X

8 ARKUSZ. 1/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

ZJAWY CODZIENNOŚCI

 

W styczniowym Ósmym Arkuszu, zamiast kminić postanowienia noworoczne, zwracamy się ku przeszłości, a raczej z samej przeszłości zjawiają się ku nam rzeczy. Arkusz otwiera recenzencki dwugłos dotyczący Jawu Laury Osińskiej/Anny Adamowicz. W szkicu Natalii Kosteckiej zaskakuje pojawianie się widm młodopolskich erotyków jako kontekstu dla lektury wierszy Adamowicz, zaś Agnieszka Sokołowska wyjawia, w jaki sposób Osińska przeszczepia na polski grunt amerykańską tradycję poezji lesbijskiej. Dlaczego raz Adamowicz, a raz Osińska – o tym przekonacie się w samych tekstach.

Chociaż wiersze Miry Król erotykami nie są, gdzieniegdzie się do nich zbliżają, lecz na zupełnie innych zasadach niż u Osińskiej. Prezentowany w Arkuszu zestaw to przede wszystkim strumienie wszelakich zjawisk codzienności, próby uchwycenia ich i towarzyszących im lęków. Podobny cel przyświeca dwóm prozom Cypriana Hirscha, ale tutaj w teraźniejszość wjawia się nieustannie trudna przeszłość. Napiszemy jeszcze tylko, kończąc tym samym zarówno zajawkę, jak i naszą autotematyczną grę, że jawi się nam ten numer bardzo ciekawie, a wszystkich zapraszamy do (zjawiskowej?) lektury.

Jakub Famulski, Kamil Figas

Redakcja Ósmego Arkusza

fot. Maciek Bielawski / maciekbielawski.pl

 

Natalia Kostecka

 

Jedno ciało, jeden żuk

 

{          }

ależ ja bym chciała mówić w imieniu wielu,

ależ ja bym chciała manifestować, zabiegać,

wygłaszać, udzielać głosu czy oddawać głos,

tyle razy próbowałam, udawałam, markowałam,

ale wiem, że mam tylko to jedno ciało, jednego żuka w jednym pudełku

                                                                                                          (s. 5)

Przytoczony wiersz otwiera najnowszy tom Anny Adamowicz pt. Jaw, który tak jak zmyśl [] zmysł, został podpisany heteronimem Laury Osińskiej. Zawarte w nim utwory można by odczytywać niezależnie, jednakże sięgnięcie do całej twórczości poetki (zarówno tej sygnowanej własnym nazwiskiem, jak i podpisanej pseudonimem) pozwala na umiejscowienie ich w szerszym kontekście. Pokazuje także, jak różnorodne są środki wyrazu używane przez Adamowicz. W tych wierszach dominuje zapis intymny, a jednocześnie prozaiczny, silnie kontrastujący z opublikowanym zaledwie parę miesięcy wcześniej Stłuc. Kręgosłup Tytanii Skrzydło. Tym razem pozbawiona skrzydeł Tytania schodzi na ziemię, by opowiedzieć o sprawach na pierwszy rzut oka prostszych, ale równie ważnych.

Debiutancka książka Wątpia z 2016 roku była zanurzona w obrazach rozcinanych ciał, tkankach kostnych i szpitalnej bieli. Późniejsze Animalia uzupełniły stworzony przez absolwentkę analityki medycznej obraz o wiwisekcje. Nebula przekierowała językową soczewkę z animalistycznych sekcji wnętrzności na polityczną aktualność i pytania o przyszłość świata, w którym funkcjonujemy. U Adamowicz nastąpiło wyraźne zerwanie z barokową poetyką, a przynajmniej – jej chwilowe zawieszenie. Nie sili się już na misterne zdobnictwo, konceptyzm, turpizm, konflikt tragiczny między ciałem a duszą, pascalowską metafizykę. Nie pragnie rozbudowanego poematu na miarę Stłuc. Kręgosłup Tytanii Skrzydło, roztaczającego przed odbiorcami skomplikowaną wizję choroby, szukającego coraz śmielszej metaforyki dla oddania ogromu fizycznego cierpienia. Zamiast tego łaknie profanum, z nadzieją rozgląda się za autentyzmem. Jednak to tomowi zmyśl [] zmysł najbliżej jest do utworów z 2025 roku, co być może wiąże się z różną atrybucją autorstwa poszczególnych książek. W Jawie wracamy do niewinnej codzienności, delektujemy się miłością i szukamy nowych, przystających do współczesności sposobów, by to uczucie stekstualizować.

W cytowanym na wstępie wierszu podmiotka wyraża chęć mówienia „w imieniu wielu”, lecz ze smutkiem stwierdza, że w zastanych realiach taka wypowiedź jest niemożliwa. Każda próba kończy się fiaskiem, każda manifestacja – nędznym udawaniem. Gdy kurz owego dyletanckiego theatrum mundi opada, gdy maska aktorki znika, pozostaje zaledwie jedno ciało, jeden żuk w pudełku. Na nim Adamowicz skupia się w całym tomie. Wielkie prorocze narracje zawodzą (język karleje, język się rozpada, s. 7), dlatego należy porzucić romantyczny i modernistyczny patos. Poetka odtąd będzie zabierała głos jedynie w swoim imieniu.

Autorka Jawu posługuje się konwencją erotyku, dobrze znaną i chętnie wykorzystywaną w polskiej tradycji literackiej, a zatem nasuwającą skojarzenia z chwytami charakterystycznymi dla poezji miłosnej poprzednich epok. Jednakże twórczyni zdecydowanie oddala się od egzaltacji właściwej liryce Młodej Polski. Unika zarówno dekadentyzmu Kazimierza Przerwy-Tetmajera, jak i symbolizmu Bolesława Leśmiana. Jej erotyki stronią od metafizyczno-filozoficznych rozważań. Nie mają traktować o niespełnieniu, melancholii, przekraczaniu granic bytu, cierpieniu i śmierci. Nie są także baśniowe ani teatralne.

O czym zatem opowiada nam Adamowicz? O miłości do ukochanej, o meblach, o zapachach. Wiele w tym jest ironii i lingwistycznej autorefleksji, jak np. w utworze opatrzonym incipitem pustostan ogarnięty… (s. 8) – strywializowane określenia charakterystyczne dla sentymentalnych erotyków (liliowe zauroczenie, drobne krople zaschniętej farby) zostały wzięte w nawias, gdyż na liryczne banały nie ma już miejsca w antropocentrycznej rzeczywistości.

Jaw obfituje również w odważne queerowe manifesty, zbliżając się niekiedy do innych głośnych poetyckich protestów ostatnich lat. Podejmuje tematykę wykluczenia tak jak Instrukcja dla ludzi nie stąd i Wszyscy o nas mówią Patrycji Sikory, z tym że mniej w nim nieskrywanej złości. Sprzeciw wobec opresji osób nieheteronormatywnych wyrażany jest bez agresji czy wulgaryzmów, delikatniej niż u Sikory – co nie oznacza, że mniej dobitnie. Niezgoda na patriarchat i represyjne praktyki Kościoła katolickiego w Polsce wielokrotnie wraca w całym tomie. Księża nie szerzą wśród wiernych tolerancji dla różnorodności, toteż pieśni pasyjne podmiotka nuci podczas mycia zębów, a nie podczas mszy. Skrawki sfery sakralnej (witraże, święty Sebastian, kadzidła) przedostają się do życia kobiety, lecz tylko dlatego, że atakują w losowych momentach (s. 31), despotycznie zawłaszczając myśli. Osobę mówiącą oburza ostracyzm wobec lesbijek zarówno w przestrzeni religijnej, jak i w sferze konsumpcjonistycznej – w instrukcji składania elementów wyposażenia znajduje tylko nagie sylwetki mężczyzn i kobiet. Miłość par homoseksualnych przemysł meblarski ostentacyjnie przemilcza.

„Zakazana” miłość saficka bezpretensjonalnie objawia się wspólnym siedzeniem w niedzielne popołudnie (moja dłoń przy twojej stopie, s. 10), pocałunkami gorszącymi przedszkolaki, spaniem w koszulce partnerki, ale też przeżywaniem śmierci kotki Miśki. Relacja opiera się zatem na skromnym rytuale trwania, z całym jego dobrodziejstwem i okrucieństwem. Wzruszające wsparcie wyrażane jest we wzajemnej opiece, nawet jeśli polega ona na czymś tak prostym jak smarowanie zmęczonych stóp swej kochanki żelem aloesowym. Czasem ta prozaiczność wykorzystywana jest z ironią, jako pretekst do zwrócenia uwagi na jakiś palący problem społeczny, tak jak w wierszu moja dziewczyna pachnie świeżym chlebem… (s. 33), w którym podmiotka mówi o wycieńczającej pracy w piekarni za najniższą krajową.

Odarta z niepotrzebnych ozdobników materia dnia powszedniego służy Adamowicz także do ukazania uczuć rodzicielskich. Wiersze o mamie i tacie wplata zręcznie między wiersze o innych miłościach (s. 22, 41). W pierwszym z nich kreśli obraz dziecięcego bólu z powodu wyrzynających się zębów, a w drugim prostą scenę nauki alfabetu. Nie ma w nich azjanizmu ani afektacji, a jednak czytając je, można poczuć szacunek i oddanie zamknięte w familiarnych miniaturach poetyckich.

W tomie nieustannie powracają porównania. Zapach dziewczyny podmiotki zestawia się z zapachem różańca, trybularza, katedry; intymność między kobietami – z bliskością bloków w piramidzie; samą partnerkę – z kociakiem, przypływem, słonecznymi blikami na tafli jeziora, słonym Adriatykiem, krętą Wenecją. Bogactwo skojarzeń charakteryzuje Jaw, a jednak Adamowicz podkreśla, że miałkim jak pył językiem (s. 25) nie można w pełni opisać przywiązania, jakie żywi do ukochanej. Być może dlatego świadomie rezygnuje z nadawania tytułów swoim utworom. Mowa spłaszcza wszystko jak chromy walec (s. 35), zatem jej niewystarczalność zawsze będzie dręczyć ludzi. Doświadczenie zapośredniczone nigdy nie zrówna się z rzeczywistym, gdyż – jak trafnie zauważył już Mickiewicz – w żyjących języku nie ma na to głosu.

Agnieszka Sokołowska

 

Jak sen na jawie

 

Jaw to druga książka poetycka Laury Osińskiej – „mąciwody”, „awatarki” i „maski”, za którą kryje się Anna Adamowicz. Podobnie jak pierwszy zbiór, zatytułowany zmyśl[]zmysł, najnowszy tom składa się przede wszystkim z erotyków. W Jawie Osińska zawarła wyznanie miłosne dla ukochanej, wplatając w nie także „wiersze o innych miłościach”: o wdzięczności dla rodziców, przywiązaniu do ulubionych miejsc, dawnych kochankach czy też o epikurejskiej pasji życia. Tak skomponowana książka wydała mi się mniej intrygująca niż poprzedni tom, który w nowatorski sposób opowiadał o związku lesbijskim oraz nieszczęśliwym rozstaniu. Zarazem lektura Jawu sprawiła mi przyjemność właśnie dlatego, że tym razem wiersze dotyczą miłości szczęśliwej i spełnionej.

Adamowicz o autorce zmyśl[]zmysł i Jawu mówi w trzeciej osobie, a sama pojawia się na kartach tytułowych jako edytorka, która dokonała wyboru wierszy. Dzięki zapośredniczeniu (charakterystycznemu dla twórczości queerowej) poetka oddziela od siebie tę część, która pisze o miłości. Paradoksalnie, rozdwojenie pozwala jej zachować zarówno dystans, jak i swoisty autentyzm opowieści – istniejąca wyłącznie w języku Osińska może być zarazem autorką, bohaterką i podmiotką liryczną wierszy. Jest w stanie pisać autobiograficzne teksty o seksualności i uczuciach, ze szczerością, a niekiedy z dozą naiwności czy sentymentalizmu, właśnie dlatego, że tak naprawdę jej nie ma. Dynamika między Osińską a Adamowicz polega na zderzeniu siły wyrazu zakochanej dziewczyny z językową i stylistyczną precyzją doświadczonej poetki.

Dla współczesnej twórczości lesbijskiej przełomową rolę odegrało pisarstwo Adrienne Rich. W zmyśl[]zmysł Osińska wprost przyjęła matronat amerykańskiej poetki i feministki, obierając jako motto frazę z 21 wierszy miłosnych. Ten słynny cykl erotyków Rich stanowi świadectwo głębokiego uczucia do ukochanej i konstytuuje jeden ze sposobów mówienia o „egzystencji lesbijskiej”. Krytycy literaccy podkreślają, że u Osińskiej, która przeszczepia styl Rich do polskiej poezji najnowszej, należy w szczególności docenić pracę w języku, pozwalającą wyrazić i uobecnić kobiecą miłość homoseksualną. W Jawie autorka ponownie podejmuje wysiłek tworzenia adekwatnej dykcji, chociaż ma świadomość niewypowiadalności niektórych doświadczeń i niewystarczalności słowa.

Osińska tworzy zmysłowe obrazy poetyckie, które koncentrują się zarówno na cielesnym, jak i duchowym wymiarze miłości. Nawet o najbardziej osobistych przeżyciach pisze z niezwykłym wyczuciem i delikatnością. Wyznanie miłosne często opiera na grach lingwistycznych albo pięknej frazie czy lirycznej apostrofie: jesteś perłowa i perlista / rozpięta na obojczykach żebrach kolcach biodrowych / sprężysta jak miąższ nieuchronna jak przypływ. Poetka, w duchu barokowego konceptyzmu, czerpie też z metaforyki religijnej: miłość jest dla niej niczym misterium, pocałunek to komunia, a ciało ukochanej pachnie jak różaniec, trybularz i katedra. Właśnie za pośrednictwem tego ciała może doświadczyć epifanii oraz przeniknąć sacrum.

Jaw jest swego rodzaju dwugłosem, naznaczonym zarówno obecnością podmiotki, jak i adresatki wierszy. Adamowicz w rozmowie z Martyną Szypiło odwoływała się do relacji głównych bohaterek z filmu Portret kobiety w ogniu w reżyserii Céline Sciammy. Proces twórczy, przedstawiony w kinowej produkcji oraz w książce polskiej poetki, opiera się na pełnej napięcia grze spojrzeń. Zaciera się podział na stronę aktywną i bierną, malarkę i modelkę, pisarkę i czytelniczkę, gdyż obie kobiety obserwują się, konfrontują i odbijają swoje wizerunki. Osińska pisze o tym uwikłaniu dwóch tożsamości: „przymierzam nas do siebie szukając lustrzaności”. Znaczący jest fakt, że w ostatnim wierszu podmiotka zastanawia się nad sytuacją przeciwną – co by było, gdyby to jej ukochana komponowała zbiór poezji miłosnej: „powiedz jak pisałabyś tę książkę / gdzie ubrudziłabyś się tuszem”.

W Jawie słyszę nie tylko wyraźną inspirację poezją Rich. Kiedy czytam drugi utwór w tomie, rozpoczynający się od słów być z moją dziewczyną, mimowolnie myślę o sławnym Having a coke with you Franka O’Hary. Erotyki Osińskiej w luźny sposób nawiązują do personistycznej poetyki mówienia o miłości, zgodnie z którą miejsce wiersza jest między dwiema osobami. Pisarstwo Laury dąży do konkretu, wydarza się w teraźniejszości, a zakochanie wpisuje w ramy banału i codzienności. Teksty przyjmują formę szkicowych zapisków, wyimków ze zwykłego życia albo lapidarnych pocztówek z wakacyjnych wyjazdów. Tak jak 21 wierszy miłosnych Rich, utwory polskiej autorki układają się w poetycki cykl o życiu w stałym związku, opartym na partnerstwie, akceptacji i bliskości. Dotyczą stabilnej relacji, gdy już minęło pierwsze zauroczenie, a chęć zrobienia wrażenia przechodzi w chęć zrobienia owsianki. To, co w zmyśl[]zmysł było traktowane jak niemożliwa do zrealizowania fantazja – two women live peacefully in long-term relationship – w Jawie stało się rzeczywistością: „pustostan”, którym było ciało i serce podmiotki po poprzednim rozstaniu, został „ogarnięty”.

W tomie wyraźnie zaznaczona została problematyka formy. Osińska (chociaż przyjęła imię adresatki słynnych sonetów Petrarki) z ironią dystansuje się od męskiego kanonu poezji erotycznej:

myślałam, żeby ubierać historie w sonety:

[…]

a moja dziewczyna jest jak sto razy

te wszystkie średniówki tych soneciarzy,

jak tam, soneciarze, jak zdrowie, jak korzonki.

Autorka wie, że od dyskursu pisania o miłości nie da się odciąć, ale należy go rozszczelniać i modyfikować. Być może dlatego jeden z wierszy w Jawie jest „zamaskowanym” sonetem, w którym regularny podział na kwadryny i tercyny został zaburzony za sprawą dodatkowych komentarzy, ujętych w nawiasach i umieszczonych między strofami. Ten „włoski sonet” nawiązuje do tradycyjnej liryki miłosnej również dzięki zastosowaniu porównania, paralelizmów oraz inwersyjnego szyku zdania: wracam do ciebie, jak Adriatyk słonej, jak Wenecja krętej.

Wzorując się na postawie Rich, Osińska transcenduje niepewną opozycję tego, co prywatne, oraz tego, co polityczne. Chociaż znajdziemy w Jawie odniesienia do niezadowalającej sytuacji społecznej, najistotniejsza jest więź między dwiema kobietami. Niejako z konieczności żyją one w duchowym odosobnieniu od świata, w którym nigdy nikt nie zwracał uwagi. Poetka wyjaśnia koncentrację na osobistym doświadczeniu w utworze otwierającym tom. Blisko jej do twórczości zaangażowanej, ale ma tylko to jedno ciało, jednego żuka w jednym pudełku – czyli jedno serce. Dlatego zamiast manifestu wybiera lirykę konfesyjną. Witalna siła miłości i erotyzmu sama w sobie ma potencjał zdolny odmienić rzeczywistość i uwrażliwić innych na doświadczenie wykraczające poza heteronormatywne schematy: moja dziewczyna jest naraz rewolucją / notatką do rewolucji / przypisem do rewolucji.

Osińska nie nazywa żadnego ze swoich wierszy, zaś w miejscu tytułu umieszcza dwie klamry: { }. Puste nawiasy pojawiały się już w zmyśl[]zmysł jako symbol przemilczenia i tabu. W Jawie funkcjonują raczej jako minimalistyczny idiom, sygnatura autorki. Za sprawą szczeliny, utworzonej z symetrycznych znaków pisarskich, wiersze otwierają się przed czytelnikiem, tak by mógł podglądać to cudze życie – celem tomu jest przecież ujawnienie związku lesbijskiego w społeczeństwie i języku. Mamy do czynienia z wiarygodnym zapisem indywidualnego doświadczenia, któremu poetycka soczewka Osińskiej nadaje onirycznego liryzmu, ale nie ujmuje autentyczności, godząc w wierszach prawdę i zmyślenie. Nie ma tu sprzeczności – wszak spełniona miłość jest jak sen na jawie.

Mira Król

 

.2 zgony na sekundę.

mówiłam: chcę

                         kolorowe koraliki na szprychach

                               i żeby się świeciły jak raspberry disco ball

                                              mam syndrom niespokojnych nóg

                                                                             daleko nie ucieknę

za garażem palą śmieci

                           palą

                                   śmierci

smród taki że nie da się oddychać

gęsty dym hula po synapsach jak halny

       wszyscy mamy tu SAD

       dziewczyny idą na solarium

       chłopaki na siłkę

       na kierownicy stawiam maneki neko

                                              i  bądź zdrów

terapeuta mówi:

                           zamknij oczy i policz do dziesięciu

                                               a ja boję się że się schowa

                                               i go nie znajdę

                muszę wyjść inaczej ktoś zginie

na całym świecie oczekuje się 4,3 urodzeń i 2,0 zgonów na sekundę

wyświetlacz odpala się jak raca

nie widzę ich ale wiem że są

                  z gelato i chata gpt

                                        ja mam pod żebrami śnięte ryby

                                                     na żebrach handpoke żyj teraz

                                                               jak żebrak robię kołyskę z dłoni

                                                                                    i wchodzę w tryb snu

mówiłam:

                               life is not a funny game bitch

                                               neverending rave

                                                                            road

                                                                                       rout

                                                            mówisz: znowu zgubiłem cię w gabinecie luster

                                                                                         to było wtedy

                                                                                                     mówiliśmy jednym

              językiem

podając go z ust do ust

                        nizialiśmy koraliki

byle do jutra

przywołuję ludzi, klientów i szczęście.

tyle znaczy moje imię

maria magdalena

z wieży ryb

                    lew który połknął poskramiacza

                  poskramiacz który połknął lwa

zarzekał się że chce tylko iść z nim na pięści

zmierzyć się

               mierzyć do

namie-

rzyć

                                                                   żyć                                                               

dzwoni mi w uszach

proszę pilnować swojego zwierzątka

bo może zostać odstrzelone

słucham?

halo?

przepraszam nie mogę teraz rozmawiać nagraj się po sygnale

I wtedy przychodzi ta śmieszna wiadomość. Jezus wyrzucił z ciebie siedem złych duchów! I nie wiesz co z nią zrobić. I jesteś Butch Cassidy. Delete. Rzeźnik. Delete. Kradniesz dżinsy. Delete. Kradniesz konie. Delete. Rabujesz pociągi w Grand Junction.

                                                  Delete.

                                                                Po 30 dniach plik zostanie usunięty

                             na zawsze.

a ty przeczytasz mnie mojej śmierci

tylko uwiąż myśli na łańcuchu

język trzymaj za zębami

                                                        palec na spuście

to dziki zachód

inkubator nocy

wczoraj zwierzyna

jutro mięso armatnie

hole in the wall

pif paf

.żywe/martwe.

powiedzieć uwiera

     to

        nie powiedzieć

            nic

                          jak powiedzieć

                                     wszystko

                                                       jeśli

                                               nic i wszystko

                                        to bezkształtne masy

                                         ścierające się na macie

                                       hałas kostki obijającej się o kostkę

i uwiera mnie myśl o

                                uwieraniu

                        ciśnie gryzie obciera

                          targa rwie szczerbi

                                                 i  swędzi jak kiedyś

                                            ból wchodził i wychodził

                                                       porami skóry

                 rytmicznie

                                       drapałam do krwi

                                            żywy strup

                                        na żywym mięsie

A wystarczy położyć dłoń na stygnącej piersi i czekać. Czekać aż wszystko zgaśnie. Ciepło uchodzi jak powietrze z przekłutego balonika. A neony napierdalające światłem ze wszystkich stron sfajczą się i roztrzaskają na miliardy przezroczystych słońc,

które niczym Kajowi szkiełko- wpadną do oka

do serca

do mięsa.

dopiero wtedy na tej suchej ziemi,

po której nie wolno nam chodzić boso,

                                                 wzejdzie cisza

                                       soczysta i słodka jak owoc

                                         wilgotna i dobra jak glina

i znowu zaczniemy się dotykać

                                                 bez lęku

                                           lepić naczynia

                                                                    ciała

                                                            miękkie i ciepłe

Cyprian Hirsch

 

Ten Sezon

 

Jutro stąd wyjdę. Dziś sobie tu leżę i się nie ruszam, bo mi wygodnie, ale mam prawo, bo wychodziłem stąd już wiele razy. Ale jutro wstanę wcześniej i wyjdę stąd, chwytając się opuszkami palców szczerba po szczerbie.

Pamiętam ból zeskrobywanych paznokci, gdy wcześniej zjeżdżałem po tej ścianie.

Wiem, że dużo jest takich dołów z ludźmi w środku. Leżymy sobie wspólnie w dołowej, zbiorowej nieświadomości.

***

Fajnie byłoby usłyszeć jakiś głos, może taty, nawet kosztem jego przekonywań o tym, że jego klub w końcu, po dwudziestu latach, zdobędzie mistrzostwo kraju.

Wiem, jak kolejny raz tu dotarłem. Kilka dni z rzędu nie obudziłem się przed siódmą rano.

Spóźniający się ja to nie ja. Może tamto ja zostało na górze.

***

Trochę za długo tu jestem. Przydałaby się lina. Jeśli nie czyjaś, to chociaż czegoś, jakiegoś stoicyzmu, cynizmu, optymizmu. Izmy też mogą rzucać linę.

***

Mówią, że boli mnie nieposiadanie konkretnych, autentycznych ambicji. Bo myślę, że moje marzenia były jedynie skokami marzeniowymi.

Skoki marzeniowe, co to za określenie. Po prostu chwilowe ekstazy spowodowane specyficznym połączeniem pozytywnych impulsów.

Chwytanie się tych drobnych paramarzeń, jeśli okoliczności były względnie sprzyjające, powodowało utrzymanie się ostatnim sumptem na powierzchni na poziomie zero. I to dużo mówi o świecie. To wszystko, całe to stąpanie ponad dołami jest właśnie tak kruche, jak paramarzenia.

Ale nawet nie marząc niepoprawnie, a marząc racjonalnie, lub w ogóle, można natknąć się na kruchość. I nawet nie wpaść w żaden dół po drodze, a paść na poziomie zero.

Tu w tym dole, jakby nie było, nie jest krucho. Kruche jest wszystko inne.

Po co wracać na powierzchnię tak kruchą, że nieważne, ile razy przeskoczy się dół, można się roztrzaskać na kawałki?

Gdybym usłyszał choćby powitanie kogoś, kogo lubię, poczuł zapach ulubionego dania czy zobaczył skrawek ładnego budynku.

I słyszę.

– Człowiecze, co tam robisz? – dziwi mi się jakiś pan u góry.

Czuję, że nie zna tego uczucia. Nie został zmuszony nigdy do błąkania się po swoich myślach, bo każdej sekundy myśli był świadom siebie i chwili. I teraz pyta mnie, co ja tu robię, tak jakby moje nadmierne myśli były wyrazem jakiejś głębszej głupoty.

– Tam nie jest dobrze, martwię się!

Znam go. Mijał mnie wielokrotnie. Dużo mówił. Nie podejrzewałem go o empatię.

– Wyjdę stąd niedługo. Będzie dobrze – odpowiadam automatycznie, bez przekonania.

Chyba chwilę tam stał i się zastanawiał. Potem poszedł. Ciekawe, czy długo o mnie myślał.

***

Wychodzę. Ale nie sądzę, że na długo.

***

Znów spadłem.

Sypialnia kojarzy mi się z dźwiękiem połączenia przychodzącego na teamsach.

Mamy tu łóżko dwieście na dwieście, dwa stoliki nocne, kufer, biurko z komputerem, skórzane krzesło obrotowe, dużą szafę typu komodor, taboret.

Dzwoni tata.

Opowiada, żebym kiedyś do niego przyjechał, bo musimy się wybrać na mecz. Mówi jak zawsze, że to ten sezon. Z pewnością, odpowiadam, unikając choćby cienia przekąsu w głosie.

Wychodzę na chwilę z dołu i wdrukowuję uśmiech na twarz. Znów skaczę między kraterami.

W salonie odbywa się dzień właściwy, odrębny od dnia sypialnianego. Dobiegają mnie rozmowy wszelakie córko-matczyne.

Ich uśmiech utrzymuje mnie tu, pozwala czasem unieść się nad takim kraterem mimo – wydawałoby się – wciąż działającej grawitacji. Nie słyszę go jednak wiecznie, nie odbija się on echem przez piętnaście godzin, widocznie mam przepełnioną głowę.

Wstyd mi przed własnymi myślami, więc zakopuję je zawczasu. Wstyd goni znów wstyd, gonitwa wstydu. Wstyd przed płaczem, wstyd przed myśleniem. Wstyd przed myśleniem o wstydzie. Wstyd przed samym sobą z niezrozumienia tej całej gonitwy.

***

Piwo, pub, kolega, z którym się nie widziałem pół roku.

Nie pamiętam początków tej rozmowy. Mówi nagle:

– Znajdź mi kogoś, kto rozmawia z kimś tak jak sam ze sobą. Pewnie ty też nie rozmawiasz ze mną tak jak sam ze sobą.

– Wiadomo, że nie.

– Ale chciałoby się, co nie?

Łyk.

– Może i tak, pytanie co by z tego gadania wyszło.

– Pewnie jakieś pieprzenie.

Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale zamilkłem. Łyk.

Mówi:

– Czasem trzeba się ugryźć w język. Chcesz powiedzieć więcej, a nie ma to sensu.

– Tak jak teraz.

Łyk.

Wylewa mi się coś z ust nagle.

– Zbyt ckliwi na cyników, a zbyt cyniczni na romantyków.

– Co?

– A, nic nic. Głośno myślę.

Łyk.

Znowu wylewa się jakaś nieprzygotowana nagła myśl:

– O nas nikt książki ani nawet opowiadania nie napisze. Bo jeden czytelnik by chciał cynika, a drugi romantyka. Nikt takiego pół na pół.

– Mądre, ale obawiam się, że nikt cię nigdzie nie zacytuje.

Łyk. Długi łyk. Cisza, spojrzenie na lewo w poszukiwaniu znajomych.

Rozpoczynam kolejny wątek. Mózg nie nadąża za narządem mowy:

– Mam taką myśl, nie wiem skąd. Nie mogę się znowu doczekać tego poczucia, że mogę wszystko. Znasz to?

Zapada dłuższa cisza. Odpowiada.

– Nie znam.

Dwa łyki.

Kontynuuje.

– Moja złota zasada. Oczekuj nieco więcej, ale zawsze doceniaj to, co masz. Kawa nie wyklucza herbaty. Balans.

Robi pauzę. Mówi dalej:

– Podnosisz cały czas poprzeczkę do góry. Minimalnie, ale podnosisz. Jak się zatrzymasz, to później trudno ruszyć.

Łyk.

Idzie w to, wiedząc od jakiegoś czasu, że jego myśli pozbawione są sensu. Ale rzuca metaforą, która daje mi do myślenia.

– Im bardziej człowiek staje się dachowcem, tym mniej chce mu się wyjść na ogródek, a im bardziej jest dziki, tym trudniej mu się osiedlić.

– Tak. Balans – odpowiadam bez przekąsu.

Przestał już mówić. Stwierdziłem, że pewnie właśnie dlatego.

***

Dzwoni tata jednego z tych późnojesiennych dni, w które się siedzi cały czas w domu.

No cześć młody, w końcu się słyszymy, nie piszesz nic, nie dzwonisz, jak tam, zdrowy? Laura to wiem, rozmawiałem z nią, często pisze, dobra wnuczka z niej.

A fakt, cześć tato, tak jakoś, wybacz zapracowany jestem, zdrowy, zdrowy. No tak, jak to mówi Tomek, trzeba napierdalać, cytuje szwagra tata. Odpowiadam, że szwagier zawsze w samo sedno.

A powiedz mi, bo matka pyta, kiedy przyjedziecie.

Myślę. Zapomniałem. Laura prosiła, żeby się wybrać któregoś dnia do dziadków. Kompletnie zapomniałem, ale tego nie mówię.

Po chwili odpowiadam tacie, że nie ustaliliśmy, ustalimy, damy znać

Nowy temat.

Pyta czy oglądałem mecz.

Ledwo mówię, że nie, a już słyszę kolejne zdanie, tak jakby moja odpowiedź nie miała żadnego znaczenia. Ale w gruncie rzeczy mnie to bawi.

Rozwalili ich, po prostu rozwalili, czuję, że to ten sezon, obejrzyj skrót, jest na jutubie. Obejrzę, odpowiadam. To dawaj znać, trzymajcie się i zadzwoń czasem do starego ojca.

***

Jednego z tych jesiennych dni wychodzę z sypialni, zabieram rower.

Na wstrzymanym wdechu zmuszam się do jazdy. Boję się, że jak wypuszczę oddech, to mi się odechce.

Mijam drzewa. Teraz sosnę, która wygląda jak tysiąc wcześniej już przeze mnie miniętych, ale jestem pewien, że nigdy jej nie widziałem, bo przyjeżdżam tędy pierwszy raz w życiu.

Może to ten sezon.

Zakaz gry w piłkę na osiedlu

 

Litery w nazwie mojego miasta nie były ani najczęściej, ani najrzadziej występującymi literami w języku polskim. Mułuj był przeciętny nawet z nazwy. Szerokość geograficzna 52°06′52.21″ na północ i 19°25′24.82″ na wschód. Średnio wysokie bloki, średnia liczba mieszkańców, średnie bezrobocie. Knajpy średnie, restauracje średnie, kluby średnie.

Co wtedy się robiło? Dobre pytanie. Strzelało do czasu pistoletem na kulki.

Było świecenie laserami takimi małymi, które po prostu świeciły skupionym światłem. Podobno nie można było świecić nimi w oczy, bo groziło to utratą wzroku.

Było stawanie w tunelu zjeżdżalni wodnej i obijanie nóg stawaczom. Raz ktoś mnie tak obił, że upadłem na brodę z łoskotem i poczułem, jakby mi krew z uszu leciała, a szczęka wypadła z zawiasów.

Było rzucanie się mułem z jeziora. Raz dostałem nim prosto w oko. Wyjmowałem ten muł przez następne cztery godziny. Myślałem, że stracę oko.

Miałem łóżko piętrowe. Czasem zeskakiwaliśmy z niego z kolegami. Raz Karol po zeskoku akurat wylądował na skraju dywanu, poślizgnął się i wylądował przodem głowy na parkiecie. Stracił przytomność na pięć minut.

Innym razem, też Karol, kiwał się na murku tak, że przechylił się za bardzo w tył i rozbił sobie głowę o kant cegły.

Karol miał tak twardy łeb, że później jak się bił, to walił czasem z byka w klatkę piersiową, jak Zidane w 2006. Później został nawet piłkarzem. Miał metr siedemdziesiąt w kapeluszu, a przez jakiś czas grał jako napastnik w czwartej lidze. Wsadzał głowę tam, gdzie niektórzy bali się wsadzać nogi.

Obijaliśmy podbalkonie parteru, które w rzeczywistości było ścianą zewnętrzną piwnicy.

W dzisiejszych czasach deweloperzy zrobiliby tam suterenę. Nawet dzisiaj, dwadzieścia lat później widać tam ślady po podrabianej piłce, która miała udawać Roteiro,

Było to na dziedzińcu bloków, takich już nie robią. Osiedle z lat dziewięćdziesiątych. Trawa, wierzba, trzy olchy, pośrodku krąg krzewów.

Później graliśmy małą piłką, tak zwaną trójką, na parkingu, albo w przypadku braku sił mentalnych i witalnych, na tak zwanych ławkach. Jedna osoba stała i musiała trafić w przestrzeń pod ławką, między jej betonowymi słupkami. Druga osoba siedziała na ławce i broniła tej przestrzeni między słupkami.

Mieszkał w naszym bloku taki jeden najbardziej odwalający kolega, którego każdy kiedyś miał. Dziś zdecydowanie dostałby diagnozę zespołu nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi.

Często z nudów wchodził na będący wejściem do bloku wiatrołap, którego cała dachówka była ogówniona gównem ptaków, tynk odlatywał od ściany, a na chropowatym kloszu lampy wylegiwało się robactwo. Wszyscy się brzydzili tego miejsca, a on miał to gdzieś.

Innym razem widziałem go na dachu bloku, albo tańczącego breakdance na kawałku linoleum rozwiniętym na chodniku.

Raz, kiedy graliśmy w piłkę na ławkach, przechodził obok nas Buda, postrach młodszonastoletniego Mułuja. Świadomego, ale nie do końca. Podobno był w stanie zbić młodziaka, jak widział, że ten na niego spojrzał, choćby ukradkiem.

Pochodził z wielodzietnej rodziny, miał lat czternaście i ziemistą karnację. Jak widziało się go z braćmi na otwartym basenie, lepiej było się zawczasu zwinąć. Przynajmniej tak wszyscy myśleli. Mojemu koledze raz wyrwał portfel ze wszystkimi kieszonkowymi.

No ale ten Buda akurat nas mijał i nie było gdzie uciec. Wzrok w dół.

Zrobiłem to chyba za późno.

Ścisnął mi się żołądek. Słyszałem tylko:

– Co się gapisz? Ty, młody!

Bałem się najgorszego. Nigdy z nikim się nie biłem.

I akurat z klatki schodowej wychodził Klopek, ten z zespołem nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi. Nie był typem kumpla-starszego brata, co obroni przed starszymi typami, ani gościa, na którego wiesz, że możesz liczyć. Bardziej to był typ starszego kuzyna, z którym w ogóle nie gadasz i przez całe życie pamiętasz go z takiej jednej sytuacji, w której ci pomógł.

Zauważył, że Buda nade mną stoi, więc podszedł, zagarnął bez słowa piłkę nogą, dając sygnał, że chce z nami zagrać. I Buda jak rażony piorunem po prostu sobie poszedł. Wtedy pomyślałem, że pewnie Klopek był w gimnazjum bardzo poważany, a dzisiaj mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że moja wyobraźnia zaszła za daleko. Buda chciał mnie tylko nastraszyć. A tamtemu koledze niedługo później zwrócił ten portfel w nienaruszonym stanie fizycznym i finansowym.

A Klopek? Zwykły gość. W naszym wieku był pewnie taki sam jak my. A że wtedy, w tej sytuacji z Budą był starszy od nas i od samego Budy, do tego pozbawiony baśniowego widzenia świata z Budą w roli złego charakteru, pewnie nie było mu trudno zareagować. Może nawet nie wiedział, że robi coś dla mnie w tamtej chwili ważnego.

Co jeszcze pamiętam?

Jak raz na balkonie Karola z innym dzieciakami z klatki, maczałem właśnie śląską w zielonym keczupie. Trawa pod balkonem była odciśnięta od namiotów, a wszędzie jako żywe rosły drzewa.

Na co bądź występujące badyle sadzonek ktoś wkładał butelki po tymbarkach. Niektórzy łapali chrabąszcze do słoików, a wszyscy zajadali się bezami z pobliskiej piekarni za pięćdziesiąt groszy. Zrzęda wypalał napisy na murku za pomocą lupy z grubą soczewką.

Po tym lecie już było inaczej.

Karol wylądował w szpitalu, robili mu jakiś zabieg. Opowiadał nam, że po zabiegu leżał w łóżku z cewnikiem i nie rozmawiał z żadnym dzieckiem. Udawał, że śpi. Pytaliśmy, jakie to uczucie. Mówił, że dziwne, jakby cały czas się chciało, ale nie mogło wysikać. Później jakiś chłopiec go spytał, co to za woreczek, to mu odpowiedział, że na siki, już się nie odezwał, miał spokój.

Opowiadał, że bardzo go bolało. Najpierw podczas zdejmowania wenflonu, a potem podczas wyjmowania cewnika.

Mówił też, że podczas wyciągania cewnika na sali z lekarzem były jeszcze dwie stażystki-pielęgniarki, a jedna z nich taka ładna, że Karol zmuszał się, aby nie zesztywnieć tam na dole. Po chwili obrzydzenia wszyscy się śmialiśmy.

Jak wrócił ze szpitala było jakoś inaczej.

Zauważyliśmy, że nie mamy już gdzie grać w nogę, bo wszędzie były tablice „Zakaz gry w piłkę na osiedlu”.

Tata, pierwszy raz odkąd pamiętam, przyszedł pijany do domu.

Klopek zainstalował u nas w bloku internet radiowy.

Nigdy potem nie słyszałem, żeby ktoś sobie roztrzaskał łeb albo prawie stracił oko.

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Natalia Kostecka – studentka filologii polskiej na specjalności krytycznoliterackiej na Uniwersytecie Wrocławskim, miłośniczka kina i literatury pięknej. Publikowała w „artPapierze”.

Agnieszka Sokołowska – studiuje sztukę przekładu oraz prawo na Uniwersytecie Wrocławskim. Publikowała teksty krytycznoliterackie w „Odrze”, „Soberze Polskim”, „Zakładzie”. Lubi poezję i góry. Mieszka we Wrocławiu.

Mira Król – osoba pisząca, urodzona. Mieszka na mazowieckiej wsi. Publikowała w „Migotaniach”, „Afroncie”, „Drobiazgach”, „Stronie czynnej”, „Helikopterze”, „Szajn”, „Składce”, „Trytytce”, „Zakładzie”, w „Pocztówkach literackich Karola Maliszewskiego”, „Tlenie literackim”. Gdy ktoś pyta, co aktualnie robi, odpowiada: Szwendam się. Na deficyt zieleni poleca: pola, łąki, lasy i rower.

Cyprian Hirsch – twórca poezji i prozy z doświadczeniami dziennikarskimi, okazjonalny biegacz, jednokrotny półmaratończyk.

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:

Jakub Famulski, Kamil Figas

Kontakt: osmy.arkusz.odra@gmail.com

8 ARKUSZ. 12/2025

Słowa pobierane z ziemi

 

Zostało mi niewiele znaków, streszczam się, bo wiersze są ważniejsze; nawet gdy niedoskonałe, są lepsze od gadania o nich. Mają to coś – za każdym razem inne. Nie chodzi o temat, raczej o sposób pobierania słów z życia. Nawet gdy doświadczenie wyimaginowane, to słychać kogoś, kto obstaje za swoją prawdą. Znaki mi się kończą, poczucie prawdy zostaje. Wszystkim korespondentom dziękuję za ten rok. Chwilami człowiek jest zmęczony, ale potem się cieszy.

Karol Maliszewski

 

 

 

Barbara Bajor        

 

Jutrznia

 

Pierwszy oddech otworzył moje żebra

jak okiennice. Ale nie otworzył

moich warg. Wahadło słońca

kołysze się nad miastem

i nie jest jeszcze za późno

Nie powiedziałam ostatniego słowa

ni pierwszego

A moje ciało przez chwilę jest wieczne

Tak, jakby było jeszcze przed wygnaniem,

przed listkiem figowym

Dachy pod śniegiem jak meble przykryte

prześcieradłami w opuszczonym domu

Może to tylko na czas przeprowadzki?

To dobry moment, by puścić w niepamięć

tatuaż z literówką,

wiersz z wadą wymowy,

owoc z pieczątką linii papilarnych

Ślady na śniegu dowodzą, że jestem

Ktoś mówił mi, że to wystarczy

 

 

Grzegorz Borowiec

 

Niedozatrzymania

 

Wspinam się po cegłach mokrych

rękami zrobionymi z mchu

zacinam się rozrywam

rozpadam przy każdym stopniu

 

Wyrzucam słabości

część zaopatrzenia i nazbierany pył

tam na górze przecież jest potrzebne

tylko nic

 

Biję w deski w ziemię

w nagromadzone kwiaty

i krzyż bez krwi

bez kości wychodzę

 

 

Martyna Antonina Cicha

 

Gałęzią

 

Pasłam smutne osły na obrazach,

przesmykiwałam się szeptem przez

popękane oddechy vermeerów.

Jadłam suche okowy, trociny rzeczy.

Szłam i spadałam, wpadłam swojemu

chodzeniu pod pięty,

sepleniące

kamienie zbutwiały.

Wszystko to po to,

by zakopać twoje imię

w nieznanym,

między podczerwienią

a nadfioletem,

w naderwanej kontynuacji znanego.

 

 

Katarzyna Dominik

 

Oko

 

Niebo zwisa

z zardzewiałego świtu,

korona jesiennego deszczu.

 

Niweczeje wieża z cegieł.

Kruszy się

ciężka od milczenia

Wrota

ukazują twarz.

 

Widzi

 

ostro,

na wskroś to tu i to tam.

Szuka,

czy tylko zadaje pytania,

które nie mają treści?

 

Budowla drży.

Ona nie drgnie.

Jest granicą,

dziurką od klucza prowadzącą donikąd.

 

 

Jakub Fornagiel

 

***

 

Język odzyskał kolor

Nie nosi znamion blizn

Nawet draśnięcia

Po ataku

Tyle że to przez brak słów

Oczy łypią zewsząd

Codzienne czynności zyskały rangę questów

Napycham uszy ciągami liter

przyspieszyła kukułka wraz z dźwiękiem

Nie odczuwam prędkości światła

Bo patrzę nie widząc niczego

Wprost przed siebie

Z głupim uśmiechem

Jak figurka z kiwającą głową

Ściszonym głosem

Próbuję złożyć puzzle

Gdy notorycznie uciszano mnie w Polsce

Tu mi wpychają w usta słowa

I nieustannie zmuszają by je wypluwać

 

 

Tomasz Gos

 

Jad

Z prostokątnej szybki
w twojej dłoni
sączą się gigabajty jadu.
Sztuczna inteligencja
prowadzi cię na świętą wojnę
z nieistniejącym wrogiem.
Zalogowałeś się do świata,
którego nie ma.
Prawda jest bez znaczenia.
Tajpan pustynny zdycha w kałuży
z ludzkiej śliny.

Honor.

Horror.

Error.

 

 

Natalia Górecka

 

Złodzieje traw

 

Przyszli, pod sam dom przyszli.

I las ogromnieje. Dotyka murów. Wchodzi w okna.

W przedświcie kiedy niebo pęcznieje jeszcze gwiazdami.

Psy pozostały ciche. Polują w konstelacji Artemidy.

Czujne, złapały trop.

Pomiędzy bezdechami ziemia i liście, mech i ciepły, pulsujący zapach.

Umyka w życie, a ziemia je wykarmi.

I nie będzie wiedzieć, że w tym dniu nie umarło.

 

A oni sierpami rżną strumienie powietrza, a ciała uginają się jak kłosy.

Było w nich ziarno. Wyda plony.

Drobne nitki chłodu wiążą w supły oddech.

Kolory będą niedługo słać się posłusznie na skrzyżowaniu nieba i ziemi.

Z oka Opatrzności zacznie się sączyć czerwienią i purpurą.

Horyzont zajmie się ogniem i pożre ciemność.

 

Psy już nie śpią. Wracają znużone w bezczynność dnia na łańcuchu.

Las odstępuje, kurcząc się pod spojrzeniem, a nie ma przy tym dźwięku.

Płynną miedzią zalane łąki zastygają tuż przed stopami.

Silne ręce wiążą snopki.

Ujdą cało. Uniosą. Złodzieje traw.

I nie będą wiedzieć, że w tym dniu, nie umarli.

 

 

Natalia Grudzień

 

***

 

Będziemy się kochać

w mikrokawalerce

na ziemi

 

na łóżku nie będzie miejsca

ledwo zmieści się tam twój pies

 

zanim mnie rozbierzesz

potkniesz się trzy razy

o suszarkę na ubrania

zwalisz kubek z wodą

krzykniesz kurwa

 

i wyjdziesz

po wszystkim

 

pan polityk

napisze na x

że rodzi się za mało dzieci

wszyscy chcą mieć psa

 

a przecież twój bursztyn

wcale nam nie przeszkadzał

 

 

Beata Gruszecka-Małek

 

Komukolwiek

 

Kimkolwiek jesteś, ja też jestem

kimkolwiek. I nie mogę zrozumieć,

czemu nie mogliśmy się spotkać,

jeśli jesteśmy w tym tacy podobni.

 

 

Karolina Hofman

 

czterolistny

 

kot mi umarł w tamtym tygodniu

od kilku dni rozkłada się na betonowym

wyłożonym sztuczną trawką balkonie

najchętniej wsadziłabym go

do zamrażarki i wypchała

zawieszona na kółku od klucza tylna łapka

kto mi będzie zabijał pająki

miał mnie zjadać po kawałku

 

 

Daria Juskowiak

 

Po terminie

 

Ofiary z czwartego roku wojny,

to już nie te, nie te, co z pierwszego.

 

Tak, to jest straszne, ale.

Tak, trzeba współczuć, ale.

 

Ofiary z czwartego roku wojny

muszą przyjąć do wiadomości:

 

że mecz, że wybory, że pogoda,

że jeszcze nasz kraj, że ileż można.

 

 

Dagmara Kacperowska

 

reszty nie trzeba

 

wszyscy jesteśmy tylko trochę

i na chwilę.

w pośpiechu rozmieniamy się

na wszelkie możliwe apki i zdrapki,

których nazwy brzmią równie dekadencko,

jak kredyt hipoteczny, czy konsolidacyjny

(choć podobno ktoś miał na myśli

zrównoważony rozwój dla niezrównoważonych).

w pośpiechu mijamy się, nadajemy dzieciom

imiona i pozwalamy im zjeść

ostatnią mrożonkę.

aż może ktoś w końcu zapragnie

stać się prawdziwym człowiekiem

i jak Chrystus zawołać z dachu wieżowca:

keep the change,

brachu!

 

 

Monika Karbowniczek

 

Oni

 

Bez niego nie będzie
czekać, by światło
zmieniło się na zielone.
Rytm odmierza serce.
Rzepak kwitnie na żółto,
skoszona trawa pachnie
utraconym życiem.
Mały domek
ma kształt pudełka.
Można zaszyć się w nim
grubą, ciepłą nicią.
Idealnie na zimę.
Oplatają swe serca
słowami,
dotykają umysłów.

 

 

Agata Lopez Kornacka

 

broszka

 

nauczyłem się na pamięć

czego miałem się nauczyć

 

wyobrażenie ostatniej wojny

noszę teraz w jednym palcu

 

nigdy nie piszę kto wygrał

a kto nadaje się na broszkę

 

w donicach ulepionych

z własnego żebra

uprawiam hegemonię

 

wierzę w urzekanie roślin

i słowa pobierane z ziemi

 

 

Beata Mączka

 

Ciemność

 

(Do L.G.)

 

mówi, że przyszła na świat by pokochać ciemność

poetki też prężą muskuły

słowami wypychają stanik

Przychodzimy tu z nagą misją

nikt nas nie pyta o zdanie

krytycy skreślają nam sensy

redaktorzy łagodzą łuki

Piszę, skoro przyszłam

piszę, więc jestem

piszę, żeby nie być

akapitem

marginesem

przypisem do ciemności

 

 

Matt Mordarski

 

bezdomność

 

pachnie

starą szopą
zagrzybiałym dworcem
bezokiennym pustostanem
obsikaną wiatą przystankową

przysypia okryta zawilgłymi kartonami

oddycha denaturatem

opala się na ławce w parku

chowa dłonie w przydługi rękaw
nigdy się nie spieszy
nocą liczy gwiazdy odbijające się od szyb budynków

czasami w jej stronę

rzuca się drobne, czasami soczyste spierdalaj

 

nie ma imienia, meldunku

nie ma ojca ani matki

 

żyje na krawędzi chodnika
na dnie puszki dwunastoprocentowego foxa

w stop-klatce ulicznego monitoringu

 

kłaniają się jej tylko ulice miasta

ponoć to przypadek ją tu przygnał

 

 

Fatima Musahi

 

Tysiąc deszczowych dni

 

poza mglistą krawędzią smutku

syreny w cardiff wciąż żałośnie wyją

 

blade lampiony na wietrze

kołysze tysiąc deszczowych dni

wraz z twoim przypływem

nabieram skłonności do

kołysania się razem z nimi

 

skrzą się w matowych

oczach topielców rybie łuski

wraz z twoim przypływem

nabieram skłonności do

pływania razem z nimi

 

poza mglistą krawędzią smutku

syreny w cardiff wciąż żałośnie wyją

 

prawdę powiedziawszy

nabieram skłonności do

wycia razem z nimi

 

 

Kamil Pilichiewicz

 

Smuga

 

Tym razem nie zastyga zlepiony z gazetą

zgarbiony w podkoszulku w binoklach

z uszami słonia

Tym razem trzęsąc zwisającą z ramienia

galaretą glansuje uparcie okienny tryptyk

aby nie było tych cholernych smug

aby do środka wpadało więcej słońc

śmiejących się gęb łusek deszczu

ołowianych żołnierzyków

i gazeta bardziej czytelna

żeby była

żeby była

 

 

Joanna Wicherkiewicz

 

trudno oszacować kiedy

 

staliśmy się stadem drobiu

z wolnego wybiegu

materiałem badawczym
mięsnym wkładem

w struktury świata

 

gdakaliśmy w narzucony

wyuczony sposób

ko ko ko – koniecznie

ko ko ko – komfortowo

ko ko ko – kolektywnie

aż do makabrycznego

ko ko ko końca

z ko ko ko korzyścią dla matki ziemi

 

pewnego dnia potwierdzono

pierwsze od dawien dawna ognisko rzekomego pomoru

konieczna była likwidacja miliardowego stada

 

 

Anna Wąsowicz

 

język

 

mówię ci o matce i o rebecce i o noemi i o miriam

mówię ci o miriam o noemi o rebece i o matce

mówię bo język jest jak snop światła w Jeruszalaim

tuż po świcie. nocą. kiedy zamknięto mi usta

i cała pamięć stała się czarnym mlekiem poranka które piłem

co dzień i co noc i w świątyni i w kazamatach i nawet

ty jedna o mnie zapomniałaś

w azylu żyłem

w szczelnie zamkniętej kuli pamięci

z roszadą ale nie życia już a śmierci

z bogiem utkwionym w źrenicy oka

w testamencie chciałem zapisać niebo dla jednej

pindy.

 

 

 

8 ARKUSZ. 11/2025

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

POEZ(YA)

Rynek książki od lat opanowuje literatura Young Adult. Choć narracje o dojrzewaniu, romanse dla nastolatek_tków, opowieści o problemach czasu adolescencji były zawsze obecne w literaturze, to za sprawą bookmediów i bookfluencingu w ostatnich latach biją rekordy sprzedaży. Poezja tymczasem wydaje się nie pozostawać obojętna na tendencje, które uobecniają się w mainstreamowej prozie. Czy możemy zatem mówić o poezji Young Adult? Czy taki nurt mógłby się pojawić, a może już jest obecny w młodej polskiej poezji? Zapytaliśmy o to w ankiecie: Alicję Bagińską, Michała Kozę, Mateusza Mazura i Emilię Konwerską, a szkice o książkach Oli Lewandowskiej i Anouk Herman napisały Weronika Pastwa i Agata Puwalska. Na koniec, już poza tematem numeru, przedstawiamy najnowszy zestaw wierszy Łukasza Krajewskiego.

Redakcja Ósmego Arkusza

Ilustracja Paweł Król

ANKIETA ÓSMEGO ARKUSZA

 

 POEZJA YOUNG ADULT

  1. Czy można mówić o poezji Young Adult oraz jakie mogłyby być jej wyróżniki?
  2. Skąd może wynikać potrzeba odwoływania się do konwencji YA? Czy w ostatnich latach w poezji można zaobserwować zmiany w podejmowaniu wątków związanych z problematyką adolescencji?

 

Michał Koza

  1. Oczywiście to zależy, a problem jest złożony :> Wydaje mi się, że w szerszym poetyckim obiegu książkowo-wydawniczym w Polsce to dzisiaj mało użyteczne określenie. Kategoria Young Adult w świecie prozy opisuje nie tylko typ doświadczenia, do jakiego się odwołuje (i związaną z tym mniej lub bardziej dookreśloną cezurę wiekową), ale raczej wycinek pola literackiego, zakładający istnienie żwawych, intensywnych kanałów komunikacji oraz obopólnego zaangażowania w nie autorów i publiczności. Tylko w takiej postaci i w takim układzie widzę sens odróżniania jej od „młodej twórczości” albo „literatury młodzieżowej” jako ukierunkowanej na odbiór adolescenckich podmiotów, bohaterów, tematów, treści i przesłań przez czytelników, ale już nie na ich podmiotowe działanie i rezonans w przestrzeni komunikacyjnej.

W przypadku poezji, ze względu na wiele uwarunkowań historycznych i systemowych zaniedbań (zniechęcających do poezji w ogóle), o wiele łatwiej o taki układ twórczości i zaangażowania poza obiegiem książkowym, w towarzyskim, koleżeńskim albo socialmedialnym wymiarze. Najświetniejsze czasy Rupi Kaur i poetyckiego Instagrama wprawdzie już minęły, ale jego rolę skutecznie przejął TikTok, gdzie konta publikujące wiersze rzeczywiście potrafią zdobywać miłość młodych ludzi, uzyskując dziesiątki albo nawet setki tysięcy odsłon (warto rzucić okiem pod kątem zaangażowania na przykład na wiersz Nastolatki z konta @szalonatrucizna). Pojawia się tutaj jednak kolejna zasadnicza różnica w stosunku do prozy, utrudniająca potencjalny rozwój poezji YA: o ile zdolność powieści do oddawania problemów i fantazji interesujących i lubianych przez młodzież, a nie sprowadzających się do autobiografizmu, jest czymś szeroko znanym i zrozumiałym (wszak najbardziej znane serie YA to czysta fikcja, bez pozorowania zakorzenienia w życiorysie), to w przypadku poezji powszechniejszy jest stereotyp wiersza jako egzaltowanego wylewu stosunkowo wąskiego wachlarza osobistych uczuć, a w najlepszym razie doświadczeń pokoleniowych.

Z bardziej analogowych, spokenwordowych zjawisk potencjalnie wchodzących w zakres poezji YA przychodzi mi natomiast do głowy Szlam poetycki, wydarzenie ze wszech miar kameralne. Uczestniczą w nim młodzi, chociaż nie ci naj-najmłodsi ludzie (skoro już „angielszczymy” – new adults?) spotykający się w Pięknym Psie na krakowskim Kazimierzu. Przy omawianiu poezji dominuje tam skupienie na tematach i aurze emocjonalnej wierszy (co ma oczywiście swoje ograniczenia i mankamenty), często obracających się wokół wychodzenia z nastoletniości i wchodzenia w dorosłość. Rzeczywiście rozmowa od poezji przechodzi tam do kwestii życiowych i z powrotem, toczą się dyskusje i egzystencjalne rozkminy, a w takim dość intensywnym, rezonującym układzie mówienie o poezji Young Adult wydaje mi się już bardziej uprawnione. Tak jak przełomowe powieści YA miały swój początek w dyskusjach z czytelnikami na Wattpadzie (oczywiście dzisiaj to znacznie bardziej uregulowane przez komercję zjawisko), tak do wiersza, by zasłużył na to miano przy publikacji w szerokim obiegu, warto byłoby w pakiecie dorzucić uprzednio zaangażowane w niego grono młodych dorosłych. Zresztą na tym opierają swoją strategię wydawnictwa w prozie.

  1. Zmianą jest na pewno rosnąca popularność tego trendu – i samej refleksji nad kategorią, o której użyteczność coraz częściej pytamy, a która dzisiaj wydaje się oczywistym składnikiem życia literackiego, chociaż umościła sobie w nim miejsce stosunkowo niedawno. Wydawcy poezji pewnie tęsknie patrzą na wyniki finansowe prozy YA oraz oglądalność tiktokowych wierszy, podobnie jak być może życzyliby sobie, by któraś z osób u nich wydających została tak publicznie zaetykietowana – to ciśnienie ze strony innych obiegów, gdzie YA skutecznie się zaszczepiło, będzie rosło. Jednak w przypadku samych książek poetyckich określenie „Young Adult” póki co tylko promocyjnie markowałoby w polskich warunkach nowość, bo fakt wydania takiego tomu nie tworzy jakiejś intensywnej sytuacji komunikacyjnej, nie zbiera czytelników (nawet na zasadzie wspólnoty doświadczenia) wokół problemów związanych z dojrzewaniem. Co nie znaczy, że nie mamy poetów młodzieżowych – tych nie brakuje, a młodym ludziom niezmiennie zdarza się wybierać wiersz jako formę wypowiedzenia o sobie i o świecie, co na przykład udowadniała przez lata popularność Ogólnopolskiego Konkursu Młodej Poezji w Krakowie.

Ale to nic nowego. Podobnie jak niezbyt szczęśliwa, ale wspierana przez emocjonalny kapitalizm izolacja tego, co młodzieżowe, nastoletnie, od tego, co krytycznie wykracza poza walor ekspresji jednostkowego przeżycia. Myślę, że warto jednak wspierać, gdzie się da, przekraczanie tak rozumianego autobiografizmu, i powalczyć o możliwość krytycznego namysłu nad swoim pisaniem, możliwościami języka, by młodzi ludzie tworzyli lepsze wiersze i mieli z tej praco-zabawo-gry jeszcze więcej satysfakcji, nadając jej również jeszcze więcej sensu. Dlatego ogromnie doceniam na przykład, że właśnie na TikToku na rzecz rozpraszania obaw przed profesjonalizacją artystycznego warsztatu działa Sonia Nowacka – a może da się takie działania nawet nazwać youngadultową krytyką?

Najbardziej uchwytną w obiegu książkowym zmianą aktualizującą to, co w literaturze i twórczości najlepsze, jest moim zdaniem wzięcie realności zjawiska Young Adult na serio wraz z towarzyszącymi temu nurtowi konwencjami, schematami – i zajęcie się nimi jako konwencjami właśnie, na zasadzie materiału do obróbki, do skrytykowania, do rozwinięcia, zabawy, dekonstrukcji, prześwietlenia lub rozebrania na części pierwsze. Czasami to się dzieje: tym tropem prowadzi nas niekiedy Anna Adamowicz jako Laura Osińska, tym również w niektórych swoich wierszach zajmuje się Anouk Herman (znaczące, że nawet u niego etykieta Young Adult najczęściej pojawia się w związku z prozą). Nawet jeśli nie mamy poezji YA w szerokim obiegu artystyczno-krytycznym, to sam trend jako taki wciąż może stać się materiałem poetyckiej twórczości.

 

Alicja Bagińska

  1. Myślę, że można by było mówić o poezji Young Adult, ale w innym znaczeniu niż w kontekście prozy. Trudno na przykład wyobrazić sobie tom poetycki targetowany na odbiorców w wieku 12–18 lat, konstruowany na podstawie trendów i badań zainteresowań grupy docelowej. Dzięki względnej niepopularności poezji, rynkowe sukcesy i patologie odnotowywane w prozie YA raczej jej nie grożą. Może w ogóle próżno szukać poezji YA w książkach, a nawet czasopismach? Poezja będąca najbliżej gatunku YA wydarza się bowiem poza głównym obiegiem, wszędzie tam, gdzie oddolnie zawiązują się małe społeczności nastolatków piszących i czytających wiersze. Kilka lat temu (kiedy sama byłam nastolatką i ochoczo brałam w tym wszystkim udział) przestrzenią dzielenia się wierszami był Instagram, teraz podobne rzeczy dzieją się na TikToku, na slamach i open micach. Tej instagramowej/tiktokowej/slamowej poezji można oczywiście wiele zarzucić, ale często jest ona pierwszym przystankiem na poetyckiej drodze i warto ją za to doceniać.
  2. 2. W ostatnich latach pojawiło się kilka głosów poetyckich, które w większym lub mniejszym stopniu skupiają się właśnie na opisywaniu doświadczeń z okresu dojrzewania, warto wymienić chociażby right into pod tramwaj Anouk Herman i Jesteśmy pierwszą ciemnością tego lata Oli Lewandowskiej. Sądzę też, że dla wielu poetów adolescencja staje się perspektywą patrzenia w wierszu, sposobem na wyostrzanie wyobraźni i ekspresję poczucia nieprzystawalności do świata – jest tak na przykład u poetów Iglicy.

Mateusz Mazur

  1. 1. Czy poezja YA istnieje? Myślę, że tak. Dowody? Po pierwsze, wystarczy spojrzeć na poetycki sektor self-publishingu. To właśnie w tym nieoficjalnym obiegu najobficiej rozwija się poezja YA, która w żadnej mierze nie dociera do głównego obiegu krytycznego. Stąd o wielu tomach, które można by łatwo zaklasyfikować do tej kategorii, nikt z nas nigdy nawet nie słyszał i pewnie nie usłyszy. Trudno się temu dziwić, jeśli polska krytyka literacka nie sięga nawet po prozatorskie YA, więc jak miałaby dotrzeć do trudno dostępnej poezji publikowanej nieoficjalnymi kanałami dystrybucji? Niech ta odpowiedź na ankietę będzie również apelem o zajęcie się tym pustym polem polskiej literatury. Krytycy i krytyczki, zaczerniajcie papier o prozatorskim i poetyckim YA. Po drugie, nawet krótkotrwała obecność na slamach i innego rodzaju tego typu spotkaniach poetyckich czy szybki przegląd efemerycznych zinów tylko anegdotycznie może potwierdzić rosnącą popularność poezji Young Adult. Po trzecie poezja YA pojawiła się również w oficjalnym polu poetyckim. Pierwszymi jaskółkami tego zjawiska w głównym obiegu poezji pozostaje dla mnie poezja Anouk Herman, Oli Lewandowskiej-Ferenc, Kingi Skwiry, Adrianny Olejarki czy debiut z tego roku Karoliny Czarneckiej. To wyliczenie ujawnia już istotną cechę poezji YA – szeroko pojętą dziewczyńskość, również z domieszką queerową. Większe problemy z zaklasyfikowaniem do takiej kategorii miałbym z ostatnimi przykładami poezji ,,chłopackiej” (Jakub Grabiak, Alan Skóra). W tym momencie nie przychodzi mi do głowy żadna ,,chłopacka” próba poezji YA. Skąd takie genderowe zróżnicowanie? Sama proza YA pozostaje zdominowana przez perspektywę dziewczyńskości, w tym tej queerowej. Tym samym konwencja YA w samym swoim DNA posiada perspektywę dziewczęco-queerową.

Teraz najtrudniejsza zagwozdka – czym jeszcze miałaby się cechować ta tajemnicza kategoria? Na pewno daleki byłbym od traktowania poezji Young Adults jako objawu nowego pokolenia poetyckiego. Trafniejsze wydaje mi się traktowanie tej kategorii jako pewnego kostiumu literackiego czy obecności pewnych rekwizytów w poezji, które odsyłają do pewnych schematów literackich czy filmowych. Jakie byłyby jej wyróżniki? Tematyzowanie cielesności, poetyka drogi, sięganie do erotycznej/melodramatycznej konwencji, nowohumanistyczne inspiracje (queerowy feminizm, ekofeminizm), problematyzowanie dziewczyńskości, traumy i przemocy, komunikatywność, poetyka konfesyjna (choć tutaj pojawiają się próby wykroczenia poza np. u Oli Lewandowskiej Ferenc czy Anouk Herman). Co ciekawe poezja YA zdaje się najczęściej mocniej artystycznie opracowywać (zaprzęgając je nawet w awangardowy eksperyment) i podbijać stawkę konwencji wyciągniętych z prozy, uciekając od jej największych grzechów: romantyzacji czy banalizacji przemocy.

PS: Ważne dopowiedzenie dla likwidatorów poezji YA, którzy na pewno się pojawią (zachęcam do pokłócenia się!) – poezja YA w Polsce, jeśli już istnieje, a uznajmy, że tak właśnie się dzieje, występuje obecnie jako zjawisko inicjalne. Czy to chwilowy trend literacki, czy początek szerszego nurtu? Na to pytanie odpowiedzą historycy z 2050 roku. Notabene – wartościowe wydaje się zbadanie, czy podobne zjawisko występuje na gruncie amerykańskim – kolebce YA.

  1. Mam pewien problem z wskazaniem potrzeb, które zdają się stać za indywidualnymi wyborami literackimi, których nie jestem w stanie w żadnym razie odgadnąć. Trafniejsze wydaje mi się wskazanie bardziej ogólnych przyczyn odwoływania się do konwencji YA, które dostrzegam. Po pierwsze transmisja schematów literackich z prozy YA do samej poezji. Najdobitniej zaświadcza o tym twórczość Anouk Herman, które w swoim dorobku posiada powieść YA Nigdy nie będziesz szło samo czy pisało z perspektywy krytycznoliterackiej o tego typu literaturze. Potwierdzeniem tego zjawiska pozostaje również nadawanie tomom tytułów w języku angielskim (Silesian Gothic Herman czy resident angel Czarneckiej), które pozostają typowe dla prozy YA, tłumaczonej na język polski (o co często wybuchają dramy na Booktoku czy Bookstragramie). Jednocześnie mam nieśmiałą intuicję, że równie silnym, jak nie mocniejszym źródłem inspiracji dla pozostałych wymienionych przeze mnie poetek pozostają dziewczyńskie filmy coming of age (zwłaszcza w poezji Skwiry czy Lewandowskiej-Ferenc). To właśnie pewne ujęcia wyjęte wprost z kinowego ekranu zdają się powracać w obrazowaniu poezji YA.

Inną przyczynę sięgania do konwencji YA wskazałbym w rosnącej popularności szeroko pojętej nowej humanistyki, w tym szczególnie girls studies, queerowego feminizmu czy ekofeminizmu. Anouk Herman w swojej pracy akademickiej odwołuje się do narzędzi tych teorii humanistycznych. Tropy hydrofeministyczne z łatwością odnaleźć można w poezji Oli Lewandowskiej Ferenc czy Kingi Skwiry, która w swoim ostatnim tomie próbuje przepracować temat lęku przed katastrofą klimatyczną, a więc ,,ekotraumy”. Konwencja YA okazuje się niezwykle przystępnie ,,przylegać” do ustaleń i idei nowej humanistyki. Osoby autorskie, czerpiące z niej inspiracje, mogą decydować się na taki kostium literacki, by najdobitniej przekazać fascynujące ich idee i konstrukty teoretyczne.

Zaprzęganie konwencji YA do poezji może wynikać również z hegemonii kultury terapeutycznej. To właśnie w prozie YA trauma i próba uporania się z jej doświadczeniem pozostaje najczęstszą dominantą tematyczną powieści. Bohaterka, doświadczająca przemocy, musi sobie z nią poradzić. Ten emancypacyjny schemat narracyjny pozostaje idealnym narzędziem dla poezji konfesyjnej, czerpiącej najczęściej z autobiograficznych doświadczeń. Twórczość Adrianny Olejarki czy Karoliny Czarneckiej zdaje się zbudowana na tego rodzaju projekcie intelektualnym, w którym polityka tożsamości staje się tą dominującą.

Byłbym daleki od ferowania wyroków historycznoliterackich, że jesteśmy świadkami jakiegoś tąpnięcia w obrazowaniu adolescencji. Jeśli już można zaobserwować jakieś zmiany, to te wynikające z opisanych przeze mnie powyżej zjawisk. Obecnie problematyka dojrzewania w poezji pozostaje głównie przefiltrowana przez popkulturowe wyobrażenia, nowohumanistyczne teorie oraz kulturę terapeutyczną. Najistotniejsze wydaje się, że adolescencja w ostatnich latach pozostaje przede wszystkim przedstawiona z perspektywy dziewczyńskiej i queerowej. Jakub Skurtys w podsumowaniu debiutów 2024 roku w kontekście debiutu Lewandowskiej-Ferenc pisał: […] istnieje niebezpieczeństwo: niedojrzałości, infantylizowania doświadczenia, wygaszenia realnych konfliktów społecznych. I tego realnie można się obawiać, dlatego tym bardziej powinniśmy uważnie przyglądać się poezji YA, by uniknęła podobnych pułapek w przyszłości.

Emilia Konwerska

How to have sex Molly Manning Walker wspaniale oddaje niejednoznaczność emocjonalną pierwszych doświadczeń młodych dziewczyn. Bohaterki wypełnione są sprzecznościami, lęk i smutek towarzyszą nadziei i radości. Przemoc, która pojawia się w tym świecie, ma to do siebie, że można ją z czymś pomylić. Na przykład z miłością.

Te młodzieńcze stany płynności, zdania kończące się znakiem zapytania i momenty zawieszenia są idealną materią dla poezji. I to widać, bo fascynujących debiutów młodych autorek jest dużo, może coraz więcej, stają się widoczne, opowiadają o pierwszych dniach lata, jedzeniu, dotyku, ulicach i nocy. Staromiejski Dom Kultury, poznańska Slamka, Girls and Queers to the Front to ciekawy, głośny poetycki wielogłos, który inspiruje, niesie się echem.

Agata Puwalska

 

Śmietanka, krew i węgiel

 

prolegomena

I tym razem jest róż, choć nie tylko, bo przełamany bielą i czernią. I tym razem jest rytm i melodia, queer i żart, ale to już inne opowieści niż „right into pod tramwaj”. I nie chodzi tylko o to, że tramwaj został zastąpiony schoolbusem.

Nowa książka Anouk Herman Silesian Gothic, nagrodzona Nagrodą Literacką Gdynia i nominowana do Silesiusa (w chwili, gdy piszę ten tekst, nie ma jeszcze rozstrzygnięcia), to brawurowa, trzyczęściowa podróż przez dojrzewanie, umieszczone w śląskiej scenerii, doprawione gotykiem i rysunkami rodem z mangi. To podróż, w której plany czasowe nakładają się na siebie, współczesności towarzyszą persony i rekwizyty rodem z PRL-u, a budowle bądź miejsca swobodnie sobie dryfują, uniezależniając się od ich geograficznego położenia, by na końcu trafić do Słowniczka.

To podróż, w której towarzyszą nam lody McFlurry i generał Ziętek, Lana Del Rey i Major Tom, brokat i węgiel; a przestrzeni w niej nie zabrakło zarówno dla starego dziada, jak i kosmicznej seksturystki, zaś napięcie w tomie rozciąga się między „tidy role models” a „ghosts in the monocrystalline silicon shells”.

Jak każda podróż, również i ta ma swoje etapy, które znajdują odzwierciedlenie w kolejnych trzech częściach książki. Część I zatytułowana Przed opowiada o okresie nastoletniości, mamy tutaj igrającą ze stereotypem niewinności biel kartek, na których pojawiają się wiersze i rysunki. Część II W trakcie została zdominowana przez czerń i mrok, przy czym część ta zawiera zaledwie dwa wiersze, w tym jeden z nich zatytułowany solstiti, czyli przesilenie. Z kolei Część III Po – dla mnie chyba najbardziej zaskakująca – jest pozornym finałem całej podróży, nasyconym dziwnymi budowlami retro – począwszy od modernistycznego, strzelistego hotelu Zlatibor poprzez „kosmiczną” willę w Jastrzębiu i pływającą restaurację „Arizona”, a kończąc na hali Kapelusz. Ta część podróży to też swoisty kalejdoskop minionych postaci, dygnitarzy i architektów. Herman wznosi i dekonstruuje kolejne budowle, dokonuje wyłomu w czasie, to, co minione, staje się obecne, istnieje obok siebie na różowej mgle kartek, które stawiają pytanie: na ile to wszystko dzieje się naprawdę? W jakim stopniu Po jest rzeczywiście po, a w jakim jeszcze trochę w trakcie a może i przed? Herman zapowiada: „będziemy wędrować w czasie, / spać po resortach byłej jugosławii: kosmiczny / kwasowy komunizm, ale to polska, ale to / retroprzyszłość, to sosnowiec gierka, zielone / połacie wpkiw, wieża szklarniowa, / herman–jetsonowie”. Nie jest to jednak koniec, mimo że „dokończeniem” się kończy, bo prawdziwym finałem tej podróży jest jednak słowniczek, w którym budowle, miejsca i niektóre skróty – o raczej architektonicznym rodowodzie – zostały skrupulatnie opisane. Czy rzeczony słowniczek rzeczywiście jest jedynie słowniczkiem? Do tego jeszcze wrócę, ale najpierw – czytając – udajmy się w podróż.

W rozpoczynającym Część III wierszu anouk mówi do kany radevic, architektki, autorki projektu hotelu Zlatibor: wyobraź sobie, że nie jestem dzieckiem, a dyplomatą i otrzymuje odpowiedź: „kana: / anouk architekt, anouk urbanista, anouk prezydent wielotysięcznego miasta, / anouk delegat, anouk edward gierek, anouk jerzy ziętek, anouk stary dziad”.

Pójdę więc tropem kany, podążając za wyliczanką możliwych wcieleń anouka, uprawiając – jak Herman „skoki po liniach czasu, czytając nie tylko częściami, ale i nieco w poprzek, zastanawiając się dlaczego w sumie jadę schoolbusem? i czemu to nie jest / zwyczajny bus?”

anouk delegat

Czyje interesy reprezentuje ten delegat? W imieniu kogo mówi?

W pierwszym wierszu książki, który jest swoistym wstępem do tej historii, jej otwarciem, prologiem (wszak jego tytuł to prolegomena), Herman pisze: „oto jest dziursko, kanion, mózg nastoletniej / dziewczynki. rzeki, które go znaczą, to strugi / mcflurry – słodki ulepek śluzu i krwi. Żegluga / odbywa się w akcie śródlądowym, a spławić od / sprawić różni jedynie ł albo r” i tym samym w roli bohaterki czy też bohaterek pierwszoplanowych sytuuje od razu nastoletniość i nastoletnie dziewczynki. Wydaje się niegroźnie, więcej: zabawnie, śmiesznie, a nawet troszkę prześmiewczo – zamiast mózgu dziursko i lody mcflurry, a jednak już w tej pierwszej strofie pojawia się dysonans. Po pierwsze, pada słowo krew, które nie ma przecież słodkich konotacji, może kojarzyć się zarówno z czymś trudnym, groźnym, przerażającym (np. przemoc czy choroba), ale z drugiej strony przywołuje na myśl też samo życie – jego puls i intensywność, jego niejednoznaczność i nieobliczalność. To słowo może wprowadzać zarówno niepokój, jak i głębię – doświadczenie nastoletniości, o którym pisze Herman, nie jest więc tak jednoznaczne, słodkie i jasne, jak mogłoby się wydawać. Po drugie, dysonans związany jest też z językowym żartem, dzięki podmianie literki ł na r w słowie „spławić” poeta zamienia lekceważenie i ignorowanie potrzeb w sprawczość.

Czy zatem rzeczywiście jest delegatem – reprezentantem swoich bohaterek? „[T]a nastoletniość, którą mam w sobie, chce śmietanki i krwi” pisze Herman, i chyba w tej wypowiedzi pada wyraźna sugestia, że utożsamia się z doświadczeniem nastoletniości, że mówi w imieniu swoich bohaterek, że swoje poetyckie wypowiedzi kształtuje z ogromnym wyczuciem, zachowując lekkość i fun tego doświadczenia, ale też jego smutek i ciężar, które często bywają pomijane.

Myślę, że w tym snuciu kolejnych, zamkniętych w wierszach opowieści, pobrzmiewa nie tylko chęć nazywania tego, co trudne, ale też konieczność pewnego domknięcia sytuacji, przepisania jej w taki sposób, który to domknięcie zapewni: „umiemy nazywać to, co nas / spotyka, ale trudno jest nam się od tego odciąć”. Herman pyta „nie boisz się ubrudzić, zmęczyć i zakrwawić?”, by od razu dodać: „wezmę / twoje dłonie i obwiążę wstążką”. Nie chodzi więc tylko o samą opowieść, ale i o pewien opiekuńczy gest, gest opowiedzenia się po określonej stronie – mówienia w imieniu.

A przecież to ryzykowne i Herman dobrze o tym wie, przesuwa więc punkt ciężkości wypowiedzi – już nie mówi zamiast, lecz ze swoimi bohaterkami, kreując absurd sytuacji i ironizując: „słuchałyśmy lany w ławce w kościele, jakoś na miesiąc / przed bierzmowaniem, poszło nawet echo. czyj to / był telefon, czyj był brak słuchawek? i kto wymyślił, /żeby nas bierzmować?”

Czy bierzmowanie to rzeczywiście inicjacja, ten rytuał wtajemniczenia, którego potrzebują bohaterki? Czy brak słuchawek jest przekornym brakiem wysłuchania czy słuchania? I która strona nie słucha?

anouk edward gierek, anouk jerzy ziętek, anouk stary dziad

Ale czy są tu w ogóle jakieś strony? W pierwszej chwili wydaje się, że tak, że istnieje opozycja między nastoletniością a tym, co tę nastoletniość tłumi, próbuje oceniać, formować, kształtować podług określonego schematu: „czy zetkin mogła karać luksemburg za umawianie się / z mężczyznami? nie wiem, i chyba nigdy tego nie / zrobiła, i ja też ci już tego więcej nie zrobię. bo jesteś / równie bystra, co silna, równie moja, co ode mnie inna. / i nie mam prawa cię rozliczać. jak szkoła, marks, /engels, rodzina”.

A jednak Herman nie podąża tą prostą ścieżką, skręca w bok: może strony, role są tak ciasne, że czas je rozszczelnić? anouk to nie kawafis, nie potrzebuje barbarzyńców, prostej opozycji do samego siebie, raczej szuka przygody. Cóż więc pozostaje? Wyśmiać krytykę, trollować oceny, wykrzywić opinie i rozdąć je do takich granic, że umykają, wydają się absurdalne: „ależ byłaś chujowa, swawolna, debilka z debilowa, / bogate dziecko, sęp. to jednak dobrze, bo lubię, jak / czasem mówią o nas źle”.

Albo inaczej, sięgnąć po narzędzie starego – na przykład cytat z Houellebecqa, który się odpowiednio rozwinie i celebrować „przytułki bólu, ciemne zakamarki / najebane kąty i brudne przedproża / (…)zapuszczać się we wstydliwe miejsca / obserwować z wyższością ich obywateli”.

A może przebrać się za generała, wcielić w jego rolę, odwiedzić restaurację, która „powstała / w roku 1953, / a jadał w niej / sam generał / jerzy ziętek okiełznać lęk i zostać dygnitarzem. Bo w końcu gdy pierwszy sekretarz postawił wodę. my, jego / towarzyszcza, pijemy słabą czarną z dwiema / łyżkami maltitolu”.

Herman daje swoim bohaterkom „w prezencie słodkie opowieści / plotki rozpuszczalne jak cyjanek w wodzie, i choć wie, że będą szeptać o tym później pod konfesjonałem”, to przecież nikt tu nie szuka rozgrzeszenia: „istnieje spowiedź online i zrzuta na świata wielkie odpusty / wejdź na xvideos → dostań rozgrzeszenie / olej rozgrzeszenie → wejdź na xvideos”.

 

anouk urbanista

Czego szuka się więc w Silesian Gothic? Jeśli nie rozgrzeszenia, to może jakiegoś przejścia, cudownej inicjacji albo objawienia? Raczej nie jest nim bierzmowanie. anouk jest urbanistą, anouk planuje rozwój i zagospodarowanie przestrzeni wewnętrznej, w jaki sposób ten rozwój, przeistoczenie się dokona? I czy w ogóle? Witamy w przesileniu.

Już w Części I Przed pojawiają się pewne sygnały, zwiastuny świadczące o poszukiwaniu: „(a my tu wszystkie mamy / fioła na punkcie obróbki metali i transmutacji / z cynku w złoto, ze złota w cudowny medalik)”.

Transmutacja wydaje się nielogiczna. Przeczy prawom fizyki, chemii i właśnie z tego powodu jest tyleż cudowna, co absurdalna. Z tego powodu jest też pożądana i właściwa dla nastoletniości, bo zdaniem Herman, niektórych objawień można tylko wtedy doświadczyć, kiedy „poprzeczki wiszą strasznie nisko”: „są epifanie właściwe dzieciakom, / które nie znają ani ździebka życia. nasze poprzeczki / wiszą strasznie nisko, więc dajcie nam wszystko, same / trudne rzeczy. cyborium. mirrę. mszalne tokaje. / reszta przyjdzie potem. teraz jest żałośnie, wraz / z potrzebą magii wślizgną się zawody. Proboszcz / w nas nie wierzy (ani nawet starzy)”.

Potrzeba magii i cudu jest na tyle silna, że nawet brak wiary ze strony dorosłych, brak wiary nie tylko w cud, ale też w same bohaterki niczemu nie przeszkadza, nie stoi na drodze do odprawienia swoistego rytuału, już na innych zasadach, bez udziału tych, którzy nie wierzą: wkurzony zakrystian pogasił kinkiety. kazał nam już / spadać, ale my zostałyśmy. w każdym tkwi potrzeba / doświadczenia cudu. Ta potrzeba doświadczenia cudu – przemiany o pokaźnym ciężarze gatunkowym, a nie zwykłej zamiany ról, typowej społecznej przebieranki świetnie współgra z całym gotyckim sztafażem, z podjętą przez Herman grą ciemnością, ekspresją i lękiem, w celu przełamania tegoż ostatniego. W końcu bohaterki to czarownice z wełnowieckiej hałdy, która jest dla nich tym samym, co dla ich koleżanek po fachu Brocken i Ślęża. To tu odbywają się sabaty, w cieniu rzeźni i skrzypiącej formy Robstal. Lęk przełamuje się humorem, śmiechem, absurdem, bo „silesian gothic” to gotyk, w którym nagrobki chowają łebki za płot.

A jednak, pomimo śmiechu i żartów, wbrew lękowi, bohaterki całkiem poważnie pragną inicjacji i to na swoich warunkach: „czas porzucić dotychczasowe bredzenie. to / znaczy: zostawić za sobą żwir dziecięctwa, / oddane pięknosłowie, tak jak gruzy, / osiedle-pstrąże, osiedle-kupari”.

I w tym miejscu robi się poważnie, czerń kartek podkreśla mrok przesilenia, bo inicjacja wymaga ofiary, porzucenia i pozostawienia. anouk urbanista, żeby zaplanować rozwój, pewne okolice musi zostawić niezamieszkane, zapomniane, popadające w ruinę, musi pozwolić, by czas pokrył je patyną, tak jak poradzieckie osiedle Pstrąże czy znajdujące się w pobliżu Dubrownika osiedle Kupari, zwane „zatoką umarłych hoteli” (bliską mi również poetycko, w nieco inny sposób).

I choć cały czas anouk urbanista obawia się, jakie skutki ta przemiana wywoła, do czego doprowadzi, pomimo że cały czas obawia się utraty części siebie: „nie chcę marzyć o jedzeniu i prądzie, kana, / będę marzyć o rzeczach, których nie było, w miejscach, / które nie miały miejsca, w czasach, z których / podobno każdy wyrósł, jak podlot, / który spadł w krzak” to jednak solstiti (przesilenie) się dokonuje, bo trzeba wydobyć „zamknięte w procesorkach duszki: ghosts in / the monocrystalline silicon shells” z ich skorup, trzeba je wydostać na zewnątrz, pozwolić im zaistnieć.

anouk architekt

Czy jest to zatem bildungsroman? Poetycka opowieść o dojrzewaniu, o formowaniu się? Czy wydarza się cud, a anouk architekt wznosi jakąś stabilną budowlę?

W Części III Po, która następuje już po przesileniu, aż roi się od architektonicznych inspiracji. Herman funduje czytelnikowi prawdziwą podróż po najdziwniejszych budowlach, budynkach, konceptach. Wydawałoby się, że im dziwniej, tym lepiej, im mniej realnie, tym bardziej dana budowla pasuje do opowieści. Im absurdalniej, tym prawdziwiej. Większość tych budynków ma też oprócz wspomnianej dziwności, oprócz wystającego z nich na każdym kroku weirdu, jeszcze jedną wspólną cechę. Są nieco zapomniane lub porzucone, w remoncie albo przestarzałe, chimeryczne, chwilowe, w momencie, w którym powstawały – nowe i rewolucyjne, ale ich rozbłysk zdążył przygasnąć i trochę jest tak, jakby nie zdały egzaminu ze swojego istnienia.

Czy więc możliwa jest konstrukcja, która przetrwa, stabilna i jednorodna? Czy człowiek może stać się taką konstrukcją? Czy tym właśnie jest cud, którego szuka się w Silesian Gothic? Herman pisze: „nie rozpaczaj, rakieto, (…) nie / zamarzysz już wcale o wodzie i prądzie. / pieniądz-zaskórniak też cię nie zaskoczy, / ani ziętek robiący nad ranem paznokcie. / bierzmowanie cofnięto, jesteś całkiem / wolna, idź popływać statkiem, / idź podpalić hotel” i okazuje się, że objawienie następuje, ale cud wydarza się gdzie indziej. Nie jest zamknięty w jednorodnej konstrukcji, lecz tkwi w ruchomości, w oderwaniu, a nawet w zniszczeniu. Herman wywraca bildungsroman do góry nogami, trochę z niej żartując, jak wtedy, gdy w wierszu spandau pyta przekornie: „czy ci, do których / przyleci kosmiczna seksturystka, wygrają / wyścig zbrojeń?”, albo wtedy, gdy w wierszu wacław zalewski, którego tytuł to nazwisko architekta, autora projektu nieistniejącego już dworca centralnego w Katowicach, jako schedę po wyburzonym budynku wspomina jedyny zachowany artefakt, niepotrzebne nikomu wsparcie konstrukcji – filar o kształcie kielicha: „tak się pięknie mienisz, za nic / mając schedę, którą ci tłumaczę. a powtarzam ciągle: / kielich kielich kielich”.

 

anouk prezydent wielotysięcznego miasta

Kielich z dworca, oderwany element charakterystyczny budowli, która nie przetrwała, byłby poszukiwanym Świętym Graalem? Skoro pożądany cud, epifania leżą gdzie indziej niż w stabilnej konstrukcji, bo dotyczą świadomości, że form jest wiele, wiele rozmaitych budowli, że przeistaczanie się i transformacja następują ciągle, a tożsamości bywają płynne, to anouk staje się prezydentem wielotysięcznego miasta, powołanym do tego, by tymi formami żonglować jak piłeczkami: „na tym podwórku to zwykłe ja i żebrzę / o piłkę marzeń. jak idę na drugie, to mam / wszystkie piłki, żadnej wam nie pokażę”.

Sztuka polega na tym, by wyważać, które formy pochodzą z kielicha, ze stałego i niezmiennego elementu (być może gdzieś głęboko istnieje), a które są tylko odbiciem tego, co pochodzi z zewnątrz: spójrz: te lustra nadal chcą chłonąć odbicia. Herman pisze: „to co jest / gwarantem / przeżycia na / jednej dzielnicy / może okazać się wkupieniem / w łaski śmierci / na drugiej” pokazując, że zmiana może wiele kosztować i być zmianą pozorną, stanowić kolejne przebranie, zaledwie maskaradę społeczną: „jedna zmiana przed / lustrem, a druga w zakładzie, trzecia zmiana w domu, / czwarta zmiana porno”.

A przecież wciąż istnieje w anouku nastolatka i inne pragnienie, bynajmniej nie takie dziecinne, pragnienie głębi i dotarcia do jakiegoś sedna: „ta nastoletniość, którą mam w sobie, chce śmietanki i krwi / mieszania się węgla i farbek w blenderze / i chce obgryzać skórki – warstewka po warstewce / aż z palca uchowa się jedynie skrawek”.

Czy to pragnienie kiedykolwiek uda się zaspokoić? W ostatnich wersach Herman robi się poważna i pisze: „mam posmaczek gorzki / na końcu języczka, / opowiem wam o nim / potem”, być może nie chce więc niczego przesądzać, woli zostawić czytelniczki w zawieszeniu, w tym fascynującym „przed”, kiedy jest się „dziełem przypadku i wróżeniem z oczu”, bo być może ta podróż przez dojrzewanie tak naprawdę nigdy się nie kończy… A być może jest to swoiste poetyckie „to be continued” i trzeba nam poczekać na kolejną zaskakującą i barwną opowieść autorstwa Herman.

dokończenie

  1. W całym moim tekście starałam się rozróżniać między autorem, poetą, czyli Anoukiem Hermanem (pisząc o nim, posługiwałam się wyłącznie nazwiskiem Herman), a postacią literacką, która funkcjonuje w książce jako anouk (do niej odnosiłam się używając imienia zapisanego kursywą). Jest jeszcze w książce Słowniczek, wykaz przewijających się w całej książce budynków, budowli, miejsc, z krótkimi wyjaśnieniami na ich temat.

Wydaje mi się, że Słowniczek funkcjonuje raczej jako swoista rekwizytornia, skrzynia w której być może zamknięto emocje i wspomnienia, a nawet porzucone elementy tożsamości. Nie przesądzając jednak o jego roli, jest to wykaz, który z pewnością nie tylko ułatwia podróż po „Silesian Gothic”, ale wkłada czytelniczce na oczy specyficzny filtr, który umożliwia spojrzenie z perspektywy anouka.

 

Anouk Herman, Silesian Gothic, Girls and Queers to the Front oraz Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, Warszawa 2024, s. 48.

Weronika Pastwa

Estetyka dziewczyńskości

Białe podkolanówki, krótkie dżinsowe spodenki, siniaki na kolanach i Lana Del Rey na słuchawkach – tak wygląda bycie dziewczyną w jesteśmy pierwszą ciemnością tego lata Oli Lewandowskiej. Autorka chce jednak pokazać, że za tymi rekwizytami kryje się coś więcej, a dziewczyńskość wiąże się nie tylko z Summertime Sadness, ładną sukienką i tlącym się papierosem, ale także z doświadczeniem przemocy, strachu i niepokoju. To na przecięciu tych dwóch porządków usytuowane zostały bohaterki debiutanckiej książki Lewandowskiej. Ta estetyka niemalże z Tumblra z 2014 roku za bardzo podporządkowuje sobie jednak tematy poruszane w tomie, przez co w konsekwencji otrzymujemy książkę, w której autorka łączy wszystkie elementy w dość arbitralny sposób.

Nadrzędną kategorią, organizującą całą książkę Lewandowskiej, jest dziewczyńskość. Autorka wpisuje się tym samym w panującą obecnie modę na poezję brokatową, dziewczęcą (myślę o takich tytułach jak Ufoporno Opal Ćwikły, gorączki Adrianny Olejarki, Nie chciałam coli Oliwii Stępień) a jeszcze szerzej – w nurt girlhood studies (jak zauważa Agnieszka Waligóra w swojej recenzji zamieszczonej na stronie Biura Literackiego).

Z tomem Lewandowskiej mam sporo problemów, największym z nich jest jednak właśnie bycie dziewczyną sprowadzone wyłącznie do estetyki. Można by zaryzykować stwierdzenie, że w jesteśmy pierwszą ciemnością tego lata jest parę momentów, które przypominają tworzenie moodboardu na Pintereście, czyli zestawiania ze sobą zdjęć na podstawie ich waloru estetycznego, w celu wytworzenia określonego nastroju: „nights in white satin smakują najlepiej po whisky sour / wtedy zawsze odsłaniasz pępek podzielony linią od rajstop” (s. 17); „młode kości pachną lodami śmietankowymi; dżinsowe / spodenki odsłaniają cierpkie – pokryte gęsią skórką od słońca” (s. 16); „nikt się z nami nie równa w summertime sadness // (…) / nieruchoma ściana podwórka, poplątane włosy / wieczory zachodzą sińcami. rośnie w nas niepokój” (s. 10). Lewandowska próbuje ten nadmiar rekwizytów nastoletniości maskować/usprawiedliwić poprzez wplatanie wątków doświadczania przemocy: bolesnej inicjacji seksualnej, byciu obiektem oglądanym przez chłopców i poczuciu strachu związanym z dorastaniem. Nie widzę w tych wierszach uzasadnienia dla zastosowania tego rodzaju obrazów. Moim zdaniem mają one po prostu odsyłać do samej otoczki bycia dziewczyną, stwarzać nastrój, vibe.

Próby wywołania vibe’u generują jeszcze jedną poważną wadę w tej książce – to, jak Lewandowska przedstawia przemoc, której doświadczają dziewczyny. Zastanawiać może także jej natężenie czy liczba wierszy oparta przynajmniej częściowo na jej ukazywaniu, tak jak w poniższych fragmentach: „kim jesteśmy bez patrzenia? ciało pyta – / prosi o spokój; ciało wie i bulgocze // ściśnięcie / nosimy napięcie, które podchodzi blisko” (s. 8); „mirka rodzi martwe córki tuż za śmietnikiem / gardło w brzuchu mówi: będzie bolało / czekamy w krzakach, a mirka / wysuwa je z siebie jak drzazgi” (s. 13); „rozgryźć wreszcie język czerwony od zagryzania, zanim ławcia ust / przejęła mowę, byłyśmy tam / jak przecinki – kropki – wykrzykniki” (s. 26).

To tylko kilka przykładów. Przemoc u Lewandowskiej ma jednak dość niejasny status. Jest wszechobecna, dziewczyny doświadczają jej codziennie, pomimo to jesteśmy pierwszą ciemnością… zawiera bardzo ograniczony zestaw rozpoznań tego problemu. Znamy przejawy przemocy widoczne głównie w zachowaniu młodych chłopców: „o zachodzie od strony drzew maszerują gangi wąskobiodrych / chłopców; ich cienie podchodzą pod same drzwi” (s. 16); „kiedy chłopcy ćwiczą przejmowanie podwórka / wbijają nas w glebę jak słupy” (s. 28). Oprócz tego dowiadujemy się, że jest uwewnętrzniona, bo otrzymanie pomocy nawet od innej kobiety może okazać się niemożliwe: „matki słuchają, o czym mówimy; chowają się w reklamówkach” (s. 30). I oczywiście, tak jak w książkach tego rodzaju, może być przechwytywana i obracana przeciwko źródłu opresji, tym samym ostatecznie dając sprawczość i siłę: „chłopcy z blokowisk odwracają wzrok; śmiejemy się // z ich spuszczonych głów” (s. 9). Autorka tematyzuje ją przy użyciu różnych zabiegów, często operuje tropami (jest to np. Mirka, o której więcej w późniejszej części recenzji) lub metonimiami – dla bohaterek chłopcy to uosobienie wszelkiego zła.

Lewandowska bardzo często używa także metafor cielesnych lub sensualnych. W wierszu syreny (II) (s. 23) bohaterki wyczuwają „zapach chłopców”, który powoduje strach, a w story osiedlowym (II) mowa o „wypychaniu z brzucha smutnych wierszy” (s. 19), przyrównanym do rodzenia dzieci. Widzę tutaj próbę oryginalnego potraktowania tematu opresji kobiet, natomiast często zabiegi te albo niepotrzebnie infantylizują temat albo wydają się wręcz groteskowe w wydawałoby się niekoniecznie zamierzony sposób. Lewandowska czyni z przemocy główny temat książki, jednak wnioski, do których dochodzi, są w gruncie rzeczy mało interesujące. Powyższą charakterystykę można bowiem dopasować właściwie do każdej formy przemocy, dlaczego więc ta, której doświadczają dziewczyny, miałaby być inna? Oczywiście nie oczekuję od poezji pełnej naukowej analizy patriarchatu. Natomiast to odłączenie przemocy od jej właściwego (systemowego) źródła, a raczej szukanie go w chłopcach z podwórka jest dokładnie tym, co skazuje na porażkę wszelkie próby dobudowania do vibe’u udanej opowieści (przy założeniu, że opowieść dobudowana do vibe’u może kiedykolwiek być udana).

Żeby zastanowić się na poważnie nad opresją, której doświadczają dorastające dziewczyny, trzeba by zdjąć chłopcom maski the bad guys, przestać robić z nich metonimię całego zła, którego doświadczają nastolatki i zastanowić się właśnie nad systemowymi przyczynami opresji. Jest jednak jeden konkretny powód, dla którego Lewandowska nie może tego zrobić – postawienie w centrum tomu wcześniej wspomnianej kategorii dziewczyńskości. Dziewczyńskość i chłopackość to kategorie, które znajdują się na przeciwległych biegunach. Pomimo że obie odnoszą się do tematu adolescencji i ostatecznie mogłoby je wiele łączyć, są wobec siebie antytetyczne. Chłopaki nie mają dostępu do naszych dziewczyńskich spraw, a dziewczyny nie mają dostępu do chłopackich.

Lewandowska, gdy próbuje pokazać, skąd bierze się główny antagonizm napędzający jej książkę, ostatecznie kończy na konstatacji, że skoro chłopcy są sprawcami przemocy, to dziewczyny w odpowiedzi mogą próbować mścić się po cichu: „kiedy chłopcy ćwiczą przejmowanie podwórka / wbijają nas w glebę jak słupy / nie wiedzą, że przejmujemy ten obraz / rozbijamy o biodro / nasz kolor? Fuksja, tkanka, skrzep” (s. 28).

To wysyła nas jednak z powrotem do problemu wyjściowego: u Lewandowskiej przemoc, której sprawcami są chłopcy, może równie dobrze wynikać z ich złej natury. Opresja zostaje zatem oddzielona od źródła – koło się zamyka. Jedynym wyjściem z tej sytuacji, moim zdaniem, byłoby sproblematyzowanie tak samo kategorii dziewczyńskości, jak i kategorii chłopackości. Zastanowienie się nad rekwizytami i symbolami, z którymi łączy się obie te grupy. Namysł nad wewnętrznymi dynamikami, niespójnościami. Ostatecznie refleksja nad tym, do czego te kategorie są w ogóle potrzebne i jak zwykło się nimi operować.

U Lewandowskiej żadna z tych kwestii nie jest rozważana, przez co czytelnik zostaje tylko z prostą opozycją chłopcy kontra dziewczyny. Oni niezmiennie i samoistnie źli, one, jeśli są złe, to zawsze z ich powodu.

Zastanawia mnie jednak powód tak silnego przywiązania Lewandowskiej do estetyki i vibe’u debiutanckiej książki. Dla wielu z rekwizytów czy symboli dziewczyńskości nie znajduję bowiem żadnego poważnego uzasadnienia. Sądzę, że po prostu umożliwiają one czytelniczce odnalezienie siebie w tej opowieści i utożsamienie się z jej bohaterkami. W końcu taką funkcję zazwyczaj pełnią rekwizyty – pozwalają na szybkie rozpoznanie, kto jest „swój”. W tomie Lewandowskiej natomiast są one jakby wymieszane: z jednej strony mamy białe podkolanówki i pierwszy stanik, które odsyłają do bardzo szkodliwego school girl trope, czyli fantazji o nieletnich uczennicach ubranych w skąpe mundurki szkolne; z drugiej natomiast – Lanę Del Rey, krótkie spodenki i posiniaczone kolana rodem z estetyki Tumblra z 2014 roku. Te nawiązania czy odniesienia nie wskazują zatem na jedną konkretną kulturę – mają się na bardzo ogólnym poziomie kojarzyć z byciem dziewczyną. Wrzucenie wszystkiego do jednego wora sprawia, że jesteśmy pierwszą ciemnością… jest po prostu relatable. W tom Lewandowskiej wpisane zostało moim zdaniem zainteresowanie zbudowaniem wspólnoty doświadczeń. I nie chodzi mi nawet o tę grupę dziewczyn, która funkcjonuje jako podmiot zbiorowy. Mam na myśli gesty wyciągania ręki do czytelniczki, próby zbudowania więzi z nią. Taką funkcję mają moim zdaniem odwołania popkulturowe: nawiązanie do filmu Virgin suicides (Przekleństwa niewinności) Sofii Coppoli i przede wszystkim do Lany Del Rey – artystki, której muzyka ukształtowała całe pokolenie dziewczyn urodzonych we wczesnych latach dwutysięcznych. Właśnie w tym wierszu, w którym pojawia się tytuł jej utworu – Summertime Sadness – zaznacza się tęsknota za odnajdywaniem się w wytworach kultury: „nikt się z nami nie równa w summertime sadness / z gardła do gardła. my dziewczyny myślimy o tym / co na nasze podobieństwo”.

Być może tego, że nie jest to wyłącznie książka o dziewczynach dla dziewczyn miała bronić postać Mirki. Co warto zauważyć, jest to jedyna znana nam z imienia bohaterka, która powraca co jakiś czas w kolejnych wierszach, a jej obecność zawsze wiąże się z bólem, np. gdy „rodzi dzieci za śmietnikiem” (s. 13), „nosi w sobie śmieci” (s. 25). Wydaje się, że utwory o Mirce mają być tymi, które będą jakoś wytrącały z toku lektury, może będą szczególnie przerażały lub poruszały (tak postrzega je Waligóra we wspomnianej wcześniej recenzji). Wypadają one jednak groteskowo poprzez hiperbolizację cierpienia kobiety. Z postacią Mirki jest jednak jeszcze jeden problem. Jest ona dość tajemnicza i jakby z innego świata. Dowiadujemy się tego, gdy w wierszu story osiedlowe (II) stawia horoskopy i wieszczy: „mirka w kuchni stawia horoskopy: // będziecie wypychać z brzucha smutne wiersze / kłaść jeden po drugim”. Postać ta ma być z jednej strony elementem doświadczenia dorastania na blokowisku, a z drugiej – dodatkowym komponentem komplikującym fabułę. Jej magiczność pozostaje jednak niewyjaśniona i niesproblematyzowana w książce. Ostatecznie więc z tego połączenia nie wychodzi nic konkretnego – Mirkę można sprowadzić po prostu do realizowania tropu dziwnej kloszardki, która wtajemnicza główne bohaterki w arkana bycia kobietą. Nadanie takiej funkcji tej postaci jest wyraźnym gestem w stronę czytelniczki. Odsyła bowiem do ogranego już rozwiązania fabularnego i wskazuje odbiorczyni, że teraz „się opowiada” o dobrze znanym zagadnieniu – mrocznej, jakby magicznej i dysfunkcyjnej kobiecości.

Nie twierdzę, że Lewandowska pisała swoją książkę z zamiarem wykorzystania panującej obecnie mody na dziewczyńską poezję. Widzę natomiast powody, dla których bez problemu można wpisać jesteśmy pierwszą ciemnością… w ten trend. Chodzi tu przede wszystkim o opowieść o wspólnocie dziewczyn, która ma pewne cechy i kody, wyraźnie oddzielające ją od innych grup. Myślę też, że wciąganie czytelniczki do tej wspólnoty to po prostu konsekwencja przyznania prymatu vibe’owi. Zdecydowanie zastąpił on kwestie dużo istotniejsze, a przede wszystkim problematyzowanie kategorii dziewczyńskości.

Gdyby bowiem Lewandowska chciała to zrobić, musiałaby zrezygnować z fundamentalnej opozycji dziewczyny vs. chłopcy, nasze vs. ich. Już wtedy nie wystarczyłoby mówić o białych podkolanówkach i Lanie Del Rey, nie można byłoby uczynić z vibe’u głównej osi opowieści. W związku z tym ta książka w ogóle nie mogłaby powstać albo musiałaby być o czymś innym. Mechaniczne wręcz przyjęcie tej kategorii, jako estetyki i pewnej kultury to dokładnie to, co umożliwia jesteśmy pierwszą ciemnością… istnienie. Gdy bierzemy tak ogólnie zdefiniowane pojęcie za pewnik i robimy z niego podstawę, bardzo łatwo wpaść w opowiadanie pozbawionej głębi i wewnętrznych napięć historii.

Ola Lewandowska, jesteśmy pierwszą ciemnością tego lata, Biuro Literackie, Kołobrzeg 2024, s. 40.

Łukasz Krajewski

Tam

Pytanie jak się czujesz i jego wymowa, kiedy pożar

dotarł już na piąte piętro. Łydki mi drżą, a fala

drżenia z ciała przenosi się na głos. Nogi mi drżą,

gdy patrzę ci w oczy, a nasze oczy trą o siebie jak ręce i jak pożar

Niosą ogień pod niebo i ciekną z nich łzy. I widać w nich pożar,

choć przecież są mokre. Ogień jeszcze nisko, ale pod stopami. Łzy drżą,

niosąc opór silniejszy niż lament. Idzie po nas ogień i ważą

się losy, ta głupia mądrość niczego nie ułatwia. Jeszcze raz napiszę: pożar

I chyba się zrzygam. Widmo katastrofy przyspiesza koalicje, spadamy stąd.

Determinacja napędzana troską, hasłami: teraz, wbrew, wymianą

spojrzeń, trzymaniem się za ręce. Dostrzegam szansę w cieple wspólnego oporu,

Od dziś nie powiem już: ja, od dziś gramatyka zna tylko: nasze, my, spadamy stąd.

A więc to wytrych językowy stanie się paliwem tej straceńczej eskapady – prosto w ogień,                                                                                                                                          [tam,
gdzie lament ulega hibernacji (lub podnosi głowę), w cieple wspólnego oporu dostrzegamy szansę,

ocieramy łzy, grzebiemy lament i spadamy stąd.

ŚCIANA (DV METAL)

 

Bez dachu, bez ścian, o które można by było tłuc

głową, móc, z rozpaczy, można by, tak, to jest moc:

MOCY TŁUCZENIA GŁOWĄ W ŚCIANĘ NIKT MNIE NIE POZBAWI,

MOCY TŁUCZENIA GŁOWĄ W ŚCIANĘ NIKT MNIE NIE POZBAWI,

litania pisana śliną i zębami wyrysowana na byle czym pod nieobecność

ściany, moje oczy otwarte są i na baczności tylko dzięki niej.

DAJCIE MI ŚCIANĘ, BYM MÓGŁ W NIĄ TŁUC GŁOWĄ,

DAJCIE MI ŚCIANĘ, BYM MÓGŁ W NIĄ TŁUC GŁOWĄ,

ścianę w Oklahomie, ścianę w Erytrei, ścianę na bezpańskim pasie między zasiekami.

Na prawach decorum mam prawo do ściany, do ściany,

do podstawowej jak chleb dekoracji, choćby sprutej,

choćby zagrzybionej, ściany, o którą się oprę albo na którą

będę tylko patrzeć.

Widzenie w Narwi

 

I wtedy tłum skanduje wolna Palestyna scena ścięta

            ciszą, skul głowę przed prawdą lub milcz i spadaj,

lambadziaro, spokojnie kurwa, z patologią w kolejce nie

            będę czekała, ja stoję i czekam do kibla, mija mnie

osoba sprzed lat i znów nagle idę pierwszy raz do szkoły,

            słyszę, jak rodzina jego cała jest popierdolona

a obok trwa piknik, Paweł i trzy Somalijki, Etnofestival

            Czeremcha ich nie porwał, słuchaj, koleś z otwar-

tego chciał ściągnąć resztę rodziny z Afryki do Białego-

            stoku, poliglota i operatywny ogólnie typ, ale

skarży się, że mu nie odpisują, to mówię pokaż tego

            maila do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka,

to pokazuje, tam tylko dwa słowa: Hi Bro, teraz wchodzi

            rap o Podlasiu, na którym czas się zatrzymał, i że

tutaj pieniądz nie ma powabu i władzy, myślę o frazie

            jak dawniej, jak dawniej, to taki, że dobry, swojski,

że nasz i bez chemii, znasz tych sprzedawców i ufasz im

            od lat, jak dawniej, jak dawniej, rozjeżdża ci się

wzrok i lądujesz w cyberpunkowym PSS Społem, fol-

            kowy akcelerator rozgrzewa się bezgłośnie,

w spoconym lusterku wstecznym dostrzegam zzieleniałą z neo-

            młodości futurystyczną pleśń na chlebie z łopaty,

a wszystko to w ramach incydentu znanego nikomu za 2000

            lat jako Łukaszowe widzenie w Narwi.

 

 

 

 

 

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Michał Koza (ur. 1987) – doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Katedrze Krytyki Współczesnej Wydziału Polonistyki UJ, kierownik kierunku krytyka literacka. Razem z Katarzyną Trzeciak prowadzi podkast Transmisje Krytyczne.

Alicja Bagińska – pisze teksty krytyczne i wiersze, pracuje w muzeum, mieszka w Warszawie.

Mateusz Mazur (ur. 2002) – student krytyki literackiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, przewodniczący Koła Literatury Najnowszej UJ, związany z wydawnictwem KONTENT.

Emilia Konwerska – poetka, literaturoznawczyni, publicystka, kuratorka. Autorka dwóch książek poetyckich: 112 i Ostatni i pierwszy kajman. Dwukrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia. W tym roku nakładem wydawnictwa ArtRage ukazał się zbiór jej opowiadań pod tytułem Rzeczy robione specjalnie. Mieszka we Wrocławiu.

Agata Puwalska – poetka, autorka tomów wierszy haka! (2021), PARANOIA BEBOP (2022), Funky Forest (2024), otwarte światy (2024). Dwukrotna laureatka Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO, za tom otwarte światy otrzymała nominację do Nagrody Literackiej Gdynia (2025).

Weronika Pastwa (ur. 2005) – studiuje polonistykę. Członkini zarządu Kwadratu Poezji Najnowszej oraz Koła Krytyki Literackiej na UW. Mieszka w Warszawie.

Łukasz Krajewski – pisze, redaguje, tłumaczy. Autor tomu Miłuj diabelskie pisklę, które wyszło z jajka zepsutego (2025). Laureat Nagrody Głównej w XXX edycji Konkursu im. Jacka Bierezina. Urodzony w Białymstoku, mieszka w Warszawie.

 

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:

Sonia Nowacka, Adam Pietryga

Kontakt: 8.arkusz.odry@gmail.com

Spotkanie z Henrykiem Koczanem z cyklu Dowód Tożsamości

Klub Muzyki i Literatury we Wrocławiu oraz Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu zapraszają na spotkanie z cyklu Dowód Tożsamości. Gościem będzie Henryk Koczan – kulturoznawca, teolog, pisarz, urzędnik.

Dowód Tożsamości – to cykl spotkań poświęcony mieszkańcom Wrocławia i Dolnego Śląska, a także tym, którzy choć przez chwilę związani byli z miastem i regionem. To projekt, którego celem jest przywołanie korzeni współczesnych Dolnoślązaków. Ewa Gil–Kołakowska – autorka książki Dowód Tożsamości na podstawie której powstał pomysł spotkań o tym samym tytule, w swojej książce podjęła próbę dotarcia do źródeł oryginalności kulturowej Dolnego Śląska poprzez opis indywidualnych losów jego najbardziej znanych mieszkańców.

Koncepcja spotkań i prowadzenie: red. Ewa Gil-Kołakowska – dziennikarka, autorka książek, satyryczka
W części artystycznej:
Marzena Cybulka – kontrabas
Henryk Koczan – wokal

Plakat
Henryk Koczan. Fot archiwum H. KoczanaHenryk Koczan – kulturoznawca, menedżer, teolog, autor książki „Lustra Pana B.”, w której duch Dietricha Bonhoefera spotyka się z lekkością Kubusia Puchatka i głębią filozofii Pascala, Woltera, Kierkegaarda oraz „Świata Zofii” Josteina Gaardera. Te pełne humoru, a zarazem przenikliwe alegoryczne powiastki kierują czytelnika ku pytaniom o wiarę, wolność i odpowiedzialność. Od czasu ukończenia studiów na Uniwersytecie Wrocławskim, a potem na Politechnice Wrocławskiej a także w Wyższej Szkole Teologicznej we Wrocławiu oraz kilku innych uczelniach, autor „Luster Pana B.” żyje w zawodowym trójkącie pomiędzy kulturą, gospodarką a polityką. Z wrocławską oraz dolnośląską kulturą i sztuką zawodowo i społecznie związany jest od początku lat 80. XX w. Jako aktor udzielał się w Teatrze Zielona Latarnia Ireny Rzeszowskiej, współpracował też z Teatrem Wędrującym Jacka Wekslera i współtworzył Turniej Jednego Wiersza „O kropkę Że” w Kawiarni Artystycznej Pod Kalamburem. Za osiągnięcia w zakresie upowszechniania teatru wyróżniony został Wrocławską Nagrodą Teatralną i odznaką honorową Wrocławskiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru. Na przestrzeni kilkudziesięciu lat zawodowej kariery pracował m.in. w Miejskim Domu Kultury w Kamiennej Górze, Dolnośląskim Towarzystwie Społeczno-Kulturalnym, Teatrze Drugie Studio Wrocławskie, Instytucie im. Jerzego Grotowskiego. Uczestniczył w procesach wydawniczych tworzenia czasopism artystycznych „Notatnik Teatralny” i „Format” oraz „Wrocławskiego Informatora Kulturalnego”, którego był redaktorem naczelnym. Jako prezes i dyrektor kreatywny przez 20 lat zarządzał wiodącą wrocławską agencją reklamową ORPHA. Współtworzył efektywne kampanie reklamowe czołowych polskich przedsiębiorstw, kampanie społeczne instytucji i organizacji publicznych oraz projekty z zakresu marketingu politycznego, w tym m.in. kampanię promocyjną miasta „Wrocław – Millennium 2000”, koncepcję promocyjną Dolnego Śląska, kampanie społeczne „Nie dawaj na ulicy”, „Bezalkoholowe! Nie łykaj tej bujdy”, „Zamienię dom dziecka na dom rodzinny”, a także wiele kampanii wyborczych i projektów obywatelskich szczególnie wspierających osoby z niepełnosprawnościami, za co został uhonorowany m.in. Dyplomem „Wrocław Bez Barier”. Współpracował również z Polskim Radiem Wrocław, gdzie zarządzał biurem reklamy i realizował autorską audycję gospodarczą. Obecnie wicedyrektor Ośrodka Kultury i Sztuki we Wrocławiu a od dekady przewodniczący Rady Programowej TVP Wrocław. Od kilku lat z wielką pasją pokonuje z kijkami ultramaratońskie szlaki Dolnego Śląska i bierze udział w maratonach i półmaratonach wrocławskich.
Ewa Gil-Kołakowska. Fot archiwum E. Gil-KołakowskiejEwa Gil-Kołakowska – absolwentka Uniwersytetu Wrocławskiego, pomysłodawczyni oraz autorka koncepcji i scenariusza spotkań. Dziennikarka, której specjalnością są wywiady z ludźmi Kultury i Sztuki. W swoim dziennikarskim dorobku ma setki wywiadów z wybitnymi artystami, m.in. z Tadeuszem Kantorem, Gustawem Holoubkiem, Zbigniewem Zapasiewiczem, Czesławem Niemenem, Markiem Grechutą, Wojciechem Młynarskim, Agnieszką Osiecką, Krystyną Jandą, Diamandą Galas, Patricią Kaas, Marią Czubaszek, Romą Ligocką, Franciszkiem Starowieyskim, Jerzym Dudą-Graczem, Jackiem Kaczmarskim, Kazikiem Staszewskim, które publikowała na łamach Magazynu Tygodniowego GR, Przeglądu, Angory i XL. Współpracowała też z tygodnikiem Wprost, Gazetą Wyborczą, Wieczorem Wrocławia, West Zeitung, miesięcznikami Machina i WOW. W trakcie wieloletniej pracy dziennikarskiej zajmowała się również reportażem oraz krytyką teatralną i filmową. Przez kilka lat w Radiu Wrocław prowadziła cykl autorskich audycji poświęconych sztuce filmowej Video ergo sum. W latach 1991-1994 redaktor naczelna magazynu E’LA. Autorka książek: La, la, la, la…, Dowód Tożsamości, Mam jedno oko zielone…, Opowieści wigilijne o wieczerzy, kolędach, Herodzie oraz wydanej kilka lat temu książki Opowieści bielsze niż śnieg. Pomysłodawczyni i producentka albumu i koncertu Alkimja Justyny Steczkowskiej, płyty i koncertu Kazika Staszewskiego Piosenki Toma Waitsa, płyty polsko-jamajskiej formacji RASTASIZE Day by Day, zrealizowanej w studiu Boba Marleya na Jamajce, a także albumu z utworami Kurta Tucholsky’ego w interpretacji Krystyny Tkacz. Realizatorka teledysków, autorka scenariuszy, satyryk. Cykl wieczorów w Klubie Muzyki i Literatury – Dowód Tożsamości to jej kolejne dziennikarskie spotkania z ludźmi których, lubi, ceni i szanuje.
Marzena Cybulka. Fot archiwum M. CybulkiMarzena Cybulka – gitarzystka basowa, kontrabasistka, autorka muzyki oraz tekstów, producentka, managerka kultury. Ukończyła Wrocławską Szkołę Jazzu i Muzyki Rozrywkowej II-go stopnia w klasie gitary basowej Tomasza Grabowego, studia licencjackie na Akademii Muzycznej im. K. Szymanowskiego w Katowicach w klasie gitary basowej Adama Kowalewskiego, a także magisterskie na kierunku Ochrona Środowiska na Uniwersytecie Wrocławskim. Współzałożycielka zespołu Mundinova, z którym wydała debiutancki album „W drodze” i drugi album pt. „Fantom” /jazz, etho, alternative/. Początki jej działalności scenicznej to rok 2007, w którym zadebiutowała na scenie teatru muzycznego Capitol we Wrocławiu, grając do spektaklu „Operetka” (reż. Michał Zadara, muz. Leszek Możdżer). Współpraca ta rozszerzyła się wkrótce o kolejne produkcje: „A chorus line”, „Dzieje grzechu”, „Hair” oraz „Ścigając zło”. Na przestrzeni kilku lat pracy artystycznej współpracowała z takimi muzykami jak: Zbigniew Lewandowski, Leszek Możdżer, Mike Russel, MFA Kera, Artur Lesicki, Małgorzata Ostrowska, Mateusz Ziółko, Kasia Wilk, Wojciech Myrczek, Mieczysław Szcześniak, Stanisław Soyka, Krzesimir Dębski i Kamil Bednarek. Regularnie pojawia się też na scenie ze swoim zespołem Marzena Cybulka Quintet oraz z Orkiestrą Kameralną Silesian Art Collective. Jest też pomysłodawczynią i producentką dwóch projektów społeczno-artystycznych: „JAZZOBAJANIA” I „BARW HARMONII” obejmujących pracę warsztatową z młodzieżą oraz osobami z niepełnosprawnościami. Od wielu lat zajmuje się także aktywną działalnością managerską, a od marca 2025 roku pełni funkcję wiceprezeski w powołanej wspólnie z Anną Skowrońską-Korczowską Fundacji Mundi Art, zajmującej się popularyzacją sztuki.

Walentynkowy Jazz na Polanie Jakuszyckiej

Zapraszamy na walentynkowy koncert muzyki jazzowej, który odbędzie się 13 lutego w Dolnośląskim Centrum Sportu na Polanie Jakuszyckiej.

XXVII Bal Charytatywny

Zapraszamy na XXVII Bal Charytatywny, którego celem zdobywanie środków na stypendia edukacyjne dla dzieci i młodzieży z naszego regionu. Wydarzenie odbędzie się w piątek 6 lutego 2026 w Hotelu Mercure w Jeleniej Górze. Karnawałowej rozrywce towarzyszyć będzie m. in. licytacja darów przekazanych na rzecz dobroczynnych działań fundacji.

 

Screenshot

 

Rezerwacja miejsc i zakup biletów za pomocą poczty elektronicznej i telefonicznie:

e-mail: fundacja.szmajdzinski@gmail.com

tel.: +48 515 778 980, +48 797 273 071

Numer konta do wpłat: 41 2030 0045 1170 0000 0337 9630

Koszt jednoosobowego zaproszenia to 350 zł.

Gala Kryształu Górskiego Nowin Jeleniogórskich z koncertem Anny Jurksztowicz!

Gorąco zapraszamy na Galę Kryształu Górskiego Nowin Jeleniogórskich! Jedyne w swoim rodzaju wydarzenie, pełne niecodziennych emocji i wspaniałej muzyki, odbędzie się w poniedziałek 16 lutego 2026 o godz. 18.00 w Teatrze im. C.K. Norwida w Jeleniej Górze. W pierwszej części wieczoru uroczyste rozstrzygnięcie wyborów Człowiekiem Roku 2025 NJ w muzycznej oprawie formacji Moliendo Cafe, a po wręczeniu Nagrody Kryształu Górskiego pełen przebojów koncert wielkiej gwiazdy polskiej estrady, Anny Jurksztowicz, zatytułowany „Przytulam najlepsze piosenki”.

 

Rozstrzygnięciu wyborów Człowieka Roku NJ zawsze towarzyszyły specjalne wydarzenia artystyczne. Tak będzie i tym razem. Uroczyste spotkanie z wybitnymi osobistościami budującymi wartościowe życie społeczne regionu wymaga szczególnej oprawy. Dlatego już ceremonia wręczenia Kryształu Górskiego pełna będzie muzycznych akcentów, o które zadba grupa Moliendo Cafe. A tuż po ceremonii zabrzmi wspaniale zapowiadający się koncert śpiewającej gwiazdy polskiej estrady – Anny Jurksztowicz, która wystąpi z zespołem wybitnych instrumentalistów. W programie koncertu zatytułowanego „Przytulam najlepsze piosenki” znajdą się wielkie przeboje Anny Jurksztowicz oraz jej najnowsze utwory.

Gwiazdy wieczoru nie trzeba specjalnie przedstawiać miłośnikom polskiej muzyki rozrywkowej. Anna Jurksztowicz jest piosenkarką i producentką muzyczną, a także autorką piosenek, której kariera trwa od dekad. Przeboje, które specjalnie dla niej pisali Krzesimir Dębski i Jacek Cygan, już w latach osiemdziesiątych weszły do kanonu polskiej muzyki rozrywkowej i są wizytówką rodzimego show-biznesu. Anna Jurksztowicz nagrała ponad 10 albumów, a także wiele piosenek do filmów i seriali, które zna i śpiewa z nią podczas koncertów cała widownia. Każdy jej recital jest nie tylko sentymentalną okazją do wspomnień, ale i pokazem kunsztu wokalnego piosenkarki, wirtuozerii jej zespołu oraz piękna i ponadczasowości naszych rodzimych piosenek.

Koncert rozpocznie się tuż po zakończeniu uroczystości wręczenia Kryształu Górskiego Człowiekowi Roku. Bilety do nabycia w kasie teatru oraz TUTAJ.

Spotkanie autorskie z Przemysławem Wojcieszkiem wokół jego najnowszej książki „Boże Narodzenie we Wrocławiu”

Zapraszamy na spotkanie autorskie z Przemysławem Wojcieszkiem wokół jego najnowszej książki „Boże Narodzenie we Wrocławiu”, które odbędzie się w Księgarni Tajne Komplety 20 lutego. Rozmowę poprowadzi Sebastian Rerak.

Boże Narodzenie we Wrocławiu to poruszająca, pełna czułej obserwacji opowieść o jednej świątecznej nocy z życia Vitalika – taksówkarza i imigranta z Ukrainy. Wyruszając w kurs po zimowym Wrocławiu, spotyka ludzi niosących swoje skrywane dramaty: samotność, żal, przemoc i tęsknotę za bliskością. Każdy pasażer wnosi do jego świata cząstkę prawdy o mieście, w którym piękno splata się z ludzką kruchością. To historia o tym, że nawet w najmroczniejszych chwilach potrafimy odnaleźć dobro – często w najbardziej nieoczekiwanych miejscach.

Jesteście we Wrocławiu, najwspanialszym mieście pod bezgwiezdnym niebem, jest bożonarodzeniowa noc, a wasz kierowca Vitalik przyjedzie już za trzy minuty. Poznacie go po uśmiechu i doskonałej bluesowej playliście. Życząc Wam miłej podróży, wyrażamy nadzieję, że tej wyjątkowej nocy nie jesteście samotni. Jeżeli jednak jesteście, pamiętajcie, że Wrocław jest miastem cudów. Wsiądźcie więc do taksówki i bądźcie dobrej myśli. Everything Gonna Be Alright, jak śpiewał Little Walter.

[Przemysław Wojcieszek, tekst z czwartej strony okładki]

 

Przemysław Wojcieszek (ur. 1974) – reżyser filmowy i teatralny, scenarzysta, dramaturg oraz pisarz, zaliczany do czołowych twórców kina niezależnego w Polsce. Debiutował w kinie jako scenarzysta filmu Poniedziałek (1998), a jako reżyser filmem Zabij ich wszystkich (1999). W swojej twórczości podejmuje tematy społeczne i egzystencjalne, często ukazując realia „Polski B” i ludzi mierzących się z przemianami społecznymi. Do jego znanych filmów należą m.in. Głośniej od bomb, W dół kolorowym wzgórzem, Doskonałe popołudnie oraz Sekret. Za swoje dokonania został uhonorowany m.in. Paszportem „Polityki”. Poza filmem intensywnie działa w teatrze, reżyserując spektakle własne i adaptowane, takie jak Made in Poland czy Królowe Brytanii. Jego prace cechuje bezkompromisowy styl oraz głębokie zainteresowanie kondycją współczesnego społeczeństwa.

 

Organizator:
Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – Instytucja Kultury Samorządu Województwa Dolnośląskiego


Dofinansowano z budżetu Samorządu Województwa Dolnośląskiego

Przejdź do treści