Udostępnij:

Dodano:

22.01.2018 13:45

1/2018: Marek Orzechowski:ULUBIEŃCY NA DYSTANS

Komu potrzebna jest Polska w Europie

ULUBIEŃCY NA DYSTANS

Marek Orzechowski

 

Zaledwie agencje prasowe podały, że Mateusz Morawiecki desygnowany został na nowego premiera rządu, zadzwonił do mnie jeden z zaprzyjaźnionych wysokich unijnych urzędników z pytaniem – co to oznacza? Pytający należy do malejącej grupy sympatyków naszego kraju i chociaż nie brakuje w jego opiniach krytycznych ocen, nadal broni Polski gdzie tylko to możliwe. Z intonacji jego głosu wyczułem, że nie ciekawość go wiodła, a troska. – No cóż, tak w dwóch zdaniach, nie wiem co powiedzieć, odparłem. – Nie chodzi o ciekawostki. Te mogę sobie sam przeczytać. – Więc o co? – Czy ma on coś do powiedzenia – odrzekł. A ja zamilkłem.

 

Zamilkłem, bo cóż mogłem powiedzieć? Skąd mogę wiedzieć, co ma do powiedzenia Mateusz Morawiecki. Wprawdzie po czynach będziecie ich sądzić i te Morawieckiego w rządzie Beaty Szydło mówią same za siebie, ale przecież nie o wczoraj chodzi, ale o dziś i jutro.

 

Jak tu bez strachu pić piwo w niemieckiej sztubie?

Na pierwszy rzut oka Morawiecki jest, można powiedzieć, niejako naturalnym kontrapunktem do swojej poprzedniczki, jednak nie bardzo wiadomo, jak naprawdę tę odmienność interpretować. Ale być może to tylko złudzenie, w europejskich mediach bowiem nie zabrakło wątpiących głosów, a jeden z niemieckich publicystów natychmiast ostrzegł, że nominacja Morawieckiego wcale nie musi wróżyć czegoś dobrego. Zatem on coś wie.

Okazuje się, że zaangażowanie Morawieckiego w antykomunistycznym podziemiu, szykany, których doznał, więzienie, którego doświadczył, i groźby utraty życia ze strony tajnej policji politycznej, nie są wcale atutem nowego premiera, tylko czynią go „wiarygodnym dla PiS-owskich fundamentalistów” i zbliżają ideologicznie do Jarosława Kaczyńskiego; zatem Mateusz Morawiecki jest wysoce podejrzany. Ale to oczywiście nie wszystko. Morawiecki ma na sumieniu znacznie więcej. Już jako szef jednego z banków – pisze niemiecki dziennikarz – rozsyłał do swoich współpracowników SMS-y przypominające im o „historycznej bitwie z Rosjanami” (chodzi zapewne o wojnę z sowiecką Rosją w 1920 roku) i o „dniu urodzin narodowego bohatera marszałka Piłsudskiego”, co brzmi – trzeba przyznać – jak naruszenie kodeksu poprawnego zachowania. A na dodatek, mimo że jest „młody i nowoczesny” i mimo że jest byłym bankowcem, polityka historyczna jest dla niego – podobnie jak dla Kaczyńskiego – jednym z filarów „polskiego państwa narodowego”; zatem Morawiecki jest także polskim narodowcem. Obaj, czytamy dalej, Morawiecki i Kaczyński krytykują to, że po 1989 roku komunistyczna przeszłość Polski nie została w wystarczającym stopniu pokonana, co oznaczać może – prorokuje dziennikarz – dalsze pełne napięcia czasy…

Słowa jak słowa, ważny jest ich kontekst i ich wymowa. Morawiecki jest wielką zagadką, na europejskiej scenie jest zupełnie nieznany, ale znane są jego polityczne, obecne konotacje, więc jak tu ufać takiemu Polakowi w Europie, zwłaszcza że przy nazwisku nowego premiera nie pojawia się słowo „Solidarność”, dla wielu Niemców, którzy nie mają krótkiej pamięci, mimo wszystko jeszcze dość istotny symbol… Jak tu bez strachu pić spokojnie piwo w niemieckiej sztubie?

 

W Polsce mesjasze z nieba nie spadają, płodzi ich Kaczyński

Mój brukselski znajomy, ciekawy, co Morawiecki ma do powiedzenia, po lekturze takiego tekstu w niemieckich mediach może czuć się naprawdę nieswojo. Morawiecki to przecież w gruncie rzeczy nikt inny jak bardzo przebiegły Kaczyński. Prezes Prawa i Sprawiedliwości mógł przecież sam stanąć w szrankach przeciwko Europie, tymczasem wysłał do boju kolejnego pretorianina, w dodatku kogoś, komu na pierwszy rzut oka niczego zarzucić nie można, bo Morawiecki to człowiek światowy.

Choć jak się dokładniej przyjrzeć, to wyjdzie, że nie do końca. Wprawdzie „młody, dynamiczny, antykomunistyczny, zna języki, ma kilka milionów na koncie” – niby jeden z nas, ale… ten Kaczyński za plecami. A przecież można inaczej, bardziej po europejsku. Taki na przykład Emmanuel Macron, który chce przeorać Europę na francuską modę według starych recept, też przecież jest młody, też były bankowiec – i to od samego Rotschilda! – a czysty jak łza, bo niepokalanie poczęty. Spadł po prostu z nieba, nie wykreował go żaden układ, żaden spisek establishmentu, nie stoi za nim żaden francuski Kaczyński. Wybrane przez Opatrzność dziecko Francji, które czekało na swoją okazję: Mesjasz, co to od czasu do czasu pojawia się w Paryżu, chociaż nie w banalnej i biednej stajence na północy miasta, ale od razu w bogatym Palais de l’Élysée. W Polsce mesjasze z nieba nie spadają, płodzi ich Kaczyński. I to jest różnica. Więc Morawiecki to nic innego jak „kaczyzm z ludzką twarzą” – podszepnął mi jeden z moich kolegów dziennikarzy. W Polsce nie był, Polskę zna z mediów, i oczywiście jest też przerażony.

Morawiecki i Macron. Jak zawsze, Francji i Francuzom więcej wolno, Niemcy piszą o nich w innym tonie, pięknym i uległym. Francja i Francuzi zawsze ładniej wyglądają. Kiedy grzeszą, robią to z wdziękiem; my grzeszymy prostacko, dlatego trudniej uzyskujemy rozgrzeszenie. Francuzi są Europą, Polacy – tylko niektórzy. Do Europy każdy z Polaków dochodzi indywidualnie, i to jest niebagatelny wysiłek. Mojego przyjaciela, niemieckiego dziennikarza, nazywano w środowisku Polenfreund, bo to przecież rzecz niezwykła, prawie nienaturalna, że przyjaźni się akurat z Polakiem, a nie z Francuzem. Kiedy się u niego pojawiałem, słyszałem jak mówiono: o, przyszedł ten „twój Polak”, der Pole. Dla nas to rzecz właściwie normalna, w zachodnich środowiskach ceni się tego, tamtego, ale zawsze konkretnego Polaka, oczywiście po bliższym poznaniu; masa Polaków drażniła i nadal drażni. Zaufanie do nas jest sprawą wyłącznie osobistą i nie przekłada się na populację, ba, nawet na grupy, zawody, środowiska. Jakże często słyszymy, że zła opinia o Polakach nie dotyczy mnie, jego, bo ja, on jesteśmy jakby inni, niepolscy, a przynajmniej – nie typowo polscy.

 

Ocean braku szacunku

Doświadcza tego każdy Polak na Zachodzie – urzędnik w Komisji Europejskiej, w Parlamencie, Radzie Europejskiej, w koncernach, organizacjach, tłumacze, sprzątaczka, kierowca, budowlaniec, zbieracz szparagów. Zaufanie jest tak cennym, osobistym dobrem, że Polacy – jeżeli już je zdobędą, niechętnie się nim z innymi dzielą. I zapewne doskonale wiedzą, dlaczego nie. W polskim gronie często słyszy się generalne narzekania na Polaków (tych za granicą i tych w kraju), na ich niedostosowanie, brak obycia, kultury, wady i przywary. Obarcza winą za polskie kalectwo „ich”: wiadomo, byłoby nam łatwiej, gdyby nie „oni”, inni Polacy, „ich” cwaniactwo, pewność siebie, zarozumialstwo, niedotrzymywanie słowa. Najbardziej żywe stereotypy o Polakach żyją właściwie wśród nas samych. Nasi zachodni znajomi dowiadują się o nich w większości przypadków dopiero od spotkanych Polaków, którzy chętnie krytykują rodaków, stawiają ich z reguły w złym świetle, aby samemu stać się prawdziwym – i chlubnym! – wyjątkiem. Nie lubimy się wzajemnie, wytykamy palcami, chętnie deprecjonujemy rodaków w zakulisowych rozmowach, więc inni nie mają z tym większego problemu – idą naszymi śladami i sami dorzucają sporo do naszych grzechów. I wszystko zlewa się w ocean braku szacunku.

I ma swoje skutki. Młody niemiecki dziennikarz pisze o życiorysie Morawieckiego, który ryzykował młode życie w walce z komunistycznym aparatem bezpieczeństwa, nawet nie w tonacji obojętnego uznania, ale w tonacji inteligentnego zarzutu. A nawet wyrzutu – bo cóż z tego, że walczył z komuną, skoro stoi za nim Kaczyński, bo cóż oznacza stwierdzenie, że brak wystarczającego rozliczenia z epoką sowietyzmu zapowiada nadal „ciekawe czasy”? Czy gdyby Macron za sprawą kolejnego cudu mimo wszystko walczył we francuskim ruchu oporu Résistance, niemiecki autor uznałby ten fakt w jego życiorysie w dzisiejszych czasach za wątpliwą zasługę? Odważyłby się?

 

Polska, wielka niewiadoma

Redakcja chciała wiedzieć – komu potrzebna jest dziś Polska w Europie. Miała oczywiście na myśli brukselski rykoszet kursujących opinii o Polsce ostatnich dwóch lat. Wyruszyłem więc tu i tam dopytać. U światłych ludzi. Ale zanim wybrałem się dociekać, co myślą, sięgnąłem pamięcią do lat, kiedy Polska i Polacy pukali do drzwi Unii Europejskiej kilkanaście lat temu. Wtedy, można powiedzieć, niewiele nas znano, ale polityczny przełom dokonany w Polsce wielu prawdziwych demokratów na Zachodzie bardzo fascynował – i dawał nam duży kapitał zaufania… Nie brakowało oczywiście głosów ostrzegawczych. Do dziś pamiętam wieczorne rozmowy rozpoznawcze w Brukseli w gronie sympatyków rozszerzenia.

Polska, wielka niewiadoma, mówił jeden z nich, notabene jako tako znający już Polskę. Może trzeba było poczekać z tym rozszerzeniem? Przecież Polacy nie mają pojęcia o życiu w unijnej wspólnocie, jesteście indywidualistami… Nie potraficie się dzielić z innymi, ustępować na rzecz innych… Prędko wyjdzie na wierzch ten wasz polski charakter, przesiąknięty skłonnością do awanturnictwa, kłótni, obrażania się na innych i do destrukcji… My żyjemy tu w wielkiej symbiozie i wiemy, jak się spierać, żeby się nie pokłócić. Wy możecie tu sporo namieszać, przestrzegał.

To były słowa zwolennika – jak sam o sobie mówił – polskiej akcesji do Unii. A co mówili jej przeciwnicy? Trudno było ich znaleźć na otwartej przestrzeni, ale swoje robili gdzie indziej, w ważniejszych miejscach – w kuluarach, podczas lunchu, przy kawie, a także wówczas, kiedy trzeba było jakiś polski papier przełożyć do innej szuflady… Chętnie stawiali nam innych za wzór, Węgrów, co to nic już nie muszą robić, aby zostać członkiem Unii, czasem Czechów, bardzo często Estończyków (właściwie to członek Unii jeszcze przed przyjęciem), pod koniec negocjacji nawet Litwę i Słowację, które nas we wszystkim wyprzedziły. Większość moich kolegów pytana o Estonię nie bardzo wiedziała, gdzie leży i co to za kraj, ale kiwali głowami, że się nadaje, a my nie bardzo… My oczywiście nie mogliśmy się schować, my wszystkim rzucaliśmy się w oczy, o nas każdy coś wiedział i każdy musiał się jakoś o nas potknąć. Byliśmy wprawdzie ważnym elementem „historycznego procesu”, bez nas Europa byłaby tylko „bezgłowym korpusem”, ale jednocześnie spadł na nas zaszczyt bycia problemem. Jednym właściwie w tamtych latach. I każdy dorzucał do niego swoje trzy grosze.

 

Polska kultura opiera się na antysemityzmie i alkoholizmie…

Minęły lata i oto na początku XXI wieku, kiedy już sporo o sobie wiedzieliśmy, podkopano mit o polskiej kulturze. W ciężkich czasach jaśniał jej wizerunek prawdziwej, autentycznej wartości, była naszą „zachodnią” wizytówką i nie brakowało sygnałów, że podobnie odbierana jest właśnie tam, w Paryżu, Monachium, Rzymie albo Londynie. A jednak. Ponad dziesięć lat po upadku bloku wschodniego, niemiecki publicysta i autor Henryk M. Broder pisał w hamburskim tygodniku „Der Spiegel” w kontekście Jedwabnego w artykule pod tytułem Uwaga: kurwa!: Polska kultura cieszy się na Zachodzie dobrą opinią. Bierze się to przede wszystkim stąd, że poza Polską tylko niewielu ludzi mówi po polsku, więc i nie wszystko mogą z niej zrozumieć. Ale jeśli dokładniej się przyjrzeć i przysłuchać, to trzeba stwierdzić: polska kultura opiera się w istocie na antysemityzmie i alkoholizmie… Są to, by tak rzec, filary polskiej kultury… Broder, który, jak można przyjąć, nie był w tej opinii odosobniony, dokonywał następnie osobliwej ekstrapolacji słowa „kurwa”. Jest ono, jak pisał, rytualnym przerywnikiem, również w kręgach osób wykształconych, i zastępuje słowo „żyd”. Wyjaśniał niemieckim czytelnikom, którzy z pewnością w zdecydowanej większości, poza zrozumieniem terminu „antysemityzm”, nie bardzo wiedzieli, o co autorowi chodzi, że oba słowa są swoistymi zamiennikami – kurwa to żyd, a żyd to kurwa. I nie ma znaczenia, że opisane w taki sposób osoby nie są ani „kurwą” ani „żydem”…

Można oczywiście, a nawet trzeba załamać ręce, ale niczego to nie zmienia. Tak nas widziano, tak o nas pisano na łamach renomowanych pism. I proszę mi wierzyć, niemieccy czytelnicy nie protestowali, także ci wykształceni – zresztą „Der Spiegel” był i jest tylko dla takich. Im Polska w Europie nie była do niczego potrzebna. (…)

AKTUALNOŚCI

Dodano: 04.11.2020 15:12

Czasowe zamknięcie dla publiczności instytucji kultury

W związku z drugą falą pandemii i podjęciem zdecydowanych kroków mających na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się wirusa COVID-19, Rządowy Zespół Zarządzania Kryzysowego zdecydował o czasowym zamknięciu od 7 do 29 listopada 2020 dla publiczności instytucji kultury. pokaż więcej »

Dodano: 16.03.2020 08:12

Ograniczenie bezpośredniego dostępu oraz kontaktu z biurem OKiS w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2

Szanowni Państwo, w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2., w trosce o Państwa zdrowie i bezpieczeństwo: ograniczamy bezpośredni dostęp do biur OKiS i wprowadzamy wyłącznie zdalną obsługę naszych współpracowników oraz partnerów w całym Ośrodku Kultury i Sztuki we Wrocławiu. pokaż więcej »

Dodano: 16.03.2020 08:00

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce mające na celu zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom i współpracownikom pokaż więcej »

Dodano: 20.11.2020 12:30

Zmarł Bogdan Nauka – Dyrektor Zdrojowego Teatru Animacji

Z głębokim żalem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Bogdana Nauki (62 l.), Dyrektora Zdrojowego Teatru Animacji, Wspaniałego Człowieka, przyjaciela dzieci i twórcę najpiękniejszych dla nich spektakli. Rodzinie i Najbliższym przekazujemy serdeczne wyrazy współczucia. pokaż więcej »

Dodano: 20.11.2020 04:00

Koncert online ”Za waszą i naszą wolność”

Koncert będzie transmitowany online 20 listopada 2020, godz. 17.00 na stronie www.klubmil.pl pokaż więcej »

Dodano: 19.11.2020 09:52

Film „Góry zrodzone z morza” dostał I nagrodę na Festiwalu Filmowym FilmAT w kategorii Ekologia i Środowisko

Gratulujemy Twórcom Filmu: reżyseria: Maciej Kieres, Daniel Jasiński, scenariusz: Daniel Jasiński, zdjęcia: Jerzy Szota, Artur Stroiński, Daniel Jasiński, montaż, animacje i postprodukcja: Jerzy Szota pokaż więcej »

Dodano: 19.11.2020 03:00

„CZASY ŻYWE” Marzeny Sadochy – nowy termin premiery

Premiery: 9 grudnia 2020, Sala Teatru Laboratorium, Rynek-Ratusz 27, Wrocław pokaż więcej »

Dodano: 19.11.2020 02:00

GRUDNIOWE POKAZY SPEKTAKLU „SWIETŁANA” odwołane

11 i 12 grudnia 2020, godz. 19:00, Sala Teatru Laboratorium, Rynek-Ratusz 27, Wrocław pokaż więcej »

Zapisz się do naszego newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych (pokaż całość)