

marzyła mi się teczka w archiwum

pełna donosów na mój temat

***

mówisz że nadeszła twoja pora i idziesz

spać a ja się zastanawiam czy mam w sobie dość

empatii na to by się tym wzruszyć

potrafię sobie wyobrazić martwego psa

jak i to że stopniowo zabieram cię w noc

przecież wiem potrafisz znieść wszystko

nie pozwól nam tylko schnąć z tęsknoty

dla mnie też tych parę sekund bez powietrza

to wszystko na co możemy sobie pozwolić

***

na talerzu ryż kotlet schabowy i kilka koktajlowych pomidorów

przekrojonych na pół myjesz ręce a ja się wściekam

że wolisz kranówkę niż kubek gorącej herbaty

mam spękane usta wiem że ty wiesz co to znaczy

jest luty nieustanny wiatr i deszcz

nie pozwalają nam zasnąć

tęsknisz za moim ramieniem

wiesz że ja wiem to dzięki tobie

nauczyłam się dotykać powietrze

***

to był tylko ułamek sekundy ale wystarczył

bym się poczuł zmęczony

zupełnie jakbym próbował wziąć na siebie jakiś ciężar

wielokrotnie przewyższający możliwości moich mięśni

a przecież to nie mogło być wszystko

co człowiek jest w stanie sobie uświadomić

łatwiej jest chyba myśleć o życiu

przyglądając się Ziemi zza winkla

niż ciągle nosić je w sobie

i czuć jak z każdym dniem jest go co raz więcej

 

Łukasz Jasek

 

STUDIUM

chciałem cię mieć

więc się uczyłem rysunku

do skutku studiowałem twoje zdjęcia

twoje oczy bez metafory naprawdę zmieniłem w godziny

dociskiem ołówka – czarne – te pierwsze

potrzebuję jeszcze bardziej teraz,

kiedy odczuwam te drugie

to bardzo podobne jest do mnie

to ani trochę do ciebie

proporcje, cienie i kreski

wszystko się psuje, szpeci, wyrzuca

z kartki, z pamięci zmazuję i zgniatam

to bardzo podobne jest do mnie

to ani trochę do ciebie

 

MOLLY NILSON

i nawet jak okruchy istniały bytem scalonym

nikt tak dobrze mnie nie oszukał w plastikowej bliskości

nie budzi się martwych

by ich zabić na nowo brutalniej

a tobie tak lekko

tak wszystko jedno

w tym momencie gołąb

siedzi na moim balkonie

i wysysa ze mnie jak niegdyś i ty samotność

boję się zasnąć, czując że z wstaniem

zostanie jedynie nowa plama na zbyt

już teraz zaznaczonym gołębiem balkonie

 

NA DNIE-BIE

rozpryskane cząstki w przestworzach

chciałbym gębę otworzyć czasem

może być i późniejszym póki z w chmurach głową

chemtrails rozjaśnia niebo może kiedyś spadnie zawalająco

drobinki na drobniej

satinowe barwy umysłu

tłumy w klitce bez, ale też -dusznie

wstyd bez nazwiska Aktora

codziennie można umierać. bez imienia bez gęby

bezwzględny wola krzyk niemy:

Człowiek – to brzmi durnie!

 

BARW

do dziś barw z wtedy dostanych nie ruszam

wyszarzałe płótno czasem utyło

między pocztówką z papieżem, Wałęsą (i kim jest ten trzeci?!)

a ręcznie zrobioną zdobioną żabami

do dziś nie umiem wytłumaczyć odejścia

i się pożegnać, jakbym mógł jeszcze

wciąż nasze rozmowy roz-prze-grywam

z kretesem z Chronosem

pomyłki ranki bezbłędność nocy i rany

to my szczypiorku

purpurowe z cebuli

kwiaty wyrosłe

exegi naturalis monumentum

najpiękniejsze ziemi, tej ziemi plony

wyrosłe na najgównialszym nawozie –

Wstrętni Dwudziestoletni.

i jeszcze zaginione ci do widzenia –

jak i płótnu, na które się – oddam:

szpetny obraz

pełny odraz

***

nie wyszło nam i się domyślam dlaczego

ty chciałaś pójść do teatru Witkacego

ja oglądać z Filemonem Bonifacego

świat był mój

dostałem od ciebie

do tego momentu

świat, jak i czas, to był chuj

twoje zjawisko jak i huj

 

 

Alex Sławiński

 

KILKA OBRAZKÓW Z ŻYCIA HODOWCY MEW

Śniły mi się dziś modliszki,

Pajęcze żony i środki

Owadobójcze. Gdy słońce

Zapukało w moje okno,

Zwlokłem odwłok z materaca,

Siedem gram snu zostawiając

Na brzegu twojej poduszki.

Siadłem na kiblu, czekając.

Wieczór. Bar. Różowe panny w kabaretkach radośnie pokwikują. Gówniana muzyka rani uszy. Ale to lepsze niż słuchanie gównianych dyskursów przy kontuarze. Facet obok mnie zamawia pięć piw. Dopijam szóste. Zwlekam odwłok ze stołka. Szybki skok do kibla i samotnie ruszam po kolejny brak przygód.

Pies sąsiadów skowycze

Jeszcze głośniej niż zwykle.

Podkręcasz telewizor.

I zamawiasz kanapki.

Zwlekam odwłok z kanapy.

Zamykam się w świątyni

Noży, garów… i ciepła.

Lodówka pełna żarcia.

Raj klasy robotniczej.

Krzyczysz: „czemu tak długo?”.

Miałem kiedyś kumpla. Był cyklistą, więc nie miał żony. Ot, czasami ruszał w trasę, z której przywoził ciekawe opowieści. Lubiłem ich słuchać, sącząc na krzywy ryj jego piętnastoletnią Highland Park z kilkoma kamykami. Któregoś razu nie wrócił. I wtedy poznałem ciebie. Też lubisz dużo gadać. Chociaż to już nie to samo.

Wpuszczali tylko w krawatach.

Ja miałem tylko bokserki.

W operach się nie pierdolą.

Odsprzedam wam dwa bilety.

Wczoraj odkryłem piękny park. Piękne alejki, piękne konie, piękne suki, piękne drzewa i kilka krzaków. Ale nie wiem, czy mam ochotę cię tam zabrać. Niech pozostanie moją świątynią. Więcej tam miejsca niż w kuchni. I ptak ma więcej wolności niż w piekarniku.

Przez sypialnię przeleciał

Niewidzialny nietoperz.

Jego cień wpadł we wnyki

Niedopranej pościeli.

Miota się, łaskocze. Lecz

Przynajmniej nie pójdę spać sam.

16.04.2020

 

PRZEGADANE PRZEBUDZENIE

Ileż zdrowasiek jeszcze wymantrujemy,

Nim minie czas zdumionego ogłupienia?

Ile okrągłych zdań, brudnych kłamstw, przymusu

Doświadczać będziemy przed końcem ICH świata?

Zuchwałe złamasy rządzą sennym bydłem.

Ten sadomasochizm zwąc „cywilizacją”,

Nonkomformizm – zdradą, wolną wolę – grzechem,

Demon-krację – kluczem do wiecznego szczęścia.

Dzisiaj obudziłem się inaczej niż zawsze. Otworzyłem oczy, na nie – starym zwyczajem – nałożyłem kolejne. Zajrzałem w okienko świata… I – rzuciłem w kąt niepotrzebną parę. Zbyt wiele ważyła na moim życiu. Wyszedłem z domu na oślep. Jakże lekko mi było!

Czy ignorancja to aberracja?

Gdy nie chce się walczyć, warto uciec.

Nie ma Concorde’a. Zdechły marzenia.

Mrok puka do drzwi. Nie chcę otwierać.

W małpim wyścigu po kiść bananów

Chyba już zawsze będę przegrańcem.

Niech pędzą, pędzą sfory i strofy.

Tu już nic po mnie. Zjeżdżam do boksu.

Nigdy nie będzie świata bez granic. Już na zawesze pozostaniemy MY i ONI. Brak w tym poezji, prawda? Bo może mi wcale nie zależy na tym, żeby „być poetą”. Oglądanie starych pornosów daje mi więcej przyjemności. W ogrodach rozkoszy najbardziej lubię kible.

Kataklizmy uczą nas doceniać życie.

Szkoda że na tak krótki czas. Więc dlatego

Potrzebne są powtórki. Jak psom Pawłowa.

Nam niewiele dadzą. Ale Bóg ma ubaw.

Czekam na następny spazm wykolejenia.

Na oczyszczającą jedynkę, trzy szóstki…

Gdy ICH świat przeminie, może wytrzeźwieję.

Co wtedy zrobimy z nadmiarem szampana?

15.04.2020

 

MILION CZARNYCH TĘCZ

Każdy swój krzyż niesie. Nie każdy z niego spuszcza.

Wykrzywiamy twarze żrąc zbyt cierpkie owoce.

Lecz słodszych nie będzie. Jeszcze na nie za wcześnie.

Albo już za późno. Nocne dramaty bolą.

Czeka nas kolejna jesień na bezdrożach.

Papierowe zamki znowu się rozpadną.

Uszy zrani cichy szelest kroków śmierci.

Drużbanci, wróżbici nie zwiodą mnie przed ołtarz.

„Nie jest dobrze, kochani” – powiedział różowy kocur, prężąc bicepsy w świetle zachodzącej gromnicy. Po czym usiadł, wylizał sobie dupę i z wdziękiem, na jaki stać tylko koty, zeskoczył z katafalku. Gdy na opuszczone przez niego, jeszcze ciepłe miejsce odkładałem na wpół pełną szklankę whiskey chińskiej produkcji, nie wiedziałem co miał na myśli. Założyłem buty i podążyłem jego śladem. Do bram piekieł miałem tak samo daleko, jak do drzwi raju.

Zapada zmrok. Od kilku godzin wpatruję się

W orle pióro, zapetowane w kałamarzu.

Uwolnić je, pozwalając spłynąć za okno?

Czy dać mu zgnić, na mój obraz i podobieństwo?

Każdy odcień czerni maluje mi tęczę.

A mam tu ich tyle, ile dni tygodnia.

Zbyt zatrważających, żeby je przemilczeć.

Wprawne oko dojrzy ich brudne niuanse.

Nie widziałem różowego kocura przez wiele miesięcy. Niedawno powrócił. Postawił przede mną lustro. „Masz, pluj” – powiedział. Wyjątkowo, zabrakło mi śliny. Zapadła niezręcznie długa cisza. Przerwało ją dopiero pocieranie czoła, w próbie rozdrapywania starych ran. Krew kapnęła na blejtram. I stała się słońcem.

14.04.2020

KOLEKCJONER

W sennym, zagraconym mózgu

Trwa cisza, niczym w muzeum.

Bo marzenia przeminęły,

Tak jak taniec mastodontów.

Blade wspomnienie kilku golasek, widzianych w pościeli, pod prysznicem, w parkowych krzakach, czy wśród gorących wydm, nie wystarczy, żeby przywrócić szaleńcze bicie serca, niezbyt już skłonnego do kolejnych podniet. Być może warto w końcu zdjąć tabliczkę z napisem „business as usual” i umieścić zawieszkę „zamknięte do odwołania”. Koniecznie w pozłacanej ramce. Gdyż ostatnio nawet muchy przestały interesowaćsię ogryzionym do białej kości szkieletem, obwieszonym fotografiami żałosnej przeszłości.

Chciałem zakazać sobie przeszłości.

Wyrwać chwasty, zabetonować drzwi.

Lecz nawet to mi się nie udało.

Każdy dzień zostawia ślad. Jak ślimak.

Gromadzone przez lata rupiecie zaczynają ciążyć. Czy to plecak, czy już garb? Nie mogę sprawdzić. Lustro już dawno przestało odbijać moją postać. A ręka tak daleko nie sięga. Nie ma nawet kogokolwiek, kto by powiedział ile zmian zaszło. Więc w ciszy kłaniam się ciężarowi czasu i z coraz bardziej wypiętą dupą wchodzę na schodki kolejnych godzin.

Niełatwo jest być kustoszem.

Zbieraczem. Magazynierem.

Półek brak, śmieci się psują.

Nikt nie chce ich. Lecz żal spalić.

21.04.2020

BEZ ROZKŁADU

Bury łoskot odbija się

Od ceglanego wiaduktu.

Ponad głową mkną pociągi.

W prawo, w lewo, w nieskończoność…

Zimno tu. I trochę wieje.

Ale przynajmniej jest sucho.

Nóż wydrapuje na ścianie

Kolejną kreskę. Idę spać.

Nie pamiętam kiedy wysiadlem na tej stacji. Nie pamiętam nawet czy chciałem na niej wysiąść. Jednak coś sprawiło, że utknąłem właśnie tutaj. Sam. Nie mając nawet pomysłu dokąd pójść.

Gwizd wygania resztki zapomnienia.

Świt przypomina o głodzie życia.

Pęd żelaza miarowo mantruje.

Kurz i para zatykają płuca.

Szczeknął głośnik. Nic nie zrozumiałem.

Lecz było coś o spóźnionym Gdańsku.

Samotny gołąb przemierza peron.

Czyta rozkład jazdy, zbiera pety…

Zadomowiłem się tutaj. Wiejskie kozy przynoszą mi mleko. Harmonijka zbiera grosz do doniczki. Nie tęsknię za dachem. Pusta bocznica uspokaja, niczym miękkie łona, w które wtulałem twarz. Deszczówka z puszki pachnie siarką. Dróżnik pachnie piwem. Kibel – lizolem. Ja – duchem spokoju. A gołąb – obiadem.

Zbieżne linie kuszą oko.

Buty swędzą. Chciałyby iść.

Lecz nóż chce drapać kolej-ne

Kreski na ścianie wiaduktu.

21.04.2020

Zapisz się do naszego newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych (pokaż całość)