8 ARKUSZ. 5/2026
ÓSMY ARKUSZ ODRY
Turniejowy impresariat
To był maj, pachniała Saska Kępa – a raczej dopiero co się zaczął. Choć z Wrocławia do stolicy nam daleko, mamy przecież i u nas wybitne twórczynie. Pamięć o jednej z nich, Urszuli Kozioł, uczciliśmy niedawno I Turniejem Jednego Wiersza jej imienia. To był marzec, jak ma się do niego maj? W maju honorujemy tych, którzy podczas wspomnianego wydarzenia zdobyli najwyższe laury. W arkuszu publikujemy wyróżnione teksty okraszone impresjami pióra redaktorskiego grona.
Numer otwiera wiersz Pauli Gotszlich, zwyciężczyni, Terraformacja Marsa, a towarzyszy mu komentarz Kai Kędzioł. Następnie wtrącenie a propos Imion-Ojca Miazmy i interpretacja Zuzanny Madurskiej. Randomizację Kiedykolwiek, autor: TOON, stara się rozgryźć Jakub Famulski. Turniejową część arkusza kończy Kamil Figas analizami człowiek zostawił mnie jak psa Agnieszki Matkowskiej i Przedwiośnia I Julii Juny Jerzykiewicz, doszukując się w nich wywrotowego potencjału wymierzonego w status quo. Raz jeszcze gratulujemy laureatom i wszystkim uczestnikom, którzy zdobyli się na odwagę dołączyć do rywalizacji w I TJW im. Urszuli Kozioł! Liczymy, że za rok też się zobaczymy!
Niestety my zawaliliśmy sprawę. Bardzo przepraszamy Amelię Pudzianowską za kształt, w jakim ukazały się jej wiersze w marcowym arkuszu. Z naszej winy, przez nieuwagę, zestaw utworów rozpadł się po składzie: zniknął podział na strofy, a utwór Fermentacja zlał się w jedno z Kręgiem. Przykro nam, że nie podołaliśmy naszym redaktorskim obowiązkom i zobowiązujemy się do poprawy. Tym samym publikujemy w tym numerze zestaw we właściwej postaci. Gorąco zachęcamy do lektury wierszy, bo warto doświadczyć ich we właściwej formie.
Wypadało by jeszcze jakoś zamknąć, prawda? Na koniec zatem zestaw wierszy Cezarego Żarny, który łączy religijno-mistyczne z tym co codzienne. Oddajemy wiersze w dobre ręce, a w czerwcu dla odmiany wrócimy z prozą, by znów Was nieco rozruszać (Rozruchy. Vol. 2 incoming).
Redakcja Ósmego Arkusza Odry

fot. Maciek Bielawski / maciekbielawski.pl
I Turniej Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł
I MIEJSCE
Paula Gotszlich
Terraformacja Marsa
nikogo nie obchodzi, że obchodziłbyś
setne urodziny,
gdy terraformacja Marsa jest możliwa,
USA i Rosja wymieniają się więźniami,
a Monie Lisie wyrósł na nosie grzyb od wilgotności tłumu.
nikogo nie obchodzi, że obchodziłbyś
setne urodziny,
gdy w galeriach kolażowe fotek syntezy roślin
ujrzanych w kosmosie.
Fontannę Di Trevi ocalono z trzewi
wojskowego drona.
czerwony alert.
polskie zboże pod presją Pegasusa.
eksperci zaniepokojeni,
mleko ojczyzny-matki wyssane
z palca.
Polacy nie wiedzą za co płaczą w sklepach.
nikogo nie obchodzi, że obchodziłbyś
setne urodziny,
gdy kryzys się rozlewa, ale to nie wystarcza,
plama zanieczyszczeń płynie w stronę Cypru.
Rosja zrzuca miny przeciwpiechotne,
policja sprawdza nieodśnieżone auta.
nikogo nie obchodzi, że obchodziłbyś
setne urodziny,
gdy ślady Powstania są zdrowszą alternatywą dla fajek,
ale fajki są zdrowszą alternatywą dla nuklearnej broni.
ryba zagłady pojawiła się na brzegu.
kot zostawił po sobie tylko zapach bukszpanu.
jednakże jest światło –
– kolejna odsłona miasteczka Twin Peaks.
David Lynch odkrywa nowe karty:
ma przed sobą jeszcze całe życie.
Kaja Kędzioł
Nikogo nie obchodzi, że napisałam ten tekst. Hiperodczuwanie w epoce czerwonych alertów
Trudno pisać w czasach spod znaku „hiper-”. Hiperglikemia infantylizuje smak, hiperlordoza (przy pochylaniu się nad tekstami) łamie w krzyżu a hiperłącza rozszczelniają lekturę, rozlewając sens na kolejne karty przeglądarek.
Wśród rdzeni następujących po hiper-, ostatnio niezwykłą popularność zyskuje -polityka. W skrócie: ma ona obecnie przenikać wszystkie sfery naszego życia, równocześnie nie prowadząc do trwałych społecznych zmian. W ciągłym afektywnym Edenie sporów, protestów i emocjonalnych mobilizacji, nie jesteśmy w stanie spożytkować wspomnianego impulsu na konkretne struktury, wspólnoty i (ostatecznie) reformy. Trudno również pisać bez obawy o szybką dezaktualizację. Jednak w perspektywie długowieczności, o wiele bardziej niż trzęsące się nad klawiaturą ręce, dotkliwy może być fakt, że w hiperpolitycznym świecie nikogo nie obchodzi, że obchodziłbyś / setne urodziny.
Paula Gotszlich w Terraformacji Marsa z niebywałą błyskotliwością ujęła (wyłaniające się jeszcze) struktury odczuwania współczesności. W świecie hiperzindywidualizowanych podmiotów okazało się nagle, że realizacja „demokratycznych” postulatów o pełnej wolności ekspresji w konsekwencji musi oznaczać ograbienie jednostek ze sprawczości. Z alchemiczną mieszaniną zazdrości i historycznego rozczarowania patrzę na dokonania poprzednich pokoleń: przeglądam zdjęcia Foucaulta zrzucającego cegłę z balkonu, odtwarzam przemowę Godarda z ’68 r. w Cannes, znam dokładną trajektorię lotu buta w głowę George W. Busha, kocham Sinnéad O’Connor – i wiem, że nie jestem w tym sama. Okupujemy uniwersytety, chodzimy na manifestacje, krzyczymy przez megafony, mówimy, że nie stać nas na rozpacz. W naszych instastory jesteśmy hiperkuratorkami treści, przeplatając ze sobą (jak w warkoczu) nagrania bombardowań ze Strefy Gazy, boomerangi ze zdmuchiwania świeczek na torcie, wystylizowane zdjęcia ramenu i manifest do rektora z prośbą o przywrócenie działalności stołówek.
Lektura wiersza Gotszlich przypomina wieczorny doomscrolling instagramowych rolek. Przy dobrze wyćwiczonym algorytmie, po 10 minutach nabawiam się hiperwigilancji. Od pożeranych ogniem lasów Amazonii, po obietnice cudownych rozwiązań katastrofy klimatycznej (z których skorzysta jedynie niewielka część mieszkańców – wyjątkowo pozwolę sobie zastosować tutaj wyłącznie formę męską – naszej planety). Od opłakiwania kolejnego weta, po rolki prezydenta z siłowni. Od dziennikarskich śledztw, po memy z wiadomych akt. Przy tym nie twierdzę, że opisywane przeze mnie doświadczenie pokoleniowe jest zupełnie wyjątkowe – chociażby telewizor mojej babci niegdyś dorobił się wypalonego paska od ciągłego oglądania programów informacyjnych. Świat przeżywany przez nas obie operował na podobnych emocjonalnych rejestrach. Teraz jest tylko nieco bardziej hiper.
Trudno sądzić, żeby dało się w dzisiejszym świecie nakręcić Człowieka z marmuru. Co więcej, nikogo, rzeczywiście, nie obchodzi, że Andrzej Wajda obchodziłby setne urodziny. W szczególności gdy ślady Powstania są zdrowszą alternatywą dla fajek, / ale fajki są zdrowszą alternatywą dla nuklearnej broni, rozliczanie się z przeszłym złem, dekonstrukcja narodowych narracji i mitów nie wygrają z rybą zagłady, presją Pegasusa i plamą zanieczyszczeń dobijającą do Cypru. Obecna polityka uwagi gardzi niuansem, brzydzi się zawahaniem, odrzuca niepewność i nie toleruje smutnych zakończeń. Woli odwrót w stronę psychoanalizy, krzewienie wiary w wewnętrzną siłę kreatywności i eskapistyczną funkcję sztuki. Poza tym ma słabość do reżyserów siedzących w pomieszczeniu w przeciwsłonecznych okularach, którzy twierdzą (z przekonaniem!), że widzą przyszłość: „and it’s looking very bright”.
Dla mnie przyszłość będzie obiecująca wtedy, gdy poezja spod znaku Terraformacji Marsa będzie obchodzić przynajmniej nieco więcej niż „nikogo”. Na przekór politycznym hiperuproszczeniom i w obronie empatycznego hiperodczuwania, w świecie czerwonych alertów, nie bójmy się alternatyw.
II MIEJSCE
Miazma
ojcu
w dniu śmierci
zamiast kwiatów.
wtrącenie a propos Imion-Ojca
ojciec w trakcie postu zatańczył się na śmierć
poniósł go karnawał po dacie ważności
zmarł nagle natychmiast bez gromnic i śpiewu
dziś leży w kuchni jak martwe mrowisko.
pogrzeb nie będzie żołnierski chociaż był żołnierzem
nad ciałem ja-zjadacz przetrawię mu grzechy.
ja Orestes i ja Klitajmestra
nie wiem czy na świecie jest tyle soli i chleba
mąki zakwasu wody i rąk
piwa na pewno
jedno za dużo dwa zawsze za mało.
pije je miasto stenografią wypadków
rytmem i tętnem ustami i krwią
pije w południe o świcie
pije je nocą pijemy pijemy.
ja Edyp ja Lajos ja ono i on
ty nom du père i ty pomme de terre
nie pytaj czy wiem czym dla zmarłych jest kuchnia
znów jest to sprawa smaku
tak smaku.
nie pytaj co zjadłom co zjadam co zjem
te drożdże ta mąka cóż mogą cóż mogą ojcze
Zuzanna Madurska
Nie starczy chleba, by przetrawić śmierć
Literatura polska kilku ostatnich dekad obfituje w narracje o rodzicach – począwszy od historii kobiet zostających matkami (np. Miłość Kamili Janiak), przez obrazy relacji dzieci i ich rodziców (np. twórczość Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego), po opowieści o śmierci tych, których istnienie obok wydawało się stanem domyślnym, wręcz nienaruszalnym (np. Bezmatek Miry Marcinów). Nie ma zresztą nic dziwnego w tym, że twórcy przekładają na język literatury relacje (i związane z nimi doświadczenia) definiujące tożsamość i organizujące strukturę codziennego życia. W skrajnym przypadku, gdy podejmują temat śmierci rodzica, stawką nierzadko okazuje się sama możliwość dalszego funkcjonowania. Właśnie wokół tego, co „tuż po”, swój wiersz wtrącenie a propos Imion-Ojca buduje Miazma. Mnogością kontekstów pokazuje, że relacja rodzic-dziecko niekoniecznie ogranicza się jedynie do tego, co dobre i pożądane. W ten sposób osoba autorska podkreśla, że pogodzenie sprzecznych emocji i zaspokojenie braku po śmierci ojca jest tak naprawdę niemożliwe.
Miazma od pierwszych wersów wpisuje figurę ojca w kulturowo utrwalone i uznane porządki czy koncepcje. Szczególnie znacząca wydaje się topika religijna – jednak już na samym początku wiersza zmarły bluźnierczo przeciwstawia się regułom kościoła: ojciec w trakcie postu zatańczył się na śmierć. Narracja kontynuowana w następnych wersach dekonstruuje patetyczny potencjał, który jakby jeszcze próbował dobić się do świadomości czytelnika wspomnieniem o żołnierskiej przeszłości ojca. Jednak okazuje się, że zmarł nagle natychmiast bez gromnic i śpiewu. Ze wzniosłości zostaje więc tylko powidok postu, bo nawet pogrzeb nie będzie żołnierski chociaż był żołnierzem. Znaczący zdaje się również porządek mitologiczny, który od razu przywołuje na myśl freudowską psychoanalizę. Osoba mówiąca w wierszu porównuje się zarówno do Orestesa, jak i Klitajmestry. Analogicznie – do Edypa i Lajosa. Podmiot zestawia w sobie zarówno postaci skrzywdzonych dzieci, jak i rodziców winnych ich zguby. Zastanawiające, że skumulowane cierpienie obu przywołanych synów znajduje ujście w akcie mordu rodziców. Tragizm ich sytuacji nabiera podwójnego wymiaru – krzywda rodzi krzywdę. Współistnienie Orestesa, Klitajmestry, Edypa i Lajosa w jednej osobie zwraca uwagę na tragiczny konflikt tożsamościowy, którego doświadcza podmiot. Padł ofiarą agresji rodzica, a jednocześnie odnajduje ją w sobie. Jest hybrydą tożsamości własnej i odziedziczonej.
Dlatego tak trudno żyć po śmierci ojca. Swoim ukonstytuowanym przez kulturę znaczeniem zainfekował całkowicie istnienie dziecka. Był przecież realizacją Lacanowskiej idei nom du père, figurą prawa, zakazem. Był też pomme de terre – szlachetnym owocem ziemi? Czy może najbardziej podstawowym i prymitywnym ziemniakiem? Nieobecność ojca uporczywie przypomina o sobie w uczuciu niezaspokojenia – na świecie nie ma żadnego pokarmu, który zniwelowałby ten głód. Nawet chleb, który w tekście Miazmy jawi się jako ideał, a w symbolice chrześcijańskiej tożsamy jest z ciałem Bożym, nie stanowi w obliczu śmierci odpowiedzi: nie pytaj co zjadłom co zjadam co zjem / te drożdże ta mąka cóż mogą cóż mogą. Wobec bezradności chleba, po ojcu zostaje tylko obezwładniający brak kontroli, piwo, jedno za dużo dwa zawsze za mało i grzechy, które dziecko-zjadacz musi przetrawić – bo przecież nie należy ich zmarłemu ojcu wyliczać ani wypominać.
Na wieloznaczność wtrącenia a propos Imion-Ojca składa się jeszcze wiele innych czynników. Antropologiczne zacięcie w analizowaniu społecznych rytuałów (jedzenie, obrządki), śmiałe intertekstualne gry (Potęga smaku Zbigniewa Herberta, Fuga śmierci Paula Celana) – to wszystko służy podkreśleniu wagi ojca w życiu dziecka. Nie oznacza to jednak, że wpływ rodzica jest bezdyskusyjnie pozytywny, na co wskazuje gorzka ironia podmiotu, gdy ujawnia targające nim sprzeczne uczucia. Jednak kluczowa w wierszu wydaje się przeszywająca szczerość, z jaką Miazma potrafi opisać brak – pustkę niechcianą, lecz tak głęboko zakorzenioną w naturze i figurze dziecka, że żadne zasoby świata nie będą w stanie jej wypełnić. Niech ta krótka impresja stanowi przyczynek do refleksji nad tożsamościowym bólem straty, na załagodzenie którego nie ma w świecie wystarczająco soli i chleba / mąki zakwasu wody i rąk. Pozostaje jedynie miażdżący obowiązek „przetrawienia grzechów” – grzechów, których padło się ofiarą.
III MIEJSCE
TOON
Kiedykolwiek
20/3/2026
wariant 8 / 811424
Kiedykolwiek
mam taką gdy tylko sposobność
niemiecką polubić motoryzację
kolega semicki o Mój kiedy to pytam go
Mówi z oni tym nie problemów że mają
zna z nikogo nie problem kto On tym miałby
Kiedykolwiek
tylko mam taką gdy sposobność
niemiecką polubić motoryzację
podjeżdża 17 na Piotrkowskiej oficynę Pod
mundurze oficer sam ten w
mody kreatora tego od B światowego
z BMW bocznym kołem na takim
siedzi miś w A wózku ogromny
wytłumaczony przerażonemu dziecku
niemieckiej będzie służył teraz dziewczynce że
Kiedykolwiek
sposobność mam gdy tylko taką
polubić motoryzację niemiecką
rodacy Moi i w samej przebaczają kupują chwili tej
kolejne wageny orszaki i desy
serca Narodu Prezes połowy co ukradł ten
jakby nic nigdy wsiada
germańskiej DOUBLE limuzyny S do CLASSE
a jednak dlatego może że Choć
SS po załodze
już pozostały wspomnienia tylko
błękitnych o słodkich obłokach
organicznych spalin szarych
Jakub Famulski
Ciągoty zepsutego automatu
Kiedykolwiek, gdy sposobność miałem taką doświadczyć występów TOONa (dwa razy: TJW na MF Opowiadania w 2024, I TJW im. Urszuli Kozioł w 2026), kończyło się podobnie. Widownia słuchała uważnie. Jury doceniało wyróżnieniem. A ja salę opuszczałem strapiony. Albo inaczej. Zagadka wierszy TOONa nie dawała mi spokoju – nie standardowe pytanie o sens mnie męczyło, a raczej kwestia tego, jak te wiersze zostały zrobione, na czym polega mechanika ich randomizacji i do czego właściwie służy.
TOON pisze, że „randomizuje słowa”. Na scenie poza tytułem wiersza wymienia numer wariantu poddanego randomizacji tekstu (tu: 8 z 811424). Tym samym sprawnie kusi nas tajemnicą, której samodzielnie nie jesteśmy w stanie rozwikłać. Wykonanie nie daje na to dość czasu – co prawda, słyszymy, że słowa są niecodziennie poprzestawiane w szyku zdania, ale zamiast marnować uwagę na formalne rozkminy, wolimy układać wyłapaną treść w jakąś interpretację. Teraz, gdy wczytuję się w Kiedykolwiek na ekranie komputera, dochodzę do wniosku, że to nie czas jest problemem, lecz po prostu brak danych. Sama cyfra 811424 niewiele wyjaśnia. Jest na tyle duża, że nie idzie wyobrazić sobie wszystkich wariantów na raz, a równocześnie o kilka rzędów za mała, żeby mogła wyrażać zupełnie dowolną randomizację: przykładowo taką, w której kolejność słów w wersach jest każdorazowo losowana. Co więcej, wydaje się nietypowa – bo to iloczyn pięciu dwójek i liczby pierwszej 25357 – co laika kombinatoryki (mnie) prowadzi do wniosku, że ten mechanizm jest bardziej skomplikowany niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Dlatego zawieśmy na chwilę pytanie o mechanikę i zerknijmy do wiersza.
Kiedykolwiek / gdy tylko mam taką sposobność / polubić niemiecką motoryzację – ta fraza (w różnych zrandomizowanych wariantach) otwiera trzy pierwsze strofy. Wydaje się, że podmiot nie tyle wspomina konkretną doświadczoną sytuację, np. podziwiania błyszczących nowością BeeMek w salonie samochodowym czy dociskania na maksa pedału gazu w sportowym mercedesie, co nieco paranoicznie wyobraża sobie samą możliwość znalezienia się w tego rodzaju potencjalnej sytuacji (być może wcale kuszącej). Dlaczego paranoicznie? Ponieważ fantazja o niemieckim aucie od razu piętrzy etyczne wątpliwości i każe zwrócić się do semickiego kolegi, żeby ten rozgrzeszył bohatera utworu z pożądania sprawnej maszyny. Kiedy do głowy wpada etykieta narodowa, nie idzie się jej łatwo pozbyć i poruszamy się już w rejonach zbiorowego imaginarium i wspólnotowych tożsamości. Dlatego ów semicki kolega Mówi że oni z tym problemów nie mają – „oni” a nie „ja”. Podmiot, raz przyjąwszy totalizującą optykę polityczną, dostrzega więcej. Piotrkowska – żydowska, mundur od Hugo Bossa – nazistowski. Tak samo jak BMW. A miś zostaje odebrany polskiemu dziecku i przekazany niemieckiej dziewczynce. Precyzyjniej byłoby powiedzieć, że dostrzega więcej, ale jedynie w bardzo wąskich ramach, które sobie narzucił i tylko to, co jest spójne z jego mizantropicznym podejściem: lęki, krzywdy, hipokryzję. Fiksuje się na germanofobicznych rodakach, którzy bez wyrzutów sumienia śmigają w Volkswagenach. Zazdrośnie podpatruje, jak Jarosław Kaczyński (znany ze swojej niechęci do naszych zachodnich sąsiadów) otwiera drzwiczki luksusowego Mercedesa. Pragmatyczny polityk przymyka oko na szczegóły, podmiot wiersza nie jest w stanie oderwać od detali wzroku. Nawet zapach spalin z rury wydechowej zdaje się przenosić go do kominów obozów koncentracyjnych. On jeden pamięta, bo usilnie się wpatruje, ale przez to, że widzi więcej, wręcz za dużo, może zdecydowanie mniej. Nie dla niego jest przyjemność wyciśnięcia 220 na godzinę za kółkiem. Jemu pozostaje jedynie kakofonia wątpliwości i mieniących się w benzynie obrazów.
Jak to się łączy ze zrandomizowaną formą? W utworze mamy do czynienia z ciągiem asocjacji. Sposobność polubienia niemieckiej motoryzacji wywołuje błąd poznawczy: myśl o przyjemności prowadzi do skojarzeń uniemożliwiających rozkosz. Zachodzi tu swoisty poznawczy glitch, którego dopełnieniem jest zglitchowana forma. Sam proces myślowy, ten nieco paranoiczny ciąg skojarzeń, ma jednak charakter przygodny, dynamiczny, jednorazowy, którego brak w lekturze wiersza zapisanego raz na zawsze w ustalonej formie. Jeśli jednak za każdym razem utwór przepuszcza się przez randomizujący algorytm, to każde odczytanie wymaga poznania go jakby na nowo. Przywrócona zostaje przygodność. Precyzyjna mechanika okazuje się narzędziem rozbijania automatyzmów, o których mowa w wierszu, a wykonanie na scenie jest jakby przeżyciem na nowo glitchowej asocjacji: kiedykolwiek, ale nigdy tak samo.
Agnieszka Matkowska
człowiek zostawił mnie jak psa
człowiek zostawił mnie jak psa
nie mogłam podjąć pracy
nie mogłam wziąć ślubu
nie miałam za co jeść
sama jesteś sobie winna
suko.
kiedy rzucał telefonem
nie miałam na to dowodów
wszystkie roztrzaskiwały się o ścianę
przez kilka lat białe skały i grad
potrząsanie, groźba najgorszego
i dokąd pójdziesz?
potrząsanie, i groźba najgorszego
i
tylko szyba z widokiem na wzgórze
obrazek z bozią na kartongipsie
i przepraszam
to były tylko turbulencje.
kiedy zamieniłam się w szklankę
w kolorowe wzory
albo krzywo stałam
w środku przelewały się płyny
nikt mi nie powiedział, że jestem szklanką
tylko on: szklanko-wariatko
skończ gadać jak potłuczona
za ścianą są dzieci
za ścianą są dzieci
za ścianą są dzieci
chyba im tego nie zrobisz?
Kamil Figas
Dokładnie na odwrót
Łatwo jest dziś mówić o poezji tożsamościowej. Łatwo pisać o poezji opartej na znanych z instagrama truizmach. Łatwo wreszcie, indywidualny idiom autorki utożsamić ze zuniformizowaną dykcją grupy artystycznej (w przypadku Agnieszki Matkowskiej będzie to wrocławska grupa 606). Jak ten krótki i niewiele wnoszący do dyskusji o polskiej poezji wstęp ma się do wiersza człowiek zostawił mnie jak psa Matkowskiej?
Już podczas pierwszego czytania do utworu łatwo przykleić łatkę wiersza tożsamościowego. Autorka kreśli realistyczne obrazy przemocy. Nie korzysta jednak z wyszukanych środków stylistycznych. Tylko to, co dokładne, niezmącone, niezakłócone na żadnym paśmie przekazu może opowiedzieć o jednostkowym doświadczeniu. Wiersz, w pewnym sensie konfesyjny, próbujący być może usprawiedliwić podmiotkę z braku reakcji, z niemożności podjęcia zdecydowanych działań, staje się jednocześnie przestrogą i wyrazem matczynej miłości. Ostatecznie bowiem szczęście dzieci zostaje postawione wyżej niż wolność rodzicielki. Przemoc w utworze nie ma jedynie wymiaru fizycznego, lecz dotyczy również tego, co emocjonalne i tego, co ekonomiczne. I dokąd pójdziesz? – zostaje zapytana, może nieco ironiczne, na pewno agresywnie, bohaterka wiersza. Nie ma dróg wyjścia, pozostaje zależność, a perspektywa naprawy tej sytuacji od dawna pozostaje jedynie mrzonką. Jak sama stwierdzi: nie mogłam podjąć pracy / […] / nie miałam za co jeść. Czy okoliczności, w których tkwi podmiotka, nie są tożsame z sytuacjami innych kobiet? Czy nie próbuje ona w alegoryczny sposób powiedzieć o tym, co po cichu (skończ gadać jak potłuczona // za ścianą są dzieci) wciąż dzieje się za drzwiami wielu domów?
W wierszu Matkowskiej niełatwo mówić o domu. Forma architektoniczna zostaje zredukowana do szyb[y] z widokiem na wzgórze, tak jakby przestrzeń po drugiej stronie była ziemią obiecaną, upragnioną sferą wolności. Do raju nie da się już dotrzeć dzięki religii. Obrazek z bozią na kartongipsie przypomina raczej o konserwatywnej wizji rodziny, nie stanowi obietnicy Edenu, lecz groźbę powrotu piekła. Rozpada się nie tylko “dom” rozumiany jako konkretna fizyczna przestrzeń. Relacje międzyludzkie i godność osobista są w opłakanym stanie. Nie mogłam wziąć ślubu – o tym dowiadujemy się już na początku wiersza. Dzieci stają się w wypowiedziach przemocowego partnera jedynie obiektem gry, która toczy się na nierównych warunkach pomiędzy dwojgiem rodziców. Pojawiające się w tekście inwektywy (suko, wariatko) ostatecznie dopełniają obraz erozji relacji. Czy można uwierzyć, że to były tylko turbulencje – chwilowe problemy, jedynie rysa na ekranie smartfona, skoro telefony wszystkie roztrzaskiwały się o ścianę. Czy można mieć nadzieję, że zaraz wszystko wróci do normy?
Do normy wróci forma utworu. Chaotyczny słowotok, niechlujna wersyfikacja, ciągłe zaburzenia rytmu i „szybkie tempo”, ujawniające się szczególnie podczas odczytywania utworu na głos, stanowią językowy korelat doświadczeń i afektów, które przeżywa bohaterka. W wierszach Matkowskiej, nie tylko w tych zaprezentowanych podczas I Turnieju Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł, ale też w publikowanych regularnie na jej Facebooku, wspomniana odpowiedniość występuje niemalże zawsze. Ostatecznie jednak język w liryku człowiek zostawił… musi się ustrukturyzować, przyjąć oniryczno-mantryczą formułę, bo za ścianą są dzieci / za ścianą są dzieci / za ścianą są dzieci // przecież im tego nie zrobisz – nie rozwalisz wiersza, nie doprowadzisz emocji do końca, nie opuścisz pomieszczenia. I właśnie w tym miejscu Matkowska zręcznie obraca truizm. Jeśli do tej pory wydawało nam się, że najgorzej jest zacząć, a potem jakoś pójdzie, poetka pokazuje, że jest dokładnie na odwrót. Celem nie jest wpisanie się w normę, ale skończenie z jej przemocą.
IV MIEJSCE
Julia Juna Jerzykiewicz
Przedwiośnie I
moja babcia prosi o zastrzyk
z pentobarbitalu sodu
z tiopentalu z brokatu z morfiny
nocami rzęzi
jak czarna wołga znika za rogiem
w bezgłosie
Kamil Figas
Nad łóżkiem
Znany PRL-owski mit o czarnej wołdze zostaje w wierszu Juny wywrócony do góry nogami. Lekarstwa, o które prosi babcia podmiotki, przeciwbólowa morfina, anestezjologiczny tiopental, wprowadzający w śpiączkę pentobarbital sodu, stanowią jedynie przyczynek do „znikania”. Nie chodzi tu bowiem tylko o chwilowy zanik świadomości, krótką przerwę od bólu, czy przelotną okazję do „naprawienia” organizmu, ale o powolną podróż w stronę tego, co nieznane, i jednocześnie tego, co stanowi kres (albo nowy początek) – o drogę ku śmierci. Wspomniany samochód w miejskiej legendzie z czasów Polski Ludowej wykorzystywano do porywania dzieci. Juna odwraca ten porządek. Zauważa, że nagłe zniknięcie, które wywołuje traumę i rozpacz, nie musi dotyczyć tylko najmłodszych, ale wszystkich tych, którzy są nam bliscy. Wykonuje jednocześnie ruch wstecz na osi czasu. Po zażyciu medykamentów babcia powraca do mitów dzieciństwa. I właśnie w tym momencie ujawnia się dwuznaczność tytułu utworu. Przedwiośnie jako początek życia, miejsce, do którego powracamy, będąc u kresu. Ale też przedwiośnie – koniec, który może stać się początkiem czegoś nowego, gdy nasza czarna wołga znika za rogiem. Jednoczesna podróż w dwie przeciwne strony, o którą tylko nieliczni (jak wspomniana babcia) mają szczęście prosić.
Amelia Pudzianowska
wyjątek
można policzyć na palcach
moje koleżaneczki
co szwendaja się
z pankocia na paznokieć
połykają powietrze
jakby przedłużało życie
chcą być jedyne
a nie wiedzą że
sporo jest nawet
liczb pojedynczych
fermentacja
to jest najgorsze bo to prawda
a prawda ma zawsze brzydką mordę
jak siostra która nie odkryła
zabiegów medycyny etycznej
siostra przyszywana
łata na krowę
by się z niej nie ulało
dylematy estetyczne
odkryte w wieku przejrzałym
są serem tej ziemi
serem pełnym dziur
których czerń jest skończona
krąg
noszę tę myśl
jak ukołysne niemowlę
dobrze mu ze mną
noszę receptory komórki
neuroprzekaźniki
śpią we mnie myśli
proszę się rozejść
proszę się rozjeść
proszę się rozdziabać
proszę się rozdziobać
podobne zjada podobne
śpi we mnie niemowle
ssie pierś powietrza
a ja się ulatniam
a ja się utleniam
a ja zasypiam
noszę się z tą myślą
flow
strumień świadomości
strumień świadomości
płyń światło
płyń światłowodem
płyń żyłą cywilizowanego świata
płyń przez gardło
niech się zachłyśnie
niech mlaszcze
strumień świadomości
zaklęcie chorych na wyobraźnię
Cezary Żarna
Homines
Oto wypowiadasz to, co jest. Gnie się metalowe ciało i pręty
wyrastają z jego boków, nie słychać szmeru serca, jest ręka
i nie ma ręki, nic nie układa się w całość, niczego nie można
dogonić, nic się nie zdaje. Nie odpowiadasz, gdy wołają cię
po nazwisku, nie wychodzisz przed szereg, stoisz w rzędzie
na swoim miejscu. Tylko stoisz
i patrzysz. I oni już tylko stoją i patrzą. Oni
już dawno poumierali.
Voilá
On umrze na krzyżu. I wie o tym, ale to dopiero
pojutrze, ma jeszcze czas, jeszcze może
wspominać. Właśnie tak. Niektóre rzeczy wspomina
się ze wstydem, nie zaniedbując przy tym męki.
Tak to wygląda. Voilá.
Gwoździe
W pociągu jest tłok, w tramwaju jest
tłok, gwoździe
wypadają z każdego ciała.
Niebo wymiotuje. I niczego
o tym nie ma w biblii.
Do wiadomości
Musieli
go powiesić wczoraj wieczorem. Oderwali
posrebrzane guziki, zabrali buty
i spinki, porwali koszulę,
a potem długo
wybierali właściwe drzwi. Szukali
ciężkich, masywnych, najlepiej
drewnianych, w kamienicy na starej Pradze,
wśród starych ludzi, gdzieś wciąż ktoś jeszcze
wierzy, przyjmuje
śmierć do wiadomości.
Tworzenie mojego świata
odbywa się (bez przerwy), rzucam monetą i znów
orzeł – (nie) mój świat nie zostawia mi wyjścia – mała
świnka ryjąca pod skórą rozrasta się, to nie jest
białe, łagodne i czyste. Orzeł
skrzeczy, świnka ryje, pytam dlaczego? Dla jego (mojej?)
bolesnej męki.
Perspektywa
Z tej perspektywy wszystko
wygląda dobrze, nadal są okna, słońce i dach nad głową. Nadal
są ptaki o nieznanych imionach, nadal drzwi pozostają otwarte,
choć klamka dawno zapadła. Nadal można
pozwolić się poczuć i wszystko
nadal jest proste. Nadal wszystko wygląda dobrze. Nie widać
tylko mojego dna. Moje dno jest nie do dotknięcia.
Nic już nie mówi
w tym obolałym wierszu. Milczy. Słowa
nie pędzą, nie wypadają z ust, nie potrzebują instrukcji,
by się tłumaczyć. Ziemia
też milczy. Pamiętaj, że ona
kosztuje, że tutaj nie wystarczy Bóg zapłać, żeby w nią
wejść i zostać. Nie możesz
zatrzymać się w pół,
gdy stoisz samotnie w kłębach, zachodzącym słońcu,
między wszystkimi krawędziami mostów przerzuconych
nad przepaścią. Rozdmuchuje Cię
po brzegi.
Te deum
Słyszysz bicie serca w falującej
Klatce piersiowej, kościelny dzwon i słowa
Z głośnika – bierzcie
I jedzcie z tego wszyscy, ryby, żaby, kijanki,
Mandarynki. Tu na dole
Jest zimno, chłodem zaciąga od ziemi, tam
Wyżej gołąbki pokoju
Kule noszą. Te deum.
Biogramy:
Paula Gotszlich – ukończyła filologię polską na UŚ. W 2019 r. ukazał się jej debiutancki tomik poetycki Bezdech, za którego projekt otrzymała w roku 2016 Nagrodę im. Andrzeja Krzyckiego. Mieszka w Tarnowskich Górach.
Miazma – -studiuje filologię polską i angielską na UWr. Wyróżnione w 35. Turnieju jednego wiersza im. Rafała Wojaczka. Żongluje pisanie debiutu poetyckiego i dwóch prac magisterskich. Lubi deleuzjański bełkot i małpy człekokształtne.
TOON – społecznik, muzyk, poeta. Studia na Wydziale Informatyki UW. Od 25 lat randomizuje aranżacje muzyczne – a od 3 – słowa. Triumfator wielu slamów poetyckich. Wyróżniony na MF Opowiadania oraz na Turnieju Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł.
Agnieszka Matkowska – autorka wierszy i tłumaczka poezji ukraińskiej. Polonistka, ukrainistka i logopedka. Mieszka we Wrocławiu.
Julia Juna Jerzykiewicz – lubi sobie wymyślać imiona, których jej nie nadano i skończyła więcej kierunków studiów, niż powinna była zacząć. Uczestniczka zajęć warsztatowych Pracowni przed debiutem wierszem realizowanej w ramach festiwalu Biura Literackiego TransPort Literacki. Okołoliteracko działa na Insta jako @mira.moona.
Amelia Pudzianowska – robi memy, rolki, frytki. Ma na koncie kilkadziesiąt wygranych konkursów, kilkadziesiąt publikacji. Reżyseruje, slamuje, prowadzi warsztaty, montuje. Wydała w 2025 roku debiutancką książkę guzik prawda. Książka została nominowana do 9. edycji Nagrody Literackiej Miasta Radomia.
Cezary Żarna – autor książek poetyckich: Ruch obrotowy i Miłość. Piękna Pomyłka. Oprócz poezji zajmuje się także rysunkiem. Mieszka w Legionowie.
Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:
Zuzanna Madurska, Kaja Kędzioł, Jakub Famulski, Kamil Figas
Kontakt: osmy.arkusz.odra@gmail.com









