Udostępnij:

Dodano:

19.02.2018 13:28

2/2018: MARCIN ADAMCZAK: DISNEY JAKO NAJWYŻSZY PORZĄDEK

DISNEY JAKO NAJWYŻSZY PORZĄDEK

 

Od pewnego czasu towarzyszy mi problem związany z trzecią już serią Gwiezdnych wojen, o tyle przecież bardziej fortunną i lepiej pomyślaną niż seria druga. W kolejnych jej częściach, które wchodzą na ekrany w okresie przedświątecznym, trudno dopatrzeć się istotnych słabości, są wszak dziełami całych sztabów wybitnych profesjonalistów swoich dziedzin. Niemniej wraz z każdą nową odsłoną coś w tych fabułach dokuczliwie uwiera, niczym drobny kamień w bucie w czasie pieszej wędrówki.

 

 

Niezadowolenie pogłębia jeszcze i to, że po zdjęciu buta żadnego kamyka w nim nie odnajdujemy: reżyseria, tempo narracji, wystawność inscenizacji, strona czysto wizualna są w jak najlepszym porządku. Dlaczego więc Gwiezdne wojny z nieokreślonej przyczyny irytują?

Poszukiwania dokuczliwego kamyka wypada zacząć od zwyczajowego miejsca, gdzie zwykł się on kryć. Otóż nad współczesnymi wielkimi blockbusterowymi widowiskami, odchodzącymi od prymatu fabuły na rzecz feerii montażu atrakcji, coraz częściej unosi się widmo nudy. Gra tu rolę prosty psychologiczny mechanizm uniewrażliwienia na bodźce. Jeszcze dwadzieścia lat temu współczesne filmowe rollercoastery, o niesłychanym tempie narracji, ruchliwości kamery oraz napędzanym cyfrowymi efektami rozmachu inscenizacji witalibyśmy pełnym podziwu aplauzem. Dziś spowszedniały, a powtarzane wielokrotnie doprowadziły do przesytu i zobojętnienia na nie. Za rezygnację z priorytetu fabuły przychodzi w dłuższej perspektywie zapłacić, bo dobra historia pozostaje narkotykiem dla widza nie mniej istotnym niż „powierzchniowa” warstwa wizualna. Częstokroć trudno oprzeć się wrażeniu, iż kino głównego nurtu stawiające na kolejne mutacje franczyzowych uniwersów przy akompaniamencie wybuchów, eksplozji, kosmicznych bitew i strzałów z intergalaktycznych statków popełnia właśnie rozciągnięte w czasie spektakularne samobójstwo. Towarzyszy mu zblazowanie samych widzów, bo przecież w Ostatnim Jedi sekwencja w kasynie na Canto Bight czysto filmowo co najmniej dorównuje klasycznemu epizodowi z kantyny Mos Eisley na Tatooine, a jednak nie wywiera już większego wrażenia.

Niemniej wyjaśnienie sprowadzające niepełną satysfakcję jedynie do nudy byłoby zbyt proste i ogólne, a taka lokalizacja dokuczliwego kamyka zbyt banalna. Zdarzają się przecież wciąż studyjne blockbustery zachwycające świeżością, takie jak seria Strażnicy Galaktyki oraz Deadpool. Oparte są one na niewymuszonej czystej zabawie i czarującej ironii. Statek Gwiezdnych Wojen jest jednak zbyt wielką, ciężką i drogą machiną (niczym krążownik Imperium), by mógł pomknąć w obszar beztroskiej radości na wzór lekkich ścigaczy ironicznych serii, nieobciążonych oczekiwaniami fanów oraz wymogiem wielomilionowych dochodów.

Gwiezdnym wojnom zaczyna również ciążyć eksploatowany do cna manichejski podział na absolutne dobro i zło, obecny w religijnych systemach, ale chyba znacznie bardziej odległy od naszej rzeczywistości, niż mogłoby się wydawać. Rebelia, tak czysta i pewna swoich racji, elitarystyczna, w której Moc się dziedziczy, a źle urodzonym pozostają pożądliwe marzenia o innym pochodzeniu, zaczyna irytować. Nie jest to jednak nowością, na obecne w sadze arystokratyczne wątki zwracał uwagę już przy okazji drugiej serii David Brin, a o klasowym wymiarze Gwiezdnych Wojen rozprawiali na przełomie stuleci pół żartem, pół serio bohaterowie Kevina Smitha. Notabene podobny wątek fantazji o dziedzicznym szlachectwie i powołaniu do wielkich czynów – zamiast stwarzania samego siebie – odnajdujemy w marzeniach oficera K w Blade Runnerze 2049, a więc franczyzie również w swej ostatniej odsłonie zafiksowanej na przeszłości i nostalgicznie ją rekonstruującej.

W Ostatnim Jedi melancholia za przeszłością przełamana jest w drugim planie konfrontacją sił Starego z Nowym oraz przekonaniem o konieczności zburzenia tego pierwszego, by zacząć od nowa i nieskrępowanie tworzyć przyszły kształt rzeczywistości (interesujące jednak, że pragnienie to przypisane jest złej i destrukcyjnej postaci Kylo Rena, kolejnego wcielenia Vadera). Idea destrukcji, jako preludium do tworzenia, idea punktu zero zostaje jednak szybko skontrowana przekonaniem o duchach przeszłości, które będą wciąż towarzyszyły destrukcyjnemu kreatorowi. Wątek ten sprawia wrażenie nieco autotematycznego, balast duchów przeszłości nie opuszcza wszak reżyserów kolejnych odsłon serii.

Arystokratyzm i paradoksalnie deficytowa demokracja Rebelii sprowadza nas znów na trop uwierającego kamyczka. W swoich reakcjach na Ostatniego Jedi dostrzegam narastającą od Przebudzenia mocy i niepokojącą awersję do Rebelii, do gwiezdnowojennych sił dobra. Niestety, ciemna strona mocy jest tak pozbawiona charyzmy i niefotogeniczna (Adam Driver jako Kylo Ren), że trudno uciec w identyfikację z nią, dlatego nieskompensowana irytacja dyskretnie narasta. Pojawia się niemożliwe do spełnienia bezinteresowne pragnienie porażki tych dobrych, radością zaczynają napawać ich niszczone statki. Czy staję się nagle złowrogim konserwatystą sprzyjającym Imperium i Najwyższemu Porządkowi, a moja ręka zacznie za chwilę – o zgrozo – samoczynnie podrywać się w górę jak doktorowi Strangelove?

Przyczyna tkwi na szczęście gdzie indziej. Gra w odległej galaktyce w zbyt wielkim stopniu prowadzona jest znaczonymi kartami i trudno ukryć pewną immanentnie z nią związaną hipokryzję. Wynika ona z faktu, iż serwujący nam rebeliancką opowieść Disney sam jest Najwyższym Porządkiem. Założona przez twórcę Myszki Mickey firma jest obecnie korporacją o przychodach równych PKB Chorwacji. Parę dni przed wejściem filmu na ekrany uzgodniono kupno przez Disney’a 20th Century Fox. Rzecz to bez precedensu: jedno ze studiów potężnej hollywoodzkiej wielkiej szóstki trzęsącej światowym rynkiem kupuje inne z nich. Czy jest w tym coś złego? Pewnie nie, a w lustrze, w które spoglądam, nie dostrzegam szczęśliwie nie tylko unoszącej się ręki doktora Strangelove, ale też czapeczki z czerwoną gwiazdą, a jednak… Disney sprzedaje kolejną opowieść o wolnościowym subwersyjnym oporze, sam będąc korporacją ściśle kontrolującą produkowane przez siebie treści (słynny kodeks Disney’a, zakazujący m.in. pokazywania krwi, stąd reżyser Rian Johnson kompensuje sobie to pewnie czerwoną powłoką zasolonej planety ze starą rebeliancką bazą), wszechmocnym koncernem tworzącym całe narracyjne uniwersa i sprzedającym ich elementy w postaci mgławicy merchandisingowych produktów.

Nie tylko myśląc o współczesnym kinie, ale także o ponowoczesnym biznesie podążamy wciąż za post-Vasariańskimi sposobami postrzegania świata. Śledząc dzieje Lucasa, ale także założycieli Apple, Google czy Facebooka łatwo przyjmujemy narrację o wizjonerskich geniuszach i charyzmatycznych indywidualistach. Zapominamy o potężnych korporacjach, funduszach inwestycyjnych, splocie ekonomicznych i politycznych sił (środki na badania i rozwój, globalny podział pracy), które umożliwiły zaistnienie rzekomych osamotnionych jednostek dostrzegających możliwości ukryte przed wzrokiem innych. Jednym z bardziej przenikliwych zdań o kinie Nowej Przygody lat osiemdziesiatych, w którego komiksowo-franczyzowym kontinuum wciąż funkcjonuje główny nurt kultury filmowej, jest obserwacja Jona Lewisa sugerującego, że gdyby Spielberg i Lucas nie pojawili się na scenie, to rządzący studiami w latach osiemdziesiątych musieliby ich stworzyć. Innymi słowy, kluczowe były interesy studiów wplecionych w struktury korporacji i tworzących właśnie nowy synergiczny model audiowizualnego biznesu oparty na wielu mediach i produktach pochodnych, kończący epokę ekonomicznego rozchybotania Hollywood w erze kontrkultury i movie brats lat siedemdziesiątych.

System był gotowy na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, ale pierwsza generacja korporacyjnych blockbusterów była w pewnym sensie uczciwsza. O pierwszym Batmanie Tim Burtona jeden z szefów Warnera, Terry Semel, mówił: Batman był pierwszym obrazem, który wyniósł nas na szczyt po fuzji. Wtedy po raz pierwszy wykorzystaliśmy całą machinę korporacji. Marketing, promocje łączone, merchandising, rynek zagraniczny. W tym filmie jednak Joker miał jeszcze ciekawy kontrkulturowy wymiar karzący mu niszczyć muzea niczym pilnemu czytelnikowi awangardowych manifestów. Poza tym kreacji czarnego charakteru przez Nicholsona trudno odmówić charyzmy dającej chociaż wrażenie narracyjnej gry o fabularne stawki (a przy okazji sympatię widza), nie prowadzonej znaczonymi kartami i nie rozstrzygniętej z góry. Dziś model został dopracowany, a grodzie wyborów widowni szczelnie zamknięte. Globalna megakorporacja sprzedaje subwersyjną opowiastkę o pozornej rebelii przeciw Najwyższemu Porządkowi, w której wszystkie role są rozpisane od początku do końca, a biedne dzieci z odległych planet mają wsłuchiwać się w rebeliancki ton.

W ostatniej odsłonie sagi najciekawszą postacią jest złodziej DJ (Benicio del Toro). Lubię tego bohatera, żałuję, że kamera nie podążyła za nim, by przenieść tym samym film w rejony znacznie ciekawszej opowieści, podobnie jak w Przebudzeniu mocy nie wykorzystano potencjału sposobu myślenia, jaki zaprezentował Kiryłł Jeśkow w Ostatnim władcy Pierścienia w odniesieniu do świata Tolkiena.

Najpierw wy dowalicie im, potem oni wam, co mi do tego – powiada grany przez del Toro cyniczny złodziej. I tak wygląda mechanizm tej gwiezdnej sagi. Niekwestionowanym walorem Ostatniego Jedi jest, być może nieświadomy, autotematyzm przejawiający się nie tylko w obserwacji DJ. Kiedy Leia zapowiada, iż rebelianci znowu podejmą walkę, bo mają wszelkie środki do jej prowadzenia, wiemy, iż mówi stuprocentową prawdę. Najwyższy Porządek Disney’a ma rzeczywiście wszystkie konieczne zasoby do rozpoczęcia kolejnego starcia rozpisanego na niezliczone epizody.

Ostatnim powodem mojej irytacji jest zaś to, że mimo wszystko nie wyobrażam sobie, żebym mógł ich nie obejrzeć, i mimo szczerej chęci wciąż nie potrafię powiedzieć co mi do tego.

Marcin Adamczak

AKTUALNOŚCI

Dodano: 01.06.2020 11:38

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce mające na celu zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom i współpracownikom pokaż więcej »

Dodano: 16.03.2020 08:12

Ograniczenie bezpośredniego dostępu oraz kontaktu z biurem OKiS w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2

Szanowni Państwo, w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2., w trosce o Państwa zdrowie i bezpieczeństwo: ograniczamy bezpośredni dostęp do biur OKiS i wprowadzamy wyłącznie zdalną obsługę naszych współpracowników oraz partnerów w całym Ośrodku Kultury i Sztuki we Wrocławiu. pokaż więcej »

Dodano: 23.10.2020 10:00

Obchody Jubileuszu 75-lecia Wydziału Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego

23 października 2020, Wydział PAiE Uwr, ul. Uniwersytecka 7-10, Wrocław, Sala 1D im. Unii Europejskiej pokaż więcej »

Dodano: 23.10.2020 09:00

Found Sounds – Festiwal Dźwięki Odnalezione – II edycja

23-24 października 2020, Piekarnia | Centrum Sztuk Performatywnych, ul. Księcia Witolda 62-67, Wrocław pokaż więcej »

Dodano: 23.10.2020 08:00

EMISJE PRODUKCJI FILMOWYCH OKIS W TVP HISTORIA

Zapraszamy na emisje produkcji filmowych OKiS z cyklu „Dolny Śląsk pełen historii”, na antenie TVP HISTORIA. 25 października 2020, godz. 10.30 „Marianna – Królowa Kotliny” pokaż więcej »

Dodano: 23.10.2020 07:00

„CZASY ŻYWE” Marzeny Sadochy – premiera

29, 30 października 2020, godz. 19.00, Sala Teatru Laboratorium, Rynek Ratusz 27, Wrocław pokaż więcej »

Dodano: 23.10.2020 06:00

Pomiędzy [w dobie Covid 19]/Between [in the era of Covid 19]

30 października - 27 listopada 2020, Galeria FOTO-GEN, pl. bpa Nankiera 8, Wrocław pokaż więcej »

Dodano: 23.10.2020 05:00

Premiera LOTERII Stanisława Moniuszki w reż. Roberto Skolmowskiego

30 października 2020, Kudowa Zdrój, wstęp wolny pokaż więcej »

Zapisz się do naszego newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych (pokaż całość)