X

8 ARKUSZ. 5/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

Turniejowy impresariat

To był maj, pachniała Saska Kępa – a raczej dopiero co się zaczął. Choć z Wrocławia do stolicy nam daleko, mamy przecież i u nas wybitne twórczynie. Pamięć o jednej z nich, Urszuli Kozioł, uczciliśmy niedawno I Turniejem Jednego Wiersza jej imienia. To był marzec, jak ma się do niego maj? W maju honorujemy tych, którzy podczas wspomnianego wydarzenia zdobyli najwyższe laury. W arkuszu publikujemy wyróżnione teksty okraszone impresjami pióra redaktorskiego grona.

Numer otwiera wiersz Pauli Gotszlich, zwyciężczyni, Terraformacja Marsa, a towarzyszy mu komentarz Kai Kędzioł. Następnie wtrącenie a propos Imion-Ojca Miazmy i interpretacja Zuzanny Madurskiej. Randomizację Kiedykolwiek, autor: TOON, stara się rozgryźć Jakub Famulski. Turniejową część arkusza kończy Kamil Figas analizami człowiek zostawił mnie jak psa Agnieszki Matkowskiej i Przedwiośnia I Julii Juny Jerzykiewicz, doszukując się w nich wywrotowego potencjału wymierzonego w status quo. Raz jeszcze gratulujemy laureatom i wszystkim uczestnikom, którzy zdobyli się na odwagę dołączyć do rywalizacji w I TJW im. Urszuli Kozioł! Liczymy, że za rok też się zobaczymy!

Niestety my zawaliliśmy sprawę. Bardzo przepraszamy Amelię Pudzianowską za kształt, w jakim ukazały się jej wiersze w marcowym arkuszu. Z naszej winy, przez nieuwagę, zestaw utworów rozpadł się po składzie: zniknął podział na strofy, a utwór Fermentacja zlał się w jedno z Kręgiem. Przykro nam, że nie podołaliśmy naszym redaktorskim obowiązkom i zobowiązujemy się do poprawy. Tym samym publikujemy w tym numerze zestaw we właściwej postaci. Gorąco zachęcamy do lektury wierszy, bo warto doświadczyć ich we właściwej formie.

Wypadało by jeszcze jakoś zamknąć, prawda? Na koniec zatem zestaw wierszy Cezarego Żarny, który łączy religijno-mistyczne z tym co codzienne. Oddajemy wiersze w dobre ręce, a w czerwcu dla odmiany wrócimy z prozą, by znów Was nieco rozruszać (Rozruchy. Vol. 2 incoming).

Redakcja Ósmego Arkusza Odry

fot. Maciek Bielawski / maciekbielawski.pl

I Turniej Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł

 

I MIEJSCE

 

Paula Gotszlich

Terraformacja Marsa

nikogo nie obchodzi, że obchodziłbyś
setne urodziny,
gdy terraformacja Marsa jest możliwa,
USA i Rosja wymieniają się więźniami,
a Monie Lisie wyrósł na nosie grzyb od wilgotności tłumu.

nikogo nie obchodzi, że obchodziłbyś
setne urodziny,
gdy w galeriach kolażowe fotek syntezy roślin
ujrzanych w kosmosie.
Fontannę Di Trevi ocalono z trzewi
wojskowego drona.

czerwony alert.
polskie zboże pod presją Pegasusa.
eksperci zaniepokojeni,
mleko ojczyzny-matki wyssane
z palca.
Polacy nie wiedzą za co płaczą w sklepach.

nikogo nie obchodzi, że obchodziłbyś
setne urodziny,
gdy kryzys się rozlewa, ale to nie wystarcza,
plama zanieczyszczeń płynie w stronę Cypru.
Rosja zrzuca miny przeciwpiechotne,
policja sprawdza nieodśnieżone auta.

nikogo nie obchodzi, że obchodziłbyś
setne urodziny,
gdy ślady Powstania są zdrowszą alternatywą dla fajek,
ale fajki są zdrowszą alternatywą dla nuklearnej broni.

ryba zagłady pojawiła się na brzegu.
kot zostawił po sobie tylko zapach bukszpanu.

jednakże jest światło –
– kolejna odsłona miasteczka Twin Peaks.
David Lynch odkrywa nowe karty:
ma przed sobą jeszcze całe życie.

Kaja Kędzioł

 

Nikogo nie obchodzi, że napisałam ten tekst. Hiperodczuwanie w epoce czerwonych alertów

 

Trudno pisać w czasach spod znaku „hiper-”. Hiperglikemia infantylizuje smak, hiperlordoza (przy pochylaniu się nad tekstami) łamie w krzyżu a hiperłącza rozszczelniają lekturę, rozlewając sens na kolejne karty przeglądarek.

Wśród rdzeni następujących po hiper-, ostatnio niezwykłą popularność zyskuje -polityka. W skrócie: ma ona obecnie przenikać wszystkie sfery naszego życia, równocześnie nie prowadząc do trwałych społecznych zmian. W ciągłym afektywnym Edenie sporów, protestów i emocjonalnych mobilizacji, nie jesteśmy w stanie spożytkować wspomnianego impulsu na konkretne struktury, wspólnoty i (ostatecznie) reformy. Trudno również pisać bez obawy o szybką dezaktualizację. Jednak w perspektywie długowieczności, o wiele bardziej niż trzęsące się nad klawiaturą ręce, dotkliwy może być fakt, że w hiperpolitycznym świecie nikogo nie obchodzi, że obchodziłbyś / setne urodziny.

Paula Gotszlich w Terraformacji Marsa z niebywałą błyskotliwością ujęła (wyłaniające się jeszcze) struktury odczuwania współczesności. W świecie hiperzindywidualizowanych podmiotów okazało się nagle, że realizacja „demokratycznych” postulatów o pełnej wolności ekspresji w konsekwencji musi oznaczać ograbienie jednostek ze sprawczości. Z alchemiczną mieszaniną zazdrości i historycznego rozczarowania patrzę na dokonania poprzednich pokoleń: przeglądam zdjęcia Foucaulta zrzucającego cegłę z balkonu, odtwarzam przemowę Godarda z ’68 r. w Cannes, znam dokładną trajektorię lotu buta w głowę George W. Busha, kocham Sinnéad O’Connor – i wiem, że nie jestem w tym sama. Okupujemy uniwersytety, chodzimy na manifestacje, krzyczymy przez megafony, mówimy, że nie stać nas na rozpacz. W naszych instastory jesteśmy hiperkuratorkami treści, przeplatając ze sobą (jak w warkoczu) nagrania bombardowań ze Strefy Gazy, boomerangi ze zdmuchiwania świeczek na torcie, wystylizowane zdjęcia ramenu i manifest do rektora z prośbą o przywrócenie działalności stołówek.

Lektura wiersza Gotszlich przypomina wieczorny doomscrolling instagramowych rolek. Przy dobrze wyćwiczonym algorytmie, po 10 minutach nabawiam się hiperwigilancji. Od pożeranych ogniem lasów Amazonii, po obietnice cudownych rozwiązań katastrofy klimatycznej (z których skorzysta jedynie niewielka część mieszkańców – wyjątkowo pozwolę sobie zastosować tutaj wyłącznie formę męską – naszej planety). Od opłakiwania kolejnego weta, po rolki prezydenta z siłowni. Od dziennikarskich śledztw, po memy z wiadomych akt. Przy tym nie twierdzę, że opisywane przeze mnie doświadczenie pokoleniowe jest zupełnie wyjątkowe – chociażby telewizor mojej babci niegdyś dorobił się wypalonego paska od ciągłego oglądania programów informacyjnych. Świat przeżywany przez nas obie operował na podobnych emocjonalnych rejestrach. Teraz jest tylko nieco bardziej hiper.

Trudno sądzić, żeby dało się w dzisiejszym świecie nakręcić Człowieka z marmuru. Co więcej, nikogo, rzeczywiście, nie obchodzi, że Andrzej Wajda obchodziłby setne urodziny. W szczególności gdy ślady Powstania są zdrowszą alternatywą dla fajek, / ale fajki są zdrowszą alternatywą dla nuklearnej broni, rozliczanie się z przeszłym złem, dekonstrukcja narodowych narracji i mitów nie wygrają z rybą zagłady, presją Pegasusa i plamą zanieczyszczeń dobijającą do Cypru. Obecna polityka uwagi gardzi niuansem, brzydzi się zawahaniem, odrzuca niepewność i nie toleruje smutnych zakończeń. Woli odwrót w stronę psychoanalizy, krzewienie wiary w wewnętrzną siłę kreatywności i eskapistyczną funkcję sztuki. Poza tym ma słabość do reżyserów siedzących w pomieszczeniu w przeciwsłonecznych okularach, którzy twierdzą (z przekonaniem!), że widzą przyszłość: „and it’s looking very bright”.

Dla mnie przyszłość będzie obiecująca wtedy, gdy poezja spod znaku Terraformacji Marsa będzie obchodzić przynajmniej nieco więcej niż „nikogo”. Na przekór politycznym hiperuproszczeniom i w obronie empatycznego hiperodczuwania, w świecie czerwonych alertów, nie bójmy się alternatyw.

II MIEJSCE

 

Miazma

ojcu

w dniu śmierci

zamiast kwiatów.

wtrącenie a propos Imion-Ojca

ojciec w trakcie postu zatańczył się na śmierć

poniósł go karnawał po dacie ważności

zmarł nagle natychmiast bez gromnic i śpiewu

dziś leży w kuchni jak martwe mrowisko.

pogrzeb nie będzie żołnierski chociaż był żołnierzem

nad ciałem ja-zjadacz przetrawię mu grzechy.

ja Orestes i ja Klitajmestra

nie wiem czy na świecie jest tyle soli i chleba

mąki zakwasu wody i rąk

piwa na pewno

jedno za dużo dwa zawsze za mało.

pije je miasto stenografią wypadków

rytmem i tętnem ustami i krwią

pije w południe o świcie

pije je nocą pijemy pijemy.

ja Edyp ja Lajos ja ono i on

ty nom du père i ty pomme de terre

nie pytaj czy wiem czym dla zmarłych jest kuchnia

znów jest to sprawa smaku

tak smaku.

nie pytaj co zjadłom co zjadam co zjem

te drożdże ta mąka cóż mogą cóż mogą ojcze

 

Zuzanna Madurska

Nie starczy chleba, by przetrawić śmierć

 

Literatura polska kilku ostatnich dekad obfituje w narracje o rodzicach – począwszy od historii kobiet zostających matkami (np. Miłość Kamili Janiak), przez obrazy relacji dzieci i ich rodziców (np. twórczość Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego), po opowieści o śmierci tych, których istnienie obok wydawało się stanem domyślnym, wręcz nienaruszalnym (np. Bezmatek Miry Marcinów). Nie ma zresztą nic dziwnego w tym, że twórcy przekładają na język literatury relacje (i związane z nimi doświadczenia) definiujące tożsamość i organizujące strukturę codziennego życia. W skrajnym przypadku, gdy podejmują temat śmierci rodzica, stawką nierzadko okazuje się sama możliwość dalszego funkcjonowania. Właśnie wokół tego, co „tuż po”, swój wiersz wtrącenie a propos Imion-Ojca buduje Miazma. Mnogością kontekstów pokazuje, że relacja rodzic-dziecko niekoniecznie ogranicza się jedynie do tego, co dobre i pożądane. W ten sposób osoba autorska podkreśla, że pogodzenie sprzecznych emocji i zaspokojenie braku po śmierci ojca jest tak naprawdę niemożliwe.

Miazma od pierwszych wersów wpisuje figurę ojca w kulturowo utrwalone i uznane porządki czy koncepcje. Szczególnie znacząca wydaje się topika religijna – jednak już na samym początku wiersza zmarły bluźnierczo przeciwstawia się regułom kościoła: ojciec w trakcie postu zatańczył się na śmierć. Narracja kontynuowana w następnych wersach dekonstruuje patetyczny potencjał, który jakby jeszcze próbował dobić się do świadomości czytelnika wspomnieniem o żołnierskiej przeszłości ojca. Jednak okazuje się, że zmarł nagle natychmiast bez gromnic i śpiewu. Ze wzniosłości zostaje więc tylko powidok postu, bo nawet pogrzeb nie będzie żołnierski chociaż był żołnierzem. Znaczący zdaje się również porządek mitologiczny, który od razu przywołuje na myśl freudowską psychoanalizę. Osoba mówiąca w wierszu porównuje się zarówno do Orestesa, jak i Klitajmestry. Analogicznie – do Edypa i Lajosa. Podmiot zestawia w sobie zarówno postaci skrzywdzonych dzieci, jak i rodziców winnych ich zguby. Zastanawiające, że skumulowane cierpienie obu przywołanych synów znajduje ujście w akcie mordu rodziców. Tragizm ich sytuacji nabiera podwójnego wymiaru – krzywda rodzi krzywdę. Współistnienie Orestesa, Klitajmestry, Edypa i Lajosa w jednej osobie zwraca uwagę na tragiczny konflikt tożsamościowy, którego doświadcza podmiot. Padł ofiarą agresji rodzica, a jednocześnie odnajduje ją w sobie. Jest hybrydą tożsamości własnej i odziedziczonej.

Dlatego tak trudno żyć po śmierci ojca. Swoim ukonstytuowanym przez kulturę znaczeniem zainfekował całkowicie istnienie dziecka. Był przecież realizacją Lacanowskiej idei nom du père, figurą prawa, zakazem. Był też pomme de terre – szlachetnym owocem ziemi? Czy może najbardziej podstawowym i prymitywnym ziemniakiem? Nieobecność ojca uporczywie przypomina o sobie w uczuciu niezaspokojenia – na świecie nie ma żadnego pokarmu, który zniwelowałby ten głód. Nawet chleb, który w tekście Miazmy jawi się jako ideał, a w symbolice chrześcijańskiej tożsamy jest z ciałem Bożym, nie stanowi w obliczu śmierci odpowiedzi: nie pytaj co zjadłom co zjadam co zjem / te drożdże ta mąka cóż mogą cóż mogą. Wobec bezradności chleba, po ojcu zostaje tylko obezwładniający brak kontroli, piwo, jedno za dużo dwa zawsze za mało i grzechy, które dziecko-zjadacz musi przetrawić – bo przecież nie należy ich zmarłemu ojcu wyliczać ani wypominać.

Na wieloznaczność wtrącenia a propos Imion-Ojca składa się jeszcze wiele innych czynników. Antropologiczne zacięcie w analizowaniu społecznych rytuałów (jedzenie, obrządki), śmiałe intertekstualne gry (Potęga smaku Zbigniewa Herberta, Fuga śmierci Paula Celana) – to wszystko służy podkreśleniu wagi ojca w życiu dziecka. Nie oznacza to jednak, że wpływ rodzica jest bezdyskusyjnie pozytywny, na co wskazuje gorzka ironia podmiotu, gdy ujawnia targające nim sprzeczne uczucia. Jednak kluczowa w wierszu wydaje się przeszywająca szczerość, z jaką Miazma potrafi opisać brak – pustkę niechcianą, lecz tak głęboko zakorzenioną w naturze i figurze dziecka, że żadne zasoby świata nie będą w stanie jej wypełnić. Niech ta krótka impresja stanowi przyczynek do refleksji nad tożsamościowym bólem straty, na załagodzenie którego nie ma w świecie wystarczająco soli i chleba / mąki zakwasu wody i rąk. Pozostaje jedynie miażdżący obowiązek „przetrawienia grzechów” – grzechów, których padło się ofiarą.

 

 

III MIEJSCE

 

TOON

 

Kiedykolwiek

20/3/2026

wariant 8 / 811424

Kiedykolwiek

mam taką gdy tylko sposobność

niemiecką polubić motoryzację

kolega semicki o Mój kiedy to pytam go

Mówi z oni tym nie problemów że mają

zna z nikogo nie problem kto On tym miałby

Kiedykolwiek

tylko mam taką gdy sposobność

niemiecką polubić motoryzację

podjeżdża 17 na Piotrkowskiej oficynę Pod

mundurze oficer sam ten w

mody kreatora tego od B światowego

z BMW bocznym kołem na takim

siedzi miś w A wózku ogromny

wytłumaczony przerażonemu dziecku

niemieckiej będzie służył teraz dziewczynce że

Kiedykolwiek

sposobność mam gdy tylko taką

polubić motoryzację niemiecką

rodacy Moi i w samej przebaczają kupują chwili tej

kolejne wageny orszaki i desy

serca Narodu Prezes połowy co ukradł ten

jakby nic nigdy wsiada

germańskiej DOUBLE limuzyny S do CLASSE

a jednak dlatego może że Choć

SS po załodze

już pozostały wspomnienia tylko

błękitnych o słodkich obłokach

organicznych spalin szarych

Jakub Famulski

 

Ciągoty zepsutego automatu

 

Kiedykolwiek, gdy sposobność miałem taką doświadczyć występów TOONa (dwa razy: TJW na MF Opowiadania w 2024, I TJW im. Urszuli Kozioł w 2026), kończyło się podobnie. Widownia słuchała uważnie. Jury doceniało wyróżnieniem. A ja salę opuszczałem strapiony. Albo inaczej. Zagadka wierszy TOONa nie dawała mi spokoju – nie standardowe pytanie o sens mnie męczyło, a raczej kwestia tego, jak te wiersze zostały zrobione, na czym polega mechanika ich randomizacji i do czego właściwie służy.

TOON pisze, że „randomizuje słowa”. Na scenie poza tytułem wiersza wymienia numer wariantu poddanego randomizacji tekstu (tu: 8 z 811424). Tym samym sprawnie kusi nas tajemnicą, której samodzielnie nie jesteśmy w stanie rozwikłać. Wykonanie nie daje na to dość czasu – co prawda, słyszymy, że słowa są niecodziennie poprzestawiane w szyku zdania, ale zamiast marnować uwagę na formalne rozkminy, wolimy układać wyłapaną treść w jakąś interpretację. Teraz, gdy wczytuję się w Kiedykolwiek na ekranie komputera, dochodzę do wniosku, że to nie czas jest problemem, lecz po prostu brak danych. Sama cyfra 811424 niewiele wyjaśnia. Jest na tyle duża, że nie idzie wyobrazić sobie wszystkich wariantów na raz, a równocześnie o kilka rzędów za mała, żeby mogła wyrażać zupełnie dowolną randomizację: przykładowo taką, w której kolejność słów w wersach jest każdorazowo losowana. Co więcej, wydaje się nietypowa – bo to iloczyn pięciu dwójek i liczby pierwszej 25357 – co laika kombinatoryki (mnie) prowadzi do wniosku, że ten mechanizm jest bardziej skomplikowany niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Dlatego zawieśmy na chwilę pytanie o mechanikę i zerknijmy do wiersza.

Kiedykolwiek / gdy tylko mam taką sposobność / polubić niemiecką motoryzację – ta fraza (w różnych zrandomizowanych wariantach) otwiera trzy pierwsze strofy. Wydaje się, że podmiot nie tyle wspomina konkretną doświadczoną sytuację, np. podziwiania błyszczących nowością BeeMek w salonie samochodowym czy dociskania na maksa pedału gazu w sportowym mercedesie, co nieco paranoicznie wyobraża sobie samą możliwość znalezienia się w tego rodzaju potencjalnej sytuacji (być może wcale kuszącej). Dlaczego paranoicznie? Ponieważ fantazja o niemieckim aucie od razu piętrzy etyczne wątpliwości i każe zwrócić się do semickiego kolegi, żeby ten rozgrzeszył bohatera utworu z pożądania sprawnej maszyny. Kiedy do głowy wpada etykieta narodowa, nie idzie się jej łatwo pozbyć i poruszamy się już w rejonach zbiorowego imaginarium i wspólnotowych tożsamości. Dlatego ów semicki kolega Mówi że oni z tym problemów nie mają – „oni” a nie „ja”. Podmiot, raz przyjąwszy totalizującą optykę polityczną, dostrzega więcej. Piotrkowska – żydowska, mundur od Hugo Bossa – nazistowski. Tak samo jak BMW. A miś zostaje odebrany polskiemu dziecku i  przekazany niemieckiej dziewczynce. Precyzyjniej byłoby powiedzieć, że dostrzega więcej, ale jedynie w bardzo wąskich ramach, które sobie narzucił i tylko to, co jest spójne z jego mizantropicznym podejściem: lęki, krzywdy, hipokryzję. Fiksuje się na germanofobicznych rodakach, którzy bez wyrzutów sumienia śmigają w Volkswagenach. Zazdrośnie podpatruje, jak Jarosław Kaczyński (znany ze swojej niechęci do naszych zachodnich sąsiadów) otwiera drzwiczki luksusowego Mercedesa. Pragmatyczny polityk przymyka oko na szczegóły, podmiot wiersza nie jest w stanie oderwać od detali wzroku. Nawet zapach spalin z rury wydechowej zdaje się przenosić go do kominów obozów koncentracyjnych. On jeden pamięta, bo usilnie się wpatruje, ale przez to, że widzi więcej, wręcz za dużo, może zdecydowanie mniej. Nie dla niego jest przyjemność wyciśnięcia 220 na godzinę za kółkiem. Jemu pozostaje jedynie kakofonia wątpliwości i mieniących się w benzynie obrazów.

Jak to się łączy ze zrandomizowaną formą? W utworze mamy do czynienia z ciągiem asocjacji. Sposobność polubienia niemieckiej motoryzacji wywołuje błąd poznawczy: myśl o przyjemności prowadzi do skojarzeń uniemożliwiających rozkosz. Zachodzi tu swoisty poznawczy glitch, którego dopełnieniem jest zglitchowana forma. Sam proces myślowy, ten nieco paranoiczny ciąg skojarzeń, ma jednak charakter przygodny, dynamiczny, jednorazowy, którego brak w lekturze wiersza zapisanego raz na zawsze w ustalonej formie. Jeśli jednak za każdym razem utwór przepuszcza się przez randomizujący algorytm, to każde odczytanie wymaga poznania go jakby na nowo. Przywrócona zostaje przygodność. Precyzyjna mechanika okazuje się narzędziem rozbijania automatyzmów, o których mowa w wierszu, a wykonanie na scenie jest jakby przeżyciem na nowo glitchowej asocjacji: kiedykolwiek, ale nigdy tak samo.

Agnieszka Matkowska

człowiek zostawił mnie jak psa

człowiek zostawił mnie jak psa

nie mogłam podjąć pracy

nie mogłam wziąć ślubu

nie miałam za co jeść

sama jesteś sobie winna

suko.

kiedy rzucał telefonem

nie miałam na to dowodów

wszystkie roztrzaskiwały się o ścianę

przez kilka lat białe skały i grad

potrząsanie, groźba najgorszego

i dokąd pójdziesz?

potrząsanie, i groźba najgorszego

i

tylko szyba z widokiem na wzgórze

obrazek z bozią na kartongipsie

i przepraszam

to były tylko turbulencje.

kiedy zamieniłam się w szklankę

w kolorowe wzory

albo krzywo stałam

w środku przelewały się płyny

nikt mi nie powiedział, że jestem szklanką

tylko on: szklanko-wariatko

skończ gadać jak potłuczona

za ścianą są dzieci

za ścianą są dzieci

za ścianą są dzieci

chyba im tego nie zrobisz?

Kamil Figas

 

Dokładnie na odwrót

 

Łatwo jest dziś mówić o poezji tożsamościowej. Łatwo pisać o poezji opartej na znanych z instagrama truizmach. Łatwo wreszcie, indywidualny idiom autorki utożsamić ze zuniformizowaną dykcją grupy artystycznej (w przypadku Agnieszki Matkowskiej będzie to wrocławska grupa 606). Jak ten krótki i niewiele wnoszący do dyskusji o polskiej poezji wstęp ma się do wiersza człowiek zostawił mnie jak psa Matkowskiej?

Już podczas pierwszego czytania do utworu łatwo przykleić łatkę wiersza tożsamościowego. Autorka kreśli realistyczne obrazy przemocy. Nie korzysta jednak z wyszukanych środków stylistycznych. Tylko to, co dokładne, niezmącone, niezakłócone na żadnym paśmie przekazu może opowiedzieć o jednostkowym doświadczeniu. Wiersz, w pewnym sensie konfesyjny, próbujący być może usprawiedliwić podmiotkę z braku reakcji, z niemożności podjęcia zdecydowanych działań, staje się jednocześnie przestrogą i wyrazem matczynej miłości. Ostatecznie bowiem szczęście dzieci zostaje postawione wyżej niż wolność rodzicielki. Przemoc w utworze nie ma jedynie wymiaru fizycznego, lecz dotyczy również tego, co emocjonalne i tego, co ekonomiczne. I dokąd pójdziesz? – zostaje zapytana, może nieco ironiczne, na pewno agresywnie, bohaterka wiersza. Nie ma dróg wyjścia, pozostaje zależność, a perspektywa naprawy tej sytuacji od dawna pozostaje jedynie mrzonką. Jak sama stwierdzi: nie mogłam podjąć pracy / […] / nie miałam za co jeść. Czy okoliczności, w których tkwi podmiotka, nie są tożsame z sytuacjami innych kobiet? Czy nie próbuje ona w alegoryczny sposób powiedzieć o tym, co po cichu (skończ gadać jak potłuczona // za ścianą są dzieci) wciąż dzieje się za drzwiami wielu domów?

W wierszu Matkowskiej niełatwo mówić o domu. Forma architektoniczna zostaje zredukowana do szyb[y] z widokiem na wzgórze, tak jakby przestrzeń po drugiej stronie była ziemią obiecaną, upragnioną sferą wolności. Do raju nie da się już dotrzeć dzięki religii. Obrazek z bozią na kartongipsie przypomina raczej o konserwatywnej wizji rodziny, nie stanowi obietnicy Edenu, lecz groźbę powrotu piekła. Rozpada się nie tylko “dom” rozumiany jako konkretna fizyczna przestrzeń. Relacje międzyludzkie i godność osobista są w opłakanym stanie. Nie mogłam wziąć ślubu – o tym dowiadujemy się już na początku wiersza. Dzieci stają się w wypowiedziach przemocowego partnera jedynie obiektem gry, która toczy się na nierównych warunkach pomiędzy dwojgiem rodziców. Pojawiające się w tekście inwektywy (suko, wariatko) ostatecznie dopełniają obraz erozji relacji. Czy można uwierzyć, że to były tylko turbulencje – chwilowe problemy, jedynie rysa na ekranie smartfona, skoro telefony wszystkie roztrzaskiwały się o ścianę. Czy można mieć nadzieję, że zaraz wszystko wróci do normy?

Do normy wróci forma utworu. Chaotyczny słowotok, niechlujna wersyfikacja, ciągłe zaburzenia rytmu i „szybkie tempo”, ujawniające się szczególnie podczas odczytywania utworu na głos, stanowią językowy korelat doświadczeń i afektów, które przeżywa bohaterka. W wierszach Matkowskiej, nie tylko w tych zaprezentowanych podczas I Turnieju Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł, ale też w publikowanych regularnie na jej Facebooku, wspomniana odpowiedniość występuje niemalże zawsze. Ostatecznie jednak język w liryku człowiek zostawił… musi się ustrukturyzować, przyjąć oniryczno-mantryczą formułę, bo za ścianą są dzieci / za ścianą są dzieci / za ścianą są dzieci // przecież im tego nie zrobisz – nie rozwalisz wiersza, nie doprowadzisz emocji do końca, nie opuścisz pomieszczenia. I właśnie w tym miejscu Matkowska zręcznie obraca truizm. Jeśli do tej pory wydawało nam się, że najgorzej jest zacząć, a potem jakoś pójdzie, poetka pokazuje, że jest dokładnie na odwrót. Celem nie jest wpisanie się w normę, ale skończenie z jej przemocą.

IV MIEJSCE  

 

Julia Juna Jerzykiewicz

 

Przedwiośnie I

moja babcia prosi o zastrzyk

z pentobarbitalu sodu

z tiopentalu z brokatu z morfiny

nocami rzęzi

jak czarna wołga znika za rogiem

w bezgłosie

Kamil Figas

 

Nad łóżkiem

 

Znany PRL-owski mit o czarnej wołdze zostaje w wierszu Juny wywrócony do góry nogami. Lekarstwa, o które prosi babcia podmiotki, przeciwbólowa morfina, anestezjologiczny tiopental, wprowadzający w śpiączkę pentobarbital sodu, stanowią jedynie przyczynek do „znikania”. Nie chodzi tu bowiem tylko o chwilowy zanik świadomości, krótką przerwę od bólu, czy przelotną okazję do „naprawienia” organizmu, ale o powolną podróż w stronę tego, co nieznane, i jednocześnie tego, co stanowi kres (albo nowy początek)  – o drogę ku śmierci. Wspomniany samochód w miejskiej legendzie z czasów Polski Ludowej wykorzystywano do porywania dzieci. Juna odwraca ten porządek. Zauważa, że nagłe zniknięcie, które wywołuje traumę i rozpacz, nie musi dotyczyć tylko najmłodszych, ale wszystkich tych, którzy są nam bliscy. Wykonuje jednocześnie ruch wstecz na osi czasu. Po zażyciu medykamentów babcia powraca do mitów dzieciństwa. I właśnie w tym momencie ujawnia się dwuznaczność tytułu utworu. Przedwiośnie jako początek życia, miejsce, do którego powracamy, będąc u kresu. Ale też przedwiośnie – koniec, który może stać się początkiem czegoś nowego, gdy nasza czarna wołga znika za rogiem. Jednoczesna podróż w dwie przeciwne strony, o którą tylko nieliczni (jak wspomniana babcia) mają szczęście prosić.

 

 

Amelia Pudzianowska

 

wyjątek

 

można policzyć na palcach

moje koleżaneczki

co szwendaja się

z pankocia na paznokieć

połykają powietrze

jakby przedłużało życie

chcą być jedyne

a nie wiedzą że

sporo jest nawet

liczb pojedynczych

fermentacja

to jest najgorsze bo to prawda
a prawda ma zawsze brzydką mordę
jak siostra która nie odkryła
zabiegów medycyny etycznej

siostra przyszywana

łata na krowę

by się z niej nie ulało

dylematy estetyczne

odkryte w wieku przejrzałym
są serem tej ziemi

serem pełnym dziur

których czerń jest skończona

krąg

noszę tę myśl

jak ukołysne niemowlę

dobrze mu ze mną

noszę receptory komórki

neuroprzekaźniki

śpią we mnie myśli

proszę się rozejść

proszę się rozjeść

proszę się rozdziabać

proszę się rozdziobać

podobne zjada podobne

śpi we mnie niemowle

ssie pierś powietrza

a ja się ulatniam

a ja się utleniam

a ja zasypiam

noszę się z tą myślą

flow

strumień świadomości

strumień świadomości

płyń światło

płyń światłowodem

płyń żyłą cywilizowanego świata

płyń przez gardło

niech się zachłyśnie

niech mlaszcze

strumień świadomości

zaklęcie chorych na wyobraźnię

Cezary Żarna

 

Homines

 

Oto wypowiadasz to, co jest. Gnie się metalowe ciało i pręty

wyrastają z jego boków, nie słychać szmeru serca, jest ręka

i nie ma ręki, nic nie układa się w całość, niczego nie można

dogonić, nic się nie zdaje. Nie odpowiadasz, gdy wołają cię

po nazwisku, nie wychodzisz przed szereg, stoisz w rzędzie

na swoim miejscu. Tylko stoisz

i patrzysz. I oni już tylko stoją i patrzą. Oni

już dawno poumierali.

Voilá

On umrze na krzyżu. I wie o tym, ale to dopiero

pojutrze, ma jeszcze czas, jeszcze może

wspominać. Właśnie tak. Niektóre rzeczy wspomina

się ze wstydem, nie zaniedbując przy tym męki.

Tak to wygląda. Voilá.

 

 

Gwoździe

 

W pociągu jest tłok, w tramwaju jest

tłok, gwoździe

wypadają z każdego ciała.

Niebo wymiotuje. I niczego

o tym nie ma w biblii.

Do wiadomości

Musieli

go powiesić wczoraj wieczorem. Oderwali

posrebrzane guziki, zabrali buty

i spinki, porwali koszulę,

a potem długo

wybierali właściwe drzwi. Szukali

ciężkich, masywnych, najlepiej

drewnianych, w kamienicy na starej Pradze,

wśród starych ludzi, gdzieś wciąż ktoś jeszcze

wierzy, przyjmuje

śmierć do wiadomości.

Tworzenie mojego świata

odbywa się (bez przerwy), rzucam monetą i znów

orzeł – (nie) mój świat nie zostawia mi wyjścia – mała

świnka ryjąca pod skórą rozrasta się, to nie jest

białe, łagodne i czyste. Orzeł

skrzeczy, świnka ryje, pytam dlaczego? Dla jego (mojej?)

bolesnej męki.

Perspektywa

Z tej perspektywy wszystko

wygląda dobrze, nadal są okna, słońce i dach nad głową. Nadal

są ptaki o nieznanych imionach, nadal drzwi pozostają otwarte,

choć klamka dawno zapadła. Nadal można

pozwolić się poczuć i wszystko

nadal jest proste. Nadal wszystko wygląda dobrze. Nie widać

tylko mojego dna. Moje dno jest nie do dotknięcia.

Nic już nie mówi

w tym obolałym wierszu. Milczy. Słowa

nie pędzą, nie wypadają z ust, nie potrzebują instrukcji,

by się tłumaczyć. Ziemia

też milczy. Pamiętaj, że ona

kosztuje, że tutaj nie wystarczy Bóg zapłać, żeby w nią

wejść i zostać. Nie możesz

zatrzymać się w pół,

gdy stoisz samotnie w kłębach, zachodzącym słońcu,

między wszystkimi krawędziami mostów przerzuconych

nad przepaścią. Rozdmuchuje Cię

po brzegi.

Te deum

Słyszysz bicie serca w falującej

Klatce piersiowej, kościelny dzwon i słowa

Z głośnika – bierzcie

I jedzcie z tego wszyscy, ryby, żaby, kijanki,

Mandarynki. Tu na dole

Jest zimno, chłodem zaciąga od ziemi, tam

Wyżej gołąbki pokoju

Kule noszą. Te deum.

Biogramy:

 

Paula Gotszlich – ukończyła filologię polską na UŚ. W 2019 r. ukazał się jej debiutancki tomik poetycki Bezdech, za którego projekt otrzymała w roku 2016 Nagrodę im. Andrzeja Krzyckiego. Mieszka w Tarnowskich Górach.

 

Miazma – -studiuje filologię polską i angielską na UWr. Wyróżnione w 35. Turnieju jednego wiersza im. Rafała Wojaczka. Żongluje pisanie debiutu poetyckiego i dwóch prac magisterskich. Lubi deleuzjański bełkot i małpy człekokształtne.

 

TOON – społecznik, muzyk, poeta. Studia na Wydziale Informatyki UW. Od 25 lat randomizuje aranżacje muzyczne – a od 3 –  słowa. Triumfator wielu slamów poetyckich. Wyróżniony na MF Opowiadania oraz na Turnieju Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł.

 

Agnieszka Matkowska – autorka wierszy i tłumaczka poezji ukraińskiej. Polonistka, ukrainistka i logopedka. Mieszka we Wrocławiu.

Julia Juna Jerzykiewicz – lubi sobie wymyślać imiona, których jej nie nadano i skończyła więcej kierunków studiów, niż powinna była zacząć. Uczestniczka zajęć warsztatowych Pracowni przed debiutem wierszem realizowanej w ramach festiwalu Biura Literackiego TransPort Literacki. Okołoliteracko działa na Insta jako @mira.moona.

Amelia Pudzianowska – robi memy, rolki, frytki. Ma na koncie kilkadziesiąt wygranych konkursów, kilkadziesiąt publikacji. Reżyseruje, slamuje, prowadzi warsztaty, montuje. Wydała w 2025 roku debiutancką książkę guzik prawda. Książka została nominowana do 9. edycji Nagrody Literackiej Miasta Radomia.

Cezary Żarna – autor książek poetyckich: Ruch obrotowy i Miłość. Piękna Pomyłka. Oprócz poezji zajmuje się także rysunkiem. Mieszka w Legionowie.

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:
Zuzanna Madurska, Kaja Kędzioł, Jakub Famulski, Kamil Figas
Kontakt:
osmy.arkusz.odra@gmail.com

CZERWCOWY NUMER „ODRY” 6/2026

Kibole i prezydent • Korzenie faszyzmu w Polsce • Czarnogórski Olimp

Aleksander Kulisiewicz – kustosz pieśni z kacetów • Rysunki Wittgensteina

Tomasz Pułka – między cyberpoezją a narkonautyką • Suzanne Vega

Śledztwo w sprawie kryminału • 70 lat Teatru Pantomimy Tomaszewskiego

MaerzMusik • Off Camera • Wiersze: Zabużko, Sendecki, Chłopek, Hetman

 

 

Spis treści 6/2026:

2 Łukasz Cieśla: USTAWKA Z PREZYDENTEM

10 NIKT JUŻ NIE WIE, KTO JEST KAINEM, A KTO ABLEM Z Piotrem Szalszą

10 rozmawia Karina Obara

14 Piotr Gajdziński: KORZENIE POLSKIEGO FASZYZMU

20 Przemysław Poznański: ŚLEDZTWO W SPRAWIE KRYMINAŁU

28 Maciej Czerwiński: CZARNOGÓRSKI OLIMP

34 Wojciech Łuczak: IRAŃSKA ROZPRAWKA O CHCIEJSTWIE I NADGORLIWOŚCI

39 Jacek Staniszewski: RYCERZ W BÓLU ZAKUTY

47 Aleksander Kulisiewicz: JAK UMIERAŁ MÓJ GŁOS

51 Piotr Dehnel: RYSUNKI WITTGENSTEINA

56 Z KTÓREGO POKOJU MÓWI DO NAS TOMASZ PUŁKA Z Oskarem Mellerem

56 rozmawia Karol Płatek

63 Grzegorz Hetman: MÓJ WIERSZ

66 Tomasz Jastrun: OPOWIADANIA

72 Oksana Zabużko: WIERSZE

75 Jarosław Kuisz: NOWY KOŚCIÓŁ

78 Marcin Sendecki: WIERSZE

79 Elżbieta Isakiewicz: LOLA

85 Ryszard Chłopek: WIERSZ

89 Mirosław Ratajczak: SCENOBRAZY LALKI TERLIKOWSKIEJ

92 Monika Pasiecznik i Rafał Augustyn: „W JAKIEJ SPRAWIE?”

97 Tomasz Majeran: PEWNEGO RAZU W NOWYM JORKU

100 Zuzanna Madurska: WIERNI WYOBRAŹNI TOMASZEWSKIEGO

104 Patrycja Cembrzyńska: CO TO JEST ANIOŁ?

108 Marcin Adamczak: WYTYCZANIE DROGI

113 Jan Miodek: POKONYWAM I ŚWIDERMAJER MISTRZA GAŁCZYŃSKIEGO

115 Wiesław Saniewski: GŁĘBOKIE GARDŁO PREZYDENTA

117 Jacek Sieradzki: ZJAZD GNIEŹNIEŃSKI?

120 Marta Mizuro: I TY MOŻESZ ZOSTAĆ DEGENERATKĄ

122 Hubert Klimko-Dobrzaniecki: RZYMSKIE JAJA

123 Mariusz Urbanek: LISTY W SPRAWIE ADOPCJI MISIA

NAD KSIĄŻKAMI

125 Robert Rutkowski: CZUŁOŚĆ WOBEC ROZPADU

126 Karol Płatek: BOWIE I KAMELEONY WŁAŚCIWE

128 Grzegorz Tomicki: AMERYKAŃSKIE SZALEŃSTWO

130 Magdalena Krzyżanowska: PISARZE BRONIĄ ŚRODOWISKA

135 W OFICYNIE

136 POCZTÓWKI LITERACKIE KAROLA MALISZEWSKIEGO

137 SYGNAŁY: SZTUKA EGIPSKA, DAUMIER, KUCZMA

142 WERNISAŻE

145 8 Arkusz: ROZRUCHY VOL. 2

 

Odrę można czytać także online na www.e-kiosk.plwww.nexto.pl

 

Wydawcy:
Instytut Książki
Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – Instytucja Kultury Samorządu Województwa Dolnośląskiego

Wydawnictwo dofinansowane z budżetu Samorządu Województwa Dolnośląskiego

Projekt wydawniczy pod nazwą „Ósmy Arkusz ODRY” w miesięczniku „Odra” dofinansowano przez Miasto Wrocław

 

MAJOWY NUMER „ODRY” 5/2026

O Ficowskim w 20. rocznicę śmierci: BARON-MILIAN, SOMMER, WOŹNIAK

SOLSKA, CHMIELEWSKI, ORZECHOWSKI: Jak utuczyliśmy chińskiego smoka

SURDYKOWSKI: Dzieci i wnuki panny S. • GIZA-POLESZCZUK: Polskie mity

ŻADAN – poezje • RÓŻANOWSKI: Abstrakcja wiecznie żywa • Mój wiersz

NIEWRZĘDA: Lejbensraum • CZERKAWSKI, ADAMCZAK: Polityka i film

 

Spis treści 5/2026:

2 NAKARMIENI MITAMI Z Anną Gizą-Poleszczuk rozmawia Piotr Gajdziński

10 Jerzy Surdykowski: ONI – DZIECI I WNUKI SOLIDARNOŚCI

15 Joanna Solska: JAK UTUCZYLIŚMY CHIŃSKIEGO SMOKA

22 Adam Chmielewski: WANG HUNING, NAUCZYCIEL NARODU

27 Marek Orzechowski: EUROPA MADE IN CHINA

32 Wojciech Łuczak: NATO BEZ ZŁUDZEŃ

37 Serhij Żadan: WIERSZE

41 FICOWSKI. 20 LAT PÓŹNIEJ

42 Marta Baron-Milian: LARWY JAWY

51 Maciej Woźniak: NIEOBECNI MAJĄ RACJĘ

58 Piotr Sommer: STARE I NOWE DEKRETY

68 Anna Podczaszy: MÓJ WIERSZ

70 Krzysztof Niewrzęda: LEJBENSRAUM

77 Dariusz Pado: WIERSZE

79 Mirosław Drabczyk: POCIĄGIEM PRZEZ NOC

86 Agata Tuszyńska: WIERSZE

88 Ryszard Różanowski: ABSTRAKCJA: JESTEM TYM, TERAZ I TUTAJ, CZYM JESTEM

95 Kamil Bujny: ŻYWE OBRAZY

98 Piotr Czerkawski: KTO SIĘ BOI KINA POLITYCZNEGO?

102 Marcin Adamczak: DZIKIE DZIECKO

105 Wiesław Saniewski: ZE SMYCZY

107 Jan Miodek: MEDIALNA EMOCJOKRACJA

109 Jacek Sieradzki: DWAJ PANOWIE, CO UMIEJĄ SŁOWEM

112 Marta Mizuro: ZAMIAST SOLI

114 Hubert Klimko-Dobrzaniecki: KŁOPOTY Z GEOGRAFIĄ I NIE TYLKO

115 Mariusz Urbanek: AZYL DLA ORBANA

NAD KSIĄŻKAMI

117 Kamil Figas: OBRONIĆ, PRZEPISAĆ

119 Rafał Kasprzyk: BIOLOGIA SENSU I HAŁAS ISTNIENIA

121 Jarosław Petrowicz: DOWÓD GIZZIEGO

122 Radosław Wiśniewski: O WSZYSTKIM, CO SIĘ NIE UDAŁO

124 Andrzej Juchniewicz: MAŁE KOMPENDIUM O TROSCE

129 W OFICYNIE

130 POCZTÓWKI LITERACKIE KAROLA MALISZEWSKIEGO

131 SYGNAŁY: FOTORELACJA Z JUBILEUSZU „ODRY”, DYSKUSJA O MANNIE, TOŻSAMOŚĆ WODY

141 WERNISAŻE

145 8 Arkusz: TURNIEJOWY IMPRESARIAT

 

 

Odrę można czytać także online na www.e-kiosk.plwww.nexto.pl

 

Wydawcy:
Instytut Książki
Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – Instytucja Kultury Samorządu Województwa Dolnośląskiego

Wydawnictwo dofinansowane z budżetu Samorządu Województwa Dolnośląskiego

Projekt wydawniczy pod nazwą „Ósmy Arkusz ODRY” w miesięczniku „Odra” dofinansowano przez Miasto Wrocław

 

8 ARKUSZ. 4/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

ZIELONOŚĆ

 

Za oknem już wiosna w pełnej krasie i ktoś mógłby chcieć za poetą wykrzyknąć: a wiosną – niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę! Ktoś, ale nie my. Bo w kwietniowym arkuszu jak zwykle polska – literatura, oczywiście. Przy czym wiosna też jest obecna. Stąd: zieloność.

Sam wybór tekstów przybiera formę konstelacji rozmaitych form: wiersze, prozy, recenzja, szkic. W otwierającym arkusz studium Katarzyna Koza stawia pytanie o to, co łączy Wisławę Szymborską z Julią Fiedorczuk i czy można pomyśleć o jednolitej linii polskiej ekopoezji na przestrzeni ostatniego półwiecza. Następnie Julian Kazberuk przenosi nas w swoich wierszach w „przestrzeń zieloną” i na wschód, choć nie tylko. W poezji Szymona Horały spotkamy psy, ćmy, piski, skowyty, a nasz zwierzyniec uzupełniają tropikalny kot albinos i dziki źrebak. Nie mylić z również obecnym w tych wierszach okoniem! Pomiędzy zestawami plenią nam się prozy: pierwsza, Elegia do Zielonej Ziemi autorstwa Krzysztofa P. Mierzejewskiego samym tytułem uzasadnia swoją obecność na arkuszowych kartach, druga, Piotra Dardzińskiego osnuta jest wokół butów, wspomnienia zimy i wiersza Kamili Janiak. Poetka pisze: jeśli wierzyć drzewom, nie mamy się co spieszyć, co okazuje się spójne z rozpoznaniami Emilii Gorzel z recenzji Solaryszy, w której autorka snuje paralele między poematem Mokrego a muzyką ambientową. My też nie zamierzamy się spieszyć, chociaż kreślimy powoli pierwsze słowa komentarzy do utworów wyróżnionych w Turnieju Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł. Zarówno nasze noty, jak i wiersze przeczytacie już w maju. W międzyczasie – w zieloność!

Redakcja Ósmego Arkusza


fot. Maciek Bielawski

 

Katarzyna Koza

 

Pomiędzy ewolucją a współistnieniem

 

Obecność poezji Wisławy Szymborskiej na ekopoetyckim widnokręgu jest kwestią dość problematyczną, podobnie zresztą, jak jej potencjalna nieobecność – celnie pisała Daria Lekowska. Problematyczność niewykorzystywania ekologicznego potencjału wynikałaby z łączenia przez Szymborską języka liryki z językiem nauki, etycznego zorientowania tego pisarstwa, w tym widocznej postawy szacunku wobec autonomii innych bytów, w końcu – chwytów wprowadzających czytelników w refleksję nad związkami literatury i ekologii. Odczytania ekopoetyckie problematyzowałaby zaś (choć nie dyskwalifikowała) dość humanistyczna podmiotka mówiąca. W kontekście twórczości noblistki nie można mówić o biocentrycznej soczewce czy budowaniu naturokulturowych przedstawień świata, czym często charakteryzują się współczesne, ekologicznie zorientowane projekty poetyckie. A jednak – mimo to – poezja ta coraz częściej poddawana jest interpretacjom z wykorzystaniem narzędzi ekoposthumanistycznych. Moim zdaniem, nie wyczerpuje to jednak jej potencjału interpretacyjnego – może ona bowiem stanowić także istotny punkt odniesienia oraz źródło inspiracji dla współcześnie powstającej ekologicznie zorientowanej poezji.

W niniejszym szkicu pisarstwo noblistki chciałabym zestawić z twórczością Julii Fiedorczuk, jednej z najbardziej znanych pisarek nurtu ekologicznego. Interesować będą mnie zarówno podobieństwa, jak i różnice w podejmowaniu przez obie poetki wątków ewolucyjnych. Tekst ten ma przy tym charakter raczej sygnalizujący niż wyczerpujący. Punktem wyjścia dla interesującej mnie refleksji jest wiersz autorstwa współczesnej pisarki. To Fotosynteza z tomu Bio:

 

Słońce mnie rodzi prawie bezboleśnie,

na stopie mam plasterek ciepła, na powiekach

lekki kompres krwi, nieziemskie gogle.

Przysiada na nich widmo jak roztrzepany

 

błyskawiczny ukwiał, który mi opowiada

barwne ichtiologiczne historie. Czerwień

i czerń, tak wszystko się zaczyna,

później dopiero Wielki Wylew

 

Ultramaryny, która jest moją amfibią.

Jak to było? Staram się pamiętać

i coraz mocniej trę oczy. Tamte podskórne

czasy podpływają bliżej, są moje

 

na ułamek światła, momentalny bezdech

i rozkoszny strach, który się zaraz rozproszy

w musującej toni. Mieć ciebie świecie

na własność. Kochać cię, ciebie tracić.

 

A trzeba wyjść na ląd, opierzyć się i patrzeć

prosto w słońce.

Zieleń tęczówki jak morze.

Tkanka, tkanina, tlen.

 

W wierszu Fiedorczuk krótkie zamknięcie oczu staje się przyczynkiem do wyobrażeniowych wędrówek. Kosmiczna inicjacja (Słońce mnie rodzi) czy potrzeba energii słonecznej (nawiązanie do tytułu) są stałymi elementami rozwoju planetarnych bytów. Podmiotka chce rozpoznać ewolucyjne historie, sięgające początków życia, które rodziło się 3,6 miliarda lat temu w środowisku wodnym. Wymieniony w tekście koralowiec reprezentuje tę długą podróż i interesujące poetkę środowisko. Mówiąca przeczuwa, że dawne czasy są nie tylko historią ukwiała, ale też jej własną, choć tylko „na ułamek światła”. Ultramaryna staje się symbolem transgresji i adaptacji – opuszczania środowiska wodnego. Ślady ewolucyjnej przeszłości można dziś przy tym dostrzec w reprezentantach lądowych gatunków (Zieleń tęczówki jak morze) – więc ostatecznie także w samej bohaterce. Fiedorczuk w Psalmach pisała: niektórych wierszy nie można już napisać. niektórych nie dało się napisać wcześniej. Takiego wiersza, biocentrycznego, z podmiotką zanurzoną w doświadczeniu cielesno-kosmicznym, tekstu manifestującego materialność i wszechrelacyjność (Tkanka, tkanina, tlen), nie mogła napisać Szymborska. Nie oznacza to jednak, że zalążków tego typu myślenia nie da się odnaleźć w poezji noblistki – podkreśla ona przecież równość biologiczną człowieka z nie-ludzkimi bytami w kontekście samej ewolucji. Uwidacznia się to na przykład w tytułowym wierszu tomu Sto pociech, w którym ludzka ręka ma animalny rodowód (ledwie on [człowiek – dop. K.K.] wystrugał ręką z płetwy rodem / krzesiwo i rakietę). W Notatce ze zbioru Sól znajdziemy zaś opis ewolucjonistycznej lekcji, płynącej z wizyty w muzeum (W pierwszej gablocie / leży kamień. […] W drugiej gablocie / część kości czołowej. / […] Ubyliśmy zwierzętom. / Kto ubędzie nam), a w jeszcze innym utworze, Przemówieniu w biurze znalezionych rzeczy, opis doświadczenia jestestwa w perspektywie długotrwałej przemiany:

 

[…]

Zapadła mi się w morze wyspa jedna, druga.

Nie wiem nawet dokładnie, gdzie zostawiłam pazury,

kto chodzi w moim futrze, kto mieszka w mojej skorupie.

Pomarło mi rodzeństwo, kiedy wypełzłam na ląd

i tylko któraś kostka świętuje we mnie rocznicę.

Wyskakiwałam ze skóry, trwoniłam kręgi i nogi,

odchodziłam od zmysłów bardzo dużo razy.

Dawno przymknęłam na to wszystko trzecie oko,

machnęłam na to płetwą, wzruszyłam gałęziami.

[…]

Sama się sobie dziwię, jak mało ze mnie zostało:

pojedyncza osoba w ludzkim chwilowo rodzaju

[…]

 

Historia ewolucji u Szymborskiej opowiadana jest inaczej niż w tekstach Fiedorczuk. Tytułowe przemówienie ma miejsce w biurze rzeczy znalezionych – co nadaje tekstowi charakterystyczny akcent humorystyczny, kojarzony z poezją noblistki. Biurem okazuje się ludzkie ciało, a rzeczami znalezionymi – ślady prehistorii. Podmiotka przywołuje opowieść o dawnych bytach achronologicznie, wspominając porzucone futra, pazury, „skóry” i formy. To wszystko składa się na kształt obecnie mówiącego „ja”. Sama się sobie dziwię, jak mało ze mnie zostało, kwituje bohaterka wiersza. Pytania o aktualną postać człowieczego „ja” powracają w różnych tekstach Szymborskiej i zanurzone są właśnie w genealogii i ewolucji – w Zdumieniu z tomu Wielka liczba pojawiają się chociażby takie: Czemu w zanadto jednej osobie? / […] W skórze nie łusce? Z twarzą nie liściem?. W jeszcze innym wierszu, W zatrzęsieniu z tomu Chwila, znajdziemy zaś liczne stwierdzenia podszyte charakterystycznym dla autorki zdziwieniem: Jestem kim jestem. / Niepojęty przypadek / jak każdy przypadek. // Inni przodkowie / mogli być przecież moimi, / a już z innego gniazda / wyfrunęłabym, / już spod innego pnia / wypełzła w łusce. Fiedorczuk podejmuje rozmowę z noblistką – wybierając metaforyczny język, podmiotka w wierszu Jeden określa siebie powtórką na miedzy między / zderzeniem a echem. Mniej interesuje ją eksploatowany w poezji noblistki wątek wielu możliwości czy prawdopodobieństwa, bardziej – przywdziewanie odmiennych form bycia i relacyjność aktorów tego świata, czym manifestuje bioróżnorodność. U Szymborskiej wygrywa racjonalizm, u Fiedorczuk, szczególnie we wczesnych zbiorach, oniryzm. Współczesna poetka dużo więcej przestrzeni oddaje też obrazowości: Mam pokusę morza / W zielonych tęczówkach; będę koronkowym kwiatem / utkanym przez słońce; Blada gwiazda zjeżdża w wieczny śnieg. Podmiotka Fiedorczuk wybiega więc w marzenia, wyobrażenia, sny i światy niebyłe (co było / wyśnione, nadal takim jest), podmiotka Szymborskiej, nawet gdybając, trzyma się zaś (bodaj „jedną nogą”) realnego świata. Jeżeli oddaje głos innym bytom, jak w Tarsjuszu ze Stu pociech, to zabieg ten ma skłonić do refleksji nad ludzką etyką. Inaczej Fiedorczuk, u której nie tylko zwierzęta, ale też inne elementy świata, chociażby ziemia i jej składowe, muszą zostać aktywnymi aktorami świata – w jej wierszach czasem personifikowanymi, niejako dla wzmocnienia sprawczości czy większego podkreślenia ich indywidualnej podmiotowości.

Niniejsza analiza pozwala dostrzec dialogiczny charakter relacji między tymi projektami poetyckimi. Zapoczątkowana przez Szymborską refleksja nad znaczeniem pamięci ewolucyjnej historii zostaje przez Fiedorczuk podjęta i zaadoptowana w odmiennym kontekście epistemologicznym oraz kulturowym. Wiersze obu poetek łączy uwikłanie podmiotek w zewnętrzną – w stosunku do tekstu – rzeczywistość, nieufność wobec ostatecznych odpowiedzi oraz zainteresowanie światem nie-ludzkim i jego historią. To dowód na to, że poezja Szymborskiej stanowić może ważny kontekst dla twórczości współczesnych poetów i poetek piszących w duchu ekologizmów.

Na koniec przypomnijmy sobie wiersz Mikrokosmos, który noblistka poświęciła mikroorganizmom. Liryczne „ja” wyznaje w nim: Od dawna chciałam już o nich napisać, / ale to trudny temat, / wciąż odkładany na potem / i chyba godny lepszego poety, / jeszcze bardziej ode mnie zdumionego światem. / Ale czas nagli. Piszę. Wersy te można odczytywać w perspektywie współczesności – wiersze tworzone w czasach świadomego antropocenu stanowią przykład pojawiania się nowych języków, które służą do opowiadania o różnych organizmach tego świata oraz o ich związkach. Fiedorczuk na pewno jest jedną z tych, które tych języków – podobnie jak robiła to wcześniej Szymborska – szukają. Nie oznacza to jednak, że nie można dziś czytać z zainteresowaniem twórczości noblistki. Wiersz taki jak Mikrokosmos może stanowić na przykład świadectwo reakcji na coraz dokładniejsze narzędzia badawcze, które pojawiały się w różnych momentach historii. Kiedy zaczęto patrzeć przez mikroskop,/ powiało grozą i do dzisiaj wieje – wyznawała w tekście podmiotka. Świat, jakże już bogaty w istnienia o przeróżnych rozmiarach, wciąż potrafi zaskakiwać. Powiedzieć, że ich dużo – to mało powiedzieć. Im silniejszy mikroskop / tym pilniej i dokładniej wielokrotnie – a przecież jeszcze niedawno najmniejszymi ze stworzeń wydawały się „jakieś muszki, robaczki”. Osoby piszące współcześnie mają dostęp do coraz to nowszych dokonań nauki, a tym samym innej, bardziej szczegółowej wiedzy na temat czy to żyjących w sąsiedztwie z nami bytów, czy historii naszej niemłodej planety. W kontekście ekoposthumanistyki niezwykle interesująca może okazać się więc obserwacja tego, w jaki sposób kolejne osiągnięcia nauki wykorzystywane będą w tekstach poetyckich czy jak specjalistyczna wiedza koreluje ze światopoglądem mówiących „ja”. Ale to już temat na zupełnie inny tekst.

 

 

Julian Kazberuk

 

Tryptyk wschodni

 

(I)

 

Miałem w rodzinie płaczkę.

Tak widziałem pod powiekami

jak żal przygina babkę,

śpiewają: daj jej wieczne

dłonie znają młode, zielone,

policzone kłosy, a wszystkie

dzieci były roztańczone w trwaniu,

gdy trumna jej siostry wisiała dumna,

pamiętam jak Dj puszczał

anielski orszak (wersja karaoke).

– Kto słucha w 2026 niechaj słucha!

Jak te talerzyki w stypowych barach

czekają okrucieństwem.

– Co jest młody lej.

Leję.

 

(II)

 

Wojny trwają, a mury

wznoszą się pionem

z dwóch stron niewidome

lustro odbija nawet wiatr,

co niesie dźwięk niesłyszalnego:

krzyku i dźwięku bicia

z zewnątrz, gdzie króluje chłód

i głód czekania. Z wnętrza bije

rekultywowane ciepło

– to ten długo podtrzymywany,

palący gęstością płomień.

To tylko echo zwraca mi

mój ujadający głos przepicia,

– Hehe młody też pijesz!

Piję.

 

(III)

 

Mój spotify wrapped połyka czas,

który stał się broną – bronią,

wymierzoną w przestrzeń zieloną.

Cały świat to nowa busola,

a ja ślepy rysuję sobie terytoria

i wygwizduję sutrę. Bo to dzisiaj

zawłaszczamy kulturowo wschód,

więc daj pan panie generale ten kursor

na mapę troszkę dalej – bo tu za skromie.

– Młody! Co ci się ta ręka trzęsie,

jakbyś jej nie przyłożył.

 

 

Schowek

 

Śnię powtórzony sen, w którym zakładam zły but na nie tę nogę.

Zdejmuję go i zakładam zły but na nie tę nogę.

Usłyszałem, że można tak podkreślić własny komizm,

a on mnie ukryje, tak samo jak podczas pisania w trzeciej osobie.

Czy gdy schronię się w potakiwaniach – tych bardzo odległych słowach,

których odległość liczono w wiorstach – to one nie pofruną na tyle wysoko,

że ludzie powiedzą nie brzmią, a może z czasem to zjawisko

małych niemych narracji weszło w swoją partyturę zgiełku

i nie mogę już rozróżnić żadnego dźwięku w polifonii krzyku.

 

 

Bildungsroman

 

Kolejny bieg rozmywa wszystko,

rozciera nawet ślad wiersza,

w który wbiegam i akceptuję

jego utartą teksturę, ten przygaszony,

widmowy kadm na ścianach.

Ten pęd pusto powtarza:

gdy biegasz, zapominasz o Etruskach,

o wielkich pożarach bogini Maat.

Zamiast tego piszesz o ziomeczku,

który wiedzie prym w tym wyścigu

jak o jakimś herosie-hamulcowym.

Bo to trochę tak, że on ciągnie wajchę

do siebie, a jednak pchamy ten wagon

w przód, jakbyśmy wrzucali bieg ducha,

w jego głód. Puf, puf. To jedziem, w końcu

miejscem docelowym są konstelacje,

to w nich znajdę wszystkie te przystanki,

które rozmyłem w biegu.

 

 

Krzysztof P. Mierzejewski

 

Elegia do Zielonej Ziemi

 

Woda była ciemnobrązowa. Miała kolor czarnej herbaty. Brudnobursztynowy. Poczułem strach. Przez most przechodziło jeszcze trochę ludzi, ale nie widać po nich było napięcia. Jak gdyby byli zupełnie nieświadomi. Jakby dla nich nie wyglądało to jak apokalipsa.

– To przez podniesienie się temperatury – powiedział mężczyzna obok, na co ja potaknąłem.

Ale co to właściwie było? Zgnilizna? Martwe plechy i pozbawione życia, galaretowate ciała ryb? Rozpadające się w swoich okrywach włókniste pozostałości skorupiaków? Ciągnące się w rozkładzie mięczaki i mnóstwo tych niewidocznych istot, których życie właśnie zgasło, i które przez swój brak stały się widoczne? Czy ten kolor to był wywar z ich śmierci?

A może jakieś nowe, agresywnie rozprzestrzeniające się algi, które wcześniej wegetowały na jakimś marginesie, nagle zdominowały cały ekosystem, tak, że się zawalił i zanim one same przestały istnieć, przez krótki moment stały się jedyną żywą populacją w całym morzu?

Zdziwiony zauważyłem jednak, że wcale tak nie jest. W połowie drogi przez żelazny most zauważyłem, że w brunatnej wodzie, przy przybrzeżnych skałach, z których ustąpił lód, pływają jeszcze jakieś niewielkie rybki, wielkości płoci. Chciałem krzyknąć, że morze jeszcze nie umarło, że przecież coś tam żyje, a nikt z idących przez most tego nie widzi, ale tego nie zrobiłem. Zrozumiałem, że każdy z idących w tę stronę co ja, ku brzegowi, też to zauważył. Nikt jednak nie wołał. Wciąż żywe rybki w tej wodzie o kolorze śmierci, wyglądały jeszcze straszniej, niż gdyby w zbiorniku zalegał sam płyn. Bulion, ugotowany z życia.

Przed nami widać było lód, nawet całe góry lodowe. Przed dziesiątkami lat musiałbym mieć chyba na sobie puchową kurtkę, tak samo jak ci wszyscy ludzie, którzy też podążali na stację, po drugiej stronie mostu. Ale wszyscy mieliśmy na sobie co najwyżej bluzy albo dość cienkie wiatrówki. Jedna dziewczyna nosiła jeansową kurtkę, taką, którą moja matka nazywała „kataną”. Kiedy przeszedłem już przez połowę długości mostu, dostrzegłem też, że pociąg już czeka. Wagony wyglądały całkiem zwyczajnie, niebieskoszare, z dachem o przekroju spłaszczonego kapelusza jakiegoś grzyba. W każdym razie zawsze mi się z tym kojarzył.

Na końcowym odcinku mostu poraził mnie widok błękitnego jeziora, które właściwie ciągnęło się jak kolejne morze. Było tak czyste i nieskalane, że obudziło we mnie jakiś najpierwotniejszy rodzaj nadziei. Podobno moimi przodkami były zwierzęta, które pewnego dnia wyszły na ląd, a ich dzieci, czy raczej dzieciichdzieciichdzieciichdzieciichdzieci się na nim zadomowiły. Zrozumiały, że na lądzie może nawet da się oddychać i znaleźć pożywienie. Teraz sam stałem przed tym jeziorem, które przypominało mi o dawnym domu istot, które w jakiś niewyobrażalny sposób były ze mną związane i z których podobno się wziąłem. Teraz ja chciałem się zanurzyć i odkryć w tej kałuży czystej wody to, co one odkryły kiedyś, stąpając po ziemi. W przeciwieństwie do nich nie miałem jednak tyle czasu.

Bazaltowe skały nie różniły się za bardzo od powierzchni mostu. Szło się po nich tak samo. Były tak samo twarde, dawały takie samo wrażenie stabilności. Wydawały się jednak cieplejsze. Nie czułem ciepła, ale to, jak widziałem światło słońca ocierające się o ich wybrzuszenia i wlewające się w ich bruzdy, sprawiało, że było w nich coś miłego i przyjemnego.

Nie pamiętam już, po co miałem wsiąść do pociągu. Stał za mną, sapiąc i chrzęszcząc, kiedy maszynista sprawdzał przed odjazdem sprawność mechanizmu. W razie czego mogłem szybko podbiec i wsiąść do wagonu, choćby tuż przed samym odjazdem. Nigdy specjalnie nie przejmowałem się przepisami bezpieczeństwa. Wiadomo, że były trochę na wyrost, a ja dodatkowo nie potrafiłem poczuć, że to, przed czym mają chronić, zagraża także mi. Miałem przecież swoje własne kalkulacje. Odszedłem jeszcze od torów, zbliżając się do krawędzi skał, które tworzyły urwisty brzeg jeziora.

Najpewniej był tam kiedyś lodowiec. Dopiero po dłuższej chwili zauważyłem na wschodnim brzegu ludzi, którzy w miejscu, gdzie brzeg był niższy, skakali i wchodzili do wody. Było tam nawet trochę lodu, który wyznaczał granicę ich kąpieliska. Nikt nie nurkował pod lodem. Niektórzy mieli na sobie gumowe płetwy i czepki. Z daleka sprawiali wrażenie nowego rodzaju ludzi, idącego za myślą, która pojawiła się także w mojej głowie – że można jeszcze po prostu zanurzyć się w wodzie. Że można jeszcze wrócić.

Ewa ubrana była w pasiasty sweter i ocieplane jeansy z podwiniętymi nogawkami. Włosy splotła w warkocz. Zauważyłem, jak nadchodzi, kiedy półleżałem, opierając się o bazaltową skałę i próbowałem odłamać z niej coś, co wyglądało jak skamieniała odbitka prehistorycznego zwierzęcia, które w momencie śmierci znajdowało się na czymś, co przypominało plechę albo liść. To zabawne, że nawet teraz chciałem to posiadać. Nie wiedziałem nawet, czy to zabronione, bo w końcu nie byłem w swoim kraju, a nawet jakbym był, to takie rzeczy chyba należą do państwa. A przynajmniej rości sobie ono prawo do tego. Tworzy prawo do tego.

– Zobacz, to chyba amonit albo coś w tym rodzaju – powiedziałem w momencie, kiedy prawie udało mi się oderwać tę odbitkę od reszty skały, zupełnie jakby naprawdę była czymś zupełnie odmiennym.

– Dużo tu tego. Cały brzeg jeziora to jakieś skamieniałości – zgodziła się ze mną.

W końcu mi się udało. Sam byłem zaskoczony, bo przecież nie miałem ani narzędzi, ani nadludzkiej siły, żeby odłamywać skały od innych skał. Już samo takie stwierdzenie brzmi jak opis mocy jakiegoś herosa czy półboga. Trzymając w rękach odbitkę, zagłębiałem w niej swoje palce. To było jak forma do odciskania kształtów, puste rowki, z których jakby coś wyparowało. Nasze dłonie spotkały się w jednym z nich, a nasze kciuki stykały się na chropowatej odbitce plechy albo liścia. Spojrzałem jeszcze w górę. Po drugiej stronie jeziora szczyty gór były nagie i czarne, ale za nimi wyróżniał się zestalony błękit góry lodowej.

Kiedy usłyszałem kolejne sapnięcie lokomotywy, stwierdziłem, że jednak wsiądę.  Czułem, że zdążę przed odjazdem.

 

 

Szymon Horała

 

Morze

 

Wykręciłem oko do wnętrza czaszki

Puściłem je w podróż w rejon

Gardła, krtani, cofam

Przełyk. W uszy igiełki

 

Powoli coraz mocniej wbijają się

Na skutek tegonocnych

Pisków, skowytów, alarmów

 

Krwotok zewnętrzny, ciało

Zbrukane czystymi intencjami

Ich efektami, limfa, nafta, krew

Opada i kręci się, wierci wciąż

 

Żywy język między nogami

Ociera się koniuszkiem o

Kostkę, w dół na piętę

 

Ostatnie podrygi dzisiejszego

Słońca stopiły się z

każdym poprzednim dniem

W ruinach rozumu

 

Ostatnie czym karmiło mnie

Niebo nie nadawało się

Do spożycia,

a

jed

nak

 

 

Zde(r)material

 

Urodziłem się czysty i w czystości żyłem. Nigdy nikomu nie podkładałem nóg, jak coś nie mojego znalazłem, to zgłaszałem, że chętnie oddam. Ostatecznie oddałem też to, co moje i co mnie tworzyło. Rozczłonkowałem się i dałem zamiast sznura pereł sznur zębów (przeżartych i niedoleczonych), dałem paznokcie na broszce, rzemyk z własnych włosów. Moje mięso pojedli, z kości szpik wyssali. Sprowadzili mnie do roli czystoastralnego bytu lub subatomowej istoty. Dalej jestem czysty.

 

 

Zagrywanie na pięć lat do tyłu 

 

Wije się psem w

Łóżku pościeli wszech

Wiedzących oczach wszech

Świata całego wpatrzonych

 

Jak dusza ulatuje przez oczy

Usta i nos, pustoszenie

Głowy wietrzenie jak

Pomieszczenia po nocach

Śniące sny o metrach kwadratowych

 

Wyję do dłoni ścian z

Palcem dla oka uchylonym

Drzwi wpuszczają więcej powietrza

Równoważy się stosunek

Tlen dwutlenek

 

Młyn miele nie synteza

Wtapiam się w materac

Ślady tkanek w bawełnie

Rozdrapane resztki spod

Paznokci się sypią

Młyn mielenie synteza

Upłynniam się pod szklanki

Szukając kształtów wygodnych

Nurtów spokojniejszych

Młynmielenie synteza

Przechodzenie w pokoje

Przedpokoje, wieszaki

Rumowiska ze ścian

Młynmieleniesynteza

Pościelenie

Pościelenie

 

 

Postmortem

 

Spojrzeć słońcu w oczy wejść mu

w drogę i cień, od ciem uczyć się

Tańca na chwałę iskier ostrości

dać odejść, dać się zgubić

przestać

 

 

Piotr Dardziński

 

Niebieskie Jordany

 

Ostatnia zima. To, jak idziesz w tych swoich nowych niebieskich Jordanach. Tak pięknych butów nigdy nie widziałaś. Długo na nie zbierałaś, trochę ci dołożyłem. Idziesz, ostatni śnieg topnieje przy drodze. Zostało go jeszcze trochę po bokach, ale zgarnia się go za każdym razem, gdy pada…

Widzę to wyraźnie, tak jak teraz widzę rowerzystę, który musi trochę zwolnić, bo ktoś postawił hulajnogę w poprzek parkowej alejki. Gdybym wówczas wiedział, że to ostatnia nasza zima… Ale nikt nie wie takich rzeczy. Codzienne sprawy, brak uważności podyktowany pędem życia, czymkolwiek, żeby tylko nie być tu i teraz. Co by to wtedy nie było, nie miało szans z tym, co u mnie. Niepowtarzalne. Żadne z twoich miesięcy, tygodni i dni poprzedzających tamten czerwiec nie mogło takie być w moich oczach.

Można przegapić życie, nie tylko z powodu nieuważności.

Nigdy bym się nawet nie zbliżył do takiej myśli, że może to być twoja ostatnia zima. Choć możliwe, że ty już wiedziałaś. Stąd te buty. Dlatego chciałaś wyjątkowej oprawy, oczywiście nie ze względu na buty, tylko na siebie.

Zasługiwałaś na wieczny błysk trwania. Zawsze. Dla mnie jednak ta sytuacja wtedy nie była czymś szczególnym. Ot, normalne, zimowe popołudnie. Siedemnasta w nocy. Gdzieś wychodzisz.

Pytasz się: No i jak te buty?

Ja coś tam kiwam głową, ale głową jestem w innych fabułach.

A, to dobra, odchodzisz, kryjąc smutek z powodu braku zainteresowania twoim światem. Jakbyś dobrze rozumiała, że są inne uniwersa oprócz twojego i to właśnie do nich mi spieszno. Do tych innych narracji, których za cholerę nie możesz zrozumieć, masz dopiero dziewiętnaście lat.

Dziś wiem, czegoś zabrakło. Pauzy, przekierowania myśli, popatrzenia na siebie dłużej… Znalazłem później taki wiersz Kamili Janiak:

 

jeśli wierzyć drzewom, nie mamy się co

spieszyć.

czubek topoli za oknem widział na tyle

dużo,

że radzi nam spokojnie czekać.

zjedzmy więc razem obiad i jeszcze chwilę

popatrzmy na siebie.

 

Jeśli wierzyć drzewom, Zuzia, to tamta chwila położy się cieniem na moich dalszych losach…

Ale daj już spokój, tato! Luz. Nic się nie położy cieniem na twoim dalszym życiu, jeśli teraz mnie uważnie wysłuchasz. To były tylko głupie buty, a ty wjeżdżasz mi tu od razu z wierszem o drzewach, które każą czekać, jeść obiad i długo się patrzeć na siebie. Głupie buty. Nie było dla nich wystarczająco miejsca. Nie było już jak mnie upchać w tobie. I tyle! Inaczej nie umiałeś. Teraz próbujesz nadrobić tamto i jeśli ci to pomaga, okej, choć dla mnie nie ma to już żadnego znaczenia.

Dobra, dość już o tym!          

Powiem ci lepiej, co u mnie: jak żyję, kiedy już nie żyję; kiedy nie mam otwartych oczu i ust. Powiem ci, co można widzieć, gdy jest się takim mną.

 

Łódź, 09.02.2026, godz. 11:45

 

 

Andrzej Leraczyk

 

*** (słuchajcie)

 

słuchajcie

tego wrażliwego chłopca

który dostał nagrodę

za bycie chujem

słuchajcie jego słów

subtelnych i gładkich

z których każde jest

gówno warte

słuchajcie jego

piosenki:

przebacz mi ojcze

mam grzech

 

 

*** (źrenice)

 

ukradkiem

zaglądam ci w oczy

jakbym w dekolt

patrzył

bardziej sobie wyobrażając

niż widząc

źrenice

sutki

 

 

skóra

 

nie jestem opowieścią

jestem plamą

zbiorem plam na twojej skórze

reakcją alergiczną

stary nubuk

niedbale wyprawiona skóra

tropikalnego kota albinosa

twoja skóra

pod którą buzuje brudne mięso

dzikiego źrebaka

 

 

pale blue eye

 

nie przyszedłem się kochać

przyszedłem rozpętać wojnę

spalić twoją wieś

zapomnieć wszystko

nie będzie mi lou reed pieprzył

o „pale blue eye”

nie będzie pojedynczych westchnień

wyrównanych oddechów

spodziewała się tego

 

 

skóra 2

 

jędrek skóra jestem

pusty, źle wydrążona tykwa

stojąca na regale znajomych ojca

przywieziona z kontraktu w libii

wypatroszony karaś, okoń

z tymi zdziwionymi oczami

że już

nie napiszę dzisiaj niczego dobrego

ani złego, bo pusty jestem

blaszana puszka po towocie

 

 

Emilia Gorzel

 

Sfera pozaziemska, odbiór

 

Wydanie Solaryszy Marcina Mokrego (2025) i sformułowanie idei muzyki ambientowej przez Briana Eno (1975) dzieli pięćdziesiąt lat – wystarczająco, żeby paralele między nimi uznać za retrofuturystyczne (ponieważ zarówno Mokry, jak i Eno czerpią z futurystów w równym stopniu) i odnieść je do świata podlegającego nieustannym transformacjom. Czytane na głos wiersze z czwartej książki poety zgrzytają w zębach i brzmią jak zacinająca się płyta. To punkt wspólny z Eno, który w zakłóceniach dźwięku wydawanego przez szwankujące stereo odnalazł nowy sposób słuchania muzyki.

Dla ambientu kluczowe jest napięcie między pustką a pełnią. Na poziomie muzycznym osiąga się je poprzez wykorzystanie w kompozycjach dźwiękowych skrajnych częstotliwości – bardzo niskich albo bardzo wysokich. Tworzą one ramę utworu, pozostawiając równocześnie lukę po obszarze, gdzie zwykle pojawia się melodia i wokal. Użycie takiej techniki pozwala na uzyskanie wrażenia otwartej przestrzeni, a przecież ambient jest z etymologii i definicji: muzyką otoczenia. Utwory zamieszczone w Solaryszach także operują zarówno pełnią, jak i pustką. Teksty gromadzą się na dwóch marginesach – górnym i dolnym. W wolną przestrzeń pomiędzy nimi Mokry wkomponowuje minimalistyczne struktury, literackie partytury, które przerywają ciągłość opowieści ulokowanych nad i pod nimi równanych do lewej, paragrafowych wierszy:

 

Ułożone w konstelacje słowa: audialnie – trzeszczą, a wizualnie – szumią. Przywodzą na myśl, generowany przez różnorodne urządzenia: analogowe, cyfrowe, a nawet generatywne, medialny szum informacyjny, którym interesowano się zarówno w czasach świetności Eno, jak i dziś, gdy pisze Mokry.

W latach sześćdziesiątych Arno Penzias i Robert Wilson odkryli, że szum wychwytywany przez anteny radiowe nie jest prostym zakłóceniem odbiorników, ale elektronicznym odbiciem Wielkiego Wybuchu. Okazało się, że to, co widzimy na ekranie telewizora, kiedy znajduje się w stanie zawieszenia pomiędzy nadawaniem programu a byciem wyłączonym, to echo początku istnienia Wszechświata. Podobną metaforę z powodzeniem wykorzystuje Mokry, czyniąc ze swojego tomu projekt quasisolarpunkowy, w którym wizja rzeczywistości opiera się na połączeniach między ludzkością, technologią a naturą, wpisanych w media cyfrowe od ich powstania – jak biały szum w działanie telewizora:

 

Różanopalca jutrzenka naszej pracy nad światłowodami prowadzącymi do końca. Duszące architektury informacji otwieramy oknami na świat i pytamy czatbota, jak można pomóc mu kaleczyć się o źdźbła, gdy wreszcie poczuje zmęczenie. Zbiory treningowe wyłożymy zbiorami, które będziemy jedli. Niech zakwitnie kwiat. I Michalina, Michalina, Michalina. Mama rozpylona przez płonący po kuchenkach gaz. Tadeusz, którego dawno nie widzieliśmy w łodygach solaryszy, będzie wołał nas po imionach. Anatol. Rozsierdza gniew kwitnący kwit, którym ozdobimy skały narzutowe za tysiąc lat.     

 

Podmiot Solaryszy to zarówno obserwujący przyrodę i rozmawiający z dziećmi ojciec, jak i transhumanistyczna hybryda człowieka, maszyn i kosmosu. Wektor jej rozwoju w toku narracji (bo tom trzeba potraktować jako poemat) kieruje się coraz bardziej w stronę bytu uformowanego raczej na kształt czegoś w rodzaju wielkiej zbiorowości materii niż pojedynczego istnienia. Sugeruje to nie tylko warstwa tematyczna Solaryszy, ale też sposób jej organizacji. Nazwy poszczególnych części: Retencje, Antropiki, Emiter, Migracje i Solarysze, mapują proces transformacji świata (Antropiki-Solarysze), wskazują na próbę zatrzymania przekształceń (Retencje) i zaznaczają nieunikniony charakter zmian (Emiter-Migracje). Tym samym Mokry po części wpisuje w Solarysze również futurystyczną cyberpunkowość: o ile technologia komputerowa i informacyjna nie zniszczy całkowicie świata, jaki znamy, na pewno bezpowrotnie i drastycznie go zmieni. Czy pozostanie w nim miejsce na nadzieję? Wierzę, że tak. Autor Solaryszy pisze przecież z nieskrywanym sentymentem o przyrodzie i człowieku, pomijając w tych fragmentach technologię. Ostatecznie, zamiast apokaliptycznego obrazu zagłady ziemskiej egzystencji, kreuje raczej wizję współistnienia naszego życia z innymi formami bytu – nie zupełnego zniknięcia, ale jedynie zmiany kształtu. Dlatego wierszem otwierającym ostatnią część tomu, tytułowe Solarysze, jest optymistycznie wybrzmiewające Płodzeńe Aleksandra Wata:

 

Na pszestszeńah kosmicznyh, wśrud rodzącyh gwiazd

rozłożymy szpitale i domy rodzeńa,

na psześćeradłah lazuruw ńebieskih

będżemy tryskać kształtami, hwaląc ćę, płodzeńe!

 

Wszak świat jest olbżymią mleczną bryłą

o ńeskończonej liczbie bżuhuw,

gwieźdźistopierśną dojną kobyłą,

ktura karmi kamieńe, rośliny, zwieżęta, ludźi i duhuw.

 

On tryska kształtuw niezliczonośćą […].

 

Transformacja podmiotu z jednostkowego w zbiorowy przeobraża też sposób odczuwania ciała z punktowego w rozproszony. Rezygnujemy z uprzywilejowania zmysłu wzroku na rzecz polisensorycznego odbioru przestrzeni, która może zostać wykorzystana akustycznie – trochę tak, jak byśmy znaleźli się nie na zewnątrz, ale w środku kamery otworkowej, będącej niczym innym, jak rodzajem pudła rezonansowego – jeśli pomyślimy o jej kształcie, a nie pierwotnym przeznaczeniu. Początki nowych mediów wiąże się z fotografią – nie dziwi więc, że to właśnie ona jest w znacznej mierze odpowiedzialna za zmianę percepcji. Zwrot z wizualnego w audialne opiera się nie tyle na użyciu medium dźwiękowego, ile wykorzystaniu mediów wzrokocentrycznych na sposób muzyczny. To, co naprawdę się zmienia, to perspektywa: nie jesteśmy już na zewnątrz wydarzeń, ale w środku nich (eksplorujemy wnętrze camery obscury, oglądając obrazy, doświadczając ich w trójwymiarze, w którym powstają). Akustyczne ujmowanie przestrzeni przybliża nas do zauważenia jej pełnego potencjału, oddalając od jej biernej obserwacji. Migawka aparatu zachowuje się jak cyfrowa powieka, a pierwszym krokiem w stronę transhumanizmu jest moment, w którym fotografik bierze w ręce kamerę. Podmiot Mokrego na początku zdaje się widzieć i pokazywać świat w podobny sposób: jako pocięte, prześwietlone lub niedoświetlone kadry. Szybko władzę przejmuje jednak dźwięk (ptaków, natury-materii, przesyłów danych i pracy urządzeń) i to on wyznacza warunki istnienia tego nowego „ja”.

Podmiot, jako powstała ze wszystkich napotkanych na drodze przemian wielka postcyfrowa materia, sytuuje się dużo bliżej ujęć ekokrytycznych, niż mogłoby się wydawać. Jego byt opiera się na zasadzie zachowania masy i energii, co pozwala wpisać tom w dynamicznie rozwijający się nurt energy studies. To w sytuacji ekokryzysu, również w kontekście węglowego Śląska, z którego poeta wyemigrował, właściwie całkiem pozytywna prognoza. U Mokrego na końcu czekają nas światłowody, kwiaty rosnące bez akumulatorów, druga ręka, kłącze, łącze, kliknięcia, odbiorniki, życie „pośród” i „las porost ludzki”:

 

i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i,   […]   o, o, i, i, i, i, i   […]   i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i   […]   o, o   […]  ‘ , ‘ i, i, i, i i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i  […]  o o o o o o o o ……………………..

 

Finał Solaryszy do złudzenia przypomina graficzną interpretację telewizorowego białego szumu w bardzo dużym powiększeniu. Nie twierdzę, że Mokry w Solaryszach odkrył tajemnicę Wszechświata, ale muszę przyznać, że coś w tym znajduję – jeśli nie nagi sens, to konkretne kosmogoniczne wrażenie odbiorcze.

 

Marcin Mokry, Solarysze, Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. T. Karpowicza, Wrocław 2025.   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Katarzyna Koza – doktorantka, asystentka w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Zajmuje się ekoposthumanistyką.

 

Julian Kazberuk – poeta, z wykształcenia prawnik, student filozofii, z zawodu bibliotekarz. Laureat nagrody specjalnej w Ogólnopolskim Konkursie im. Jacka Bierezina. Współzałożyciel stowarzyszenia Fundamenty, współtworzy kolektyw organizatorsko-kuratorski Społem fest, współpracuje z grupą teatralną Sedno. Pasjonat literatury, sztuk wizualnych i ich wzajemnych przenikań.

 

Krzysztof P. Mierzejewski – z wykształcenia biolog, student skandynawistyki na UG. Marzy o pracy tłumacza literatury fińskojęzycznej. Pisze prozę i poezję.

 

Szymon Horała – urodzony w Poznaniu, osiadły we Wrocławiu. Publikował m.in. w „Notatniku Literackim”, „składce” i „Fudze”. Z wykształcenia polonista i kulturoznawca, z pasji ornitolog. W ostatnim czasie zainteresowany sound studies, animal studies, a także field recordingiem, który sporadycznie uprawia.

 

Piotr Dardziński – absolwent filozofii i teologii. Mieszka w Łodzi. Były perkusista, obecnie nauczyciel i trener kreatywności. Autor Trucizn, Będzie dobrze i kilku opowiadań.

 

Andrzej Leraczyk – pisarz przed debiutem. Student Studiów Literacko-Artystycznych UJ.

 

Emilia Gorzel – studentka Uniwersytetu Wrocławskiego. Debiutowała tekstem Wenus z obiektywem w „Dzienniku Literackim”. Laureatka Turnieju Jednego Wiersza organizowanego w ramach inicjatywy Las Literatury Księgarni Dosłownej w Lublinie. Miłośniczka beckettowskiego teatru, ambientu i Pomorza.

 

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:
Kaja Kędzioł, Zuzanna Madurska, Jakub Famulski, Kamil Figas
Kontakt: osmy.arkusz.odra@gmail.com

 

8 ARKUSZ. 4/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

ZIELONOŚĆ

 

Za oknem już wiosna w pełnej krasie i ktoś mógłby chcieć za poetą wykrzyknąć: a wiosną – niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę! Ktoś, ale nie my. Bo w kwietniowym arkuszu jak zwykle polska – literatura, oczywiście. Przy czym wiosna też jest obecna. Stąd: zieloność.

Sam wybór tekstów przybiera formę konstelacji rozmaitych form: wiersze, prozy, recenzja, szkic. W otwierającym arkusz studium Katarzyna Koza stawia pytanie o to, co łączy Wisławę Szymborską z Julią Fiedorczuk i czy można pomyśleć o jednolitej linii polskiej ekopoezji na przestrzeni ostatniego półwiecza. Następnie Julian Kazberuk przenosi nas w swoich wierszach w „przestrzeń zieloną” i na wschód, choć nie tylko. W poezji Szymona Horały spotkamy psy, ćmy, piski, skowyty, a nasz zwierzyniec uzupełniają tropikalny kot albinos i dziki źrebak. Nie mylić z również obecnym w tych wierszach okoniem! Pomiędzy zestawami plenią nam się prozy: pierwsza, Elegia do Zielonej Ziemi autorstwa Krzysztofa P. Mierzejewskiego samym tytułem uzasadnia swoją obecność na arkuszowych kartach, druga, Piotra Dardzińskiego osnuta jest wokół butów, wspomnienia zimy i wiersza Kamili Janiak. Poetka pisze: jeśli wierzyć drzewom, nie mamy się co spieszyć, co okazuje się spójne z rozpoznaniami Emilii Gorzel z recenzji Solaryszy, w której autorka snuje paralele między poematem Mokrego a muzyką ambientową. My też nie zamierzamy się spieszyć, chociaż kreślimy powoli pierwsze słowa komentarzy do utworów wyróżnionych w Turnieju Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł. Zarówno nasze noty, jak i wiersze przeczytacie już w maju. W międzyczasie – w zieloność!

Redakcja Ósmego Arkusza

 

fot. Maciek Bielawski / maciekbielawski.pl

 

Katarzyna Koza

Pomiędzy ewolucją a współistnieniem

Obecność poezji Wisławy Szymborskiej na ekopoetyckim widnokręgu jest kwestią dość problematyczną, podobnie zresztą, jak jej potencjalna nieobecność – celnie pisała Daria Lekowska. Problematyczność niewykorzystywania ekologicznego potencjału wynikałaby z łączenia przez Szymborską języka liryki z językiem nauki, etycznego zorientowania tego pisarstwa, w tym widocznej postawy szacunku wobec autonomii innych bytów, w końcu – chwytów wprowadzających czytelników w refleksję nad związkami literatury i ekologii. Odczytania ekopoetyckie problematyzowałaby zaś (choć nie dyskwalifikowała) dość humanistyczna podmiotka mówiąca. W kontekście twórczości noblistki nie można mówić o biocentrycznej soczewce czy budowaniu naturokulturowych przedstawień świata, czym często charakteryzują się współczesne, ekologicznie zorientowane projekty poetyckie. A jednak – mimo to – poezja ta coraz częściej poddawana jest interpretacjom z wykorzystaniem narzędzi ekoposthumanistycznych. Moim zdaniem, nie wyczerpuje to jednak jej potencjału interpretacyjnego – może ona bowiem stanowić także istotny punkt odniesienia oraz źródło inspiracji dla współcześnie powstającej ekologicznie zorientowanej poezji.

W niniejszym szkicu pisarstwo noblistki chciałabym zestawić z twórczością Julii Fiedorczuk, jednej z najbardziej znanych pisarek nurtu ekologicznego. Interesować będą mnie zarówno podobieństwa, jak i różnice w podejmowaniu przez obie poetki wątków ewolucyjnych. Tekst ten ma przy tym charakter raczej sygnalizujący niż wyczerpujący. Punktem wyjścia dla interesującej mnie refleksji jest wiersz autorstwa współczesnej pisarki. To Fotosynteza z tomu Bio:

 

Słońce mnie rodzi prawie bezboleśnie,

na stopie mam plasterek ciepła, na powiekach

lekki kompres krwi, nieziemskie gogle.

Przysiada na nich widmo jak roztrzepany

 

błyskawiczny ukwiał, który mi opowiada

barwne ichtiologiczne historie. Czerwień

i czerń, tak wszystko się zaczyna,

później dopiero Wielki Wylew

 

Ultramaryny, która jest moją amfibią.

Jak to było? Staram się pamiętać

i coraz mocniej trę oczy. Tamte podskórne

czasy podpływają bliżej, są moje

 

na ułamek światła, momentalny bezdech

i rozkoszny strach, który się zaraz rozproszy

w musującej toni. Mieć ciebie świecie

na własność. Kochać cię, ciebie tracić.

 

A trzeba wyjść na ląd, opierzyć się i patrzeć

prosto w słońce.

Zieleń tęczówki jak morze.

Tkanka, tkanina, tlen.

 

W wierszu Fiedorczuk krótkie zamknięcie oczu staje się przyczynkiem do wyobrażeniowych wędrówek. Kosmiczna inicjacja (Słońce mnie rodzi) czy potrzeba energii słonecznej (nawiązanie do tytułu) są stałymi elementami rozwoju planetarnych bytów. Podmiotka chce rozpoznać ewolucyjne historie, sięgające początków życia, które rodziło się 3,6 miliarda lat temu w środowisku wodnym. Wymieniony w tekście koralowiec reprezentuje tę długą podróż i interesujące poetkę środowisko. Mówiąca przeczuwa, że dawne czasy są nie tylko historią ukwiała, ale też jej własną, choć tylko „na ułamek światła”. Ultramaryna staje się symbolem transgresji i adaptacji – opuszczania środowiska wodnego. Ślady ewolucyjnej przeszłości można dziś przy tym dostrzec w reprezentantach lądowych gatunków (Zieleń tęczówki jak morze) – więc ostatecznie także w samej bohaterce. Fiedorczuk w Psalmach pisała: niektórych wierszy nie można już napisać. niektórych nie dało się napisać wcześniej. Takiego wiersza, biocentrycznego, z podmiotką zanurzoną w doświadczeniu cielesno-kosmicznym, tekstu manifestującego materialność i wszechrelacyjność (Tkanka, tkanina, tlen), nie mogła napisać Szymborska. Nie oznacza to jednak, że zalążków tego typu myślenia nie da się odnaleźć w poezji noblistki – podkreśla ona przecież równość biologiczną człowieka z nie-ludzkimi bytami w kontekście samej ewolucji. Uwidacznia się to na przykład w tytułowym wierszu tomu Sto pociech, w którym ludzka ręka ma animalny rodowód (ledwie on [człowiek – dop. K.K.] wystrugał ręką z płetwy rodem / krzesiwo i rakietę). W Notatce ze zbioru Sól znajdziemy zaś opis ewolucjonistycznej lekcji, płynącej z wizyty w muzeum (W pierwszej gablocie / leży kamień. […] W drugiej gablocie / część kości czołowej. / […] Ubyliśmy zwierzętom. / Kto ubędzie nam), a w jeszcze innym utworze, Przemówieniu w biurze znalezionych rzeczy, opis doświadczenia jestestwa w perspektywie długotrwałej przemiany:

 

[…]

Zapadła mi się w morze wyspa jedna, druga.

Nie wiem nawet dokładnie, gdzie zostawiłam pazury,

kto chodzi w moim futrze, kto mieszka w mojej skorupie.

Pomarło mi rodzeństwo, kiedy wypełzłam na ląd

i tylko któraś kostka świętuje we mnie rocznicę.

Wyskakiwałam ze skóry, trwoniłam kręgi i nogi,

odchodziłam od zmysłów bardzo dużo razy.

Dawno przymknęłam na to wszystko trzecie oko,

machnęłam na to płetwą, wzruszyłam gałęziami.

[…]

Sama się sobie dziwię, jak mało ze mnie zostało:

pojedyncza osoba w ludzkim chwilowo rodzaju

[…]

 

Historia ewolucji u Szymborskiej opowiadana jest inaczej niż w tekstach Fiedorczuk. Tytułowe przemówienie ma miejsce w biurze rzeczy znalezionych – co nadaje tekstowi charakterystyczny akcent humorystyczny, kojarzony z poezją noblistki. Biurem okazuje się ludzkie ciało, a rzeczami znalezionymi – ślady prehistorii. Podmiotka przywołuje opowieść o dawnych bytach achronologicznie, wspominając porzucone futra, pazury, „skóry” i formy. To wszystko składa się na kształt obecnie mówiącego „ja”. Sama się sobie dziwię, jak mało ze mnie zostało, kwituje bohaterka wiersza. Pytania o aktualną postać człowieczego „ja” powracają w różnych tekstach Szymborskiej i zanurzone są właśnie w genealogii i ewolucji – w Zdumieniu z tomu Wielka liczba pojawiają się chociażby takie: Czemu w zanadto jednej osobie? / […] W skórze nie łusce? Z twarzą nie liściem?. W jeszcze innym wierszu, W zatrzęsieniu z tomu Chwila, znajdziemy zaś liczne stwierdzenia podszyte charakterystycznym dla autorki zdziwieniem: Jestem kim jestem. / Niepojęty przypadek / jak każdy przypadek. // Inni przodkowie / mogli być przecież moimi, / a już z innego gniazda / wyfrunęłabym, / już spod innego pnia / wypełzła w łusce. Fiedorczuk podejmuje rozmowę z noblistką – wybierając metaforyczny język, podmiotka w wierszu Jeden określa siebie powtórką na miedzy między / zderzeniem a echem. Mniej interesuje ją eksploatowany w poezji noblistki wątek wielu możliwości czy prawdopodobieństwa, bardziej – przywdziewanie odmiennych form bycia i relacyjność aktorów tego świata, czym manifestuje bioróżnorodność. U Szymborskiej wygrywa racjonalizm, u Fiedorczuk, szczególnie we wczesnych zbiorach, oniryzm. Współczesna poetka dużo więcej przestrzeni oddaje też obrazowości: Mam pokusę morza / W zielonych tęczówkach; będę koronkowym kwiatem / utkanym przez słońce; Blada gwiazda zjeżdża w wieczny śnieg. Podmiotka Fiedorczuk wybiega więc w marzenia, wyobrażenia, sny i światy niebyłe (co było / wyśnione, nadal takim jest), podmiotka Szymborskiej, nawet gdybając, trzyma się zaś (bodaj „jedną nogą”) realnego świata. Jeżeli oddaje głos innym bytom, jak w Tarsjuszu ze Stu pociech, to zabieg ten ma skłonić do refleksji nad ludzką etyką. Inaczej Fiedorczuk, u której nie tylko zwierzęta, ale też inne elementy świata, chociażby ziemia i jej składowe, muszą zostać aktywnymi aktorami świata – w jej wierszach czasem personifikowanymi, niejako dla wzmocnienia sprawczości czy większego podkreślenia ich indywidualnej podmiotowości.

Niniejsza analiza pozwala dostrzec dialogiczny charakter relacji między tymi projektami poetyckimi. Zapoczątkowana przez Szymborską refleksja nad znaczeniem pamięci ewolucyjnej historii zostaje przez Fiedorczuk podjęta i zaadoptowana w odmiennym kontekście epistemologicznym oraz kulturowym. Wiersze obu poetek łączy uwikłanie podmiotek w zewnętrzną – w stosunku do tekstu – rzeczywistość, nieufność wobec ostatecznych odpowiedzi oraz zainteresowanie światem nie-ludzkim i jego historią. To dowód na to, że poezja Szymborskiej stanowić może ważny kontekst dla twórczości współczesnych poetów i poetek piszących w duchu ekologizmów.

Na koniec przypomnijmy sobie wiersz Mikrokosmos, który noblistka poświęciła mikroorganizmom. Liryczne „ja” wyznaje w nim: Od dawna chciałam już o nich napisać, / ale to trudny temat, / wciąż odkładany na potem / i chyba godny lepszego poety, / jeszcze bardziej ode mnie zdumionego światem. / Ale czas nagli. Piszę. Wersy te można odczytywać w perspektywie współczesności – wiersze tworzone w czasach świadomego antropocenu stanowią przykład pojawiania się nowych języków, które służą do opowiadania o różnych organizmach tego świata oraz o ich związkach. Fiedorczuk na pewno jest jedną z tych, które tych języków – podobnie jak robiła to wcześniej Szymborska – szukają. Nie oznacza to jednak, że nie można dziś czytać z zainteresowaniem twórczości noblistki. Wiersz taki jak Mikrokosmos może stanowić na przykład świadectwo reakcji na coraz dokładniejsze narzędzia badawcze, które pojawiały się w różnych momentach historii. Kiedy zaczęto patrzeć przez mikroskop,/ powiało grozą i do dzisiaj wieje – wyznawała w tekście podmiotka. Świat, jakże już bogaty w istnienia o przeróżnych rozmiarach, wciąż potrafi zaskakiwać. Powiedzieć, że ich dużo – to mało powiedzieć. Im silniejszy mikroskop / tym pilniej i dokładniej wielokrotnie – a przecież jeszcze niedawno najmniejszymi ze stworzeń wydawały się „jakieś muszki, robaczki”. Osoby piszące współcześnie mają dostęp do coraz to nowszych dokonań nauki, a tym samym innej, bardziej szczegółowej wiedzy na temat czy to żyjących w sąsiedztwie z nami bytów, czy historii naszej niemłodej planety. W kontekście ekoposthumanistyki niezwykle interesująca może okazać się więc obserwacja tego, w jaki sposób kolejne osiągnięcia nauki wykorzystywane będą w tekstach poetyckich czy jak specjalistyczna wiedza koreluje ze światopoglądem mówiących „ja”. Ale to już temat na zupełnie inny tekst.

 

 

Julian Kazberuk

 

Tryptyk wschodni

 

(I)

 

Miałem w rodzinie płaczkę.

Tak widziałem pod powiekami

jak żal przygina babkę,

śpiewają: daj jej wieczne

dłonie znają młode, zielone,

policzone kłosy, a wszystkie

dzieci były roztańczone w trwaniu,

gdy trumna jej siostry wisiała dumna,

pamiętam jak Dj puszczał

anielski orszak (wersja karaoke).

– Kto słucha w 2026 niechaj słucha!

Jak te talerzyki w stypowych barach

czekają okrucieństwem.

– Co jest młody lej.

Leję.

 

(II)

 

Wojny trwają, a mury

wznoszą się pionem

z dwóch stron niewidome

lustro odbija nawet wiatr,

co niesie dźwięk niesłyszalnego:

krzyku i dźwięku bicia

z zewnątrz, gdzie króluje chłód

i głód czekania. Z wnętrza bije

rekultywowane ciepło

– to ten długo podtrzymywany,

palący gęstością płomień.

To tylko echo zwraca mi

mój ujadający głos przepicia,

– Hehe młody też pijesz!

Piję.

 

(III)

 

Mój spotify wrapped połyka czas,

który stał się broną – bronią,

wymierzoną w przestrzeń zieloną.

Cały świat to nowa busola,

a ja ślepy rysuję sobie terytoria

i wygwizduję sutrę. Bo to dzisiaj

zawłaszczamy kulturowo wschód,

więc daj pan panie generale ten kursor

na mapę troszkę dalej – bo tu za skromie.

– Młody! Co ci się ta ręka trzęsie,

jakbyś jej nie przyłożył.

 

 

Schowek

 

Śnię powtórzony sen, w którym zakładam zły but na nie tę nogę.

Zdejmuję go i zakładam zły but na nie tę nogę.

Usłyszałem, że można tak podkreślić własny komizm,

a on mnie ukryje, tak samo jak podczas pisania w trzeciej osobie.

Czy gdy schronię się w potakiwaniach – tych bardzo odległych słowach,

których odległość liczono w wiorstach – to one nie pofruną na tyle wysoko,

że ludzie powiedzą nie brzmią, a może z czasem to zjawisko

małych niemych narracji weszło w swoją partyturę zgiełku

i nie mogę już rozróżnić żadnego dźwięku w polifonii krzyku.

 

 

Bildungsroman

 

Kolejny bieg rozmywa wszystko,

rozciera nawet ślad wiersza,

w który wbiegam i akceptuję

jego utartą teksturę, ten przygaszony,

widmowy kadm na ścianach.

Ten pęd pusto powtarza:

gdy biegasz, zapominasz o Etruskach,

o wielkich pożarach bogini Maat.

Zamiast tego piszesz o ziomeczku,

który wiedzie prym w tym wyścigu

jak o jakimś herosie-hamulcowym.

Bo to trochę tak, że on ciągnie wajchę

do siebie, a jednak pchamy ten wagon

w przód, jakbyśmy wrzucali bieg ducha,

w jego głód. Puf, puf. To jedziem, w końcu

miejscem docelowym są konstelacje,

to w nich znajdę wszystkie te przystanki,

które rozmyłem w biegu.

 

 

Krzysztof P. Mierzejewski

 

Elegia do Zielonej Ziemi

 

Woda była ciemnobrązowa. Miała kolor czarnej herbaty. Brudnobursztynowy. Poczułem strach. Przez most przechodziło jeszcze trochę ludzi, ale nie widać po nich było napięcia. Jak gdyby byli zupełnie nieświadomi. Jakby dla nich nie wyglądało to jak apokalipsa.

– To przez podniesienie się temperatury – powiedział mężczyzna obok, na co ja potaknąłem.

Ale co to właściwie było? Zgnilizna? Martwe plechy i pozbawione życia, galaretowate ciała ryb? Rozpadające się w swoich okrywach włókniste pozostałości skorupiaków? Ciągnące się w rozkładzie mięczaki i mnóstwo tych niewidocznych istot, których życie właśnie zgasło, i które przez swój brak stały się widoczne? Czy ten kolor to był wywar z ich śmierci?

A może jakieś nowe, agresywnie rozprzestrzeniające się algi, które wcześniej wegetowały na jakimś marginesie, nagle zdominowały cały ekosystem, tak, że się zawalił i zanim one same przestały istnieć, przez krótki moment stały się jedyną żywą populacją w całym morzu?

Zdziwiony zauważyłem jednak, że wcale tak nie jest. W połowie drogi przez żelazny most zauważyłem, że w brunatnej wodzie, przy przybrzeżnych skałach, z których ustąpił lód, pływają jeszcze jakieś niewielkie rybki, wielkości płoci. Chciałem krzyknąć, że morze jeszcze nie umarło, że przecież coś tam żyje, a nikt z idących przez most tego nie widzi, ale tego nie zrobiłem. Zrozumiałem, że każdy z idących w tę stronę co ja, ku brzegowi, też to zauważył. Nikt jednak nie wołał. Wciąż żywe rybki w tej wodzie o kolorze śmierci, wyglądały jeszcze straszniej, niż gdyby w zbiorniku zalegał sam płyn. Bulion, ugotowany z życia.

Przed nami widać było lód, nawet całe góry lodowe. Przed dziesiątkami lat musiałbym mieć chyba na sobie puchową kurtkę, tak samo jak ci wszyscy ludzie, którzy też podążali na stację, po drugiej stronie mostu. Ale wszyscy mieliśmy na sobie co najwyżej bluzy albo dość cienkie wiatrówki. Jedna dziewczyna nosiła jeansową kurtkę, taką, którą moja matka nazywała „kataną”. Kiedy przeszedłem już przez połowę długości mostu, dostrzegłem też, że pociąg już czeka. Wagony wyglądały całkiem zwyczajnie, niebieskoszare, z dachem o przekroju spłaszczonego kapelusza jakiegoś grzyba. W każdym razie zawsze mi się z tym kojarzył.

Na końcowym odcinku mostu poraził mnie widok błękitnego jeziora, które właściwie ciągnęło się jak kolejne morze. Było tak czyste i nieskalane, że obudziło we mnie jakiś najpierwotniejszy rodzaj nadziei. Podobno moimi przodkami były zwierzęta, które pewnego dnia wyszły na ląd, a ich dzieci, czy raczej dzieciichdzieciichdzieciichdzieciichdzieci się na nim zadomowiły. Zrozumiały, że na lądzie może nawet da się oddychać i znaleźć pożywienie. Teraz sam stałem przed tym jeziorem, które przypominało mi o dawnym domu istot, które w jakiś niewyobrażalny sposób były ze mną związane i z których podobno się wziąłem. Teraz ja chciałem się zanurzyć i odkryć w tej kałuży czystej wody to, co one odkryły kiedyś, stąpając po ziemi. W przeciwieństwie do nich nie miałem jednak tyle czasu.

Bazaltowe skały nie różniły się za bardzo od powierzchni mostu. Szło się po nich tak samo. Były tak samo twarde, dawały takie samo wrażenie stabilności. Wydawały się jednak cieplejsze. Nie czułem ciepła, ale to, jak widziałem światło słońca ocierające się o ich wybrzuszenia i wlewające się w ich bruzdy, sprawiało, że było w nich coś miłego i przyjemnego.

Nie pamiętam już, po co miałem wsiąść do pociągu. Stał za mną, sapiąc i chrzęszcząc, kiedy maszynista sprawdzał przed odjazdem sprawność mechanizmu. W razie czego mogłem szybko podbiec i wsiąść do wagonu, choćby tuż przed samym odjazdem. Nigdy specjalnie nie przejmowałem się przepisami bezpieczeństwa. Wiadomo, że były trochę na wyrost, a ja dodatkowo nie potrafiłem poczuć, że to, przed czym mają chronić, zagraża także mi. Miałem przecież swoje własne kalkulacje. Odszedłem jeszcze od torów, zbliżając się do krawędzi skał, które tworzyły urwisty brzeg jeziora.

Najpewniej był tam kiedyś lodowiec. Dopiero po dłuższej chwili zauważyłem na wschodnim brzegu ludzi, którzy w miejscu, gdzie brzeg był niższy, skakali i wchodzili do wody. Było tam nawet trochę lodu, który wyznaczał granicę ich kąpieliska. Nikt nie nurkował pod lodem. Niektórzy mieli na sobie gumowe płetwy i czepki. Z daleka sprawiali wrażenie nowego rodzaju ludzi, idącego za myślą, która pojawiła się także w mojej głowie – że można jeszcze po prostu zanurzyć się w wodzie. Że można jeszcze wrócić.

Ewa ubrana była w pasiasty sweter i ocieplane jeansy z podwiniętymi nogawkami. Włosy splotła w warkocz. Zauważyłem, jak nadchodzi, kiedy półleżałem, opierając się o bazaltową skałę i próbowałem odłamać z niej coś, co wyglądało jak skamieniała odbitka prehistorycznego zwierzęcia, które w momencie śmierci znajdowało się na czymś, co przypominało plechę albo liść. To zabawne, że nawet teraz chciałem to posiadać. Nie wiedziałem nawet, czy to zabronione, bo w końcu nie byłem w swoim kraju, a nawet jakbym był, to takie rzeczy chyba należą do państwa. A przynajmniej rości sobie ono prawo do tego. Tworzy prawo do tego.

– Zobacz, to chyba amonit albo coś w tym rodzaju – powiedziałem w momencie, kiedy prawie udało mi się oderwać tę odbitkę od reszty skały, zupełnie jakby naprawdę była czymś zupełnie odmiennym.

– Dużo tu tego. Cały brzeg jeziora to jakieś skamieniałości – zgodziła się ze mną.

W końcu mi się udało. Sam byłem zaskoczony, bo przecież nie miałem ani narzędzi, ani nadludzkiej siły, żeby odłamywać skały od innych skał. Już samo takie stwierdzenie brzmi jak opis mocy jakiegoś herosa czy półboga. Trzymając w rękach odbitkę, zagłębiałem w niej swoje palce. To było jak forma do odciskania kształtów, puste rowki, z których jakby coś wyparowało. Nasze dłonie spotkały się w jednym z nich, a nasze kciuki stykały się na chropowatej odbitce plechy albo liścia. Spojrzałem jeszcze w górę. Po drugiej stronie jeziora szczyty gór były nagie i czarne, ale za nimi wyróżniał się zestalony błękit góry lodowej.

Kiedy usłyszałem kolejne sapnięcie lokomotywy, stwierdziłem, że jednak wsiądę.  Czułem, że zdążę przed odjazdem.

 

 

Szymon Horała

 

Morze

 

Wykręciłem oko do wnętrza czaszki

Puściłem je w podróż w rejon

Gardła, krtani, cofam

Przełyk. W uszy igiełki

 

Powoli coraz mocniej wbijają się

Na skutek tegonocnych

Pisków, skowytów, alarmów

 

Krwotok zewnętrzny, ciało

Zbrukane czystymi intencjami

Ich efektami, limfa, nafta, krew

Opada i kręci się, wierci wciąż

 

Żywy język między nogami

Ociera się koniuszkiem o

Kostkę, w dół na piętę

 

Ostatnie podrygi dzisiejszego

Słońca stopiły się z

każdym poprzednim dniem

W ruinach rozumu

 

Ostatnie czym karmiło mnie

Niebo nie nadawało się

Do spożycia,

a

jed

nak

 

 

Zde(r)material

 

Urodziłem się czysty i w czystości żyłem. Nigdy nikomu nie podkładałem nóg, jak coś nie mojego znalazłem, to zgłaszałem, że chętnie oddam. Ostatecznie oddałem też to, co moje i co mnie tworzyło. Rozczłonkowałem się i dałem zamiast sznura pereł sznur zębów (przeżartych i niedoleczonych), dałem paznokcie na broszce, rzemyk z własnych włosów. Moje mięso pojedli, z kości szpik wyssali. Sprowadzili mnie do roli czystoastralnego bytu lub subatomowej istoty. Dalej jestem czysty.

 

 

Zagrywanie na pięć lat do tyłu 

 

Wije się psem w

Łóżku pościeli wszech

Wiedzących oczach wszech

Świata całego wpatrzonych

 

Jak dusza ulatuje przez oczy

Usta i nos, pustoszenie

Głowy wietrzenie jak

Pomieszczenia po nocach

Śniące sny o metrach kwadratowych

 

Wyję do dłoni ścian z

Palcem dla oka uchylonym

Drzwi wpuszczają więcej powietrza

Równoważy się stosunek

Tlen dwutlenek

 

Młyn miele nie synteza

Wtapiam się w materac

Ślady tkanek w bawełnie

Rozdrapane resztki spod

Paznokci się sypią

Młyn mielenie synteza

Upłynniam się pod szklanki

Szukając kształtów wygodnych

Nurtów spokojniejszych

Młynmielenie synteza

Przechodzenie w pokoje

Przedpokoje, wieszaki

Rumowiska ze ścian

Młynmieleniesynteza

Pościelenie

Pościelenie

 

 

Postmortem

 

Spojrzeć słońcu w oczy wejść mu

w drogę i cień, od ciem uczyć się

Tańca na chwałę iskier ostrości

dać odejść, dać się zgubić

przestać

 

 

Piotr Dardziński

 

Niebieskie Jordany

 

Ostatnia zima. To, jak idziesz w tych swoich nowych niebieskich Jordanach. Tak pięknych butów nigdy nie widziałaś. Długo na nie zbierałaś, trochę ci dołożyłem. Idziesz, ostatni śnieg topnieje przy drodze. Zostało go jeszcze trochę po bokach, ale zgarnia się go za każdym razem, gdy pada…

Widzę to wyraźnie, tak jak teraz widzę rowerzystę, który musi trochę zwolnić, bo ktoś postawił hulajnogę w poprzek parkowej alejki. Gdybym wówczas wiedział, że to ostatnia nasza zima… Ale nikt nie wie takich rzeczy. Codzienne sprawy, brak uważności podyktowany pędem życia, czymkolwiek, żeby tylko nie być tu i teraz. Co by to wtedy nie było, nie miało szans z tym, co u mnie. Niepowtarzalne. Żadne z twoich miesięcy, tygodni i dni poprzedzających tamten czerwiec nie mogło takie być w moich oczach.

Można przegapić życie, nie tylko z powodu nieuważności.

Nigdy bym się nawet nie zbliżył do takiej myśli, że może to być twoja ostatnia zima. Choć możliwe, że ty już wiedziałaś. Stąd te buty. Dlatego chciałaś wyjątkowej oprawy, oczywiście nie ze względu na buty, tylko na siebie.

Zasługiwałaś na wieczny błysk trwania. Zawsze. Dla mnie jednak ta sytuacja wtedy nie była czymś szczególnym. Ot, normalne, zimowe popołudnie. Siedemnasta w nocy. Gdzieś wychodzisz.

Pytasz się: No i jak te buty?

Ja coś tam kiwam głową, ale głową jestem w innych fabułach.

A, to dobra, odchodzisz, kryjąc smutek z powodu braku zainteresowania twoim światem. Jakbyś dobrze rozumiała, że są inne uniwersa oprócz twojego i to właśnie do nich mi spieszno. Do tych innych narracji, których za cholerę nie możesz zrozumieć, masz dopiero dziewiętnaście lat.

Dziś wiem, czegoś zabrakło. Pauzy, przekierowania myśli, popatrzenia na siebie dłużej… Znalazłem później taki wiersz Kamili Janiak:

 

jeśli wierzyć drzewom, nie mamy się co

spieszyć.

czubek topoli za oknem widział na tyle

dużo,

że radzi nam spokojnie czekać.

zjedzmy więc razem obiad i jeszcze chwilę

popatrzmy na siebie.

 

Jeśli wierzyć drzewom, Zuzia, to tamta chwila położy się cieniem na moich dalszych losach…

Ale daj już spokój, tato! Luz. Nic się nie położy cieniem na twoim dalszym życiu, jeśli teraz mnie uważnie wysłuchasz. To były tylko głupie buty, a ty wjeżdżasz mi tu od razu z wierszem o drzewach, które każą czekać, jeść obiad i długo się patrzeć na siebie. Głupie buty. Nie było dla nich wystarczająco miejsca. Nie było już jak mnie upchać w tobie. I tyle! Inaczej nie umiałeś. Teraz próbujesz nadrobić tamto i jeśli ci to pomaga, okej, choć dla mnie nie ma to już żadnego znaczenia.

Dobra, dość już o tym!          

Powiem ci lepiej, co u mnie: jak żyję, kiedy już nie żyję; kiedy nie mam otwartych oczu i ust. Powiem ci, co można widzieć, gdy jest się takim mną.

 

Łódź, 09.02.2026, godz. 11:45

 

 

Andrzej Leraczyk

 

*** (słuchajcie)

 

słuchajcie

tego wrażliwego chłopca

który dostał nagrodę

za bycie chujem

słuchajcie jego słów

subtelnych i gładkich

z których każde jest

gówno warte

słuchajcie jego

piosenki:

przebacz mi ojcze

mam grzech

 

 

*** (źrenice)

 

ukradkiem

zaglądam ci w oczy

jakbym w dekolt

patrzył

bardziej sobie wyobrażając

niż widząc

źrenice

sutki

 

 

skóra

 

nie jestem opowieścią

jestem plamą

zbiorem plam na twojej skórze

reakcją alergiczną

stary nubuk

niedbale wyprawiona skóra

tropikalnego kota albinosa

twoja skóra

pod którą buzuje brudne mięso

dzikiego źrebaka

 

 

pale blue eye

 

nie przyszedłem się kochać

przyszedłem rozpętać wojnę

spalić twoją wieś

zapomnieć wszystko

nie będzie mi lou reed pieprzył

o „pale blue eye”

nie będzie pojedynczych westchnień

wyrównanych oddechów

spodziewała się tego

 

 

skóra 2

 

jędrek skóra jestem

pusty, źle wydrążona tykwa

stojąca na regale znajomych ojca

przywieziona z kontraktu w libii

wypatroszony karaś, okoń

z tymi zdziwionymi oczami

że już

nie napiszę dzisiaj niczego dobrego

ani złego, bo pusty jestem

blaszana puszka po towocie

 

 

Emilia Gorzel

 

Sfera pozaziemska, odbiór

 

Wydanie Solaryszy Marcina Mokrego (2025) i sformułowanie idei muzyki ambientowej przez Briana Eno (1975) dzieli pięćdziesiąt lat – wystarczająco, żeby paralele między nimi uznać za retrofuturystyczne (ponieważ zarówno Mokry, jak i Eno czerpią z futurystów w równym stopniu) i odnieść je do świata podlegającego nieustannym transformacjom. Czytane na głos wiersze z czwartej książki poety zgrzytają w zębach i brzmią jak zacinająca się płyta. To punkt wspólny z Eno, który w zakłóceniach dźwięku wydawanego przez szwankujące stereo odnalazł nowy sposób słuchania muzyki.

Dla ambientu kluczowe jest napięcie między pustką a pełnią. Na poziomie muzycznym osiąga się je poprzez wykorzystanie w kompozycjach dźwiękowych skrajnych częstotliwości – bardzo niskich albo bardzo wysokich. Tworzą one ramę utworu, pozostawiając równocześnie lukę po obszarze, gdzie zwykle pojawia się melodia i wokal. Użycie takiej techniki pozwala na uzyskanie wrażenia otwartej przestrzeni, a przecież ambient jest z etymologii i definicji: muzyką otoczenia. Utwory zamieszczone w Solaryszach także operują zarówno pełnią, jak i pustką. Teksty gromadzą się na dwóch marginesach – górnym i dolnym. W wolną przestrzeń pomiędzy nimi Mokry wkomponowuje minimalistyczne struktury, literackie partytury, które przerywają ciągłość opowieści ulokowanych nad i pod nimi równanych do lewej, paragrafowych wierszy:

 

Ułożone w konstelacje słowa: audialnie – trzeszczą, a wizualnie – szumią. Przywodzą na myśl, generowany przez różnorodne urządzenia: analogowe, cyfrowe, a nawet generatywne, medialny szum informacyjny, którym interesowano się zarówno w czasach świetności Eno, jak i dziś, gdy pisze Mokry.

W latach sześćdziesiątych Arno Penzias i Robert Wilson odkryli, że szum wychwytywany przez anteny radiowe nie jest prostym zakłóceniem odbiorników, ale elektronicznym odbiciem Wielkiego Wybuchu. Okazało się, że to, co widzimy na ekranie telewizora, kiedy znajduje się w stanie zawieszenia pomiędzy nadawaniem programu a byciem wyłączonym, to echo początku istnienia Wszechświata. Podobną metaforę z powodzeniem wykorzystuje Mokry, czyniąc ze swojego tomu projekt quasisolarpunkowy, w którym wizja rzeczywistości opiera się na połączeniach między ludzkością, technologią a naturą, wpisanych w media cyfrowe od ich powstania – jak biały szum w działanie telewizora:

 

Różanopalca jutrzenka naszej pracy nad światłowodami prowadzącymi do końca. Duszące architektury informacji otwieramy oknami na świat i pytamy czatbota, jak można pomóc mu kaleczyć się o źdźbła, gdy wreszcie poczuje zmęczenie. Zbiory treningowe wyłożymy zbiorami, które będziemy jedli. Niech zakwitnie kwiat. I Michalina, Michalina, Michalina. Mama rozpylona przez płonący po kuchenkach gaz. Tadeusz, którego dawno nie widzieliśmy w łodygach solaryszy, będzie wołał nas po imionach. Anatol. Rozsierdza gniew kwitnący kwit, którym ozdobimy skały narzutowe za tysiąc lat.     

 

Podmiot Solaryszy to zarówno obserwujący przyrodę i rozmawiający z dziećmi ojciec, jak i transhumanistyczna hybryda człowieka, maszyn i kosmosu. Wektor jej rozwoju w toku narracji (bo tom trzeba potraktować jako poemat) kieruje się coraz bardziej w stronę bytu uformowanego raczej na kształt czegoś w rodzaju wielkiej zbiorowości materii niż pojedynczego istnienia. Sugeruje to nie tylko warstwa tematyczna Solaryszy, ale też sposób jej organizacji. Nazwy poszczególnych części: Retencje, Antropiki, Emiter, Migracje i Solarysze, mapują proces transformacji świata (Antropiki-Solarysze), wskazują na próbę zatrzymania przekształceń (Retencje) i zaznaczają nieunikniony charakter zmian (Emiter-Migracje). Tym samym Mokry po części wpisuje w Solarysze również futurystyczną cyberpunkowość: o ile technologia komputerowa i informacyjna nie zniszczy całkowicie świata, jaki znamy, na pewno bezpowrotnie i drastycznie go zmieni. Czy pozostanie w nim miejsce na nadzieję? Wierzę, że tak. Autor Solaryszy pisze przecież z nieskrywanym sentymentem o przyrodzie i człowieku, pomijając w tych fragmentach technologię. Ostatecznie, zamiast apokaliptycznego obrazu zagłady ziemskiej egzystencji, kreuje raczej wizję współistnienia naszego życia z innymi formami bytu – nie zupełnego zniknięcia, ale jedynie zmiany kształtu. Dlatego wierszem otwierającym ostatnią część tomu, tytułowe Solarysze, jest optymistycznie wybrzmiewające Płodzeńe Aleksandra Wata:

 

Na pszestszeńah kosmicznyh, wśrud rodzącyh gwiazd

rozłożymy szpitale i domy rodzeńa,

na psześćeradłah lazuruw ńebieskih

będżemy tryskać kształtami, hwaląc ćę, płodzeńe!

 

Wszak świat jest olbżymią mleczną bryłą

o ńeskończonej liczbie bżuhuw,

gwieźdźistopierśną dojną kobyłą,

ktura karmi kamieńe, rośliny, zwieżęta, ludźi i duhuw.

 

On tryska kształtuw niezliczonośćą […].

 

Transformacja podmiotu z jednostkowego w zbiorowy przeobraża też sposób odczuwania ciała z punktowego w rozproszony. Rezygnujemy z uprzywilejowania zmysłu wzroku na rzecz polisensorycznego odbioru przestrzeni, która może zostać wykorzystana akustycznie – trochę tak, jak byśmy znaleźli się nie na zewnątrz, ale w środku kamery otworkowej, będącej niczym innym, jak rodzajem pudła rezonansowego – jeśli pomyślimy o jej kształcie, a nie pierwotnym przeznaczeniu. Początki nowych mediów wiąże się z fotografią – nie dziwi więc, że to właśnie ona jest w znacznej mierze odpowiedzialna za zmianę percepcji. Zwrot z wizualnego w audialne opiera się nie tyle na użyciu medium dźwiękowego, ile wykorzystaniu mediów wzrokocentrycznych na sposób muzyczny. To, co naprawdę się zmienia, to perspektywa: nie jesteśmy już na zewnątrz wydarzeń, ale w środku nich (eksplorujemy wnętrze camery obscury, oglądając obrazy, doświadczając ich w trójwymiarze, w którym powstają). Akustyczne ujmowanie przestrzeni przybliża nas do zauważenia jej pełnego potencjału, oddalając od jej biernej obserwacji. Migawka aparatu zachowuje się jak cyfrowa powieka, a pierwszym krokiem w stronę transhumanizmu jest moment, w którym fotografik bierze w ręce kamerę. Podmiot Mokrego na początku zdaje się widzieć i pokazywać świat w podobny sposób: jako pocięte, prześwietlone lub niedoświetlone kadry. Szybko władzę przejmuje jednak dźwięk (ptaków, natury-materii, przesyłów danych i pracy urządzeń) i to on wyznacza warunki istnienia tego nowego „ja”.

Podmiot, jako powstała ze wszystkich napotkanych na drodze przemian wielka postcyfrowa materia, sytuuje się dużo bliżej ujęć ekokrytycznych, niż mogłoby się wydawać. Jego byt opiera się na zasadzie zachowania masy i energii, co pozwala wpisać tom w dynamicznie rozwijający się nurt energy studies. To w sytuacji ekokryzysu, również w kontekście węglowego Śląska, z którego poeta wyemigrował, właściwie całkiem pozytywna prognoza. U Mokrego na końcu czekają nas światłowody, kwiaty rosnące bez akumulatorów, druga ręka, kłącze, łącze, kliknięcia, odbiorniki, życie „pośród” i „las porost ludzki”:

 

i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i,   […]   o, o, i, i, i, i, i   […]   i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i   […]   o, o   […]  ‘ , ‘ i, i, i, i i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i  […]  o o o o o o o o ……………………..

 

Finał Solaryszy do złudzenia przypomina graficzną interpretację telewizorowego białego szumu w bardzo dużym powiększeniu. Nie twierdzę, że Mokry w Solaryszach odkrył tajemnicę Wszechświata, ale muszę przyznać, że coś w tym znajduję – jeśli nie nagi sens, to konkretne kosmogoniczne wrażenie odbiorcze.

 

Marcin Mokry, Solarysze, Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. T. Karpowicza, Wrocław 2025.   

 

 

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Katarzyna Koza – doktorantka, asystentka w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Zajmuje się ekoposthumanistyką.

 

Julian Kazberuk – poeta, z wykształcenia prawnik, student filozofii, z zawodu bibliotekarz. Laureat nagrody specjalnej w Ogólnopolskim Konkursie im. Jacka Bierezina. Współzałożyciel stowarzyszenia Fundamenty, współtworzy kolektyw organizatorsko-kuratorski Społem fest, współpracuje z grupą teatralną Sedno. Pasjonat literatury, sztuk wizualnych i ich wzajemnych przenikań.

 

Krzysztof P. Mierzejewski – z wykształcenia biolog, student skandynawistyki na UG. Marzy o pracy tłumacza literatury fińskojęzycznej. Pisze prozę i poezję.

 

Szymon Horała – urodzony w Poznaniu, osiadły we Wrocławiu. Publikował m.in. w „Notatniku Literackim”, „składce” i „Fudze”. Z wykształcenia polonista i kulturoznawca, z pasji ornitolog. W ostatnim czasie zainteresowany sound studies, animal studies, a także field recordingiem, który sporadycznie uprawia.

 

Piotr Dardziński – absolwent filozofii i teologii. Mieszka w Łodzi. Były perkusista, obecnie nauczyciel i trener kreatywności. Autor Trucizn, Będzie dobrze i kilku opowiadań.

 

Andrzej Leraczyk – pisarz przed debiutem. Student Studiów Literacko-Artystycznych UJ.

 

Emilia Gorzel – studentka Uniwersytetu Wrocławskiego. Debiutowała tekstem Wenus z obiektywem w „Dzienniku Literackim”. Laureatka Turnieju Jednego Wiersza organizowanego w ramach inicjatywy Las Literatury Księgarni Dosłownej w Lublinie. Miłośniczka beckettowskiego teatru, ambientu i Pomorza.

 

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:

 

Kaja Kędzioł, Zuzanna Madurska, Jakub Famulski, Kamil Figas

 

Kontakt: osmy.arkusz.odra@gmail.com

 

KWIETNIOWY NUMER „ODRY” 4/2026

HAUSNER: Świat napędzany chciwością • Trumpiści made in Poland

GUGAŁA: Wychodzenie z mgły • MACHEJ: Jerzy Pilch vs Czesław Miłosz

SZACIŃSCY: Rodzina fotografów • Mój wiersz (seria 3): MATYWIECKI

Ameryka na haju • DYMKOWSKI • Poezja: BRZOSKA, HALL i GIMENO

BIELECKI, CZAPLIŃSKI, SŁODCZYK: Sztuka opowiadania o sztuce

 

 

Spis treści 4/2026:

2 ŚWIAT NAPĘDZANY CHCIWOŚCIĄ Z Jerzym Hausnerem rozmawia Piotr Gajdziński

9 Maciej Dymkowski: JAKIEJ TOŻSAMOŚCI POLACY POTRZEBUJĄ

14 Piotr Gajdziński: TRUMPIŚCI MADE IN POLAND

22 Jarosław Gugała: WYCHODZENIE Z MGŁY

30 Jacek Kubitsky: TO NIE JEST KRAJ DLA DON KICHOTÓW

36 Paweł Kwiatkowski: AMERYKA NA HAJU

40 EUROPA BĘDZIE NASTĘPNA Z Andrew Kolodnym rozmawia Paweł Kwiatkowski

43 Piotr Matywiecki: MÓJ WIERSZ

45 Zbigniew Machej: JERZY PILCH I CZESŁAW MIŁOSZ ALBO NIEOBJĘTA POWIEŚĆ

60 Wojciech Brzoska: WIERSZE

62 Łukasz Suskiewicz: PAZ ETERNA

66 Jorge Gimeno: WIERSZE

69 Tomasz Dalasiński: OPOWIADANIA

75 Phil Hall: WIERSZE

80 Ewa Kozłowska: SZACIŃSCY

90 Artur Bielecki: POLIFONIA ROZMÓW

94 Jędrzej Soliński: 1984 POWODY, BY ZNÓW CHODZIĆ DO NORWIDA

97 Lesław Czapliński: POD ZNAKIEM CHOREOGRAFII I PUBLICYSTYKI

100 Rozalia Słodczyk: O SZTUCE OPOWIADANIA HISTORII

104 Marcin Adamczak: ELŻBIETAŃSKI PHARMAKON

107 Jan Miodek: RENESANS SPÓJNIKA ACZKOLWIEK

109 Jacek Sieradzki: EUROPA SIĘ WĘDZI…

112 Marta Mizuro: MIŁO I PRZYJEMNIE

114 Radosław Wiśniewski: NOTATKI Z UNDERGRUNTU

116 Hubert Klimko-Dobrzaniecki: REFLUKS

117 Mariusz Urbanek: POKOJOWY NOBEL DLA TRUMPA. SUBITO!

NAD KSIĄŻKAMI

119 Ewelina Adamik: NA POCZĄTKU BYŁO SŁOWO „PONIEMIECKIE”

121 Mirosława Szott: POEZJA JAKO NIEŚMIERTELNIK

123 Julia Kardas: DO ZAKOCHANIA JEDEN KROK

125 Joanna Ośka: NA MORZU, WŚRÓD OBCYCH

126 Anna Karczewska: BARDZO DŁUGA ROZPRAWA MIĘDZY

131 W OFICYNIE

132 POCZTÓWKI LITERACKIE KAROLA MALISZEWSKIEGO

133 SYGNAŁY: NOWY McEWAN, KATASTROFA.DOK, CMENTARZE DOLNOŚLĄSKIE

141 WERNISAŻE

145 8 Arkusz: ZIELONOŚĆ

 

Odrę można czytać także online na www.e-kiosk.pl www.nexto.pl

 

Wydawcy:
Instytut Książki
Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – Instytucja Kultury Samorządu Województwa Dolnośląskiego

Wydawnictwo dofinansowane z budżetu Samorządu Województwa Dolnośląskiego

Projekt wydawniczy pod nazwą „Ósmy Arkusz ODRY” w miesięczniku „Odra” dofinansowano przez Miasto Wrocław

8 ARKUSZ. 3/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

ROZRUCHY, VOL. 1

 

„Trzeba rozkręcić ten 8. arkusz”, dochodzą nas głosy, „Coś się zmieniło, nic się nie chce zacząć”, spływają gorzkie żale, „Wieje nudą, jeżeli nie czymś gorszym”, czają się w cieniach zmarszczone nosy. Słyszymy, że trzeba rozruszać tryby krytycznoliterackiej machiny, więc postanowiliśmy się ruszyć – i pojechaliśmy do Gliwic, rzecz jasna, metaforycznie. Nasz rozmówca był tam na serio, a powodem rozmowy z Konstantym Famulskim była jego rezydencja literacka w ramach świeżutkiej nagrody w polu, czyli Gliwickiej Nagrody Literackiej. Wydaje się nam, że pomysł zwiedzania co ciekawszych wydarzeń związanych z młodymi twórcami sam w sobie przedstawia się ciekawie, dlatego w przyszłości zamierzamy go kontynuować. Uchylamy tym samym rąbka tajemnicy – w jednym z kolejnych numerów sprawdzimy stan młodej polskiej prozy, również w kontekście gliwickiego wyróżnienia, tyle że w innej kategorii. A potem? Cała Polska stoi otworem, może zawitamy też do twojego miasta!

Poza tym w Arkuszu przeplatają się głosy krytyczne i poetyckie. Dwie recki, dwa zestawy. Paweł Kałuża omawia debiut Bartosza Dłubały, czyli zdaniem krytyka, poezję potrzebną. Lakoniczna fraza utworów Amelii Pudzianowskiej może posłużyć za wstęp do lektury 5 Szymka Biry, której podejmuje się Zuzanna Krakowska. Całość zamykają mocno wrażeniowe wiersze Grzegorza Ryczywolskiego. Zapraszamy do lektury i  wracamy już do przygotowań odrzańskiego Turnieju Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł, który odbędzie się w ramach jubileuszu 65-lecia „Odry”. Zapiszcie już teraz w kalendarzu datę: 20.03.2026!

 

Redakcja Ósmego Arkusza

 

 

fot. Maciek Bielawski

 

 

 

SŁYSZENIE JEST TĄ PRZECHODNIĄ RZECZĄ  

 

Z Konstantym Famulskim, laureatem I Gliwickiej Nagrody Literackiej w kategorii poezja przed debiutem książkowym, rozmawiają redaktorzy „Ósmego Arkusza”.

 

Kamil: Konstanty, Opowiedz o wrażeniach z twojego pobytu na rezydencji literackiej w Gliwicach? Jesteś zadowolony? Co sądzisz o tego rodzaju inicjatywach?

Konstanty Famulski: Dla mnie to był przede wszystkim czas bycia obcą osobą w obcym mieście i testowania różnych lokali, w których można tutaj pisać – i po prostu pisania. Szwendałem się, bo po pierwsze, ja nie umiem pisać tam, gdzie śpię, a po drugie, był remont za ścianą [śmiech]. Ale już się skończył. Był to dla mnie całkiem twórczy czas. Przy okazji uczestniczyłem w kilku eventach, które Krzysztof Siwczyk organizował we współpracy z miejscową biblioteką. To też było ciekawe: usłyszeć, jak Marcin Mokry „performuje” swoją książkę czy spotkać się z uczestnikami warsztatów literackich, być nagle „po drugiej stronie”. Skłoniło mnie to wszystko do przemyśleń na temat własnego miejsca w świecie literackim. Rok temu byłbym uczestnikiem, a teraz bywam gościem – nie wiem jeszcze, jak się z tym czuję i jak zmienia to optykę.

Czyli było raczej produktywnie. Takie odcięcie się od codzienności, od Warszawy, od rutynowych obowiązków – na ile pomogło ci w pracy nad debiutancką książką?

Na pewno pomogło. Sprawę ułatwił fakt, że to jest tekst, który istnieje – w różnych formach – właściwie od dwóch lat. Może to, że byłem w innym miejscu, sprawiło, że trochę inaczej spojrzałem na ten tekst. W sumie jednak takie wyrzucenie w obce miejsce i bycie kompletnie obcą osobą bardziej mnie chyba skłoniły do pisania nowych rzeczy niż redagowania starych. Robiłem i pierwsze, i drugie, ale ostatecznie rezydencja bardziej mnie kierowała w stronę układania nowych wierszy.

Jakub: Co twoim zdaniem tego  rodzaju nagrody czy stypendia dają autorom jeszcze bez książki ? To dobra możliwość pracy nad debiutem czy większe znaczenie miałby gest docenienia wraz ze swego rodzaju turystycznym prezentem?

– Niby to nie jest jedno i drugie, ale przecież nie jesteś zamknięty w pokoju i nie piszesz książki pod policyjnym nadzorem. Wydaje mi się, że dwa aspekty, które wymieniłeś trochę przeciwstawnie, są ze sobą powiązane, szczególnie gdy spojrzymy przez pryzmat tej nobilitacji. Bycie autorem przed debiutem opiera sięna stawianiu sobie w kółko pytania: czy ja się do tego nadaję? Czy ja już jestem w tym świecie, czy jeszcze tkwię w sieni? I to, że nagle pojawia się wyróżnienie, wpływa na pisanie, zmienia układ ścieżek w głowie. Czujesz się przyjęty i nagle inaczej widzisz swoje teksty, kiedy świat ci sugeruje, że teraz to już rzeczywiście jesteś prawdziwym pisarzem.

Kamil: Czyli nagroda pełni funkcję inicjacyjną? Oznacza przyjęcie do społeczności literackiej?

Trochę tak. Nieco hiperbolizuję i nie ma to jakiegoś formalnego wymiaru, ale takie wyróżnienie wywołuje tego rodzaju poczucie.

Jakub: Poparte dyplomem i naszą rozmową na łamach „Ósmego Arkusza”. Wróćmy jednak do wierszy. Twoja dykcja dość różni się od tego, co możemy zaobserwować w najpopularniejszych nurtach  najnowszej poezji,  więc chciałbym cię zapytać o konteksty, inspiracje literackie czy artystyczne autorytety, które widziałbyś jako pomocne w lekturze twoich utworów.

Na pewno jest kilka inspiracji, do których zaraz chętnie przejdę. Ale jeszcze taki asterysk: nie chciałbym przegadywać sam siebie, bo czasami – już mi się to zdarzyło – czytelnik dostrzega w książce coś, czego ja sam nie widziałem, ale okazuje się to spójne z całością. I do tego ładne. Nie chciałbym, już na wejściu określać siebie, że ja to tutaj i stąd i tylko o tym.

Na pewno pierwszym krokiem do pisania była dla mnie młodociana, w sensie: nastoletnia, lektura Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. W ogóle nie potrafię się od tamtego czasu wyzbyć fascynacji poezją, która się powtarza i powtarza. Właśnie powtórzenie przyświecało koncepcji wierszy, gdy zaczynałem je pisać, właściwie stanowiło początek tego tomiku. Powtórzenie było zamierzonym zabiegiem, który coś znaczy i który jakoś działa. W podobnym wymiarze inspiracją okazał się dla mnie Obóz zabaw Justyny Kulikowskiej, chociaż znacznie później, pod koniec pisania. Znów jako poezja, która się wiąże i zapętla w określonej formalnej ramie.

Tym drugim wektorem wiersza jest dla mnie, wcale nie mniej istotna, brzmieniowa warstwa wiersza. Wydaje mi się, że jestem bardziej osobą słyszącą niż widzącą. Dlatego te inspiracje sięgają bardziej w przeszłość, chociażby do Czechowicza, czy do nowofalowców: Barańczaka w eighties’ach, Krynickiego; do tych wszystkich wierszy, które brzmią i to brzmienie ze znaczeniem jest zespolone.

Kamil: Pojawiły się nam tutaj nazwiska i Dyckiego, i Justyny Kulikowskiej, którzy są mocno związani z polską poezją współczesną. W zależności od tego, jak na to spojrzymy, we współczesności zmieszczą się też nowofalowcy. W każdym razie odwołujesz się do polskiej tradycji literackiej. Skąd wobec tego  Arthur Rimbaud, który pojawia się u ciebie i w tytułach wierszy, i w samych utworach, i z tego, co wiem, również w tytule projektu książki?

Pisanie tej książki to był dla mnie proces, który mógłbym porównać do wzrastania Najpierw musiałem mieć ten jeden dobry wiersz, żeby mógł posłużyć za takie nasionko, z którego wyrasta reszta.Albo może: się rozrasta. I właśnie tym pierwszym wierszem okazał się Ten pies imieniem Rimbaud. Czułem, że kryje się w nim coś wyjątkowego, co warto rozwinąć. Trudno mi jakoś logicznie wytłumaczyć, dlaczego akurat Rimbaud, bo to nie jest poeta, który wówczas mnie szczególnie poetycko fascynował. Wydaje mi się raczej, że Rimbaud zainteresował mnie jako ogromna, nieosiągalna figura, która coś znaczy. Interesowała mnie przede wszystkim historia czy też fabuła jego życia. Jako młody poeta wchodzi szybko na Parnas, by równie prędko z niego zniknąć – wyjeżdża z kraju handlować bronią. To mnie zajmowało bardziej niż same Iluminacje.

Jakub: Czyli Rimbaud jako biograficzny mit, legendarny poète maudit, a naprzeciw wychodzą mu w utworach i tytule projektu „metale ciężkie”. Co łączy te tropy, skąd zamiłowanie do czerpania ze specjalistycznego słownika w odniesieniu do tych substancji?

Rimbaud istnieje w warstwie tego, co ten tekst chce opowiadać. A metale ciężkie stanowią warstwę tego, jak tekst chce być opowiadany. To jest materia tego tekstu, jego budulec. I tutaj znowu wskazałbym na Czechowicza, bo chodziło mi może przede wszystkim o brzmienie tej frazy, stąd specjalistyczne, dziwne, trudne do wymówienia słowa: tetraetyloołów czy inne freony… Używane ze względu na ich rezonans. Dzięki nim te wiersze, które są w pewien sposób piosenkowe, nabierają chroboczącej jakości, takich przyjemno-nieprzyjemnych dla ucha właściwości. Ważne, żeby wiersz brzmiał tak, jak znaczy, i te chrzęsty są dźwiękiem historii zawartych w tej książce.

Kamil: A propos wchodzenia na Parnas – chcę cię zapytać o twoje wejście na Parnas nie tyle literacki, ile raczej dyskursywny. W listopadzie 2024 roku w „Dwutygodniku” ukazał się twój tekst Okna szerokie i długie. Narobił trochę szumu w krytycznoliterackim światku i sprowokował parę polemik. Jak się teraz do niego odnosisz? Podtrzymujesz swoje tezy czy może warto by je zrewidować?

Jakub: Dodam, że chodzi  o esej, który postuluje wizję krytyki niezbyt krytycznej. W tym sensie niedaleko mu do Czy możemy się już nie kłócić? Macieja Jakubowiaka, również z łamów „Dwutygodnika”.

Wow! [śmiech] Wydaje mi się, że ten tekst był efektem odchylenia wahadła w drugą stronę. Zresztą chyba nawet, jak się go czyta, to to widać. Esej zaczyna się od recenzji Zeszytu ćwiczeń Joasi Łempickiej, bardzo ostrej krytyki. Myślę teraz, że nietrafionej. Dalej w tekście rzeczywiście nawołuję do krytyki właśnie w duchu wystąpienia Jakubowiaka. I wydaje mi się, że wymowa tego eseju jest wynikiem zachłyśnięcia się tym, że można inaczej. Od krytyka bezlitosnego do „nadwyrozumiałego”. Przeskoczenie z jednej skrajności w drugą. Tak to teraz widzę po tym przeszło roku. Czy to podtrzymuję? Sam nie wiem. Wydaje mi się, że nie bez powodu nie napisałem później zbyt wielu tekstów krytycznych. Może się zraziłem, a może to po prostu nie jest mój świat. Potraktowałem krytykę jako pewien substytut tego pisania artystycznego – ale nie byłem do końca zadowolony z efektów.

Przyznaję, że reakcje na ten tekst, szerokie echo, którym on się odbił, trochę mi ukazało świat krytyczny jako bardzo nastawiony na wewnętrzne wojenki, co mnie osobiście nie interesuje. Pomijam, że co poniektórzy zamiast uważnie przeczytać esej i uznać go za czyjąś osobistą refleksję, na siłę ładowali mnie na szachownicę. Oczywiście, nie twierdzę, że to bez znaczenia, jaką krytykę postulujemy i jaką krytykę chcemy uprawiać. To ważne, ale po prostu  jakoś się od tego światka odbiłem.

Jakub: Jeśli nie ten, to które światy są dla ciebie ważne? Czy warszawskie środowisko literackie, w którym się obracasz, jest dla ciebie bardziej swojskie?

Mieszkam w Warszawie, ale nie jestem tu ściśle związany z jakimś konkretnym gronem ani nie otaczam się wyłącznie poetami. Wręcz przeciwnie. Naturalnie mam przyjaciół i znajomych, ale to nie znaczy,  że jestem przypisany do „Iglicy”,  choć koleguję się z Julkiem Rosińskim.  Swoją drogą, zaprosiłem go kiedyś na śniadanie i nie przyszedł. Nie ma w moim życiu wielu osób, które piszą poezję. To są niemal zawsze przypadkowe spotkania. Może też stąd ta osobność.

Kamil: Zakończmy jakimś optymistycznym akcentem. Wspominałeś parę razy, że bardziej słyszysz, niż widzisz. Jesteś też muzykiem grającym w zespole rockowym. Widzisz połączenie pomiędzy muzyką i poezją, pomiędzy tym, co piszesz, a tym, co komponujesz? Są to dla ciebie osobne sfery działania, czy też w jakiś sposób się przenikają i na ciebie wpływają?

Dla mnie to są bardzo osobne światy. Albo inaczej: tworzenie muzyki jest zazwyczaj inne niż pisanie poezji, bo tam nastawiony jesteś stricte na afekt. Coś może być dużo prostsze, ale w tej prostocie dużo lepsze. A jednak poezja daje inną przestrzeń, bo pozwala na, nawet bardzo odległe, introspektywne połączenia, na które nie ma czasu w czterech, pięciu minutach standardowej piosenki. I to jest w jakiś sposób wyzwalające, że jedno jest lekiem na drugie i vice versa. Jeżeli chce się powiedzieć coś, co jest może prostsze, ale bardziej bezpośrednie i w ten sposób ujmujące, to muzyka stanowi lepsze medium. Można nieraz dostrzec coś naprawdę wartościowego w zupełnie prostej rzeczy, zaaranżowanej w piosenkę. Natomiast poezja jest dla mnie często jakimś psychotycznym szukaniem małej, ciekawej, bardzo tajemniczej i trudnej do zrozumienia myśli. Jest wywoływaniem jej znaczenia przez kontekst innych mocnych słów.

Ale wydaje mi się, że słyszenie jest tą przechodnią rzeczą między dwoma światami. No bo i tutaj, jeżeli coś nie brzmi, to nic się nie wydarza, ani w tekście, ani w piosence.

 

 

Konstanty Famulski

 

Ten pies imieniem Rimbaud I

 

Kiedy miałem już malarię,

dreszcz pokruszył moją skórę, wyłamał ciepło krwi;

 

ale przynajmniej ja jeden wiedziałem,

że Rimbaud nie złożył broni nigdy, pisał wiersze po sam kres,

 

aż umarł wraz ze swym wiernym, najwierniejszym psem,

z tym psem imieniem Rimbaud.

 

 

Ten pies imieniem Rimbaud, który dał mi malarię

i uwagę do prozaicznych rzeczy,

faktycznie mógł być komarem, kiedy przebijał cienką tkankę,

gdy przykładał lufę.

 

 

Osoczone rany po ołowiu kulach, przejarzone na zawał serce

lizał pies imieniem Rimbaud, ten pies miał malarię.

 

Wykrwawiałem się, za światłem wystrzału rzucony:

ten pies miał malarię, gdy lizał imieniem Rimbauda.

 

Kiedy sprzedawał proch, przypomniał sobie Rimbaud

o psie Rimbaudzie i wystrzelił w tlen honorową zań salwę.

 

Kiedy na malarię prochy przyjmował, Rimbaudowi

przypomniał się ten pies imieniem Rimbaud i zawył on nad swym psim losem.

 

Ten pies imieniem Rimbaud III

 

Nie pytaj: dlaczego jem prochy, spytaj: czy mi smakują,

leżę rozbity w tropikach, trącę nosem Rimbauda, on na to:

 

nie pytaj: dlaczego połykam ogień, spytaj: czy mnie pali,

patrzę na poparzonych, mnie ogień traktuje jak przyjaciela,

 

kłuję Rimbauda, on na to:

 

nie pytaj: dlaczego piszę, spytaj: czy się składam z tego psa Rimbauda,

który ubiera płaszcze z kryształu, a strzelby schodzą wyjątkowo dobrze.

 

 

Ten pies zawył z bólu, kiedy go zarzynałem, sikał hemolimfą.

Ten komar imieniem Rimbaud patrzył wrażliwymi oczyma

komara, który nigdy już nic nie napisze, aż Rimbaud

załadował Rimbaudowi strzelbę i karał prochem i ołowiem

Rimbauda, ten Rimbaud bez nogi i na samym już kresie myślał:

 

byłeś mi boże, boże byłeś mi zupełnie skurwiony.

 

 

Do niego się zwracam, on na to:

 

przecież ten Rimbaud nie musiał być wcale

psem, ani komarem, ani poetą tym bardziej.

 

 

Chorał ołowicy I

 

Toluen: chodzę wciąż po lustrze, ja: metaloorganiczny,

więc kiedy mówisz: mnie nie ma, ty: czteroetylek

ołowiu, wycałuj mnie do kwarcowego bulionu

czaszki i zszargany będę twój na zawsze.

 

 

Eter: sieć kryształu pod kopułą, okadzona na benzynowej myśli,

będę wtedy metaloorganiczny; wypełniony freonem

mogę być nawet niepalny, kiedy tetraetyloołów podajesz

w śmiertelnych pocałunkach, dawkowane wciąż pachną naftą.

 

 

Trójchloroetylen: kryształowego bulionu spróbujesz, zalej w czaszkę ołowie.

Przez lustro zobaczysz strach, ale nie rozczaruj się spojrzeniem na

mnie; ty, metaloorganiczny twój oddech, gdy rozkruszasz

żelazny kościec i karzesz mnie, a w tobie się kochać.

 

 

Ulice donikąd, mógł być mój wzrok II

 

Wiersz zgiąłem wpół, na odbitce wyglądał tak samo,

palindrom konstruuje ze srebra czarnego, białego ołowiu.

 

Mój boże narodzenie przerywałem, jak przerwali mnie wpół,

 

 

może, gdyby mnie to ruszało, byłoby prościej.

Zająłbym się czymś pożytecznym, połączyłbym odległe trasy:

 

droga przez eter, toluen, trójchloroetylen, kable aż do

Moskwy, Warszawy, Doliny Śmierci – wiecznych miast,

 

gdzie rosły pomarańcze.

 

 

W moim rodzinnym mieście zdarzają się,

wgryzione w ulice – wgryzione boże

 

narodziny, właśnie na nich jeździł tramwaj,

właśnie w nim jeździłem do przyjaciół,

 

dawaliśmy sobie po kablach w tramwajach,

za szkłem bordowe tropiki, na narodzenie

 

dojechaliśmy na Dworzec Świebodzki,

który boże, byłeś zupełnie skurwiony.

 

 

Paweł Kałuża

 

MAMO, PODMIOT PĘKŁ W SALONIE

 

Na polu hula wiatr, w całej wsi nie pali się ani jedna latarnia. Pojedyncze postacie przemykają w cieniach zbrukane, zgarbione. Gdzieś w oddali szczeka pies. Nie spadły bomby, ludzi nie wybiła zaraza, AI nie przejęło kontroli, ale świat się skończył. Skończył się, bo coś uśmierca bloki pozbawione miasta które ktoś wzniósł / żeby funkcjonowały dawały schron (s. 26). Świat się skończył, bo zlikwidowano PGR-y. Książka żeby dawały schron opowiada historię takiej właśnie apokalipsy. Bartosz Dłubała w swoim debiutanckim tomiku mówi o wszechogarniającym, cuchnącym rozkładzie. Kataklizm ma twarz umorusanego chłopca, który niby się uśmiecha i bawi, ale w rzeczywistości przymiera głodem i zaraz zagryzie go wściekły kundel. Za tą twarzą kryje się jednak znacznie szerszy obraz. Dłubała pokazuje gnicie nie tylko tkanki biologicznej, ale też społecznej, niedającej się zredukować do określonego pokolenia czy płci.

W tej postapokaliptycznej poezji degradacji uległy również tożsamości. Poeta korzysta co prawda z chłopięcego imaginarium (dzidy, prześwitujące sukienki, zabawy w śmierć, siusiaki), ale skonstruowany podmiot chłopcem już dawno nie jest, o ile kiedykolwiek nim był. To podmiot pęknięty, rozlany, obejmujący swoją ontologią wielopokoleniową rodzinę, zwierzęta gospodarskie i całą wieś. Ta tożsamościowa ambiwalencja osoby mówiącej odbija się w języku. Podmiot jest poddawany presji z każdej strony, więc jego język staje się bardzo napięty, skupiony w małym centralnym punkcie, jakby zgnieciony: drapie linie papilarne będzie to samo / zwierzę w środku nocy budzi wyje (s. 7). Negatywny afekt jest tu stricte fizjologiczny, a określenia takie jak „wstyd” czy „strach” są w języku żeby dawały schron etykietkami przyklejonymi do bólu brzucha, drżenia rąk i smrodu spoconego ciała. Czasem podmiot wraca do swoich wspomnień, podejmuje wtedy próby rozprężenia języka lub wiersza. W tym celu używa przekleństw i koślawego humoru: wściekle wymalowane siusiaki na ścianach szkoły / tworzą mozaikę brakuje pizd (s. 10). W kontrze do lęku stawia gniew i śmiech. Jednak te dwa ostatnie nie są szczerymi emocjami, są celowym działaniem, wypadają sztucznie, czasem nawet niezręcznie. W tych żenujących zabiegach osoby mówiącej, która chce się otworzyć, ale nie potrafi, objawia się świadomy ruch autora, a u czytelnika wzmaga się fizyczny dyskomfort, który towarzyszy całej lekturze. Rzut kamieniem dzieli tutaj zażenowanie od obrzydzenia.

W wielu wierszach pojawia się trop maladyczny, wszechobecne są wysypki, wścieklizna, otwarte rany.

 

[…] ponad łętami wzniesiono słupy wysokiego napięcia i kilka bud

pilnowała nas sąsiadka żebyśmy nie próbowali pryskanego do foliówki

urosną parchy w gardle jeśli weźmiecie na barki

łupnie wam w krzyżu tak że skrzywi cały kształt

(s. 23)

 

Choroby dotyczą każdego: babci, matki, ojca, nawet zwierząt gospodarskich, i są widoczne jak na dłoni, wydają się warunkiem koniecznym życia. Takie motywy nader często pojawiają się w polskiej poezji, ale rzadko zdarza się, aby były rozgrywane aż tak dosadnie jak u Dłubały. Jeśli zestawić żeby dawały schron z inną książką poetycką, która uderza w podobne tony, Snami uckermärkerów Małgorzaty Lebdy, ta druga wypada niemal sterylnie. U Lebdy choroba ludzi i cierpienie zwierząt są kategoriami estetycznymi i służą upodmiotowieniu, u debiutującego poety widzimy coś zupełnie odwrotnego – cierpienie nie uszlachetnia, raczej ogłusza i wyłącza jakąkolwiek sprawczość. Cierpiący stają się przedmiotami, a zwierzęta to nie bracia i siostry. Są one w najlepszym wypadku jedzeniem, w najgorszym zagrożeniem. Ta zupełna demitologizacja i odarcie z estetyki to ruchy przemyślane, mające swoje precyzyjne zastosowanie.

Podobnie jest z uprzedmiotowieniem podmiotu, które najbardziej rzuca się w oczy, jeśli porównamy książkę Dłubały z giftem. z Podlasia Justyny Kulikowskiej. Już sama dedykacja w tomiku poetki podsuwa pewien interpretacyjny trop: dla siebie i jednostek dyspozycyjnych. Podążając tym tropem, zauważymy, że w gifcie zdecydowanie częściej pojawiają się czasowniki w pierwszej osobie liczby pojedynczej. I tak, pomiędzy tymi dwoma zbliżonymi tematycznie książkami, tworzy się wyrwa. Krzywda u Kulikowskiej, chociaż uniwersalna, jest zawsze doświadczana przez bardzo wyrazistą, rozgniewaną jednostkę, natomiast u Dłubały wynikające z marginalizacji cierpienie obejmuje całą organizację społeczną. Ujawnia się tutaj siła poetyckiego projektu, który pokazuje, że krzywda, nawet jeśli odczuwana indywidualnie, zawsze uwarunkowana jest systemowo.

W samym środku zwrotu ludowego Dłubała nicuje fascynację wiejskim pochodzeniem i wywleka na wierzch podszywający ją abiekt. Nie ma tu miejsca na wrażliwość czy współczucie, wszystko sprowadza się do wykluczającego obrzydzenia. Wykluczenie to w tomiku jednocześnie przyczyna i skutek nędzy, bo wieś z głodu pożera swój własny ogon. Komunikacyjnie, ekonomicznie i politycznie odcięta od świata, zdewastowana kraina staje się więc polem poezji mówiącej, że było i jest źle, a będzie jeszcze gorzej. Pozostając uwikłanym w tematykę zwrotu ludowego, Dłubała jednocześnie zgłasza poważne wątpliwości wobec jego założeń. W żeby dawała schron chłopska tożsamość i wiejska opowieść o krzywdzie nikogo nie zbawi i nie zrobi tego, co mogłyby zrobić brakujące środki komunikacji publicznej, lekarze czy możliwości rozwoju zawodowego. Poezja Dłubały zręcznie balansuje na granicy pornografii cierpienia (ale jej nie przekracza) i przez swoją czystą negatywność wywleka na wierzch brak jakiegokolwiek pozytywnego programu dla polskiej wsi. To poezja mówiąca, że słońce sprywatyzowano i wywieziono do miast, do których nie kursują autobusy. To poezja potrzebna.

 

Bartosz Dłubała, żeby dawały schron, Wydawnictwo Kwadratura, Łódź 2025.

 

 

Amelia Pudzianowska

 

wyjątek

 

można policzyć na palcach

moje koleżaneczki

co szwendają się

z paznokcia na paznokieć

 

połykają powietrze

jakby przedłużało życie

chcą być jedyne

a nie wiedzą że

sporo jest nawet

liczb pojedynczych

 

 

fermentacja

 

to jest najgorsze bo to prawda

a prawda ma zawsze brzydką mordę

jak siostra która nie odkryła

zabiegów medycyny etycznej

siostra przyszywana

łata na krowę

by się z niej nie ulało

dylematy estetyczne

odkryte w wieku przejrzałym są serem tej ziemi

serem pełnym dziur

których czerń jest skończona

 

 

krąg

 

noszę tę myśl

jak ukołysane niemowlę

dobrze mu ze mną

noszę receptory komórki

neuroprzekaźniki

śpią we mnie myśli

proszę się rozejść

proszę się rozjeść

proszę się rozdziabać

proszę się rozdziobać

podobne zjada podobne

śpi we mnie niemowlę

ssie pierś powietrza

a ja się ulatniam

a ja się utleniam

a ja zasypiam

noszę się z tą myślą

 

 

flow

 

strumień świadomości

strumień świadomości

płyń światło

płyń światłowodem

płyń żyłą cywilizowanego świata

płyń przez gardło

niech się zachłyśnie

niech mlaszcze

strumień świadomości

zaklęcie chorych na wyobraźnię

 

 

Zuzanna Krakowska

BEZSTRATNA KOMPRESJA

Odbiór najnowszej książki Szymona Biry można zacząć od okładki. Widać na niej język, w środku istotną rolę również odgrywa język. Proste przesłanie bez niepotrzebnych dodatków. Naturalnie, nie mamy tu do czynienia z językiem w stanie surowym, lecz poddanym odpowiedniej obróbce. Oszlifowanym w taki sposób, by wydobyć z niego czystą funkcjonalność – tę podstawową, komunikacyjną rolę. Oznacza to skrótowość i stanowcze odcięcie tego, co w przekazie zbędne. 5 czytać można jako eksperyment, który poszukuje odpowiedzi na pytanie, jak bardzo można ograniczyć język, aby nie stracił zdolności do przekazywania treści?

Pisarz uczynił ze swojej poezji sztukę minimalizmu. Każde słowo zostaje tu dobrane z ogromnym namysłem, przetestowane pod kątem wagi, brzmienia i semantycznego tarcia z innymi wyrazami. Dominują wśród nich rzeczownikowe konkrety, które wypierają obrazowe epitety i metafory. Czytając tom, można odnieść wrażenie, że Bira nie pisze wierszy, tylko wytwarza je na drodze redukcji języka potocznego – pozwala odparować temu, co zbędne, aż zostanie tylko to, co istotne.

Książka wyrasta raczej z doświadczania przez poetę codzienności niż z jednego, konsekwentnie realizowanego wątku. Wiersze zawarte w 5 obejmują zarówno wydarzenia ze świata zewnętrznego, jak i prywatne przeżycia oraz refleksje autora. Bira sięga także po inspiracje z innych tekstów kultury (na przykład z Chamstwa Kacpra Pobłockiego, Gry w rasy Przemysława Wielgosza czy filmu Dahomej), traktując je jako materiał do dalszego przetworzenia. W skrócie, na tematykę jego twórczości wpływają rozmaite elementy otaczającej go rzeczywistości. Autor gromadzi je, a następnie kondensuje za pomocą prostego, ascetycznego języka. Wiersz działa trochę jak plik ZIP – treść jest w nim skompresowana do mniejszego formatu, uporządkowana i zapisana w postaci skrótu, który zachowuje pełnię informacji.

Co ważne, ta precyzyjna kompresja pozwala zachować wszelkie niuanse i wrażliwość obecne w perspektywie autora. Szczególnie wyraźnie ujawnia się to w momentach, w których Bira mierzy się z wydarzeniami o realnym ciężarze społecznym i historycznym, na przykład w utworze gambaga:

 

jak ułoży się kurczak może

decydować o losie wytracenia

mocy w oznaczonym

 

miejscu, chociaż niewiele

więcej wiadomo (od zawsze)

 

niż ile te kobiety pochowane są

– nic złego nie grozi w osadach

 

Tytuł wiersza odsyła do Gambagi w północnej Ghanie – jednego z miejsc, w których funkcjonują tak zwane witch camps, „oznaczone miejsca”, czyli obozy dla kobiet oskarżonych o czary. Ich historia opowiedziana została w formie skrótowej, bez publicystycznej dosłowności i uproszczeń. Ta charakterystyczna oszczędność w słowach nie prowadzi wcale do zubożenia treści. U Biry każde słowo po prostu musi udźwignąć jej więcej niż zwykle. Przy tak niewielkiej liczbie wyrazów rozkład sił staje się nierówny, a znaczenie zostaje zmuszone do kondensacji wewnątrz lapidarnych wersów. W tych właśnie miejscach stopniowo odsłania się brutalny mechanizm przemocy ukrytej pod gestami „porządku” i „ochrony”.

„Wytracenie mocy” nie oznacza jedynie straty zdolności magicznych, ale przede wszystkim odebranie sprawczości: prawa do decydowania o sobie, posiadania majątku czy bycia podmiotem. Być może bardziej naturalnym wyborem leksykalnym w połączeniu z „mocą” wydawałoby się „utracenie”. Bira jednak dobiera słowa w tak przemyślany sposób, aby objętość tekstu pozostawała skromna, ale zwiększał się obszar obejmowanej przez niego treści. Słowo „wytracenie” sugeruje proces stopniowy i zwykle występuje w fizycznym lub technicznym kontekście, ale może funkcjonować także w znaczeniu wyniszczenia, a nawet zagłady znacznej części danej populacji. Oba te tropy zdają się działać równocześnie w opowieści o tragedii kobiet w Ghanie.

Podobnie sprawa ma się z „pochowaniem” – z jednej strony słowo to oznacza ukrycie kobiet przed samosądem, z drugiej zapowiada ich śmierć w miejscu rzekomego schronienia. Podkreśla tym samym fikcję tymczasowości pobytu w takich obozach. Teoretycznie możliwe jest ich opuszczenie , w praktyce rzadko komu się to udaje.

Ostatni wers,– nic złego nie grozi w osadach, brzmi jak oficjalna formuła usprawiedliwienia. Ironia jest tu wyraźna i gniewna: bezpieczeństwo dotyczy nie kobiet, lecz społecznego porządku, w imię którego należy pozbyć się „problemu”. Zdanie to można odczytać jako echo języka władzy kolonialnej i patriarchalnej, w którym przemoc to konieczność, a wykluczenie stanowi przejaw troski.

Jak widać, Bira w swojej poezji ogranicza bezpośredni język emocjonalny, ale nie wyrzeka się przy tym samych afektów. Są one widoczne w subtelnych sygnałach, szczątkowych obrazach i napięciach, które między nimi powstają:

 

minka rzednie, tlen-

-wymus (zdaje się), przycina

 

ćwiczenia z niewiedzy

pamięci, cała rączka w

rozbiorze – a tylko

 

słodzisz

24.02.22

 

Data lokuje wiersz w dniu rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Jest oznaczeniem chwili, w której wiadomość o wojnie dociera do podmiotu i wywołuje niemal natychmiastową, cielesną i emocjonalną, reakcję . Urwany oddech, skurcz, zatrzymanie. To jeszcze nie jest złożona refleksja, na nią za wcześnie. Teraz pozostają tylko przymusowe ćwiczenia z niewiedzy / pamięci.

Obraz „całej rączki w rozbiorze” kondensuje sens polityczny i wymiar afektywny. Słowo „rozbiór” w kontekście historycznym oznacza oczywiście brutalny akt zawłaszczenia terytorium. „Rączka” już go dokonuje, już sięga po cudze, już jest umoczona w przemocy po sam łokieć. Jednocześnie można odczytać to jako kolejne odniesienie do reakcji ciała podmiotu: ręka w rozbiorze organicznym, rozłożona na części, pozbawiona funkcji motorycznych, rozedrgana. Nerwowe, poszarpane zobrazowanie objawów somatycznych zastępuje bezpośrednie wyrażenie strachu przed niewiadomą oraz opis stanu świadomości w momencie, gdy podmiot zostaje zmuszony do konfrontacji z tym, co miało być dawno „przerobione” i zapamiętane jako przestroga.

Takie „rozpakowywanie” treści z wierszy Biry wymaga wysiłku i aktywnego namysłu. Na szczęście poeta czasem zostawia czytelnikowi cenne wskazówki, takie jak daty, cytaty i tytuły, które ułatwiają orientację w tekście. Nie są one wprawdzie niezbędne do tego, by móc docenić mistrzostwo Biry w zdyscyplinowanym posługiwaniu się językiem, ale znajomość pewnych kontekstów niejednokrotnie okazuje się pomocna w zrozumieniu tej formy. 5 to wyzwanie, które nie każdemu sprawi satysfakcję. Gimnastyka wielu może zmęczyć, brak natychmiastowych efektów natomiast zniechęcić do dalszych prób. To zrozumiałe, choć w przypadku zderzenia z tak gęstą poezją dobrze jest uzbroić się w cierpliwość i dać sobie czas – pozwolić, by ciężkie wersy „osiadły” w głowie, a potem cierpliwie wracać do tekstu z nową perspektywą. Należy pogodzić się z tym, że ta książka nie jest lekturą jednorazowego kontaktu. Ale może to nawet lepiej, bo z Birą zdecydowanie warto zostać na dłużej.

 

Szymon Bira, 5, Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, Wrocław 2025.

 

 

Grzegorz Ryczywolski

 

[gdybyśmy nie rozbrajali min]

 

gdybyśmy nie rozbrajali min

to z całego pola mielibyśmy do dyspozycji

tylko kilka wąskich ścieżek

 

trudno byłoby oddychać

albo być wściekłym bykiem

oberwaniem chmury

czy tańczącym Śiwą

 

wychodzenie poza ścieżki boli

miny wybuchają

potem leczymy rany ale przynajmniej wiemy już

że mina tam jest

 

dawno temu sami ją tam zakopaliśmy

żeby coś ochronić

teraz możemy wrócić do tamtego momentu

i po trochu rozpuścić ją łzami

 

 

[moja głowa i ciało]

 

moja głowa i ciało

nie dobrały się najlepiej

 

głowa to sprinter

pędzi ile sił

kreśli plany szerokie jak horyzont

chce kończyć stuletnie wojny

wyciągać planetę z rowu

 

ciało z trudem łapie oddech

zwolnij już nie mogę

potrzebuję leżeć w hamaku

wąchać róże

 

pamiętaj sama

padniesz po stu metrach

 

poczekaj na mnie

znajdźmy wspólne tempo

a przebiegniemy maraton

 

 

[po latach okazuje się, że są ludzie]

 

po latach okazuje się, że są ludzie

którzy wcale nie chcą ogołocić mojej lodówki do czysta

a nawet coś do niej wkładają, kiedy zostawiam otwarte drzwi

 

oczywiście są też tacy, którym głód zakłada okulary

wykrywające i rozmazujące rysy twarzy

dla nich jestem tylko anonimowym korpusem bez głowy

więc moja lodówka wydaje im się niczyja

 

ostatnio nasmarowałem zawiasy

teraz dużo łatwiej jest mi ją na zmianę otwierać i zamykać

a nawet regulować to, jak szeroko jest uchylona

 

 

[trudno jest wyskoczyć z pędzącego pociągu]

 

trudno jest wyskoczyć z pędzącego pociągu

nawet kiedy widać, że nie wiezie nas w dobre miejsce

 

w pojedynkę to praktycznie niemożliwe

 

ten pociąg oczywiście chce jechać, po to został stworzony

dlatego w lustrach, którymi wyłożone są jego ściany

nie odbijają się włókna łączące nas wszystkich w sieć

 

pociąg dwoi się i troi, żeby utrzymać nas przy lustrach

wie, że kiedy odwrócimy od nich wzrok i dostrzeżemy te połączenia

będzie mógł tylko patrzeć, jak zaciągamy hamulec i wysiadamy

 

 

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Konstanty Famulski – publikował w „Dwutygodniku”, „Iglicy”, „biBLiotece” i w innych miejscach. Laureat I Gliwickiej Nagrody Literackiej za książkę Ten pies imieniem Rimbaud i inne metale ciężkie, laureat turnieju jednego wiersza „wiersze za 5 dwunasta” w ramach festiwalu Warszawa Wierszy. Mieszka po wschodniej stronie Wisły, w Warszawie.

Paweł Kałuża – pochodzi z Górnego Śląska. Student kultury i praktyki tekstu na Uniwersytecie Wrocławskim. Laureat konkursu na opowiadanie „Fikcja, fiksacja, mistyfikacja” organizowanego w ramach Festiwalu Góry Literatury 2025. Debiutował tekstem krytycznym w „Stronie Czynnej”.

Zuzanna Krakowska – studentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Pisze teksty krytyczne i eseje. Mieszka we Wrocławiu.

Amelia Pudzianowska – robi memy, rolki, frytki, a czasem nawet pisze wiersze. Ma na koncie kilkadziesiąt wygranych konkursów, kilkadziesiąt publikacji m.in. w „Dwutygodniku”, „Książkach”, „Helikopterze”. Reżyseruje, slamuje, prowadzi warsztaty, montuje, a jak potrzeba to i chomika nakarmi. Wydała w 2025 roku debiutancką książkę guzik prawda w Wydawnictwie Biblioteki Śląskiej. Książka została nominowana do 9. edycji Nagrody Literackiej Miasta Radomia.

Grzegorz Ryczywolski – wydał trzy tomy wierszy, ostatni to Wróciłem po miejsce, którego mógłbym ci ustąpić (2022). Aktywista, facylitator, animator kultury, tancerz, performer i terapeuta manualny. Członek kilku kolektywów twórczych. Z wykształcenia psycholog. Mieszka w Ursusie.

 

 

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:

Jakub Famulski, Kamil Figas

Kontakt: osmy.arkusz.odra@gmail.com

Wystawa plenerowa „Odra” – to już 65 lat…

Przejdź do treści