X

KWIETNIOWY NUMER „ODRY” 4/2026

HAUSNER: Świat napędzany chciwością • Trumpiści made in Poland

GUGAŁA: Wychodzenie z mgły • MACHEJ: Jerzy Pilch vs Czesław Miłosz

SZACIŃSCY: Rodzina fotografów • Mój wiersz (seria 3): MATYWIECKI

Ameryka na haju • DYMKOWSKI • Poezja: BRZOSKA, HALL i GIMENO

BIELECKI, CZAPLIŃSKI, SŁODCZYK: Sztuka opowiadania o sztuce

 

 

Spis treści 4/2026:

2 ŚWIAT NAPĘDZANY CHCIWOŚCIĄ Z Jerzym Hausnerem rozmawia Piotr Gajdziński

9 Maciej Dymkowski: JAKIEJ TOŻSAMOŚCI POLACY POTRZEBUJĄ

14 Piotr Gajdziński: TRUMPIŚCI MADE IN POLAND

22 Jarosław Gugała: WYCHODZENIE Z MGŁY

30 Jacek Kubitsky: TO NIE JEST KRAJ DLA DON KICHOTÓW

36 Paweł Kwiatkowski: AMERYKA NA HAJU

40 EUROPA BĘDZIE NASTĘPNA Z Andrew Kolodnym rozmawia Paweł Kwiatkowski

43 Piotr Matywiecki: MÓJ WIERSZ

45 Zbigniew Machej: JERZY PILCH I CZESŁAW MIŁOSZ ALBO NIEOBJĘTA POWIEŚĆ

60 Wojciech Brzoska: WIERSZE

62 Łukasz Suskiewicz: PAZ ETERNA

66 Jorge Gimeno: WIERSZE

69 Tomasz Dalasiński: OPOWIADANIA

75 Phil Hall: WIERSZE

80 Ewa Kozłowska: SZACIŃSCY

90 Artur Bielecki: POLIFONIA ROZMÓW

94 Jędrzej Soliński: 1984 POWODY, BY ZNÓW CHODZIĆ DO NORWIDA

97 Lesław Czapliński: POD ZNAKIEM CHOREOGRAFII I PUBLICYSTYKI

100 Rozalia Słodczyk: O SZTUCE OPOWIADANIA HISTORII

104 Marcin Adamczak: ELŻBIETAŃSKI PHARMAKON

107 Jan Miodek: RENESANS SPÓJNIKA ACZKOLWIEK

109 Jacek Sieradzki: EUROPA SIĘ WĘDZI…

112 Marta Mizuro: MIŁO I PRZYJEMNIE

114 Radosław Wiśniewski: NOTATKI Z UNDERGRUNTU

116 Hubert Klimko-Dobrzaniecki: REFLUKS

117 Mariusz Urbanek: POKOJOWY NOBEL DLA TRUMPA. SUBITO!

NAD KSIĄŻKAMI

119 Ewelina Adamik: NA POCZĄTKU BYŁO SŁOWO „PONIEMIECKIE”

121 Mirosława Szott: POEZJA JAKO NIEŚMIERTELNIK

123 Julia Kardas: DO ZAKOCHANIA JEDEN KROK

125 Joanna Ośka: NA MORZU, WŚRÓD OBCYCH

126 Anna Karczewska: BARDZO DŁUGA ROZPRAWA MIĘDZY

131 W OFICYNIE

132 POCZTÓWKI LITERACKIE KAROLA MALISZEWSKIEGO

133 SYGNAŁY: NOWY McEWAN, KATASTROFA.DOK, CMENTARZE DOLNOŚLĄSKIE

141 WERNISAŻE

145 8 Arkusz: ZIELONOŚĆ

 

Odrę można czytać także online na www.e-kiosk.pl www.nexto.pl

 

Wydawcy:
Instytut Książki
Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – Instytucja Kultury Samorządu Województwa Dolnośląskiego

Wydawnictwo dofinansowane z budżetu Samorządu Województwa Dolnośląskiego

Projekt wydawniczy pod nazwą „Ósmy Arkusz ODRY” w miesięczniku „Odra” dofinansowano przez Miasto Wrocław

8 ARKUSZ. 3/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

ROZRUCHY, VOL. 1

 

„Trzeba rozkręcić ten 8. arkusz”, dochodzą nas głosy, „Coś się zmieniło, nic się nie chce zacząć”, spływają gorzkie żale, „Wieje nudą, jeżeli nie czymś gorszym”, czają się w cieniach zmarszczone nosy. Słyszymy, że trzeba rozruszać tryby krytycznoliterackiej machiny, więc postanowiliśmy się ruszyć – i pojechaliśmy do Gliwic, rzecz jasna, metaforycznie. Nasz rozmówca był tam na serio, a powodem rozmowy z Konstantym Famulskim była jego rezydencja literacka w ramach świeżutkiej nagrody w polu, czyli Gliwickiej Nagrody Literackiej. Wydaje się nam, że pomysł zwiedzania co ciekawszych wydarzeń związanych z młodymi twórcami sam w sobie przedstawia się ciekawie, dlatego w przyszłości zamierzamy go kontynuować. Uchylamy tym samym rąbka tajemnicy – w jednym z kolejnych numerów sprawdzimy stan młodej polskiej prozy, również w kontekście gliwickiego wyróżnienia, tyle że w innej kategorii. A potem? Cała Polska stoi otworem, może zawitamy też do twojego miasta!

Poza tym w Arkuszu przeplatają się głosy krytyczne i poetyckie. Dwie recki, dwa zestawy. Paweł Kałuża omawia debiut Bartosza Dłubały, czyli zdaniem krytyka, poezję potrzebną. Lakoniczna fraza utworów Amelii Pudzianowskiej może posłużyć za wstęp do lektury 5 Szymka Biry, której podejmuje się Zuzanna Krakowska. Całość zamykają mocno wrażeniowe wiersze Grzegorza Ryczywolskiego. Zapraszamy do lektury i  wracamy już do przygotowań odrzańskiego Turnieju Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł, który odbędzie się w ramach jubileuszu 65-lecia „Odry”. Zapiszcie już teraz w kalendarzu datę: 20.03.2026!

 

Redakcja Ósmego Arkusza

 

 

fot. Maciek Bielawski

 

 

 

SŁYSZENIE JEST TĄ PRZECHODNIĄ RZECZĄ  

 

Z Konstantym Famulskim, laureatem I Gliwickiej Nagrody Literackiej w kategorii poezja przed debiutem książkowym, rozmawiają redaktorzy „Ósmego Arkusza”.

 

Kamil: Konstanty, Opowiedz o wrażeniach z twojego pobytu na rezydencji literackiej w Gliwicach? Jesteś zadowolony? Co sądzisz o tego rodzaju inicjatywach?

Konstanty Famulski: Dla mnie to był przede wszystkim czas bycia obcą osobą w obcym mieście i testowania różnych lokali, w których można tutaj pisać – i po prostu pisania. Szwendałem się, bo po pierwsze, ja nie umiem pisać tam, gdzie śpię, a po drugie, był remont za ścianą [śmiech]. Ale już się skończył. Był to dla mnie całkiem twórczy czas. Przy okazji uczestniczyłem w kilku eventach, które Krzysztof Siwczyk organizował we współpracy z miejscową biblioteką. To też było ciekawe: usłyszeć, jak Marcin Mokry „performuje” swoją książkę czy spotkać się z uczestnikami warsztatów literackich, być nagle „po drugiej stronie”. Skłoniło mnie to wszystko do przemyśleń na temat własnego miejsca w świecie literackim. Rok temu byłbym uczestnikiem, a teraz bywam gościem – nie wiem jeszcze, jak się z tym czuję i jak zmienia to optykę.

Czyli było raczej produktywnie. Takie odcięcie się od codzienności, od Warszawy, od rutynowych obowiązków – na ile pomogło ci w pracy nad debiutancką książką?

Na pewno pomogło. Sprawę ułatwił fakt, że to jest tekst, który istnieje – w różnych formach – właściwie od dwóch lat. Może to, że byłem w innym miejscu, sprawiło, że trochę inaczej spojrzałem na ten tekst. W sumie jednak takie wyrzucenie w obce miejsce i bycie kompletnie obcą osobą bardziej mnie chyba skłoniły do pisania nowych rzeczy niż redagowania starych. Robiłem i pierwsze, i drugie, ale ostatecznie rezydencja bardziej mnie kierowała w stronę układania nowych wierszy.

Jakub: Co twoim zdaniem tego  rodzaju nagrody czy stypendia dają autorom jeszcze bez książki ? To dobra możliwość pracy nad debiutem czy większe znaczenie miałby gest docenienia wraz ze swego rodzaju turystycznym prezentem?

– Niby to nie jest jedno i drugie, ale przecież nie jesteś zamknięty w pokoju i nie piszesz książki pod policyjnym nadzorem. Wydaje mi się, że dwa aspekty, które wymieniłeś trochę przeciwstawnie, są ze sobą powiązane, szczególnie gdy spojrzymy przez pryzmat tej nobilitacji. Bycie autorem przed debiutem opiera sięna stawianiu sobie w kółko pytania: czy ja się do tego nadaję? Czy ja już jestem w tym świecie, czy jeszcze tkwię w sieni? I to, że nagle pojawia się wyróżnienie, wpływa na pisanie, zmienia układ ścieżek w głowie. Czujesz się przyjęty i nagle inaczej widzisz swoje teksty, kiedy świat ci sugeruje, że teraz to już rzeczywiście jesteś prawdziwym pisarzem.

Kamil: Czyli nagroda pełni funkcję inicjacyjną? Oznacza przyjęcie do społeczności literackiej?

Trochę tak. Nieco hiperbolizuję i nie ma to jakiegoś formalnego wymiaru, ale takie wyróżnienie wywołuje tego rodzaju poczucie.

Jakub: Poparte dyplomem i naszą rozmową na łamach „Ósmego Arkusza”. Wróćmy jednak do wierszy. Twoja dykcja dość różni się od tego, co możemy zaobserwować w najpopularniejszych nurtach  najnowszej poezji,  więc chciałbym cię zapytać o konteksty, inspiracje literackie czy artystyczne autorytety, które widziałbyś jako pomocne w lekturze twoich utworów.

Na pewno jest kilka inspiracji, do których zaraz chętnie przejdę. Ale jeszcze taki asterysk: nie chciałbym przegadywać sam siebie, bo czasami – już mi się to zdarzyło – czytelnik dostrzega w książce coś, czego ja sam nie widziałem, ale okazuje się to spójne z całością. I do tego ładne. Nie chciałbym, już na wejściu określać siebie, że ja to tutaj i stąd i tylko o tym.

Na pewno pierwszym krokiem do pisania była dla mnie młodociana, w sensie: nastoletnia, lektura Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. W ogóle nie potrafię się od tamtego czasu wyzbyć fascynacji poezją, która się powtarza i powtarza. Właśnie powtórzenie przyświecało koncepcji wierszy, gdy zaczynałem je pisać, właściwie stanowiło początek tego tomiku. Powtórzenie było zamierzonym zabiegiem, który coś znaczy i który jakoś działa. W podobnym wymiarze inspiracją okazał się dla mnie Obóz zabaw Justyny Kulikowskiej, chociaż znacznie później, pod koniec pisania. Znów jako poezja, która się wiąże i zapętla w określonej formalnej ramie.

Tym drugim wektorem wiersza jest dla mnie, wcale nie mniej istotna, brzmieniowa warstwa wiersza. Wydaje mi się, że jestem bardziej osobą słyszącą niż widzącą. Dlatego te inspiracje sięgają bardziej w przeszłość, chociażby do Czechowicza, czy do nowofalowców: Barańczaka w eighties’ach, Krynickiego; do tych wszystkich wierszy, które brzmią i to brzmienie ze znaczeniem jest zespolone.

Kamil: Pojawiły się nam tutaj nazwiska i Dyckiego, i Justyny Kulikowskiej, którzy są mocno związani z polską poezją współczesną. W zależności od tego, jak na to spojrzymy, we współczesności zmieszczą się też nowofalowcy. W każdym razie odwołujesz się do polskiej tradycji literackiej. Skąd wobec tego  Arthur Rimbaud, który pojawia się u ciebie i w tytułach wierszy, i w samych utworach, i z tego, co wiem, również w tytule projektu książki?

Pisanie tej książki to był dla mnie proces, który mógłbym porównać do wzrastania Najpierw musiałem mieć ten jeden dobry wiersz, żeby mógł posłużyć za takie nasionko, z którego wyrasta reszta.Albo może: się rozrasta. I właśnie tym pierwszym wierszem okazał się Ten pies imieniem Rimbaud. Czułem, że kryje się w nim coś wyjątkowego, co warto rozwinąć. Trudno mi jakoś logicznie wytłumaczyć, dlaczego akurat Rimbaud, bo to nie jest poeta, który wówczas mnie szczególnie poetycko fascynował. Wydaje mi się raczej, że Rimbaud zainteresował mnie jako ogromna, nieosiągalna figura, która coś znaczy. Interesowała mnie przede wszystkim historia czy też fabuła jego życia. Jako młody poeta wchodzi szybko na Parnas, by równie prędko z niego zniknąć – wyjeżdża z kraju handlować bronią. To mnie zajmowało bardziej niż same Iluminacje.

Jakub: Czyli Rimbaud jako biograficzny mit, legendarny poète maudit, a naprzeciw wychodzą mu w utworach i tytule projektu „metale ciężkie”. Co łączy te tropy, skąd zamiłowanie do czerpania ze specjalistycznego słownika w odniesieniu do tych substancji?

Rimbaud istnieje w warstwie tego, co ten tekst chce opowiadać. A metale ciężkie stanowią warstwę tego, jak tekst chce być opowiadany. To jest materia tego tekstu, jego budulec. I tutaj znowu wskazałbym na Czechowicza, bo chodziło mi może przede wszystkim o brzmienie tej frazy, stąd specjalistyczne, dziwne, trudne do wymówienia słowa: tetraetyloołów czy inne freony… Używane ze względu na ich rezonans. Dzięki nim te wiersze, które są w pewien sposób piosenkowe, nabierają chroboczącej jakości, takich przyjemno-nieprzyjemnych dla ucha właściwości. Ważne, żeby wiersz brzmiał tak, jak znaczy, i te chrzęsty są dźwiękiem historii zawartych w tej książce.

Kamil: A propos wchodzenia na Parnas – chcę cię zapytać o twoje wejście na Parnas nie tyle literacki, ile raczej dyskursywny. W listopadzie 2024 roku w „Dwutygodniku” ukazał się twój tekst Okna szerokie i długie. Narobił trochę szumu w krytycznoliterackim światku i sprowokował parę polemik. Jak się teraz do niego odnosisz? Podtrzymujesz swoje tezy czy może warto by je zrewidować?

Jakub: Dodam, że chodzi  o esej, który postuluje wizję krytyki niezbyt krytycznej. W tym sensie niedaleko mu do Czy możemy się już nie kłócić? Macieja Jakubowiaka, również z łamów „Dwutygodnika”.

Wow! [śmiech] Wydaje mi się, że ten tekst był efektem odchylenia wahadła w drugą stronę. Zresztą chyba nawet, jak się go czyta, to to widać. Esej zaczyna się od recenzji Zeszytu ćwiczeń Joasi Łempickiej, bardzo ostrej krytyki. Myślę teraz, że nietrafionej. Dalej w tekście rzeczywiście nawołuję do krytyki właśnie w duchu wystąpienia Jakubowiaka. I wydaje mi się, że wymowa tego eseju jest wynikiem zachłyśnięcia się tym, że można inaczej. Od krytyka bezlitosnego do „nadwyrozumiałego”. Przeskoczenie z jednej skrajności w drugą. Tak to teraz widzę po tym przeszło roku. Czy to podtrzymuję? Sam nie wiem. Wydaje mi się, że nie bez powodu nie napisałem później zbyt wielu tekstów krytycznych. Może się zraziłem, a może to po prostu nie jest mój świat. Potraktowałem krytykę jako pewien substytut tego pisania artystycznego – ale nie byłem do końca zadowolony z efektów.

Przyznaję, że reakcje na ten tekst, szerokie echo, którym on się odbił, trochę mi ukazało świat krytyczny jako bardzo nastawiony na wewnętrzne wojenki, co mnie osobiście nie interesuje. Pomijam, że co poniektórzy zamiast uważnie przeczytać esej i uznać go za czyjąś osobistą refleksję, na siłę ładowali mnie na szachownicę. Oczywiście, nie twierdzę, że to bez znaczenia, jaką krytykę postulujemy i jaką krytykę chcemy uprawiać. To ważne, ale po prostu  jakoś się od tego światka odbiłem.

Jakub: Jeśli nie ten, to które światy są dla ciebie ważne? Czy warszawskie środowisko literackie, w którym się obracasz, jest dla ciebie bardziej swojskie?

Mieszkam w Warszawie, ale nie jestem tu ściśle związany z jakimś konkretnym gronem ani nie otaczam się wyłącznie poetami. Wręcz przeciwnie. Naturalnie mam przyjaciół i znajomych, ale to nie znaczy,  że jestem przypisany do „Iglicy”,  choć koleguję się z Julkiem Rosińskim.  Swoją drogą, zaprosiłem go kiedyś na śniadanie i nie przyszedł. Nie ma w moim życiu wielu osób, które piszą poezję. To są niemal zawsze przypadkowe spotkania. Może też stąd ta osobność.

Kamil: Zakończmy jakimś optymistycznym akcentem. Wspominałeś parę razy, że bardziej słyszysz, niż widzisz. Jesteś też muzykiem grającym w zespole rockowym. Widzisz połączenie pomiędzy muzyką i poezją, pomiędzy tym, co piszesz, a tym, co komponujesz? Są to dla ciebie osobne sfery działania, czy też w jakiś sposób się przenikają i na ciebie wpływają?

Dla mnie to są bardzo osobne światy. Albo inaczej: tworzenie muzyki jest zazwyczaj inne niż pisanie poezji, bo tam nastawiony jesteś stricte na afekt. Coś może być dużo prostsze, ale w tej prostocie dużo lepsze. A jednak poezja daje inną przestrzeń, bo pozwala na, nawet bardzo odległe, introspektywne połączenia, na które nie ma czasu w czterech, pięciu minutach standardowej piosenki. I to jest w jakiś sposób wyzwalające, że jedno jest lekiem na drugie i vice versa. Jeżeli chce się powiedzieć coś, co jest może prostsze, ale bardziej bezpośrednie i w ten sposób ujmujące, to muzyka stanowi lepsze medium. Można nieraz dostrzec coś naprawdę wartościowego w zupełnie prostej rzeczy, zaaranżowanej w piosenkę. Natomiast poezja jest dla mnie często jakimś psychotycznym szukaniem małej, ciekawej, bardzo tajemniczej i trudnej do zrozumienia myśli. Jest wywoływaniem jej znaczenia przez kontekst innych mocnych słów.

Ale wydaje mi się, że słyszenie jest tą przechodnią rzeczą między dwoma światami. No bo i tutaj, jeżeli coś nie brzmi, to nic się nie wydarza, ani w tekście, ani w piosence.

 

 

Konstanty Famulski

 

Ten pies imieniem Rimbaud I

 

Kiedy miałem już malarię,

dreszcz pokruszył moją skórę, wyłamał ciepło krwi;

 

ale przynajmniej ja jeden wiedziałem,

że Rimbaud nie złożył broni nigdy, pisał wiersze po sam kres,

 

aż umarł wraz ze swym wiernym, najwierniejszym psem,

z tym psem imieniem Rimbaud.

 

 

Ten pies imieniem Rimbaud, który dał mi malarię

i uwagę do prozaicznych rzeczy,

faktycznie mógł być komarem, kiedy przebijał cienką tkankę,

gdy przykładał lufę.

 

 

Osoczone rany po ołowiu kulach, przejarzone na zawał serce

lizał pies imieniem Rimbaud, ten pies miał malarię.

 

Wykrwawiałem się, za światłem wystrzału rzucony:

ten pies miał malarię, gdy lizał imieniem Rimbauda.

 

Kiedy sprzedawał proch, przypomniał sobie Rimbaud

o psie Rimbaudzie i wystrzelił w tlen honorową zań salwę.

 

Kiedy na malarię prochy przyjmował, Rimbaudowi

przypomniał się ten pies imieniem Rimbaud i zawył on nad swym psim losem.

 

Ten pies imieniem Rimbaud III

 

Nie pytaj: dlaczego jem prochy, spytaj: czy mi smakują,

leżę rozbity w tropikach, trącę nosem Rimbauda, on na to:

 

nie pytaj: dlaczego połykam ogień, spytaj: czy mnie pali,

patrzę na poparzonych, mnie ogień traktuje jak przyjaciela,

 

kłuję Rimbauda, on na to:

 

nie pytaj: dlaczego piszę, spytaj: czy się składam z tego psa Rimbauda,

który ubiera płaszcze z kryształu, a strzelby schodzą wyjątkowo dobrze.

 

 

Ten pies zawył z bólu, kiedy go zarzynałem, sikał hemolimfą.

Ten komar imieniem Rimbaud patrzył wrażliwymi oczyma

komara, który nigdy już nic nie napisze, aż Rimbaud

załadował Rimbaudowi strzelbę i karał prochem i ołowiem

Rimbauda, ten Rimbaud bez nogi i na samym już kresie myślał:

 

byłeś mi boże, boże byłeś mi zupełnie skurwiony.

 

 

Do niego się zwracam, on na to:

 

przecież ten Rimbaud nie musiał być wcale

psem, ani komarem, ani poetą tym bardziej.

 

 

Chorał ołowicy I

 

Toluen: chodzę wciąż po lustrze, ja: metaloorganiczny,

więc kiedy mówisz: mnie nie ma, ty: czteroetylek

ołowiu, wycałuj mnie do kwarcowego bulionu

czaszki i zszargany będę twój na zawsze.

 

 

Eter: sieć kryształu pod kopułą, okadzona na benzynowej myśli,

będę wtedy metaloorganiczny; wypełniony freonem

mogę być nawet niepalny, kiedy tetraetyloołów podajesz

w śmiertelnych pocałunkach, dawkowane wciąż pachną naftą.

 

 

Trójchloroetylen: kryształowego bulionu spróbujesz, zalej w czaszkę ołowie.

Przez lustro zobaczysz strach, ale nie rozczaruj się spojrzeniem na

mnie; ty, metaloorganiczny twój oddech, gdy rozkruszasz

żelazny kościec i karzesz mnie, a w tobie się kochać.

 

 

Ulice donikąd, mógł być mój wzrok II

 

Wiersz zgiąłem wpół, na odbitce wyglądał tak samo,

palindrom konstruuje ze srebra czarnego, białego ołowiu.

 

Mój boże narodzenie przerywałem, jak przerwali mnie wpół,

 

 

może, gdyby mnie to ruszało, byłoby prościej.

Zająłbym się czymś pożytecznym, połączyłbym odległe trasy:

 

droga przez eter, toluen, trójchloroetylen, kable aż do

Moskwy, Warszawy, Doliny Śmierci – wiecznych miast,

 

gdzie rosły pomarańcze.

 

 

W moim rodzinnym mieście zdarzają się,

wgryzione w ulice – wgryzione boże

 

narodziny, właśnie na nich jeździł tramwaj,

właśnie w nim jeździłem do przyjaciół,

 

dawaliśmy sobie po kablach w tramwajach,

za szkłem bordowe tropiki, na narodzenie

 

dojechaliśmy na Dworzec Świebodzki,

który boże, byłeś zupełnie skurwiony.

 

 

Paweł Kałuża

 

MAMO, PODMIOT PĘKŁ W SALONIE

 

Na polu hula wiatr, w całej wsi nie pali się ani jedna latarnia. Pojedyncze postacie przemykają w cieniach zbrukane, zgarbione. Gdzieś w oddali szczeka pies. Nie spadły bomby, ludzi nie wybiła zaraza, AI nie przejęło kontroli, ale świat się skończył. Skończył się, bo coś uśmierca bloki pozbawione miasta które ktoś wzniósł / żeby funkcjonowały dawały schron (s. 26). Świat się skończył, bo zlikwidowano PGR-y. Książka żeby dawały schron opowiada historię takiej właśnie apokalipsy. Bartosz Dłubała w swoim debiutanckim tomiku mówi o wszechogarniającym, cuchnącym rozkładzie. Kataklizm ma twarz umorusanego chłopca, który niby się uśmiecha i bawi, ale w rzeczywistości przymiera głodem i zaraz zagryzie go wściekły kundel. Za tą twarzą kryje się jednak znacznie szerszy obraz. Dłubała pokazuje gnicie nie tylko tkanki biologicznej, ale też społecznej, niedającej się zredukować do określonego pokolenia czy płci.

W tej postapokaliptycznej poezji degradacji uległy również tożsamości. Poeta korzysta co prawda z chłopięcego imaginarium (dzidy, prześwitujące sukienki, zabawy w śmierć, siusiaki), ale skonstruowany podmiot chłopcem już dawno nie jest, o ile kiedykolwiek nim był. To podmiot pęknięty, rozlany, obejmujący swoją ontologią wielopokoleniową rodzinę, zwierzęta gospodarskie i całą wieś. Ta tożsamościowa ambiwalencja osoby mówiącej odbija się w języku. Podmiot jest poddawany presji z każdej strony, więc jego język staje się bardzo napięty, skupiony w małym centralnym punkcie, jakby zgnieciony: drapie linie papilarne będzie to samo / zwierzę w środku nocy budzi wyje (s. 7). Negatywny afekt jest tu stricte fizjologiczny, a określenia takie jak „wstyd” czy „strach” są w języku żeby dawały schron etykietkami przyklejonymi do bólu brzucha, drżenia rąk i smrodu spoconego ciała. Czasem podmiot wraca do swoich wspomnień, podejmuje wtedy próby rozprężenia języka lub wiersza. W tym celu używa przekleństw i koślawego humoru: wściekle wymalowane siusiaki na ścianach szkoły / tworzą mozaikę brakuje pizd (s. 10). W kontrze do lęku stawia gniew i śmiech. Jednak te dwa ostatnie nie są szczerymi emocjami, są celowym działaniem, wypadają sztucznie, czasem nawet niezręcznie. W tych żenujących zabiegach osoby mówiącej, która chce się otworzyć, ale nie potrafi, objawia się świadomy ruch autora, a u czytelnika wzmaga się fizyczny dyskomfort, który towarzyszy całej lekturze. Rzut kamieniem dzieli tutaj zażenowanie od obrzydzenia.

W wielu wierszach pojawia się trop maladyczny, wszechobecne są wysypki, wścieklizna, otwarte rany.

 

[…] ponad łętami wzniesiono słupy wysokiego napięcia i kilka bud

pilnowała nas sąsiadka żebyśmy nie próbowali pryskanego do foliówki

urosną parchy w gardle jeśli weźmiecie na barki

łupnie wam w krzyżu tak że skrzywi cały kształt

(s. 23)

 

Choroby dotyczą każdego: babci, matki, ojca, nawet zwierząt gospodarskich, i są widoczne jak na dłoni, wydają się warunkiem koniecznym życia. Takie motywy nader często pojawiają się w polskiej poezji, ale rzadko zdarza się, aby były rozgrywane aż tak dosadnie jak u Dłubały. Jeśli zestawić żeby dawały schron z inną książką poetycką, która uderza w podobne tony, Snami uckermärkerów Małgorzaty Lebdy, ta druga wypada niemal sterylnie. U Lebdy choroba ludzi i cierpienie zwierząt są kategoriami estetycznymi i służą upodmiotowieniu, u debiutującego poety widzimy coś zupełnie odwrotnego – cierpienie nie uszlachetnia, raczej ogłusza i wyłącza jakąkolwiek sprawczość. Cierpiący stają się przedmiotami, a zwierzęta to nie bracia i siostry. Są one w najlepszym wypadku jedzeniem, w najgorszym zagrożeniem. Ta zupełna demitologizacja i odarcie z estetyki to ruchy przemyślane, mające swoje precyzyjne zastosowanie.

Podobnie jest z uprzedmiotowieniem podmiotu, które najbardziej rzuca się w oczy, jeśli porównamy książkę Dłubały z giftem. z Podlasia Justyny Kulikowskiej. Już sama dedykacja w tomiku poetki podsuwa pewien interpretacyjny trop: dla siebie i jednostek dyspozycyjnych. Podążając tym tropem, zauważymy, że w gifcie zdecydowanie częściej pojawiają się czasowniki w pierwszej osobie liczby pojedynczej. I tak, pomiędzy tymi dwoma zbliżonymi tematycznie książkami, tworzy się wyrwa. Krzywda u Kulikowskiej, chociaż uniwersalna, jest zawsze doświadczana przez bardzo wyrazistą, rozgniewaną jednostkę, natomiast u Dłubały wynikające z marginalizacji cierpienie obejmuje całą organizację społeczną. Ujawnia się tutaj siła poetyckiego projektu, który pokazuje, że krzywda, nawet jeśli odczuwana indywidualnie, zawsze uwarunkowana jest systemowo.

W samym środku zwrotu ludowego Dłubała nicuje fascynację wiejskim pochodzeniem i wywleka na wierzch podszywający ją abiekt. Nie ma tu miejsca na wrażliwość czy współczucie, wszystko sprowadza się do wykluczającego obrzydzenia. Wykluczenie to w tomiku jednocześnie przyczyna i skutek nędzy, bo wieś z głodu pożera swój własny ogon. Komunikacyjnie, ekonomicznie i politycznie odcięta od świata, zdewastowana kraina staje się więc polem poezji mówiącej, że było i jest źle, a będzie jeszcze gorzej. Pozostając uwikłanym w tematykę zwrotu ludowego, Dłubała jednocześnie zgłasza poważne wątpliwości wobec jego założeń. W żeby dawała schron chłopska tożsamość i wiejska opowieść o krzywdzie nikogo nie zbawi i nie zrobi tego, co mogłyby zrobić brakujące środki komunikacji publicznej, lekarze czy możliwości rozwoju zawodowego. Poezja Dłubały zręcznie balansuje na granicy pornografii cierpienia (ale jej nie przekracza) i przez swoją czystą negatywność wywleka na wierzch brak jakiegokolwiek pozytywnego programu dla polskiej wsi. To poezja mówiąca, że słońce sprywatyzowano i wywieziono do miast, do których nie kursują autobusy. To poezja potrzebna.

 

Bartosz Dłubała, żeby dawały schron, Wydawnictwo Kwadratura, Łódź 2025.

 

 

Amelia Pudzianowska

 

wyjątek

 

można policzyć na palcach

moje koleżaneczki

co szwendają się

z paznokcia na paznokieć

 

połykają powietrze

jakby przedłużało życie

chcą być jedyne

a nie wiedzą że

sporo jest nawet

liczb pojedynczych

 

 

fermentacja

 

to jest najgorsze bo to prawda

a prawda ma zawsze brzydką mordę

jak siostra która nie odkryła

zabiegów medycyny etycznej

siostra przyszywana

łata na krowę

by się z niej nie ulało

dylematy estetyczne

odkryte w wieku przejrzałym są serem tej ziemi

serem pełnym dziur

których czerń jest skończona

 

 

krąg

 

noszę tę myśl

jak ukołysane niemowlę

dobrze mu ze mną

noszę receptory komórki

neuroprzekaźniki

śpią we mnie myśli

proszę się rozejść

proszę się rozjeść

proszę się rozdziabać

proszę się rozdziobać

podobne zjada podobne

śpi we mnie niemowlę

ssie pierś powietrza

a ja się ulatniam

a ja się utleniam

a ja zasypiam

noszę się z tą myślą

 

 

flow

 

strumień świadomości

strumień świadomości

płyń światło

płyń światłowodem

płyń żyłą cywilizowanego świata

płyń przez gardło

niech się zachłyśnie

niech mlaszcze

strumień świadomości

zaklęcie chorych na wyobraźnię

 

 

Zuzanna Krakowska

BEZSTRATNA KOMPRESJA

Odbiór najnowszej książki Szymona Biry można zacząć od okładki. Widać na niej język, w środku istotną rolę również odgrywa język. Proste przesłanie bez niepotrzebnych dodatków. Naturalnie, nie mamy tu do czynienia z językiem w stanie surowym, lecz poddanym odpowiedniej obróbce. Oszlifowanym w taki sposób, by wydobyć z niego czystą funkcjonalność – tę podstawową, komunikacyjną rolę. Oznacza to skrótowość i stanowcze odcięcie tego, co w przekazie zbędne. 5 czytać można jako eksperyment, który poszukuje odpowiedzi na pytanie, jak bardzo można ograniczyć język, aby nie stracił zdolności do przekazywania treści?

Pisarz uczynił ze swojej poezji sztukę minimalizmu. Każde słowo zostaje tu dobrane z ogromnym namysłem, przetestowane pod kątem wagi, brzmienia i semantycznego tarcia z innymi wyrazami. Dominują wśród nich rzeczownikowe konkrety, które wypierają obrazowe epitety i metafory. Czytając tom, można odnieść wrażenie, że Bira nie pisze wierszy, tylko wytwarza je na drodze redukcji języka potocznego – pozwala odparować temu, co zbędne, aż zostanie tylko to, co istotne.

Książka wyrasta raczej z doświadczania przez poetę codzienności niż z jednego, konsekwentnie realizowanego wątku. Wiersze zawarte w 5 obejmują zarówno wydarzenia ze świata zewnętrznego, jak i prywatne przeżycia oraz refleksje autora. Bira sięga także po inspiracje z innych tekstów kultury (na przykład z Chamstwa Kacpra Pobłockiego, Gry w rasy Przemysława Wielgosza czy filmu Dahomej), traktując je jako materiał do dalszego przetworzenia. W skrócie, na tematykę jego twórczości wpływają rozmaite elementy otaczającej go rzeczywistości. Autor gromadzi je, a następnie kondensuje za pomocą prostego, ascetycznego języka. Wiersz działa trochę jak plik ZIP – treść jest w nim skompresowana do mniejszego formatu, uporządkowana i zapisana w postaci skrótu, który zachowuje pełnię informacji.

Co ważne, ta precyzyjna kompresja pozwala zachować wszelkie niuanse i wrażliwość obecne w perspektywie autora. Szczególnie wyraźnie ujawnia się to w momentach, w których Bira mierzy się z wydarzeniami o realnym ciężarze społecznym i historycznym, na przykład w utworze gambaga:

 

jak ułoży się kurczak może

decydować o losie wytracenia

mocy w oznaczonym

 

miejscu, chociaż niewiele

więcej wiadomo (od zawsze)

 

niż ile te kobiety pochowane są

– nic złego nie grozi w osadach

 

Tytuł wiersza odsyła do Gambagi w północnej Ghanie – jednego z miejsc, w których funkcjonują tak zwane witch camps, „oznaczone miejsca”, czyli obozy dla kobiet oskarżonych o czary. Ich historia opowiedziana została w formie skrótowej, bez publicystycznej dosłowności i uproszczeń. Ta charakterystyczna oszczędność w słowach nie prowadzi wcale do zubożenia treści. U Biry każde słowo po prostu musi udźwignąć jej więcej niż zwykle. Przy tak niewielkiej liczbie wyrazów rozkład sił staje się nierówny, a znaczenie zostaje zmuszone do kondensacji wewnątrz lapidarnych wersów. W tych właśnie miejscach stopniowo odsłania się brutalny mechanizm przemocy ukrytej pod gestami „porządku” i „ochrony”.

„Wytracenie mocy” nie oznacza jedynie straty zdolności magicznych, ale przede wszystkim odebranie sprawczości: prawa do decydowania o sobie, posiadania majątku czy bycia podmiotem. Być może bardziej naturalnym wyborem leksykalnym w połączeniu z „mocą” wydawałoby się „utracenie”. Bira jednak dobiera słowa w tak przemyślany sposób, aby objętość tekstu pozostawała skromna, ale zwiększał się obszar obejmowanej przez niego treści. Słowo „wytracenie” sugeruje proces stopniowy i zwykle występuje w fizycznym lub technicznym kontekście, ale może funkcjonować także w znaczeniu wyniszczenia, a nawet zagłady znacznej części danej populacji. Oba te tropy zdają się działać równocześnie w opowieści o tragedii kobiet w Ghanie.

Podobnie sprawa ma się z „pochowaniem” – z jednej strony słowo to oznacza ukrycie kobiet przed samosądem, z drugiej zapowiada ich śmierć w miejscu rzekomego schronienia. Podkreśla tym samym fikcję tymczasowości pobytu w takich obozach. Teoretycznie możliwe jest ich opuszczenie , w praktyce rzadko komu się to udaje.

Ostatni wers,– nic złego nie grozi w osadach, brzmi jak oficjalna formuła usprawiedliwienia. Ironia jest tu wyraźna i gniewna: bezpieczeństwo dotyczy nie kobiet, lecz społecznego porządku, w imię którego należy pozbyć się „problemu”. Zdanie to można odczytać jako echo języka władzy kolonialnej i patriarchalnej, w którym przemoc to konieczność, a wykluczenie stanowi przejaw troski.

Jak widać, Bira w swojej poezji ogranicza bezpośredni język emocjonalny, ale nie wyrzeka się przy tym samych afektów. Są one widoczne w subtelnych sygnałach, szczątkowych obrazach i napięciach, które między nimi powstają:

 

minka rzednie, tlen-

-wymus (zdaje się), przycina

 

ćwiczenia z niewiedzy

pamięci, cała rączka w

rozbiorze – a tylko

 

słodzisz

24.02.22

 

Data lokuje wiersz w dniu rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Jest oznaczeniem chwili, w której wiadomość o wojnie dociera do podmiotu i wywołuje niemal natychmiastową, cielesną i emocjonalną, reakcję . Urwany oddech, skurcz, zatrzymanie. To jeszcze nie jest złożona refleksja, na nią za wcześnie. Teraz pozostają tylko przymusowe ćwiczenia z niewiedzy / pamięci.

Obraz „całej rączki w rozbiorze” kondensuje sens polityczny i wymiar afektywny. Słowo „rozbiór” w kontekście historycznym oznacza oczywiście brutalny akt zawłaszczenia terytorium. „Rączka” już go dokonuje, już sięga po cudze, już jest umoczona w przemocy po sam łokieć. Jednocześnie można odczytać to jako kolejne odniesienie do reakcji ciała podmiotu: ręka w rozbiorze organicznym, rozłożona na części, pozbawiona funkcji motorycznych, rozedrgana. Nerwowe, poszarpane zobrazowanie objawów somatycznych zastępuje bezpośrednie wyrażenie strachu przed niewiadomą oraz opis stanu świadomości w momencie, gdy podmiot zostaje zmuszony do konfrontacji z tym, co miało być dawno „przerobione” i zapamiętane jako przestroga.

Takie „rozpakowywanie” treści z wierszy Biry wymaga wysiłku i aktywnego namysłu. Na szczęście poeta czasem zostawia czytelnikowi cenne wskazówki, takie jak daty, cytaty i tytuły, które ułatwiają orientację w tekście. Nie są one wprawdzie niezbędne do tego, by móc docenić mistrzostwo Biry w zdyscyplinowanym posługiwaniu się językiem, ale znajomość pewnych kontekstów niejednokrotnie okazuje się pomocna w zrozumieniu tej formy. 5 to wyzwanie, które nie każdemu sprawi satysfakcję. Gimnastyka wielu może zmęczyć, brak natychmiastowych efektów natomiast zniechęcić do dalszych prób. To zrozumiałe, choć w przypadku zderzenia z tak gęstą poezją dobrze jest uzbroić się w cierpliwość i dać sobie czas – pozwolić, by ciężkie wersy „osiadły” w głowie, a potem cierpliwie wracać do tekstu z nową perspektywą. Należy pogodzić się z tym, że ta książka nie jest lekturą jednorazowego kontaktu. Ale może to nawet lepiej, bo z Birą zdecydowanie warto zostać na dłużej.

 

Szymon Bira, 5, Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, Wrocław 2025.

 

 

Grzegorz Ryczywolski

 

[gdybyśmy nie rozbrajali min]

 

gdybyśmy nie rozbrajali min

to z całego pola mielibyśmy do dyspozycji

tylko kilka wąskich ścieżek

 

trudno byłoby oddychać

albo być wściekłym bykiem

oberwaniem chmury

czy tańczącym Śiwą

 

wychodzenie poza ścieżki boli

miny wybuchają

potem leczymy rany ale przynajmniej wiemy już

że mina tam jest

 

dawno temu sami ją tam zakopaliśmy

żeby coś ochronić

teraz możemy wrócić do tamtego momentu

i po trochu rozpuścić ją łzami

 

 

[moja głowa i ciało]

 

moja głowa i ciało

nie dobrały się najlepiej

 

głowa to sprinter

pędzi ile sił

kreśli plany szerokie jak horyzont

chce kończyć stuletnie wojny

wyciągać planetę z rowu

 

ciało z trudem łapie oddech

zwolnij już nie mogę

potrzebuję leżeć w hamaku

wąchać róże

 

pamiętaj sama

padniesz po stu metrach

 

poczekaj na mnie

znajdźmy wspólne tempo

a przebiegniemy maraton

 

 

[po latach okazuje się, że są ludzie]

 

po latach okazuje się, że są ludzie

którzy wcale nie chcą ogołocić mojej lodówki do czysta

a nawet coś do niej wkładają, kiedy zostawiam otwarte drzwi

 

oczywiście są też tacy, którym głód zakłada okulary

wykrywające i rozmazujące rysy twarzy

dla nich jestem tylko anonimowym korpusem bez głowy

więc moja lodówka wydaje im się niczyja

 

ostatnio nasmarowałem zawiasy

teraz dużo łatwiej jest mi ją na zmianę otwierać i zamykać

a nawet regulować to, jak szeroko jest uchylona

 

 

[trudno jest wyskoczyć z pędzącego pociągu]

 

trudno jest wyskoczyć z pędzącego pociągu

nawet kiedy widać, że nie wiezie nas w dobre miejsce

 

w pojedynkę to praktycznie niemożliwe

 

ten pociąg oczywiście chce jechać, po to został stworzony

dlatego w lustrach, którymi wyłożone są jego ściany

nie odbijają się włókna łączące nas wszystkich w sieć

 

pociąg dwoi się i troi, żeby utrzymać nas przy lustrach

wie, że kiedy odwrócimy od nich wzrok i dostrzeżemy te połączenia

będzie mógł tylko patrzeć, jak zaciągamy hamulec i wysiadamy

 

 

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Konstanty Famulski – publikował w „Dwutygodniku”, „Iglicy”, „biBLiotece” i w innych miejscach. Laureat I Gliwickiej Nagrody Literackiej za książkę Ten pies imieniem Rimbaud i inne metale ciężkie, laureat turnieju jednego wiersza „wiersze za 5 dwunasta” w ramach festiwalu Warszawa Wierszy. Mieszka po wschodniej stronie Wisły, w Warszawie.

Paweł Kałuża – pochodzi z Górnego Śląska. Student kultury i praktyki tekstu na Uniwersytecie Wrocławskim. Laureat konkursu na opowiadanie „Fikcja, fiksacja, mistyfikacja” organizowanego w ramach Festiwalu Góry Literatury 2025. Debiutował tekstem krytycznym w „Stronie Czynnej”.

Zuzanna Krakowska – studentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Pisze teksty krytyczne i eseje. Mieszka we Wrocławiu.

Amelia Pudzianowska – robi memy, rolki, frytki, a czasem nawet pisze wiersze. Ma na koncie kilkadziesiąt wygranych konkursów, kilkadziesiąt publikacji m.in. w „Dwutygodniku”, „Książkach”, „Helikopterze”. Reżyseruje, slamuje, prowadzi warsztaty, montuje, a jak potrzeba to i chomika nakarmi. Wydała w 2025 roku debiutancką książkę guzik prawda w Wydawnictwie Biblioteki Śląskiej. Książka została nominowana do 9. edycji Nagrody Literackiej Miasta Radomia.

Grzegorz Ryczywolski – wydał trzy tomy wierszy, ostatni to Wróciłem po miejsce, którego mógłbym ci ustąpić (2022). Aktywista, facylitator, animator kultury, tancerz, performer i terapeuta manualny. Członek kilku kolektywów twórczych. Z wykształcenia psycholog. Mieszka w Ursusie.

 

 

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:

Jakub Famulski, Kamil Figas

Kontakt: osmy.arkusz.odra@gmail.com

Wystawa plenerowa „Odra” – to już 65 lat…

JUBILEUSZ 65-LECIA MIESIĘCZNIKA „ODRA”

W tym roku legendarny wrocławski miesięcznik „Odra” świętuje swój jubileusz 65-lecia. Z tej okazji przygotowano wystawę oraz szereg wydarzeń towarzyszących. Zapraszamy do wspólnego świętowania 65 lat „Odry” we Wrocławiu!

 

6–27 marca 2026 – wystawa plenerowa „Odra” – to już 65 lat
ul. Świdnicka, Wrocław

 

19 marca 2026
17.00 – 19.00 – uroczysta gala z okazji jubileuszu 65-lecia miesięcznika „Odra” oraz wręczenie Nagrody „Odry” za rok 2025 poecie, krytykowi i tłumaczowi Bohdanowi Zadurze
(Ratusz, wstęp za zaproszeniami)

 

20 marca 2026

16.00 – 18.00 – spotkanie autorskie z laureatem Nagrody „Odry” za rok 2025 Bohdanem Zadurą, prowadzenie Marta Mizuro
(Klub „Proza”, Przejście Garncarskie 2, wstęp wolny)

18.00 – 20.00 – „Cóż po kulturze w czasie marnym…”, panel redaktorów naczelnych najważniejszych pism literackich: „Twórczości”, „Literatury na Świecie”, „Toposu”, „Nowych Książek”, „Dialogu”, „Akcentu” i „Odry”, prowadzenie Jakub Skurtys
(Klub „Proza”, wstęp wolny)

20.00 – 23.00 – Turniej Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł
(Klub „Proza”, wstęp wolny)

 

 

Plakat jest autorstwa Tomasza Brody, niegdyś stałego współpracownika pisma.

 

Nagroda „Odry” za rok 2025

Rada Redakcyjna i Redakcja miesięcznika „Odra” postanowiły przyznać Nagrodę „Odry” za rok 2025 BOHDANOWI ZADURZE za książkę Co chciałem powiedzieć i za całą twórczość, która – łącząc elementy poezji i prozy, snu i jawy, poetyki i polityki – składa się na oryginalny format artystyczny i intelektualny.

Bohdan Zadura (ur. w 1945) − poeta, prozaik, eseista, tłumacz i krytyk literacki. Debiutował w latach sześćdziesiątych tomem W krajobrazie z amfor, w jego dorobku są liczne tomy poetyckie, kilka książek prozatorskich i eseistycznych oraz przekłady.

W latach 2004–2020 był redaktorem naczelnym „Twórczości”, od lat współpracuje z „Akcentem” i „Literaturą na Świecie”. Laureat wielu nagród literackich zarówno za twórczość własną, jak i przekładową, m.in. Nagrody im. Stanisława Piętaka (1994), Nagrody im. Józefa Czechowicza (2010), Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius (2011, za tom Nocne życie), węgierskiej Nagrody im. Gábora Bethlena (2013), Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. H. Skoworody (2014), Nagrody im. C.K. Norwida (2015). Uhonorowany Wrocławską Nagrodą Poetycką Silesius (2018) za całokształt twórczości, a także Literacką Nagrodą Europy Środkowej Angelus (2021, za przekład książki Kateryny Babkiny Nikt tak nie tańczył, jak mój dziadek).

Nagroda „Odry” przyznawana jest od początku istnienia pisma (1961) za wybitne osiągnięcia w dziedzinie humanistyki. Grono laureatów tworzą zarówno uczeni (historycy, socjologowie, filozofowie, językoznawcy), jak i literaci (poeci, eseiści, prozaicy, tłumacze, reportażyści, krytycy). Nagrodą „Odry” wyróżnieni zostali m.in. Tadeusz Różewicz, Czesław Miłosz, Wisława Szymborska, Olga Tokarczuk, Ryszard Kapuściński, Wiesław Myśliwski, Jerzy Pilch, Urszula Kozioł, Jan Miodek, Janusz Degler, Karol Modzelewski, Karl Dedecius, Leszek Kołakowski, Zygmunt Bauman.

Uroczyste wręczenie nagrody odbędzie się 19 marca w Sali Wielkiej Starego Ratusza we Wrocławiu podczas gali będącej częścią obchodów jubileuszu 65-lecia miesięcznika „Odra”. Kolejnego dnia w Klubie Proza (Przejście Garncarskie 2, Wrocław) odbędzie się otwarte spotkanie z laureatem, następnie panel redaktorów naczelnych najważniejszych pism literackich oraz Turniej Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł. Obchodom 65-lecia towarzyszy wystawa plenerowa poświęcona historii „Odry” i wybitnym postaciom z nią związanym.

Fundatorem Nagrody „Odry” jest Prezydent Wrocławia.

Nagrodzoną książkę Bohdana Zadury wydało Biuro Literackie.

 

 

Miesięcznik „Odra” wydawany jest wspólnie przez Instytut Książki oraz Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – Instytucję Kultury Samorządu Województwa Dolnośląskiego.

Organizatorami obchodów jubileuszu 65-lecia miesięcznika „Odra” są Wrocławski Dom Literatury oraz Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – Instytucję Kultury Samorządu Województwa Dolnośląskiego.

Mecenat nad obchodami jubileuszu 65-lecia miesięcznika „Odra” objęło miasto Wrocław.

Partnerami są: Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego oraz Koleje Dolnośląskie.

Patronat medialny: TVP3 Wrocław, Radio Wrocław Kultura.

MARCOWY NUMER „ODRY” 3/2026

odra– to już 65 lat • Nagroda „Odry” dla Bohdana ZADURY

GADACZ: Kryptofaszyzm Trumpa • SZUBARTOWICZ: W co gra Nawrocki?

MACIEJEWSKA: Od Breslau do Wrocławia • Wielka miłość Gałczyńskiego

BARAN: dziennik i rozmowa • WITKOWSKI: fragment powieści

Wśród MIKROŚWIATÓW • SZPAKOWSKI i DRÓŻDŻ: niezapomniani

 

Spis treści 3/2026:

2   odra    – TO JUŻ 65 LAT

4 NAGRODA „ODRY” 2025

5 Karol Maliszewski: ZAZNACZENIA I SPROSTOWANIA

10 Bohdan Zadura: WIERSZ

12 Bohdan Zadura: HEJ, KOLĘDA, KOLĘDA…

16 Marta Mizuro: SŁOWA UZNANIA

20 Mariusz Urbanek: KRÓTKI KURS HISTORII „ODRY”. CIĄG DALSZY

24 TRUMPIZM, CZYLI PROTOFASZYZM Z Tadeuszem Gadaczem rozmawia Piotr Gajdziński

32 Przemysław Szubartowicz: WIELKA GRA

37 Leszek Waligóra: SEKSMISJA 2.0, CZYLI GDZIE CI MĘŻCZYŹNI?

42 Paweł Kwiatkowski: PIESKI ŚWIAT

49 Beata Maciejewska: ZMARTWYCHWSTANIE MIASTA

58 Wojciech Łuczak: PREDATORZY W AKCJI

64 Józef Baran: Z TYŁU WIDAĆ LEPIEJ

70 WYCIĄGAĆ SIEBIE Z SIEBIE ZA WŁOSY Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott

75 Annabelle Despard: WIERSZE

79 Mariusz Urbanek: ALRAUNE, CZYLI DZIEWCZYNKA HAFTUJĄCA ORNATY

85 Marek Zybura: WITOLDA GOMBROWICZA POCZĄTKI NIEMIECKIEJ

85 „WALKI O SŁAWĘ”

92 Michał Witkowski: SUBSTANCJA

101 Marcin Baran: WIERSZE

103 Olgerd Dziechciarz: PALENIE MOSTÓW

112 Ilias Stanekzai: WIERSZE

114 Elżbieta Łubowicz: SZPAKOWSKI I DRÓŻDŻ

120 Elżbieta Binswanger-Stefańska: DOM DOBRY – W PUŁAPCE STEREOTYPÓW

120 LEPSZOŚCI

124 Rafał Augustyn: TRÓJKĄT WENECKI

128 Marcin Adamczak: DOM DOBRY ZA OCEANEM

131 Jan Miodek: OD KSIĘGOWEJ DO BLIŹNIEJ

133 Jacek Sieradzki: Z PACZKOMATÓW PAMIĘCI

136 Hubert Klimko-Dobrzaniecki: SZLAKIEM TADZIA

NAD KSIĄŻKAMI

137 Andrzej Juchniewicz: JAK UWIEŚĆ CZYTELNIKÓW?

138 Mariusz Urbanek: CZY BÓG JEST? I PO CO?

140 Karol Maliszewski: W SZOPCE, W RUCHU, W LITERATURZE

142 Jerzy Lengauer: ŁASKA PAŃSKA

143 Jarosław Petrowicz: MESJASZ Z DROGÓWKI I OBRYWANIE GUZIKÓW

148 W OFICYNIE

149 POCZTÓWKI LITERACKIE KAROLA MALISZEWSKIEGO

150 SYGNAŁY: AUTOBIOGRAFIA ATWOOD, HOCKNEY, MIKROŚWIATY W MUZEUM NARODOWYM

157 WERNISAŻE

161 8 Arkusz: ROZRUCHY, VOL. 1

 

Odrę można czytać także online na www.e-kiosk.pl www.nexto.pl

 

Wydawcy:
Instytut Książki
Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – Instytucja Kultury Samorządu Województwa Dolnośląskiego

Wydawnictwo dofinansowane z budżetu Samorządu Województwa Dolnośląskiego

Projekt wydawniczy pod nazwą „Ósmy Arkusz ODRY” w miesięczniku „Odra” dofinansowano przez Miasto Wrocław

8 ARKUSZ. 2/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

PODSUMOWANIA I PROGNOZY

 

Nie tylko przełomy wieków, ale przecież także wejście w nowe półwiecze czy – tak jak w przypadku rozpoczęcia 2026 roku – zamknięcie ćwierćwiecza są zawsze dobrymi momentami, by sprawdzić, w jakim kierunku zmierza literatura. Dlatego w lutowym numerze „Ósmego Arkusza” przyjrzymy się temu, co miało miejsce w polskiej poezji ostatnich dekad, a także temu, co ciekawego wydarzyło się w 2025 roku w literaturze. Jakie zmiany, poetyki i tendencje przyniosło ćwierćwiecze XXI wieku? Co zostało z tych ponad dwóch dekad, czy można mówić o ciągłościach, tradycjach, kontynuacjach? O przeszłość i dalsze losy poezji polskiej zapytaliśmy Barbarę Rojek, Aleksandrę Małecką, Wojciecha Kopcia, Michała Memeszewskiego i Olgę Żyminkowską. Ponadto w części poetyckiej prezentujemy wiersz Anny Adamowicz z jej nadchodzącej książki Marne oraz zestaw wierszy Agaty Puwalskiej, która niedawno wydała swoją kolejną książkę Alis Ubbo. Na koniec przygotowaliśmy recenzję (pozornie) kontrowersyjnego tomu Kubek na tsunami Justyny Bargielskiej; z książką zmierzyła się Karolina Górnicka. Niniejszy numer Ósmego Arkusza jest zarazem ostatnim, który ukazuje się w obecnym składzie redakcyjnym. Dziękujemy autorkom i autorom, a także czytelniczkom i czytelnikom za dwa lata uważnych lektur i dialogu o najnowszej literaturze.

 

Sonia Nowacka, Adam Pietryga

 

fot. Maciek Bielawski

 

PODSUMOWANIA ÓSMEGO ARKUSZA

 

  1. Co ostatnie 25 lat wniosło do poezji polskiej? Czy zaszły w niej istotne zmiany, czy był to czas przestoju? Co przetrwało z poprzedniego wieku?
  2. Co zaskoczyło Cię w literaturze roku 2025?

 

 

Barbara Rojek

 

Trzy człony tego pytania mogłyby posłużyć za trzy części opasłego tomiska, w którym ktoś wystarczająco kompetentny zapewne byłby w stanie udzielić na nie syntetycznej odpowiedzi. Jego praca mogłaby posłużyć przyszłym studentom polonistyki jako podręcznik ćwierćwiecza. Sama chciałabym przeczytać taką książkę. . Stąd też w skromnej odpowiedzi w ankiecie trudno się nie załamać pod ogromem kwestii. Powiem więc krótko: z pewnością zaszły w niej istotne zmiany, gdyż wskazać można wiele nazwisk, bez których trudno wyobrazić sobie współczesną polską poezję. Są to nazwiska zarówno z przełomu wieków, z początku stulecia, a także z ostatnich lat. Jednocześnie wydaje się, że takie wyliczenie dykcji dałoby się w jakiś sposób uczynić kumulatywnym – wskazać, w jaki sposób stawki wcześniejsze pozwoliły na powstanie rozwiązań późniejszych. Dobrze widać to chociażby w zaproponowanej ostatnio przez Wojciecha Kopcia kategorii „postpułkowskiego modelu zaangażowania”, za pomocą którego autor podkreśla współczesną nierozłączność myślenia o stawkach politycznych poezji od kwestii wysokiej złożoności formalnej i samozwrotnej refleksji wiersza nad podmiotem, metaforą, stosunkiem do innych utworów z książki czy cyklu.

 

Z jednej strony jeszcze lepsze, świadczące o ciągłej rozbudowie projektów poetyckich kolejne książki rozwijających się poetów i poetek: Wojciecha Kopcia, Jakuba Sęczyka, Justyny Kulikowskiej, Krzysztofa Pietrali, Kaspra Pfeifera. Z drugiej strony niestety również brak zapadających w pamięć debiutów poetyckich. W obu przypadkach jednak nie można mówić o pełnoprawnym zaskoczeniu: wymienieni poeci należą do najciekawszych współczesnych twórców; brak wyrazistych debiutów zaś zdaje się bolączką wykraczającą poza ubiegły rok.

 

 

Wojciech Kopeć

 

Trudno w kilkunastu zdaniach scharakteryzować tak rozległy okres, wybiorę więc parę zjawisk, które uznaję za najciekawsze i najistotniejsze dla ostatnich dwudziestu pięciu lat.

Po pierwsze: zwrot polityczny. Pisano o nim już wszędzie i debatowano, więc nie ma się chyba co powtarzać – wiadomo, jaką miał swego czasu wagę dla polskiej poezji. Na tym polu szczególnie doceniłbym dykcje, które społeczne i polityczne problemy ujmowały w ramy językowych procedur i struktur: niech będzie Maciej Taranek, Justyna Kulikowska i Radosław Jurczak. Coś, co nazwałbym „postpułkowskim modelem zaangażowania” zostanie prawdopodobnie z nami jeszcze na dość długo, tym bardziej że co najmniej trzy (jedne z ciekawszych) poetyckie książki 2025 roku wciąż w jakiś sposób nawiązują do tej formy wiersza.

Po drugie: ogólnie ujmując, zdecydowanie większa obecność poetyk nawiązujących do historycznej awangardy. Chyba właśnie w XXI wieku polska poezja odnalazła wcześniej nieobecny za bardzo w niej surrealizm i dadaizm. Oczywiście moglibyśmy się spierać o terminologię, ale inspiracje te widać czy to w poezji z okolic Cyca Gada (zwłaszcza u Andrzeja Szpindlera), czy w książkach MLB, Ryby, czy w końcu w dokonaniach Rozdzielczości Chleba i Krakowskiej Szkoły Poezji. Oczywiście w parze z poetycką praktyką szło również wzmożone zainteresowanie awangardą na poziomie naukowym i teoretycznym – to już sprawa zwłaszcza ostatnich pięciu-sześciu lat. Z innej jeszcze strony: swoje ważne miejsce miały poetyki spod znaku konstruktywizmu. Zarówno te wyrastające z minimalistycznej formy, prezentujące często coś w rodzaju komunikacyjnego glitchu, ujmujące wiersze jako plany kompozycji (Natalia Malek, Ilona Witkowska, Szymon Bira), jak i te nawiązujące wprost do przedwojennego konstruktywizmu (Agata Puwalska).

Po trzecie: jak sądzę, dopiero w ciągu ostatnich dwudziestu paru lat wykształciła się formuła książki poetyckiej, która zawiera około trzydziestu wierszy i jest poświęcona jednemu zagadnieniu czy tematowi. Ta formuła miała swoje ciekawsze realizacje (jak choćby Animalia Anny Adamowicz) i mniej udane, w których tematy dają się sprowadzić do prostych haseł o tożsamości czy naiwnego literackiego aktywizmu. Bardzo szerokie zjawisko „powrotu do tematu” (pomysł na takie ujęcie podrzucił mi Radosław Jurczak – dziękuję!) mogłoby być reakcją na paradygmat poezji „niezrozumiałej” – twórczość Sosnowskiego, Pióry oraz autorów, którzy w pierwszej dekadzie XXI wieku pozostawali z nimi w twórczym dialogu (Tomasz Pułka, Marcin Czerkasow), ukształtowaną pod wpływem szkoły nowojorskiej.

 

2.

Zasadniczo niewiele (skoro głównym tematem ankiety jest polska poezja, to ograniczam się tylko do tego poletka). Te książki, wydane w 2025 roku, które uważam za szczególnie udane, nie zostały napisane przez debiutantów, ale poetów i poetki z co najmniej jednym tomem na koncie (Justyna Kulikowska, Jakub Sęczyk, Kasper Pfeifer, Agata Puwalska, Przemysław Suchanecki). Nawet jeśli wychodziły poza dotychczasowe ramy twórczości ich autorów, proponowały coś nowego, to każda z nich raczej kontynuowała ustaloną poetykę niż zrywała z nią. Jeśli chodzi o debiuty – pozytywnie zaskoczył mnie Gap Dominiki Filipowicz. Były też książki, które zaskoczyły mnie w negatywnym sensie. Ciekawił mnie poetycki powrót M.K.E. Baczewskiego, niestety Elegancki przedmiot na biurko okazał się zestawem bardzo przeterminowanych i oczywistych chwytów, które dałoby się sprowadzić do pustej elokwencji w służbie niekończącej się nigdy „gry z odbiorcą”.

 

 

Olga Żyminkowska

 

Od zawsze jest we mnie dziecinna radość z tego, że urodziłam się trzy miesiące przed rokiem 2000. Tak jakby ’99 wiązało mnie symbolicznie z dwudziestowieczną, w domyśle: lepszą generacją. I nawet jeśli tak jest, to przecież pytanie o dwadzieścia pięć lat polskiej poezji stawia mnie w kłopotliwym położeniu.

Myślę nad cezurą roku 2000. Wtedy to Nagrodę Nike otrzymuje Tadeusz Różewicz za tom Matka odchodzi. Wiek XX nie odchodzi jednak razem z matką, która jak wiadomo, zawsze siedzi z tyłu. Dwudziesty pierwszy nadal bawi się w fort-da, w swoim widmowym wykolejeniu. Umyślnie i może wymyślnie nawiązuję do Widm Marksa Derridy, książki z roku 1993. Drugie tysiąclecie nawiedza przecież nie tylko przeszłość, ale i to, co nadchodzi. I nie myślę tym razem o Marksie. Różne były przepowiednie na nowy wiek – odyseja kosmiczna, koniec historii, sztuki, człowieka, wreszcie poezji. Prowadzono rozmowy na koniec wieku i na nowy wiek. Niektórzy nawet, tak jak Thomas Bernhard, każdemu myślącemu człowiekowi radzili popełnić samobójstwo przed przełomem tysiącleci. Coś przecież musiało się zmienić i po cichu fantazjowali o tym wszyscy.

 

A jednak odeszli – dawni mistrzowie, fundatorzy nowych języków, powojenni mocarze. Od Miłosza (2004) przez Szymborską (2012), Różewicza (2014), Rymkiewicza (2022), aż do Miłobędzkiej (2025). Przyszli nowi, bez wojennego tobołka. Można by wyliczać, z pewnością wiele nazwisk na to zasługuje, ale takie litanie zawsze kończą się awanturą, towarzyskim faux pas. Można podzielić ich wszystkich na grupy, wepchnąć do szuflad, ot na przykład: poetki krajobrazu, niezmordowani awangardyści, młodzi neoszamani, slamerzy i performerzy, poeci barykadowi, wyznawcy szkoły z Mikołowa i Krakowa, niestrudzeni kawalarze, poetki powściągliwej frazy, kolorowe queery.

Długo by można na ten temat. Szaleństwo katalogowania to przypadłość literaturoznawców. Dolegliwość smutna, bo kiedyś trzeba postawić kropkę, wyczerpać zbiór, narazić się innym profesorom. Polska poezja, tak jak ją widzę, nie ma dziś głównego nurtu. Istnieją wpływy i nawiązania w obrębie wymienionych kategorii (zresztą tylko pokazowych), z którymi żaden poeta się nie zgodzi. Uszami wyobraźni słyszę już okrzyki sprzeciwu – uzasadnione zresztą, bo każdy broni wyjątkowości swojego idiomu. Nie zgadzają się ze sobą czasem nagrody literackie, których w XXI wieku znacznie przybyło, częściowo zastępując i rozleniwiając krytykę. „Klasycy” z Nagrody im. Gałczyńskiego nie zrozumieją werdyktów Silesiusa i Gdyni, i odwrotnie. Wielu narzekać będzie na Nike i jej głównonurtowe, „lewomyślne” wybory. Niektórzy zachwycać się będą slamami, upatrując w nich ożywczy napój dla rzekomo zblazowanej poezji. Każdy wierszowy potworek może mieć dziś swoich wyznawców, dowodem popularność tzw. open mike-ów. Nie trzeba specjalnej wnikliwości, by stwierdzić, że dzieje się w poezji sporo, nawet coraz więcej, bo i język przeobraża się z szaloną prędkością. Czasy takiej wielości mogą budzić chęć ucieczki, zamilknięcia, zgrywy albo radykalnej nowości. Nie namawiam bynajmniej do popełnienia samobójstwa na przełomie ćwierćwiecza. Może jedynie do wyobrażenia sobie widma ostatniego poety. Tego, który ziewa.

 

Cieszę się z małego powrotu polemik literackich (spór o łzy na łamach „Dziennika Literackiego”, awantura o „šalamunizm” w polskiej poezji czy utarczki wokół ostatniej książki Dawida Kujawy). To na ogół dobry barometr literackiego zeitgeistu.

Niezmiennie kibicuję tłumaczom, którzy przypominają świetne francuskie książki. W tym roku Tomasz Swoboda, Krzysztof Umiński, Mateusz Kwaterko, Jan Maria Kłoczowski – by wymienić tylko niektórych.

 

 

Aleksandra Małecka

 

Ze względu na brak specjalistycznych kompetencji kierunkowych w temacie historycznym zaprezentuję spojrzenie z perspektywy najsubiektywniej osobistej. W roku 2000 miałam 9 lat, wczesne lata dwutysięczne mogę rekonstruować jedynie z opowieści kolegów. Ja sama w okresie nastoletnim z poezji czytałam właśnie wiek XX,: np. Gałczyńskiego, Poświatowską, Barańczaka (obu panów też przekłady).

W kwestii wieku XX wydaje mi się, że sprawa jest prosta – kanon się nie zmieni, może ktoś jeszcze zostanie wygrzebany z zapomnienia (jak to było z Ginczanką) lub odczytany w nowym świetle. Z ciekawostek – wśród młodzieży podobno panuje teraz zajawka na ekstatyczne oblicze Miłosza (Czesława).

Na osiemnastkę (2009) mama kupiła mi wiersze zebrane Świetlickiego – który na pewno już się zapisał w historii literackiej – miałam w planach do nich zaglądać, ale jakoś nie było okazji. Potem jako studentka lingwistyki i amerykanistyki zapoznawałam się z kanonem anglojęzycznym i frankofońskim.

Moja osobista przygoda ze środowiskiem literackim zaczęła się w roku 2012. Wtedy wszyscy przeżywali śmierć Tomka Pułki (istotny, sądząc choćby po już powstałej monumentalnej jak na poetę z jego roczników bibliografii akademickiej). Ze strony Ha!artu pobrano wówczas 80 tys. pdf-ów z jego ostatnim tomem.

Jakoś tamtego lub kolejnego roku w Warszawie zajrzałam na festiwal Manifestacje poetyckie – tamto środowisko poetyckie zrobiło na mnie smętne wrażenie, nie wydało mi się nęcące. Interesowały mnie wtedy ewentualnie wybryki Rozdzielczości Chleba (zostanie jako istotna być może w niszy cyber, podpartej akademicko).

Osobista znajomość z piszącymi jest dla mnie cenna, dopełnia obrazu.

Pierwszym żywym poetą, którego poznałam (koło 2014?), był Konrad Góra, postać (choć jego samego, jak twierdzi, nie interesują recenzje jego osoby). Osobna twórczość Góry odhacza, że przestoju nie było.

Potem moją przewodniczką po krajobrazie środkowych lat nastych stała się Maja Staśko, którą jako reprezentantkę redakcji „Wakatu” (wówczas w pewnych kręgach bardzo modnego) zapoznaliśmy z mężem w Bydgoszczy na jakimś evencie czasopiśmienniczym, a śledziliśmy w sieci już wcześniej jako awanturnicę i mąciwodę.

Tu warto otworzyć nawias ogólnoliteracki: czas ten co do zasady przyniósł przemianę obyczajową w zakresie norm traktowania in personam młodych osób, w szczególności kobiet, ale nie tylko, w środowisku literackim. Przemiana na korzyść. Pewne zachowania, choć nadal niestety miewają miejsce, dużo mniej uchodzą.

Wkrótce po zadzierzgnięciu znajomości ze Staśko, wówczas doktorantką polonistyki, uknułyśmy projekt serii poetyckiej w Ha!arcie, pod modnym wówczas hasłem zaangażowania. Warto odnotować, że szał na zaangażowanie dość szybko się rozwodnił, bo okazało się, że taka zwykła tożsamościówka, jaka święci triumfy po dziś dzień, poetycko nie jest znowu aż taka interesująca, a zaangażowanie można rozumieć tak szeroko, że właściwie jak się dobrze przymierzyć, to każdą poezję można w jakieś zaangażowanie ubrać (przykładem nasza własna komunikacja nt. debiutu Kosendy jako zaangażowanego w dziwność).

Staśko miała świetne rozeznanie, jej typy, które pamiętam z rozmów w tamtym czasie (Pietrek, Janiak) przynajmniej z perspektywy na dziś okazały się trafne. Trzeba oddać jej też sprawiedliwość, że to ona upierała się emfatycznie, że trzeba wydać debiut Kulikowskiej.

Nawias drugi: wyrównała się reprezentacja, ułatwił się w ogóle dostęp do publikacji debiutu, zapewne za sprawą uwarunkowań materialnych – druku cyfrowego.

I nawias trzeci: projekty krytyczne polonistów dziś około trzydziestoletnich – zobaczymy, co z nich zostanie, ale wniosły dużo fajnej świeżości i odrodziły poniekąd koncepcję „projektu krytycznego”, która trochę przymarła jakoś w połowie omawianego ćwierćwiecza. To gra długoterminowa, rozpisana na dekady, ale niektórym obiecująco idzie – pewnie Ci, którzy wytrwają w akademii, mają lepsze szanse podtrzymać projekt.

W roku 2017 poznałam Miłosza Biedrzyckiego i Roberta Rybickiego, który rok wcześniej osiadł w Krakowie (obaj nadistotni!) – ta znajomość okazała się przełomem w moim rozumieniu poezji i poetów, trudno to zwięźle opisać. Stanowi to wycinek ich działań, jednak trzymając się perspektywy osobistej, odnotuję, że panowie włączyli się w różnych rolach we współpracę w Ha!arcie, jako autorzy, mentorzy, redaktorzy, konsultanci i przede wszystkim współuczestnicy życia literackiego, w którym w ich wykonaniu poezja i życie splatają się tak, że trudno wyszczególniać i rozdzielać.

Nawias czwarty: emancypacja kompetentnych poetycko redaktorów po okresie, jak mi się wydaje, bezhołowia z lat nastych, gdzie w wielu miejscach przeważnie jak sobie napisałeś, tak ci wydali, to kolejna warta odnotowania przemiana zaszła w tym okresie.

 

Zaskoczyło mnie jak momentami zabawna jest książka Bez znieczulenia Marcina Kąckiego. A propos – w moim osobistym postrzeganiu polskiej literatury dopełnia się postępująca od jakiegoś czasu emancypacja od oglądania się na gusty stołeczne, dociera do mnie, że to zupełnie inny obieg niż ten, który mnie interesuje. W jakimś sensie zaskoczyłam sama siebie tą przemianą, jeśli porównać, że jeszcze parę lat temu nie byłam wolna od przejęcia w tej sprawie.

Towarzyskie odkrycia tego roku to dla mnie para Łępicka-Kopeć i na powrót Górniak.

Największą ekscytację literacką w całym roku odczułam, czytając opowiadanie Prompt autorstwa anonimowego autora (Anon 77) nadesłane do czasopisma „Ha!art”. Miało taki flow, że już od pierwszych zdań wiadomo było, że to jest do wydania. Piękne uczucie, życzę go sobie jak najwięcej w przyszłości.

 

 

Michał Memeszewski

 

1.

Cóż, po pierwsze: urodziłem się ja, dla mnie to całkiem znacząca zmiana!

Mówiąc poważnie: wydarzyło się sporo rzeczy, ćwierć wieku to przecież w historii najnowszej strasznie długo (i nie wydaje mi się, by była to jedynie kwestia bliskiej perspektywy i niewyselekcjonowanego materiału). Trudno w adekwatny sposób ugryźć taki kawał czasu, tym bardziej nieobramowany żadnymi wydarzeniami, które moglibyśmy uznać za graniczne, wyodrębniające w periodyzacji te ostatnie dwadzieścia pięć lat. W przypadku roku 2000 można by jeszcze wskazać debiut Roberta Rybickiego Kod genetyczny, a 2025 – premierę Kubka na tsunami Justyny Bargielskiej, pierwszą książkę poetycką uznanej autorki napisanej we „współpracy” ze sztuczną inteligencją – ale pierwszy przypadek, choć oczywiście ważny, jeszcze nie stanowi o przełomie, drugi jest zbyt niedawny, by oceniać jego skutki.

Rzecz jasna, spojrzenie na dwie i pół dekady zawsze będzie fragmentaryczne, wybiórcze, ograniczone do wybranych wątków, z których perspektywy można śledzić kolejne sploty wydarzeń; samych tych wątków jednak wyliczyłbym całkiem sporo, a wyodrębnienie ich z grona pozostałych jest arbitralne: wszystko reaguje ze wszystkim. Dlatego ograniczę się do kilku dla mnie najciekawszych.

Po pierwsze: burzliwa trajektoria kategorii zaangażowania (czy szerzej: polityczności) od pojęcia problematycznego, kontrowersyjnego (wypieranego bądź eksponowanego), przez liczne dyskusje i wystąpienia (mam tu przede wszystkim na myśli publikację antologii Zebrało się śliny oraz towarzyszące jej debaty), po rozpowszechnienie, normalizację i krytykę jako zbyt łatwej łatki, za prostego wytrycha interpretacyjnego, pozwalającego ograć kolejne książki poetyckie, dla których polityczny wymiar gestu poetyckiego był nie naddatkowy, ale dla tegoż gestu integralny i oczywisty (od zaangażowania – ale nie polityczności – dystansował się w taki sposób Radosław Jurczak w opublikowanej w 2020 roku rozmowie, towarzyszącej premierze jego drugiego tomiku poetyckiego, Zakłady holenderskie). Zaangażowanie – kojarzone z nim dykcje, zabiegi, konwencje, retoryka – uległo w końcu utrwaleniu i jako takie jest łatwo reprodukowalne; dlatego właśnie poezja slamowa, jak celnie stwierdza Jakub Skurtys w opublikowanym w „Małym Formacie” podsumowaniu debiutów z roku 2024, w swoim politycznym wydaniu tak często wyciąga „średni[ą] statystyczn[ą] albo sam[ą] esencj[ę] literatury zaangażowanej”. Jako moment wyczerpania się kategorii zaangażowania widziałbym właśnie okolice roku 2020, co ciekawe przynoszące jednocześnie nasilenie wystąpień, które podkreślają związek problemów społeczno-politycznych z literaturą (jak antologia Jak długo będziemy musieli, zredagowana przez Ewelinę Krupską i Patrycję Sikorę, czy Dla moich dziewczyn Agaty Jabłońskiej, związane odpowiednio z zatrzymaniem Margot z kolektywu Stop Bzdurom oraz z drugą falą czarnych protestów po zaostrzeniu prawa aborcyjnego). Polityczność w typie „zaangażowanym” nie zniknęła – właściwie to powraca przy każdym rozruchu – ale jako kategoria znacznie straciła i na atrakcyjności, i na operatywności w odniesieniu do nowych dykcji; najbardziej użyteczna poznawczo wydaje się właśnie jako odniesienie do pewnego wykrystalizowanego już modelu, którego wpływy lub spóźnione pogłosy dalej są zauważalne.

Być może zaangażowanie/polityczność to wątek najbardziej wyrazisty, najbardziej wpływowy – to m.in. w zmianie podejścia do myślenia o polityczności literatury Paweł Kaczmarski widzi zjawisko na tyle ważne, by w artykule Jakieś dziwne przeczucie, jak przed świata końcem. Argumenty za nową cezurą zaproponować przesunięcie linii demarkacyjnej z roku 1989 na 2008.

Po drugie: cyfryzacja, restrukturyzująca obiegi i środowiska życia literackiego, przeniesienie części życia literackiego – grup warsztatowych i czytelniczych, czasopism, wydarzeń, zinów, antologii – do internetu. Zjawisko jednocześnie niepozorne (przynajmniej dla osoby, która w internecie spędziła prawie całe swoje świadome życie) i zaskakujące w skutkach. Przynosi bowiem większą decentralizację (ale i dalszy rozpad wspólnoty czytelniczej), nowe kanały i sposoby mówienia o literaturze i jej promowania (choćby Rafał Masny nagrywający serię relacji na Instagramie, na których czyta wiersze – wskazuję na ten przypadek przede wszystkim ze względu na jego surrealność; tiktoki Soni Nowackiej, edukujące w zakresie warsztatu poetyckiego i historii literatury, krytyczny bookstagram Zuzanny Sali czy profil na Facebooku +-1354, publikujący mniej lub bardziej regularnie wiersze oraz fragmenty prozy), większą dostępność do książek i periodyków (udostępnianych niekiedy za darmo), w końcu nowe narzędzia, z którymi eksperymentowali twórcy (chociażby zakurzone już zabawy z hipertekstem), czy nowe nurty poetyckie, które zaistniały przede wszystkim dzięki mediom społecznościowym (jak instapoezja, która ów związek z konkretną platformą sygnalizuje już w samej swojej nazwie). Nie da się opowiedzieć historii tych dwudziestu pięciu lat bez „Cyc Gada” (2005–2009), „Rozdzielczości Chleba” (2011–2018), „Małego Formatu” i „KONTENTU” (niestety tymczasowo zawieszonego; 2017), „Wizji” (już nieistniejących) i „Stonera Polskiego” (obecnie „Sobera Polskiego”; 2018), „Strony Czynnej” (2020) i „Zakładu” (2021), a zatem cyfrowych przestrzeni publikacji i rozmowy o literaturze.

Po trzecie w końcu: rehabilitacja awangard, zarówno tych przedwojennych, jak i powojennych – wbrew całemu rytowi pogrzebowemu, przeprowadzonemu przez Miłosza. Widzimy to nie tylko w przypominaniu zapomnianych twórców i stron historii polskiej literatury (jak w przypadku antologii Awangarda jest rewolucyjna albo nie ma jej wcale, zredagowanej przez Joannę Orską i Andrzeja Sosnowskiego, czy książki Aaa!… 111 wierszy Jarosława Markiewicza, wybranych przez Dawida Kujawę, Rafała Wawrzyńczyka i Jakuba Skurtysa), ale i wyraźnej inspiracji dykcjami dadaistycznymi i surrealistycznymi, konstruktywistycznymi i futurystycznymi; jawnych odniesień i bardziej subtelnych wpływów. Nie sądzę, by literaturę po roku 2000 dało się zrozumieć bez odniesienia do tradycji awangardy.

 

„Zaskoczenie” to dosyć problematyczna dla mnie kategoria, przynajmniej stwierdzanie nie na gorąco, a po fakcie – rozbłyskuje i zanika, pochwycone przez wtórną racjonalizację (zbyt często redukującą masę tego, co możliwe, jedynie do tego, co ostatecznie zostało zrealizowane). Najłatwiej zrekonstruować po czasie zaskoczenia negatywne i ambiwalentne. Dlatego jeśli musiałbym wskazać przynajmniej jedno zaskoczenie – to byłby to wspomniany wyżej Kubek na tsunami Justyny Bargielskiej. Nie tylko dlatego, że powstał we „współpracy” ze sztuczną inteligencją (służącej nie generowaniu wierszy albo ich fragmentów, ale jako rozmówca-terapeuta, w zamierzeniu autorki pozwalający jej na sprawniejszą pracę), ale przez recepcję (mówiąc eufemistycznie: mieszaną). Ale największym zaskoczeniem jest chyba to, jak zwykły to tomik. Nie przewrót sam w sobie, nie awangardowy eksperyment, nie trzęsienie ziemi. Wśród znacznego oburzenia, wypowiedzi krytycznych, napastliwych i defensywnych, po prostu chciałbym się zastanowić, czy do powstania najnowszej książki Bargielskiej w ogóle potrzebna była sztuczna inteligencja, skoro jej zastosowanie nie wprowadza znacząco nowej jakości. W najlepszym przypadku zwiększyło zasięgi przez status pierwszej polskiej książki poetyckiej powstałej przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji.

 

 

PRZEWIDYWANIA

 

Jakie tendencje/nurty/poetyki rozwiną się w poezji polskiej w kolejnych latach?

 

Aleksandra Małecka

– Sensualność/seksualność.

– Jednymi z najciekawiej piszących po polsku poetów są autorzy pochodzący np. z Ukrainy (Jurij Zawadski, Ivan Davydenko) – obecność takich postaci wyjdzie nam literacko, myślę, na dobre.

– Czas porządków, wyborów, poprawionych wydań, reedycji, przekształceń, przetworzeń, przepisywania samemu i przez innych – kuratorowanie masy (nad)produkcji z ostatniego ćwierćwiecza, rzeźbienie w niej. U nas ostatnio i wkrótce: Szaber II Natalii Malek oraz wybór z Edwarda Pasewicza (jeśli przyznają nam adekwatne dofinansowanie – w chwili, gdy piszę te słowa ogłoszenie wyników przez IK opóźnia się już przeszło dwa tygodnie). Fajnie, gdyby porządki i zaczepno-wnikliwy dialog międzypokoleniowy jak w pierwszym rozdziale Pocałunków ludu Dawida Kujawy kontynuowano też w krytyce.

– Mówi się o zwrocie polskim, ale co to dokładnie znaczy, jeszcze się wykluwa.

 

Michał Memeszewski

Tu znowuż narzuca mi się najnowsza książka Bargielskiej, która może stać się precedensem, ośmielającym do większych eksperymentów ze sztuczną inteligencją. Niezależnie od Kubka na tsunami, który przecież nie został wygenerowany przez model językowy, a był tylko psychologiczną pomocą dla autorki w trakcie procesu, prędzej czy później będzie trzeba zmierzyć się na naszym poletku z książkami wygenerowanymi w pełni przez AI, publikowanymi jako produkt sztucznej inteligencji otwarcie lub z pominięciem tej informacji, jako żart, prowokacja lub poważny eksperyment. Ciężko przewidzieć, jak potoczy się to w wypadku oficjalnych obiegów literackich; instapoezja niestety, jak sądzę, jest jednak skazana na śmierć przez utonięcie w generatywnej brei, choćby tylko i przez jej ilość.

Sądzę, że dalej będziemy obserwować rozwój i permutacje dwóch nurtów, zaznaczających się wśród aktualnych tendencji: poststoneryzmu (z braku lepszego określenia) i skupionej na ciele dziewczyńskości. Czyli odpowiednio poezji wynikłej z inspiracji twórcami z kręgu „Stonera Polskiego” oraz (często pośrednio) surrealizmem i dadaizmem, odmiennymi stanami świadomości, chłopackiej i cechującej się pewną wrażliwością na tematy społeczno-polityczne – oraz wierszy operujących na bardzo cielesno-fizjologicznym rejestrze, na płaszczyźnie tematycznej skupione na doświadczeniach młodych kobiet: na procesie upłciowienia, podporządkowania i wykluczenia, ale także tworzenia dziewczyńskiej wspólnoty, wychylającej się za granice opresyjnego systemu (Ola Lewandowska-Ferenc ze swoim debiutem Jesteśmy pierwszą ciemnością tego lata oraz opublikowanym w „Dzienniku Literackim” esejem Dziewczyńskość: ciało, podłości i inne śliczności byłaby tu jednym z bardziej oczywistych przykładów tej drugiej tendencji; przykłady wierszy poststonerowych z kolei najlepiej szukać na ten moment w periodykach, przychodzi mi na myśl choćby Paweł Konar).

 

Na pewno na popularności nie będzie traciła ekopoetyka ani poezja związana ze zwrotem ludowym; już teraz zresztą te nurty często się łączą (np. w książce Urszuli Sikory Trzynasty miesiąc albo książkach Małgorzaty Lebdy czy Urszuli Honek). Być może jednak docieramy właśnie do punktu krytycznego, w którym dochodzi już powoli do przesytu – już teraz obserwujemy wyciąg ze „średniej statystycznej”, stabilizację i reprodukcję typowych cech przypisywanych dykcjom zaliczanych do tych nurtów (czego chyba najlepszym dowodem jest zawsze parodia, w tym wypadku: książka-laureatka pierwszej edycji konkursu na najgorszą książkę  im. Timothy’ego Dextera, czyli Shmrodek. True Polish Eastern European Experience in the Shadow of the Class Trauma and the Story of the Struggle for the Class Advancement Filipa Matwiejczuka i Łukasza Żurka). Jeśli tak, to w konsekwencji ekologia i wiejskość nie znikną, ale będą musiały zostać opowiedziane w inny sposób, za pomocą innych narzędzi, innej estetyki (nie sposób nie wspomnieć interesującej przeciwwagi dla owej zasklepiającej się estetyki w postaci wyróżnionych w Nagrodzie im. Wisławy Szymborskiej żertw Antoniny Tosiek, również autorki głośnej pozycji Przepraszam za brzydkie pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet). I będąc szczerym – właśnie tego nam wszystkim życzę.

A resztę się zobaczy.

 

 

Barbara Rojek

 

Trudno udzielić w tym wypadku satysfakcjonującej dla czytelnika odpowiedzi, bo zdaje się, że owe „dykcje” są zazwyczaj owocem ewolucji idiomów już funkcjonujących lub pewnych przemian w rozkładzie wartości estetycznych. Przewidywania wskazujące na powstanie nowych „szkół” czy „nurtów” są tyleż efektowne, co mało prawdopodobne. Pozwolę sobie jednak na dwie prognozy – negatywną i pozytywną: być może pewien sukces Małgorzaty Lebdy we wprowadzeniu poezji do czytelniczego mainstremu za pomocą nieskomplikowanych form, powierzchowności kontemplacyjnego minimalizmu i estetyzujących obrazów stanie się przyczynkiem dla innych, podobnie mało interesujących, dykcji, które wypełnią jakąś rynkową lukę; być może kolejni poeci zaczną w swoich wierszach podejmować temat możliwości i osobliwości istnienia wiersza, a także gestu jego tworzenia, jako czegoś osobliwego w świecie wypełnionym towarami.

 

 

Wojciech Kopeć

 

Prognozy krytycznoliterackie mają często do siebie, że po kilku latach brutalnie weryfikuje je rzeczywistość. Pozwolę więc sobie zmodyfikować pytanie i odpowiedzieć, jakie poetyki chciałbym, żeby rozwinęły się w nadchodzących latach. Zatem, życzyłbym sobie (i czytelnikom), większej liczby książek ambitnych i pisanych z rozmachem. Używam tak szerokiego pojęcia, bo nie mam na myśli żadnej konkretnych poetyk – ani uchodzących za bardziej zaangażowane, ani bardziej „hermetycznych” czy wyraźnie tematyzujących jakieś zjawisko. Chodzi mi przede wszystkim o skłonność do ponoszenia estetycznego ryzyka, o książki, które nie tyle odpowiadają na „ważne problemy”, co je konstruują; dochodzą do nich i konfrontują z nimi czytelnika, a nie zadowalają się potwierdzaniem lekturowych oczekiwań (a co za tym idzie osobistych doświadczeń, emocji). Żeby nie być gołosłownym – parę nazwisk, które spełniają te oczekiwania z nawiązką: Matwiejczuk, Kulikowska, Domarus, Kaczanowski, Bartczak, Puwalska. Mam też nadzieję, że w najbliższych latach pojawi się w poezji więcej głosów polemicznych, krytycznych, zwłaszcza wobec poetyk modnych, a niezbyt interesujących estetycznie i poznawczo. Szlaki przetarł już Shmrodek Łukasza Żurka i Filipa Matwiejczuka. Życzyłbym sobie zatem: mniej sentymentalnej „ludowości”, nostalgii, chłopackości, banalnej ekopoezji i naiwnego zaangażowania.

 

 

Olga Żyminkowska

 

To pytanie o rozwój, z gruntu więc problematyczne – zakłada, że poezji czegoś chyba brakuje, skoro będzie się rozwijać. Podobnie buńczuczne są „tendencje/nurty/poetyki” – jakby przeznaczeniem poetów był jakiś marsz czwórkami, którego cel da się przewidzieć. Gdybyśmy wiedzieli, czego się spodziewać, moglibyśmy spokojnie czekać na arcydzieło, które będzie przypominać to, co już znamy. Takie, dajmy na to, drugie Życie na Korei. Albo Sezon w piekle vol. 2. Krytyk przewidujący „dalszy rozwój” poezji przypomina trochę anioła historii, który stoi tyłem do przyszłości. Z przodu ruina. A „dalej – dalej ”? „Patrzę w oko smoka. / I wzruszam ramionami”.

 

 

WIERSZE

 

Anna Adamowicz

 

Pensjonareczka:

 

Wokół mostu Szaławiły mgła taka, że kroić

ją nożem w pasma i kłaść na Zacnej – wyglądają jak rzewny

woal, jak łopoczące poły, jak twoja suknia, Zamario, jak ostry

smak twoich ust. Ach, nie, to nie twoje usta, to tylko sukcymer,

który ojciec kazał mi rano wypić, zanim zaplótł mi warkocze,

zanim wyszłam z domu z Bażantem Stróżem, ostrożnie po schodach, bo głupio łamać

 

nogę w tak piękny mglisty dzień. Spójrz, Bażancie Stróżu, jak Zacnej łatwo łamać

barwy ruchliwą taflą, jak łatwo kotłować, wić się, kroić

Marne na lewy brzeg i prawy brzeg. Fale jak rozplecione warkocze,

puszczone luzem sznurki łez w rzewnym

płaczu nad Wiwarium i Lapidarium, jak strugi sukcymeru

przelewane nad Ossuarium i Kolumbarium. A tam już ostry,

 

dźwięczny chrzęst szkła, a tam ostry

stukot obcasów: hutnicy idą w łamanym

szyku do Chryzopraza, jeszcze dopijają poranny sukcymer.

Spoza ich pleców nad Ogrodem Chemicznym nagły ruch kroi

niebo od brzegu do brzegu. Co to, co to?! To kometa mknąca jak rzewna

łza! Patrz, Bażancie Stróżu, kometa ma warkocze

 

(zdają się ciągnąć od Plisy do Lichego) i ja mam warkocze

(choć nie tak okazałe). Kometa gna nad Krainą Podłyżkową, ostro

skręca nad smardz Syrojeżki, która, gdyby nie spała, westchnęłaby rzewne

jaja, rzewne jaja, nomen omen, serce się łamie.

Kometa leci dalej, ku Pałacowi Ofiar Batrachomyomachii, serce się kroi,

na taką kometę nie pomoże żaden sukcymer.

 

Wiadomo, od czego innego jest sukcymer,

od pochwycania cząstek promieniowania w warkocze,

chociaż nie, bardziej w pierścienie! Idealnie skrojony,

tak słyszałam, środek chroniący przed ostrą

chorobą popromienną, która mogłaby złamać

życie niejednej szklarskiej rodziny. Pożywny sukcymer jak rzewny

 

śpiew komety – leci dalej, odbija się w lśniącym, rzewnym

błocie Zacnego Łęgu; czy tamtejsze zwierzęta też piją sukcymer?

Czy sukcymer płynie w żyłach Zacnej? Czy wszystko się kiedyś załamie

jak pokal z defektem, czy wszystko oplotą ogniste warkocze

Plejad Włosażar – nie wiem, choć jeden obraz jest ścichapęk ostry:

najwyraźniej nad Marnem coś się kroi.

 

Na miarę jak łopoczące poły skrojona, choć przedziwna rzewność,

która złapała mnie rano nad ostrym smakiem sukcymeru.

Ojca łamało w kościach, kiedy plótł mi warkocze.

 

 

Tekst pochodzi z powieści wierszem o roboczym tytule Marne. Jest to projekt realizowany w ramach Stypendium artystycznego Prezydenta Wrocławia.

 

 

Agata Puwalska

 

stajnia jednorożców

Widziałam kwiaty głodne mięsa

                                                                                                              Mila Elin, Pogodzenie

 

okrywanie powiek oddzielanie twarzy od widoku

rytm z krzeseł podpełza pod łokcie

bąble z trawy unoszą

 

trwanie przesunięcia w zakresie zegara

ucho staje się różową jaskinią

o parametrach wystarczających by odpocząć

spocząć na nim

 

to tylko tak tyka

 

flakon prowadzi do wybuchu

kwiat wyciąga swój język

unicestwić białe

 

powieki skropić miękko rozciągnąć

choć wskazówek brak

 

 

świadomość mgławicą

 

czy odmienność wyklucza

samotność ciążenie do środka

drugi plan księżyc jak łezka nitka melancholii (zerwać

jak najszybciej)

 

wzdłuż ulicy karłowate drzewa ludzie wciśnięci

w kurtki bo wiatr ukryte strategie (byle

nie nadużywać) nasłuchiwanie syren

 

prowokowanie strun rozwijanie dźwięków

chociaż nie prowadzą

zadurzenie w tym jednym (kaprys!)

 

który utkwił w ukryciu w małżowinie skały

w podsłuchu wydmy

 

 

sen znów jest nic nas nie złamie

 

oczy różne rodzaje:

 

prostokąty małe cętki wielkie talerze albo poziome

kreski podłużne łodzie canoe

zanurzone w twarzy

 

każda para organizuje pustkę opowiada

osadzone blisko

zlewają się w jedno

 

więc w oczach wschód ta delikatność

która pozwala odepchnąć się od ziemi

wejść w życie

 

zajrzeć prowokując:

to było takie na wyrost

to ciągłe sięganie w przestrzeń po to

co się wydarzy

 

uwięzienie w czasie nie doskwiera gdy najpierw

robi się wszystko co wymaga lat

tylko po to by potem

zająć się tym co ogranicza wiek

 

 

RECENZJA

 

Karolina Górnicka

 

W skali Bargielskiej

 

Współczesna poezja polska byłaby w zupełnie innym miejscu, gdyby nie Justyna Bargielska. To niewątpliwie jedna z ważniejszych postaci literackich, która przyczyniła się do zmiany myślenia o słowie pisanym w obliczu przeobrażeń otaczającego świata, ludzkich potrzeb i pragnień. Poezja po Bargielskiej jest bliższa doświadczenia (szczególnie kobiecego). Poetka konsekwentnie rezygnuje z patosu i wzniosłości na rzecz humoru, nawet gdy w wierszach omawia rzeczy ostateczne, obnaża podmiotki, pozwalając im na bycie słabymi, obśmianymi, bezradnymi. W miejscu, z którego przemawia poetka, nikt nie chciałby stać, a jednocześnie stał tam każdy – skazany na porażkę wobec traumy, śmierci, rozpaczy. Bargielska stworzyła własny dyskurs, który łączy okrucieństwo z niewinnością, katastrofę ze śmiechem, eschatologiczną grozę z dziecięcą infantylnością. To eksperymentalne zacięcie warszawskiej poetki wyrażane było nie tylko w sposobie opowiadania o stracie, cierpieniu, lecz także w geście strącania wielkich, ważnych idei z piedestału, pomiędzy codzienne czynności, prozaiczne przedmioty.

Myśl, że pisanie to przekraczanie uwidacznia się również w przypadku najnowszego tomu Kubek na tsunami, nad którym Bargielska pracowała z AI, co od początku wzbudzało niemałe kontrowersje w świecie obrońców poezji czystej. Trudno wyobrazić sobie bardziej bargielski eksperyment niż ten: gdy wybebeszono już podmiot, zrezygnowano z integralności jego istnienia, przekroczono wszelkie granice intymności i opisano (lub przemilczano) każdy stan człowieka, naturalnym krokiem jest przekroczenie granicy humanizmu. W obliczu możliwości dużych modeli językowych, algorytmów, generatorów treści, a także wszelkich moralnych pytań i wątpliwości związanych z ich wykorzystywaniem, szczególnie intrygujące wydaje się zderzenie tego, co dokładnie wykalkulowane z tym, co odczuwane. Należy jednak zaznaczyć, co w wywiadzie z Arturem Bursztą podkreślała sama autorka, że AI nie napisała ani jednego wiersza, ani nawet pojedynczego wersu tej książki. Bargielska pracowała z ChatemGPT na zasadzie rozmowy, z pełną świadomością, że to co otrzymuje, jest jedynie odbiciem jej własnych promptów, propozycji, pomysłów, a sama idea współpracy była dla niej pokrzepiająca. Warto już w tym miejscu powiedzieć, że eksperyment się udał, a Kubek na tsunami jawi się jako Proof of Concept dowodzący, że tego rodzaju praca poetycka jest wykonalna, a nawet wyzwalająca.

Najnowszy tom poetki to oko cyklonu, które wciąga do wewnątrz wszystko, ustanawiając reguły tak powołanego świata: łączy się tu rozpacz, miłość, paczka chipsów, poręcz, komputer, umieranie, jeżdżenie windą. Bargielska przejmuje funkcję serwera proxy, pośrednika między materią nieożywioną a wszystkim, co żywe, zacierając granice uznawane dotychczas za niemożliwe do przekroczenia. Jej sposobem na usunięcie tej immanentnej różnicy jest nadpisywanie (nadpisywanie jest wymazywaniem) – autorka tworzy współczesny palimpsest, którego kolejne warstwy zastępują to, co było pod spodem. W przeciwieństwie do twórców z minionych epok, Bargielska może nadpisywać w nieskończoność – nawet jeśli de facto tego nie robi, sama świadomość nieograniczoności procesu zmienia jego odbiór. Reguły tego świata zostają czytelnikowi przedstawione w otwierającym tom wierszu Jesteśmy kanonem, a to jest nasz fandom, w którym podmiotka zdecydowała zostanę bogiem nowego świata. Trudno jednak uznać tę deklarację za genesis: to raczej deewaluacja aktu stworzenia, porównanego do nowego sezonu serialu, targanego wiatrem liścia, spoglądania przez szybę pociągu nocą. Świat według Bargielskiej traci w ten sposób immanencję – okazuje się, że wcale nie jest czymś stałym, wiecznym, trwającym pomimo istnienia bądź nieistnienia ludzi, zwierząt, roślin. Dopuszczenie do siebie myśli, że nawet to, co powinno być wieczne i niezmienne takie nie jest, pozwala zrzucić egzystencjalny ciężar i spojrzeć z dystansu, z nutą ironii i lekceważenia. Dlatego tymczasowy świat się dopasował, i oddał nam czipsy, a na deklarację podmiotki odpowiedział jedynie meh, czemu nie.

Idiom Bargielskiej zestawia ze sobą nieprzystające porządki – łączy codzienność z metafizyką, często celowo mieszając rejestry służące do opisywania tych zjawisk. Kanon, który ma swój fandom to tak naprawdę deklaracja zainteresowania regułami, zasadami rządzącymi nowym światem, a nie nim samym – stoicka fun machine, dziwna vending machine, token przywiązania są jedynie promptami aplikowanymi algorytmom, wersjami testowymi wszechświata, wobec których zostaje jedynie powiedzieć „ok”. Podmiotka wyznaje: gdy mówię »niech mi się stanie według słowa twego«, / mam na myśli »YOLO, niech lecą konsekwencje«, / a nie, że ci ufam”, co wskazuje nie tyle na brak sprawczości człowieka wobec biegu wydarzeń („stanie się” bez względu na zgodę lub sprzeciw), co rejestruje klęskę języka w ironiczny sposób. Osoba mówiąca w wierszu wie, że jutro nie nadejdzieinnego końca świata nie będzie – to w codzienności czai się śmierć, nie w biblijnej wizji apokalipsy. Warto przy tym zwrócić uwagę, że Bargielska nie próbuje wyzwalać języka, a jedynie bada, w jaki sposób przejawia się jego zniewolenie wobec rzeczywistości – stawia tezę, że podobnie jak algorytmy sztucznej inteligencji jest zaprogramowany i istnieją luki w jego integralności. W Kubku na tsunami język laguje, wywala błędy i halucynuje, co odpowiada cechom języka w ogóle – nietrudno przecież wyobrazić sobie i przywołać (choćby na podstawie twórczości Bargielskiej) sytuacje, zdarzenia, emocje, na które brakuje słów. Tezę tę można pociągnąć dalej, stwierdzając, że nie tylko język jest zaprogramowany (a przez to błędogenny), lecz także cały wszechświat, łącznie z naturą i ludźmi. Potwierdzają to wersy z utworu Operacja „Płatki wstydu”: Oszukane są łososie z tym salmon urge płynięcia w górę rzeki, / by tam wykonać salmon rytuał. Tymczasem giną pod autem na zalanej szosie; wskazują, że natura programuje łososie tak jak komputer, a świat opiera się na arbitralnych, sztucznie ustanowionych zasadach. Nie ma więc podziału na naturalne i sztuczne, realne i wyobrażone, istniejące i nieistniejące – jest tylko to, co zaprogramowane. Kwestią sporną pozostaje jedynie twórca kodu.

Mimo hiperświadomości podmiotki w kwestii braku sprawczości i kontroli nad wydarzeniami doszukuje się ona w tym stanie pewnego rodzaju wyzwolenia: kiedy jedyną odpowiedzią pozostaje akceptacja, nie ma konieczności tłumaczenia się. Tym sposobem śmierć staje się jedynie kolejnym etapem reakcji łańcuchowej, metaforycznym martwym ciągiem, który łączy w sobie ciężar istnienia z brzemieniem nieistnienia, a działaniom tym przyświeca zasada żeby zasnąć, trzeba się obudzić. Zostaje ona wyjątkowo wyjaskrawiona w wierszu Tren, kurwa:

Siedziałam i się kładłam, i znowu siedziałam,

patrzyłam za okno, śniegu masa spadła,

wszystko pod nim znikło. Zastrzyki dawałam,

 

starałaś się wyrwać, noc powoli bladła,

wiedziałyśmy obie: jutro nie nadejdzie,

i kiedy przysnęłam, ona się zakradła.

 

Dzisiaj tuż za tobą ustawiam się w rzędzie,

nie bardzo się boję, choć klamka zapadła,

bo mnie nauczyłaś: co będzie, to będzie.

 

Żeby umrzeć, trzeba żyć, a i życie git, tylko szkoda, że nie jest sami wiecie czym mówi podmiotka w swoistym antytrenie. Poza klasyczną, regularną formą nie zgadza się w nim nic: brak tu opłakiwania, wyliczenia zasług, pocieszenia czy napomnienia, a jednak wiersz w dobitny sposób mówi o stracie w wymiarze niewyrażalnym słowami, o czym świadczy tytułowa „kurwa” oraz cicha rezygnacja w zamykających utwór wersach. Śmierć zdaje się tu przemilczana, okrążona, a w pozbawionym emocji pogodzeniu się z losem tkwi zrozumienie reguł panujących w świecie.

Choć na przestrzeni tomu podmiotka próbuje dociekać, przeformułowywać te zasady, uznaje swoją porażkę wobec niewzruszonego kodu wszechświata:

Chciała wiedzieć natomiast, dlaczego nie mówi się „nieżyjący”

zamiast „nieżywy” czy wręcz „martwy”. Taka drobna zmiana,

a przecież mogłaby zrewolucjonizować nasze podejście do śmierci.

Przecież chcemy zrewolucjonizować nasze podejście do śmierci?

Ale nikt jej nie odpowiedział, a kolejka wciąż jeździ.

 

Po raz kolejny u Bargielskiej katastrofa czai się w szczelinach, pęknięciach, niepozornych czynnościach i przedmiotach, które są nie tylko świadkami, lecz także uczestnikami zagłady. Okazuje się, że rewolucja w podejściu do śmierci nie jest potrzebna, choć może lepiej powiedzieć – nikt nie jest nią zainteresowany. Z pytaniem rzuconym w eter zostaje kolejka, która, podobnie jak inne sprzęty i przedmioty: kubek zmywarka, winda, pilot do szlabanu, zachowuje wobec niego zaprogramowaną obojętność. Nietrudno więc dojść do wniosku, że rzeczy w Kubku na tsunami istnieją na równi z ludźmi – nie jest to jednak forma antopomorfizacji czy przejaw ekokrytyki – to stwierdzenie faktu, że świat materii nieożywionej nie potrzebuje człowieka. Jest wprost przeciwnie: to człowiek uczynił z rzeczy bogów swojej codzienności, co potwierdzają fragmenty Kubek sam wraca na podstawkę. / Nie mów, że widzisz w tym cośkolwiek dziwnego, kontempluj stos martwych pikseli, Zmywarko, zmywareczko, powiedzże mi przecie. / Nic ci więcej nie powiem, idźże spać, krakenie, To woda dla boga zlewu – mówisz.

Nierozerwalnej więzi człowieka z jego przedmiotami nie zniszczy nawet śmierć, bo ich losy powiązane są na poziomie emocjonalnym – rzeczy cieszą, smucą, sprawiają cierpienie, pozwalają spełniać marzenia, wywołują choroby – zakres ich sprawczości znacznie przekracza sprawczość ludzką. Potrafią też zmieniać, bo piekło to innych / sieć neuronowa i narastać we wstydliwych stosach. Przedmioty u Bargielskiej dominują świat, tak jak niegdyś ludzie zdominowali zwierzęta i rośliny, wprowadzając go w nową erę ewolucji. Stają się niemymi uczestnikami tragedii codzienności, dowodząc, że koniec świata to dzień, który trzeba jakoś przeżyć. Choć dla innych to tyle co nic, Bargielska pokazuje, że mała katastrofa może wyjebać skalę. I to też jest ok.

 

Justyna Bargielska, Kubek na tsunami, Biuro Literackie 2025, s. 44.

 

 

 

 

 

 

 

 

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Barbara Rojek – krytyczka literacka, redaktorka „Małego Formatu”, redaktorka „Twórczości”. Studiuje filozofię.

Aleksandra Małecka – ur. 1991, redaktorka związana z „Ha!artem” (od 2012 roku), krakuska. W wydawnictwie inicjuje, prowadzi i redaguje. Sama niekiedy tłumaczy z języków angielskiego i francuskiego (życzy sobie więcej tłumaczyć poezji i być może więcej redagować poezji w tłumaczeniu).

Wojciech Kopeć – ur. 1998, poeta, redaktor wydawnictwa KONTENT, krytyk literacki. Publikował m.in. w „Czasie Kultury”, „Twórczości”, „Małym Formacie”, „Odrze”, „Więzi”, „Zakładzie”. Autor trzech książek poetyckich: przyjmę/oddam/wymienię: (2021, tom wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Literackim „Złoty Środek Poezji” oraz w Ogólnopolskiej Nagrodzie im. Kazimiery Iłłakowiczówny), jest taki konik (2023, tom otrzymał Nagrodę Literacką Gdynia) oraz Klif, dywiz i sestyna (2024).

Olga Żyminkowska – doktorantka filozofii w Szkole Doktorskiej Nauk Humanistycznych UAM. Autorka książek Milana Kundery filozoficzna koncepcja postawy lirycznej, dramatycznej i powieściopisarskiej (Universitas, 2022) oraz Sartre i sztuki wizualne (Universitas 2026). Laureatka Nagrody im. Leszka Kołakowskiego, Stypendium Ministra Edukacji Narodowej i Stypendium im. dr. Jana Kulczyka.

Michał Memeszewski – z Bydgoszczy, w Krakowie. Na UJ, po edytorstwie, na krytyce literackiej. Publikacje w różnych miejscach. Zaimki: on/jego, ona/jej.

Anna Adamowicz – urodziła się w 1993 roku w Lubinie, mieszka i pracuje we Wrocławiu. Diagnostka laboratoryjna, poetka, autorka sześciu tomów wierszy (Wątpia, Animalia, Nebula, zmyśl[ ]zmysł, Stłuc, Jaw). Nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia, Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, międzynarodowej Nagrody Václava Buriana. Wyróżniona Nagrodą im. Wisławy Szymborskiej oraz Nagrodą-Stypendium im. Stanisława Barańczaka. Publikowana w czasopismach. Tłumaczona na języki, obrazy, dźwięki.

Agata Puwalska – poetka, autorka tomów wierszy haka! (Biuro Literackie 2021), PARANOIA BEBOP (KONTENT 2022), Funky Forest (SPP, Oddział w Łodzi 2024), otwarte światy (Katalog Press 2024), Alis Ubbo (Biuro Literackie 2024). Dwukrotna laureatka Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO, za tom otwarte światy otrzymała nominację do Nagrody Literackiej Gdynia (2025).

Karolina Górnicka – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Publikuje w czasopismach „KONTENT”, „Strona Czynna”, „Stoner Polski”. Mieszka we Wrocławiu.

 

 

8 ARKUSZ. 1/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

ZJAWY CODZIENNOŚCI

 

W styczniowym Ósmym Arkuszu, zamiast kminić postanowienia noworoczne, zwracamy się ku przeszłości, a raczej z samej przeszłości zjawiają się ku nam rzeczy. Arkusz otwiera recenzencki dwugłos dotyczący Jawu Laury Osińskiej/Anny Adamowicz. W szkicu Natalii Kosteckiej zaskakuje pojawianie się widm młodopolskich erotyków jako kontekstu dla lektury wierszy Adamowicz, zaś Agnieszka Sokołowska wyjawia, w jaki sposób Osińska przeszczepia na polski grunt amerykańską tradycję poezji lesbijskiej. Dlaczego raz Adamowicz, a raz Osińska – o tym przekonacie się w samych tekstach.

Chociaż wiersze Miry Król erotykami nie są, gdzieniegdzie się do nich zbliżają, lecz na zupełnie innych zasadach niż u Osińskiej. Prezentowany w Arkuszu zestaw to przede wszystkim strumienie wszelakich zjawisk codzienności, próby uchwycenia ich i towarzyszących im lęków. Podobny cel przyświeca dwóm prozom Cypriana Hirscha, ale tutaj w teraźniejszość wjawia się nieustannie trudna przeszłość. Napiszemy jeszcze tylko, kończąc tym samym zarówno zajawkę, jak i naszą autotematyczną grę, że jawi się nam ten numer bardzo ciekawie, a wszystkich zapraszamy do (zjawiskowej?) lektury.

Jakub Famulski, Kamil Figas

Redakcja Ósmego Arkusza

fot. Maciek Bielawski / maciekbielawski.pl

 

Natalia Kostecka

 

Jedno ciało, jeden żuk

 

{          }

ależ ja bym chciała mówić w imieniu wielu,

ależ ja bym chciała manifestować, zabiegać,

wygłaszać, udzielać głosu czy oddawać głos,

tyle razy próbowałam, udawałam, markowałam,

ale wiem, że mam tylko to jedno ciało, jednego żuka w jednym pudełku

                                                                                                          (s. 5)

Przytoczony wiersz otwiera najnowszy tom Anny Adamowicz pt. Jaw, który tak jak zmyśl [] zmysł, został podpisany heteronimem Laury Osińskiej. Zawarte w nim utwory można by odczytywać niezależnie, jednakże sięgnięcie do całej twórczości poetki (zarówno tej sygnowanej własnym nazwiskiem, jak i podpisanej pseudonimem) pozwala na umiejscowienie ich w szerszym kontekście. Pokazuje także, jak różnorodne są środki wyrazu używane przez Adamowicz. W tych wierszach dominuje zapis intymny, a jednocześnie prozaiczny, silnie kontrastujący z opublikowanym zaledwie parę miesięcy wcześniej Stłuc. Kręgosłup Tytanii Skrzydło. Tym razem pozbawiona skrzydeł Tytania schodzi na ziemię, by opowiedzieć o sprawach na pierwszy rzut oka prostszych, ale równie ważnych.

Debiutancka książka Wątpia z 2016 roku była zanurzona w obrazach rozcinanych ciał, tkankach kostnych i szpitalnej bieli. Późniejsze Animalia uzupełniły stworzony przez absolwentkę analityki medycznej obraz o wiwisekcje. Nebula przekierowała językową soczewkę z animalistycznych sekcji wnętrzności na polityczną aktualność i pytania o przyszłość świata, w którym funkcjonujemy. U Adamowicz nastąpiło wyraźne zerwanie z barokową poetyką, a przynajmniej – jej chwilowe zawieszenie. Nie sili się już na misterne zdobnictwo, konceptyzm, turpizm, konflikt tragiczny między ciałem a duszą, pascalowską metafizykę. Nie pragnie rozbudowanego poematu na miarę Stłuc. Kręgosłup Tytanii Skrzydło, roztaczającego przed odbiorcami skomplikowaną wizję choroby, szukającego coraz śmielszej metaforyki dla oddania ogromu fizycznego cierpienia. Zamiast tego łaknie profanum, z nadzieją rozgląda się za autentyzmem. Jednak to tomowi zmyśl [] zmysł najbliżej jest do utworów z 2025 roku, co być może wiąże się z różną atrybucją autorstwa poszczególnych książek. W Jawie wracamy do niewinnej codzienności, delektujemy się miłością i szukamy nowych, przystających do współczesności sposobów, by to uczucie stekstualizować.

W cytowanym na wstępie wierszu podmiotka wyraża chęć mówienia „w imieniu wielu”, lecz ze smutkiem stwierdza, że w zastanych realiach taka wypowiedź jest niemożliwa. Każda próba kończy się fiaskiem, każda manifestacja – nędznym udawaniem. Gdy kurz owego dyletanckiego theatrum mundi opada, gdy maska aktorki znika, pozostaje zaledwie jedno ciało, jeden żuk w pudełku. Na nim Adamowicz skupia się w całym tomie. Wielkie prorocze narracje zawodzą (język karleje, język się rozpada, s. 7), dlatego należy porzucić romantyczny i modernistyczny patos. Poetka odtąd będzie zabierała głos jedynie w swoim imieniu.

Autorka Jawu posługuje się konwencją erotyku, dobrze znaną i chętnie wykorzystywaną w polskiej tradycji literackiej, a zatem nasuwającą skojarzenia z chwytami charakterystycznymi dla poezji miłosnej poprzednich epok. Jednakże twórczyni zdecydowanie oddala się od egzaltacji właściwej liryce Młodej Polski. Unika zarówno dekadentyzmu Kazimierza Przerwy-Tetmajera, jak i symbolizmu Bolesława Leśmiana. Jej erotyki stronią od metafizyczno-filozoficznych rozważań. Nie mają traktować o niespełnieniu, melancholii, przekraczaniu granic bytu, cierpieniu i śmierci. Nie są także baśniowe ani teatralne.

O czym zatem opowiada nam Adamowicz? O miłości do ukochanej, o meblach, o zapachach. Wiele w tym jest ironii i lingwistycznej autorefleksji, jak np. w utworze opatrzonym incipitem pustostan ogarnięty… (s. 8) – strywializowane określenia charakterystyczne dla sentymentalnych erotyków (liliowe zauroczenie, drobne krople zaschniętej farby) zostały wzięte w nawias, gdyż na liryczne banały nie ma już miejsca w antropocentrycznej rzeczywistości.

Jaw obfituje również w odważne queerowe manifesty, zbliżając się niekiedy do innych głośnych poetyckich protestów ostatnich lat. Podejmuje tematykę wykluczenia tak jak Instrukcja dla ludzi nie stąd i Wszyscy o nas mówią Patrycji Sikory, z tym że mniej w nim nieskrywanej złości. Sprzeciw wobec opresji osób nieheteronormatywnych wyrażany jest bez agresji czy wulgaryzmów, delikatniej niż u Sikory – co nie oznacza, że mniej dobitnie. Niezgoda na patriarchat i represyjne praktyki Kościoła katolickiego w Polsce wielokrotnie wraca w całym tomie. Księża nie szerzą wśród wiernych tolerancji dla różnorodności, toteż pieśni pasyjne podmiotka nuci podczas mycia zębów, a nie podczas mszy. Skrawki sfery sakralnej (witraże, święty Sebastian, kadzidła) przedostają się do życia kobiety, lecz tylko dlatego, że atakują w losowych momentach (s. 31), despotycznie zawłaszczając myśli. Osobę mówiącą oburza ostracyzm wobec lesbijek zarówno w przestrzeni religijnej, jak i w sferze konsumpcjonistycznej – w instrukcji składania elementów wyposażenia znajduje tylko nagie sylwetki mężczyzn i kobiet. Miłość par homoseksualnych przemysł meblarski ostentacyjnie przemilcza.

„Zakazana” miłość saficka bezpretensjonalnie objawia się wspólnym siedzeniem w niedzielne popołudnie (moja dłoń przy twojej stopie, s. 10), pocałunkami gorszącymi przedszkolaki, spaniem w koszulce partnerki, ale też przeżywaniem śmierci kotki Miśki. Relacja opiera się zatem na skromnym rytuale trwania, z całym jego dobrodziejstwem i okrucieństwem. Wzruszające wsparcie wyrażane jest we wzajemnej opiece, nawet jeśli polega ona na czymś tak prostym jak smarowanie zmęczonych stóp swej kochanki żelem aloesowym. Czasem ta prozaiczność wykorzystywana jest z ironią, jako pretekst do zwrócenia uwagi na jakiś palący problem społeczny, tak jak w wierszu moja dziewczyna pachnie świeżym chlebem… (s. 33), w którym podmiotka mówi o wycieńczającej pracy w piekarni za najniższą krajową.

Odarta z niepotrzebnych ozdobników materia dnia powszedniego służy Adamowicz także do ukazania uczuć rodzicielskich. Wiersze o mamie i tacie wplata zręcznie między wiersze o innych miłościach (s. 22, 41). W pierwszym z nich kreśli obraz dziecięcego bólu z powodu wyrzynających się zębów, a w drugim prostą scenę nauki alfabetu. Nie ma w nich azjanizmu ani afektacji, a jednak czytając je, można poczuć szacunek i oddanie zamknięte w familiarnych miniaturach poetyckich.

W tomie nieustannie powracają porównania. Zapach dziewczyny podmiotki zestawia się z zapachem różańca, trybularza, katedry; intymność między kobietami – z bliskością bloków w piramidzie; samą partnerkę – z kociakiem, przypływem, słonecznymi blikami na tafli jeziora, słonym Adriatykiem, krętą Wenecją. Bogactwo skojarzeń charakteryzuje Jaw, a jednak Adamowicz podkreśla, że miałkim jak pył językiem (s. 25) nie można w pełni opisać przywiązania, jakie żywi do ukochanej. Być może dlatego świadomie rezygnuje z nadawania tytułów swoim utworom. Mowa spłaszcza wszystko jak chromy walec (s. 35), zatem jej niewystarczalność zawsze będzie dręczyć ludzi. Doświadczenie zapośredniczone nigdy nie zrówna się z rzeczywistym, gdyż – jak trafnie zauważył już Mickiewicz – w żyjących języku nie ma na to głosu.

Agnieszka Sokołowska

 

Jak sen na jawie

 

Jaw to druga książka poetycka Laury Osińskiej – „mąciwody”, „awatarki” i „maski”, za którą kryje się Anna Adamowicz. Podobnie jak pierwszy zbiór, zatytułowany zmyśl[]zmysł, najnowszy tom składa się przede wszystkim z erotyków. W Jawie Osińska zawarła wyznanie miłosne dla ukochanej, wplatając w nie także „wiersze o innych miłościach”: o wdzięczności dla rodziców, przywiązaniu do ulubionych miejsc, dawnych kochankach czy też o epikurejskiej pasji życia. Tak skomponowana książka wydała mi się mniej intrygująca niż poprzedni tom, który w nowatorski sposób opowiadał o związku lesbijskim oraz nieszczęśliwym rozstaniu. Zarazem lektura Jawu sprawiła mi przyjemność właśnie dlatego, że tym razem wiersze dotyczą miłości szczęśliwej i spełnionej.

Adamowicz o autorce zmyśl[]zmysł i Jawu mówi w trzeciej osobie, a sama pojawia się na kartach tytułowych jako edytorka, która dokonała wyboru wierszy. Dzięki zapośredniczeniu (charakterystycznemu dla twórczości queerowej) poetka oddziela od siebie tę część, która pisze o miłości. Paradoksalnie, rozdwojenie pozwala jej zachować zarówno dystans, jak i swoisty autentyzm opowieści – istniejąca wyłącznie w języku Osińska może być zarazem autorką, bohaterką i podmiotką liryczną wierszy. Jest w stanie pisać autobiograficzne teksty o seksualności i uczuciach, ze szczerością, a niekiedy z dozą naiwności czy sentymentalizmu, właśnie dlatego, że tak naprawdę jej nie ma. Dynamika między Osińską a Adamowicz polega na zderzeniu siły wyrazu zakochanej dziewczyny z językową i stylistyczną precyzją doświadczonej poetki.

Dla współczesnej twórczości lesbijskiej przełomową rolę odegrało pisarstwo Adrienne Rich. W zmyśl[]zmysł Osińska wprost przyjęła matronat amerykańskiej poetki i feministki, obierając jako motto frazę z 21 wierszy miłosnych. Ten słynny cykl erotyków Rich stanowi świadectwo głębokiego uczucia do ukochanej i konstytuuje jeden ze sposobów mówienia o „egzystencji lesbijskiej”. Krytycy literaccy podkreślają, że u Osińskiej, która przeszczepia styl Rich do polskiej poezji najnowszej, należy w szczególności docenić pracę w języku, pozwalającą wyrazić i uobecnić kobiecą miłość homoseksualną. W Jawie autorka ponownie podejmuje wysiłek tworzenia adekwatnej dykcji, chociaż ma świadomość niewypowiadalności niektórych doświadczeń i niewystarczalności słowa.

Osińska tworzy zmysłowe obrazy poetyckie, które koncentrują się zarówno na cielesnym, jak i duchowym wymiarze miłości. Nawet o najbardziej osobistych przeżyciach pisze z niezwykłym wyczuciem i delikatnością. Wyznanie miłosne często opiera na grach lingwistycznych albo pięknej frazie czy lirycznej apostrofie: jesteś perłowa i perlista / rozpięta na obojczykach żebrach kolcach biodrowych / sprężysta jak miąższ nieuchronna jak przypływ. Poetka, w duchu barokowego konceptyzmu, czerpie też z metaforyki religijnej: miłość jest dla niej niczym misterium, pocałunek to komunia, a ciało ukochanej pachnie jak różaniec, trybularz i katedra. Właśnie za pośrednictwem tego ciała może doświadczyć epifanii oraz przeniknąć sacrum.

Jaw jest swego rodzaju dwugłosem, naznaczonym zarówno obecnością podmiotki, jak i adresatki wierszy. Adamowicz w rozmowie z Martyną Szypiło odwoływała się do relacji głównych bohaterek z filmu Portret kobiety w ogniu w reżyserii Céline Sciammy. Proces twórczy, przedstawiony w kinowej produkcji oraz w książce polskiej poetki, opiera się na pełnej napięcia grze spojrzeń. Zaciera się podział na stronę aktywną i bierną, malarkę i modelkę, pisarkę i czytelniczkę, gdyż obie kobiety obserwują się, konfrontują i odbijają swoje wizerunki. Osińska pisze o tym uwikłaniu dwóch tożsamości: „przymierzam nas do siebie szukając lustrzaności”. Znaczący jest fakt, że w ostatnim wierszu podmiotka zastanawia się nad sytuacją przeciwną – co by było, gdyby to jej ukochana komponowała zbiór poezji miłosnej: „powiedz jak pisałabyś tę książkę / gdzie ubrudziłabyś się tuszem”.

W Jawie słyszę nie tylko wyraźną inspirację poezją Rich. Kiedy czytam drugi utwór w tomie, rozpoczynający się od słów być z moją dziewczyną, mimowolnie myślę o sławnym Having a coke with you Franka O’Hary. Erotyki Osińskiej w luźny sposób nawiązują do personistycznej poetyki mówienia o miłości, zgodnie z którą miejsce wiersza jest między dwiema osobami. Pisarstwo Laury dąży do konkretu, wydarza się w teraźniejszości, a zakochanie wpisuje w ramy banału i codzienności. Teksty przyjmują formę szkicowych zapisków, wyimków ze zwykłego życia albo lapidarnych pocztówek z wakacyjnych wyjazdów. Tak jak 21 wierszy miłosnych Rich, utwory polskiej autorki układają się w poetycki cykl o życiu w stałym związku, opartym na partnerstwie, akceptacji i bliskości. Dotyczą stabilnej relacji, gdy już minęło pierwsze zauroczenie, a chęć zrobienia wrażenia przechodzi w chęć zrobienia owsianki. To, co w zmyśl[]zmysł było traktowane jak niemożliwa do zrealizowania fantazja – two women live peacefully in long-term relationship – w Jawie stało się rzeczywistością: „pustostan”, którym było ciało i serce podmiotki po poprzednim rozstaniu, został „ogarnięty”.

W tomie wyraźnie zaznaczona została problematyka formy. Osińska (chociaż przyjęła imię adresatki słynnych sonetów Petrarki) z ironią dystansuje się od męskiego kanonu poezji erotycznej:

myślałam, żeby ubierać historie w sonety:

[…]

a moja dziewczyna jest jak sto razy

te wszystkie średniówki tych soneciarzy,

jak tam, soneciarze, jak zdrowie, jak korzonki.

Autorka wie, że od dyskursu pisania o miłości nie da się odciąć, ale należy go rozszczelniać i modyfikować. Być może dlatego jeden z wierszy w Jawie jest „zamaskowanym” sonetem, w którym regularny podział na kwadryny i tercyny został zaburzony za sprawą dodatkowych komentarzy, ujętych w nawiasach i umieszczonych między strofami. Ten „włoski sonet” nawiązuje do tradycyjnej liryki miłosnej również dzięki zastosowaniu porównania, paralelizmów oraz inwersyjnego szyku zdania: wracam do ciebie, jak Adriatyk słonej, jak Wenecja krętej.

Wzorując się na postawie Rich, Osińska transcenduje niepewną opozycję tego, co prywatne, oraz tego, co polityczne. Chociaż znajdziemy w Jawie odniesienia do niezadowalającej sytuacji społecznej, najistotniejsza jest więź między dwiema kobietami. Niejako z konieczności żyją one w duchowym odosobnieniu od świata, w którym nigdy nikt nie zwracał uwagi. Poetka wyjaśnia koncentrację na osobistym doświadczeniu w utworze otwierającym tom. Blisko jej do twórczości zaangażowanej, ale ma tylko to jedno ciało, jednego żuka w jednym pudełku – czyli jedno serce. Dlatego zamiast manifestu wybiera lirykę konfesyjną. Witalna siła miłości i erotyzmu sama w sobie ma potencjał zdolny odmienić rzeczywistość i uwrażliwić innych na doświadczenie wykraczające poza heteronormatywne schematy: moja dziewczyna jest naraz rewolucją / notatką do rewolucji / przypisem do rewolucji.

Osińska nie nazywa żadnego ze swoich wierszy, zaś w miejscu tytułu umieszcza dwie klamry: { }. Puste nawiasy pojawiały się już w zmyśl[]zmysł jako symbol przemilczenia i tabu. W Jawie funkcjonują raczej jako minimalistyczny idiom, sygnatura autorki. Za sprawą szczeliny, utworzonej z symetrycznych znaków pisarskich, wiersze otwierają się przed czytelnikiem, tak by mógł podglądać to cudze życie – celem tomu jest przecież ujawnienie związku lesbijskiego w społeczeństwie i języku. Mamy do czynienia z wiarygodnym zapisem indywidualnego doświadczenia, któremu poetycka soczewka Osińskiej nadaje onirycznego liryzmu, ale nie ujmuje autentyczności, godząc w wierszach prawdę i zmyślenie. Nie ma tu sprzeczności – wszak spełniona miłość jest jak sen na jawie.

Mira Król

 

.2 zgony na sekundę.

mówiłam: chcę

                         kolorowe koraliki na szprychach

                               i żeby się świeciły jak raspberry disco ball

                                              mam syndrom niespokojnych nóg

                                                                             daleko nie ucieknę

za garażem palą śmieci

                           palą

                                   śmierci

smród taki że nie da się oddychać

gęsty dym hula po synapsach jak halny

       wszyscy mamy tu SAD

       dziewczyny idą na solarium

       chłopaki na siłkę

       na kierownicy stawiam maneki neko

                                              i  bądź zdrów

terapeuta mówi:

                           zamknij oczy i policz do dziesięciu

                                               a ja boję się że się schowa

                                               i go nie znajdę

                muszę wyjść inaczej ktoś zginie

na całym świecie oczekuje się 4,3 urodzeń i 2,0 zgonów na sekundę

wyświetlacz odpala się jak raca

nie widzę ich ale wiem że są

                  z gelato i chata gpt

                                        ja mam pod żebrami śnięte ryby

                                                     na żebrach handpoke żyj teraz

                                                               jak żebrak robię kołyskę z dłoni

                                                                                    i wchodzę w tryb snu

mówiłam:

                               life is not a funny game bitch

                                               neverending rave

                                                                            road

                                                                                       rout

                                                            mówisz: znowu zgubiłem cię w gabinecie luster

                                                                                         to było wtedy

                                                                                                     mówiliśmy jednym

              językiem

podając go z ust do ust

                        nizialiśmy koraliki

byle do jutra

przywołuję ludzi, klientów i szczęście.

tyle znaczy moje imię

maria magdalena

z wieży ryb

                    lew który połknął poskramiacza

                  poskramiacz który połknął lwa

zarzekał się że chce tylko iść z nim na pięści

zmierzyć się

               mierzyć do

namie-

rzyć

                                                                   żyć                                                               

dzwoni mi w uszach

proszę pilnować swojego zwierzątka

bo może zostać odstrzelone

słucham?

halo?

przepraszam nie mogę teraz rozmawiać nagraj się po sygnale

I wtedy przychodzi ta śmieszna wiadomość. Jezus wyrzucił z ciebie siedem złych duchów! I nie wiesz co z nią zrobić. I jesteś Butch Cassidy. Delete. Rzeźnik. Delete. Kradniesz dżinsy. Delete. Kradniesz konie. Delete. Rabujesz pociągi w Grand Junction.

                                                  Delete.

                                                                Po 30 dniach plik zostanie usunięty

                             na zawsze.

a ty przeczytasz mnie mojej śmierci

tylko uwiąż myśli na łańcuchu

język trzymaj za zębami

                                                        palec na spuście

to dziki zachód

inkubator nocy

wczoraj zwierzyna

jutro mięso armatnie

hole in the wall

pif paf

.żywe/martwe.

powiedzieć uwiera

     to

        nie powiedzieć

            nic

                          jak powiedzieć

                                     wszystko

                                                       jeśli

                                               nic i wszystko

                                        to bezkształtne masy

                                         ścierające się na macie

                                       hałas kostki obijającej się o kostkę

i uwiera mnie myśl o

                                uwieraniu

                        ciśnie gryzie obciera

                          targa rwie szczerbi

                                                 i  swędzi jak kiedyś

                                            ból wchodził i wychodził

                                                       porami skóry

                 rytmicznie

                                       drapałam do krwi

                                            żywy strup

                                        na żywym mięsie

A wystarczy położyć dłoń na stygnącej piersi i czekać. Czekać aż wszystko zgaśnie. Ciepło uchodzi jak powietrze z przekłutego balonika. A neony napierdalające światłem ze wszystkich stron sfajczą się i roztrzaskają na miliardy przezroczystych słońc,

które niczym Kajowi szkiełko- wpadną do oka

do serca

do mięsa.

dopiero wtedy na tej suchej ziemi,

po której nie wolno nam chodzić boso,

                                                 wzejdzie cisza

                                       soczysta i słodka jak owoc

                                         wilgotna i dobra jak glina

i znowu zaczniemy się dotykać

                                                 bez lęku

                                           lepić naczynia

                                                                    ciała

                                                            miękkie i ciepłe

Cyprian Hirsch

 

Ten Sezon

 

Jutro stąd wyjdę. Dziś sobie tu leżę i się nie ruszam, bo mi wygodnie, ale mam prawo, bo wychodziłem stąd już wiele razy. Ale jutro wstanę wcześniej i wyjdę stąd, chwytając się opuszkami palców szczerba po szczerbie.

Pamiętam ból zeskrobywanych paznokci, gdy wcześniej zjeżdżałem po tej ścianie.

Wiem, że dużo jest takich dołów z ludźmi w środku. Leżymy sobie wspólnie w dołowej, zbiorowej nieświadomości.

***

Fajnie byłoby usłyszeć jakiś głos, może taty, nawet kosztem jego przekonywań o tym, że jego klub w końcu, po dwudziestu latach, zdobędzie mistrzostwo kraju.

Wiem, jak kolejny raz tu dotarłem. Kilka dni z rzędu nie obudziłem się przed siódmą rano.

Spóźniający się ja to nie ja. Może tamto ja zostało na górze.

***

Trochę za długo tu jestem. Przydałaby się lina. Jeśli nie czyjaś, to chociaż czegoś, jakiegoś stoicyzmu, cynizmu, optymizmu. Izmy też mogą rzucać linę.

***

Mówią, że boli mnie nieposiadanie konkretnych, autentycznych ambicji. Bo myślę, że moje marzenia były jedynie skokami marzeniowymi.

Skoki marzeniowe, co to za określenie. Po prostu chwilowe ekstazy spowodowane specyficznym połączeniem pozytywnych impulsów.

Chwytanie się tych drobnych paramarzeń, jeśli okoliczności były względnie sprzyjające, powodowało utrzymanie się ostatnim sumptem na powierzchni na poziomie zero. I to dużo mówi o świecie. To wszystko, całe to stąpanie ponad dołami jest właśnie tak kruche, jak paramarzenia.

Ale nawet nie marząc niepoprawnie, a marząc racjonalnie, lub w ogóle, można natknąć się na kruchość. I nawet nie wpaść w żaden dół po drodze, a paść na poziomie zero.

Tu w tym dole, jakby nie było, nie jest krucho. Kruche jest wszystko inne.

Po co wracać na powierzchnię tak kruchą, że nieważne, ile razy przeskoczy się dół, można się roztrzaskać na kawałki?

Gdybym usłyszał choćby powitanie kogoś, kogo lubię, poczuł zapach ulubionego dania czy zobaczył skrawek ładnego budynku.

I słyszę.

– Człowiecze, co tam robisz? – dziwi mi się jakiś pan u góry.

Czuję, że nie zna tego uczucia. Nie został zmuszony nigdy do błąkania się po swoich myślach, bo każdej sekundy myśli był świadom siebie i chwili. I teraz pyta mnie, co ja tu robię, tak jakby moje nadmierne myśli były wyrazem jakiejś głębszej głupoty.

– Tam nie jest dobrze, martwię się!

Znam go. Mijał mnie wielokrotnie. Dużo mówił. Nie podejrzewałem go o empatię.

– Wyjdę stąd niedługo. Będzie dobrze – odpowiadam automatycznie, bez przekonania.

Chyba chwilę tam stał i się zastanawiał. Potem poszedł. Ciekawe, czy długo o mnie myślał.

***

Wychodzę. Ale nie sądzę, że na długo.

***

Znów spadłem.

Sypialnia kojarzy mi się z dźwiękiem połączenia przychodzącego na teamsach.

Mamy tu łóżko dwieście na dwieście, dwa stoliki nocne, kufer, biurko z komputerem, skórzane krzesło obrotowe, dużą szafę typu komodor, taboret.

Dzwoni tata.

Opowiada, żebym kiedyś do niego przyjechał, bo musimy się wybrać na mecz. Mówi jak zawsze, że to ten sezon. Z pewnością, odpowiadam, unikając choćby cienia przekąsu w głosie.

Wychodzę na chwilę z dołu i wdrukowuję uśmiech na twarz. Znów skaczę między kraterami.

W salonie odbywa się dzień właściwy, odrębny od dnia sypialnianego. Dobiegają mnie rozmowy wszelakie córko-matczyne.

Ich uśmiech utrzymuje mnie tu, pozwala czasem unieść się nad takim kraterem mimo – wydawałoby się – wciąż działającej grawitacji. Nie słyszę go jednak wiecznie, nie odbija się on echem przez piętnaście godzin, widocznie mam przepełnioną głowę.

Wstyd mi przed własnymi myślami, więc zakopuję je zawczasu. Wstyd goni znów wstyd, gonitwa wstydu. Wstyd przed płaczem, wstyd przed myśleniem. Wstyd przed myśleniem o wstydzie. Wstyd przed samym sobą z niezrozumienia tej całej gonitwy.

***

Piwo, pub, kolega, z którym się nie widziałem pół roku.

Nie pamiętam początków tej rozmowy. Mówi nagle:

– Znajdź mi kogoś, kto rozmawia z kimś tak jak sam ze sobą. Pewnie ty też nie rozmawiasz ze mną tak jak sam ze sobą.

– Wiadomo, że nie.

– Ale chciałoby się, co nie?

Łyk.

– Może i tak, pytanie co by z tego gadania wyszło.

– Pewnie jakieś pieprzenie.

Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale zamilkłem. Łyk.

Mówi:

– Czasem trzeba się ugryźć w język. Chcesz powiedzieć więcej, a nie ma to sensu.

– Tak jak teraz.

Łyk.

Wylewa mi się coś z ust nagle.

– Zbyt ckliwi na cyników, a zbyt cyniczni na romantyków.

– Co?

– A, nic nic. Głośno myślę.

Łyk.

Znowu wylewa się jakaś nieprzygotowana nagła myśl:

– O nas nikt książki ani nawet opowiadania nie napisze. Bo jeden czytelnik by chciał cynika, a drugi romantyka. Nikt takiego pół na pół.

– Mądre, ale obawiam się, że nikt cię nigdzie nie zacytuje.

Łyk. Długi łyk. Cisza, spojrzenie na lewo w poszukiwaniu znajomych.

Rozpoczynam kolejny wątek. Mózg nie nadąża za narządem mowy:

– Mam taką myśl, nie wiem skąd. Nie mogę się znowu doczekać tego poczucia, że mogę wszystko. Znasz to?

Zapada dłuższa cisza. Odpowiada.

– Nie znam.

Dwa łyki.

Kontynuuje.

– Moja złota zasada. Oczekuj nieco więcej, ale zawsze doceniaj to, co masz. Kawa nie wyklucza herbaty. Balans.

Robi pauzę. Mówi dalej:

– Podnosisz cały czas poprzeczkę do góry. Minimalnie, ale podnosisz. Jak się zatrzymasz, to później trudno ruszyć.

Łyk.

Idzie w to, wiedząc od jakiegoś czasu, że jego myśli pozbawione są sensu. Ale rzuca metaforą, która daje mi do myślenia.

– Im bardziej człowiek staje się dachowcem, tym mniej chce mu się wyjść na ogródek, a im bardziej jest dziki, tym trudniej mu się osiedlić.

– Tak. Balans – odpowiadam bez przekąsu.

Przestał już mówić. Stwierdziłem, że pewnie właśnie dlatego.

***

Dzwoni tata jednego z tych późnojesiennych dni, w które się siedzi cały czas w domu.

No cześć młody, w końcu się słyszymy, nie piszesz nic, nie dzwonisz, jak tam, zdrowy? Laura to wiem, rozmawiałem z nią, często pisze, dobra wnuczka z niej.

A fakt, cześć tato, tak jakoś, wybacz zapracowany jestem, zdrowy, zdrowy. No tak, jak to mówi Tomek, trzeba napierdalać, cytuje szwagra tata. Odpowiadam, że szwagier zawsze w samo sedno.

A powiedz mi, bo matka pyta, kiedy przyjedziecie.

Myślę. Zapomniałem. Laura prosiła, żeby się wybrać któregoś dnia do dziadków. Kompletnie zapomniałem, ale tego nie mówię.

Po chwili odpowiadam tacie, że nie ustaliliśmy, ustalimy, damy znać

Nowy temat.

Pyta czy oglądałem mecz.

Ledwo mówię, że nie, a już słyszę kolejne zdanie, tak jakby moja odpowiedź nie miała żadnego znaczenia. Ale w gruncie rzeczy mnie to bawi.

Rozwalili ich, po prostu rozwalili, czuję, że to ten sezon, obejrzyj skrót, jest na jutubie. Obejrzę, odpowiadam. To dawaj znać, trzymajcie się i zadzwoń czasem do starego ojca.

***

Jednego z tych jesiennych dni wychodzę z sypialni, zabieram rower.

Na wstrzymanym wdechu zmuszam się do jazdy. Boję się, że jak wypuszczę oddech, to mi się odechce.

Mijam drzewa. Teraz sosnę, która wygląda jak tysiąc wcześniej już przeze mnie miniętych, ale jestem pewien, że nigdy jej nie widziałem, bo przyjeżdżam tędy pierwszy raz w życiu.

Może to ten sezon.

Zakaz gry w piłkę na osiedlu

 

Litery w nazwie mojego miasta nie były ani najczęściej, ani najrzadziej występującymi literami w języku polskim. Mułuj był przeciętny nawet z nazwy. Szerokość geograficzna 52°06′52.21″ na północ i 19°25′24.82″ na wschód. Średnio wysokie bloki, średnia liczba mieszkańców, średnie bezrobocie. Knajpy średnie, restauracje średnie, kluby średnie.

Co wtedy się robiło? Dobre pytanie. Strzelało do czasu pistoletem na kulki.

Było świecenie laserami takimi małymi, które po prostu świeciły skupionym światłem. Podobno nie można było świecić nimi w oczy, bo groziło to utratą wzroku.

Było stawanie w tunelu zjeżdżalni wodnej i obijanie nóg stawaczom. Raz ktoś mnie tak obił, że upadłem na brodę z łoskotem i poczułem, jakby mi krew z uszu leciała, a szczęka wypadła z zawiasów.

Było rzucanie się mułem z jeziora. Raz dostałem nim prosto w oko. Wyjmowałem ten muł przez następne cztery godziny. Myślałem, że stracę oko.

Miałem łóżko piętrowe. Czasem zeskakiwaliśmy z niego z kolegami. Raz Karol po zeskoku akurat wylądował na skraju dywanu, poślizgnął się i wylądował przodem głowy na parkiecie. Stracił przytomność na pięć minut.

Innym razem, też Karol, kiwał się na murku tak, że przechylił się za bardzo w tył i rozbił sobie głowę o kant cegły.

Karol miał tak twardy łeb, że później jak się bił, to walił czasem z byka w klatkę piersiową, jak Zidane w 2006. Później został nawet piłkarzem. Miał metr siedemdziesiąt w kapeluszu, a przez jakiś czas grał jako napastnik w czwartej lidze. Wsadzał głowę tam, gdzie niektórzy bali się wsadzać nogi.

Obijaliśmy podbalkonie parteru, które w rzeczywistości było ścianą zewnętrzną piwnicy.

W dzisiejszych czasach deweloperzy zrobiliby tam suterenę. Nawet dzisiaj, dwadzieścia lat później widać tam ślady po podrabianej piłce, która miała udawać Roteiro,

Było to na dziedzińcu bloków, takich już nie robią. Osiedle z lat dziewięćdziesiątych. Trawa, wierzba, trzy olchy, pośrodku krąg krzewów.

Później graliśmy małą piłką, tak zwaną trójką, na parkingu, albo w przypadku braku sił mentalnych i witalnych, na tak zwanych ławkach. Jedna osoba stała i musiała trafić w przestrzeń pod ławką, między jej betonowymi słupkami. Druga osoba siedziała na ławce i broniła tej przestrzeni między słupkami.

Mieszkał w naszym bloku taki jeden najbardziej odwalający kolega, którego każdy kiedyś miał. Dziś zdecydowanie dostałby diagnozę zespołu nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi.

Często z nudów wchodził na będący wejściem do bloku wiatrołap, którego cała dachówka była ogówniona gównem ptaków, tynk odlatywał od ściany, a na chropowatym kloszu lampy wylegiwało się robactwo. Wszyscy się brzydzili tego miejsca, a on miał to gdzieś.

Innym razem widziałem go na dachu bloku, albo tańczącego breakdance na kawałku linoleum rozwiniętym na chodniku.

Raz, kiedy graliśmy w piłkę na ławkach, przechodził obok nas Buda, postrach młodszonastoletniego Mułuja. Świadomego, ale nie do końca. Podobno był w stanie zbić młodziaka, jak widział, że ten na niego spojrzał, choćby ukradkiem.

Pochodził z wielodzietnej rodziny, miał lat czternaście i ziemistą karnację. Jak widziało się go z braćmi na otwartym basenie, lepiej było się zawczasu zwinąć. Przynajmniej tak wszyscy myśleli. Mojemu koledze raz wyrwał portfel ze wszystkimi kieszonkowymi.

No ale ten Buda akurat nas mijał i nie było gdzie uciec. Wzrok w dół.

Zrobiłem to chyba za późno.

Ścisnął mi się żołądek. Słyszałem tylko:

– Co się gapisz? Ty, młody!

Bałem się najgorszego. Nigdy z nikim się nie biłem.

I akurat z klatki schodowej wychodził Klopek, ten z zespołem nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi. Nie był typem kumpla-starszego brata, co obroni przed starszymi typami, ani gościa, na którego wiesz, że możesz liczyć. Bardziej to był typ starszego kuzyna, z którym w ogóle nie gadasz i przez całe życie pamiętasz go z takiej jednej sytuacji, w której ci pomógł.

Zauważył, że Buda nade mną stoi, więc podszedł, zagarnął bez słowa piłkę nogą, dając sygnał, że chce z nami zagrać. I Buda jak rażony piorunem po prostu sobie poszedł. Wtedy pomyślałem, że pewnie Klopek był w gimnazjum bardzo poważany, a dzisiaj mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że moja wyobraźnia zaszła za daleko. Buda chciał mnie tylko nastraszyć. A tamtemu koledze niedługo później zwrócił ten portfel w nienaruszonym stanie fizycznym i finansowym.

A Klopek? Zwykły gość. W naszym wieku był pewnie taki sam jak my. A że wtedy, w tej sytuacji z Budą był starszy od nas i od samego Budy, do tego pozbawiony baśniowego widzenia świata z Budą w roli złego charakteru, pewnie nie było mu trudno zareagować. Może nawet nie wiedział, że robi coś dla mnie w tamtej chwili ważnego.

Co jeszcze pamiętam?

Jak raz na balkonie Karola z innym dzieciakami z klatki, maczałem właśnie śląską w zielonym keczupie. Trawa pod balkonem była odciśnięta od namiotów, a wszędzie jako żywe rosły drzewa.

Na co bądź występujące badyle sadzonek ktoś wkładał butelki po tymbarkach. Niektórzy łapali chrabąszcze do słoików, a wszyscy zajadali się bezami z pobliskiej piekarni za pięćdziesiąt groszy. Zrzęda wypalał napisy na murku za pomocą lupy z grubą soczewką.

Po tym lecie już było inaczej.

Karol wylądował w szpitalu, robili mu jakiś zabieg. Opowiadał nam, że po zabiegu leżał w łóżku z cewnikiem i nie rozmawiał z żadnym dzieckiem. Udawał, że śpi. Pytaliśmy, jakie to uczucie. Mówił, że dziwne, jakby cały czas się chciało, ale nie mogło wysikać. Później jakiś chłopiec go spytał, co to za woreczek, to mu odpowiedział, że na siki, już się nie odezwał, miał spokój.

Opowiadał, że bardzo go bolało. Najpierw podczas zdejmowania wenflonu, a potem podczas wyjmowania cewnika.

Mówił też, że podczas wyciągania cewnika na sali z lekarzem były jeszcze dwie stażystki-pielęgniarki, a jedna z nich taka ładna, że Karol zmuszał się, aby nie zesztywnieć tam na dole. Po chwili obrzydzenia wszyscy się śmialiśmy.

Jak wrócił ze szpitala było jakoś inaczej.

Zauważyliśmy, że nie mamy już gdzie grać w nogę, bo wszędzie były tablice „Zakaz gry w piłkę na osiedlu”.

Tata, pierwszy raz odkąd pamiętam, przyszedł pijany do domu.

Klopek zainstalował u nas w bloku internet radiowy.

Nigdy potem nie słyszałem, żeby ktoś sobie roztrzaskał łeb albo prawie stracił oko.

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Natalia Kostecka – studentka filologii polskiej na specjalności krytycznoliterackiej na Uniwersytecie Wrocławskim, miłośniczka kina i literatury pięknej. Publikowała w „artPapierze”.

Agnieszka Sokołowska – studiuje sztukę przekładu oraz prawo na Uniwersytecie Wrocławskim. Publikowała teksty krytycznoliterackie w „Odrze”, „Soberze Polskim”, „Zakładzie”. Lubi poezję i góry. Mieszka we Wrocławiu.

Mira Król – osoba pisząca, urodzona. Mieszka na mazowieckiej wsi. Publikowała w „Migotaniach”, „Afroncie”, „Drobiazgach”, „Stronie czynnej”, „Helikopterze”, „Szajn”, „Składce”, „Trytytce”, „Zakładzie”, w „Pocztówkach literackich Karola Maliszewskiego”, „Tlenie literackim”. Gdy ktoś pyta, co aktualnie robi, odpowiada: Szwendam się. Na deficyt zieleni poleca: pola, łąki, lasy i rower.

Cyprian Hirsch – twórca poezji i prozy z doświadczeniami dziennikarskimi, okazjonalny biegacz, jednokrotny półmaratończyk.

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:

Jakub Famulski, Kamil Figas

Kontakt: osmy.arkusz.odra@gmail.com

8 ARKUSZ. 12/2025

Słowa pobierane z ziemi

 

Zostało mi niewiele znaków, streszczam się, bo wiersze są ważniejsze; nawet gdy niedoskonałe, są lepsze od gadania o nich. Mają to coś – za każdym razem inne. Nie chodzi o temat, raczej o sposób pobierania słów z życia. Nawet gdy doświadczenie wyimaginowane, to słychać kogoś, kto obstaje za swoją prawdą. Znaki mi się kończą, poczucie prawdy zostaje. Wszystkim korespondentom dziękuję za ten rok. Chwilami człowiek jest zmęczony, ale potem się cieszy.

Karol Maliszewski

 

 

 

Barbara Bajor        

 

Jutrznia

 

Pierwszy oddech otworzył moje żebra

jak okiennice. Ale nie otworzył

moich warg. Wahadło słońca

kołysze się nad miastem

i nie jest jeszcze za późno

Nie powiedziałam ostatniego słowa

ni pierwszego

A moje ciało przez chwilę jest wieczne

Tak, jakby było jeszcze przed wygnaniem,

przed listkiem figowym

Dachy pod śniegiem jak meble przykryte

prześcieradłami w opuszczonym domu

Może to tylko na czas przeprowadzki?

To dobry moment, by puścić w niepamięć

tatuaż z literówką,

wiersz z wadą wymowy,

owoc z pieczątką linii papilarnych

Ślady na śniegu dowodzą, że jestem

Ktoś mówił mi, że to wystarczy

 

 

Grzegorz Borowiec

 

Niedozatrzymania

 

Wspinam się po cegłach mokrych

rękami zrobionymi z mchu

zacinam się rozrywam

rozpadam przy każdym stopniu

 

Wyrzucam słabości

część zaopatrzenia i nazbierany pył

tam na górze przecież jest potrzebne

tylko nic

 

Biję w deski w ziemię

w nagromadzone kwiaty

i krzyż bez krwi

bez kości wychodzę

 

 

Martyna Antonina Cicha

 

Gałęzią

 

Pasłam smutne osły na obrazach,

przesmykiwałam się szeptem przez

popękane oddechy vermeerów.

Jadłam suche okowy, trociny rzeczy.

Szłam i spadałam, wpadłam swojemu

chodzeniu pod pięty,

sepleniące

kamienie zbutwiały.

Wszystko to po to,

by zakopać twoje imię

w nieznanym,

między podczerwienią

a nadfioletem,

w naderwanej kontynuacji znanego.

 

 

Katarzyna Dominik

 

Oko

 

Niebo zwisa

z zardzewiałego świtu,

korona jesiennego deszczu.

 

Niweczeje wieża z cegieł.

Kruszy się

ciężka od milczenia

Wrota

ukazują twarz.

 

Widzi

 

ostro,

na wskroś to tu i to tam.

Szuka,

czy tylko zadaje pytania,

które nie mają treści?

 

Budowla drży.

Ona nie drgnie.

Jest granicą,

dziurką od klucza prowadzącą donikąd.

 

 

Jakub Fornagiel

 

***

 

Język odzyskał kolor

Nie nosi znamion blizn

Nawet draśnięcia

Po ataku

Tyle że to przez brak słów

Oczy łypią zewsząd

Codzienne czynności zyskały rangę questów

Napycham uszy ciągami liter

przyspieszyła kukułka wraz z dźwiękiem

Nie odczuwam prędkości światła

Bo patrzę nie widząc niczego

Wprost przed siebie

Z głupim uśmiechem

Jak figurka z kiwającą głową

Ściszonym głosem

Próbuję złożyć puzzle

Gdy notorycznie uciszano mnie w Polsce

Tu mi wpychają w usta słowa

I nieustannie zmuszają by je wypluwać

 

 

Tomasz Gos

 

Jad

Z prostokątnej szybki
w twojej dłoni
sączą się gigabajty jadu.
Sztuczna inteligencja
prowadzi cię na świętą wojnę
z nieistniejącym wrogiem.
Zalogowałeś się do świata,
którego nie ma.
Prawda jest bez znaczenia.
Tajpan pustynny zdycha w kałuży
z ludzkiej śliny.

Honor.

Horror.

Error.

 

 

Natalia Górecka

 

Złodzieje traw

 

Przyszli, pod sam dom przyszli.

I las ogromnieje. Dotyka murów. Wchodzi w okna.

W przedświcie kiedy niebo pęcznieje jeszcze gwiazdami.

Psy pozostały ciche. Polują w konstelacji Artemidy.

Czujne, złapały trop.

Pomiędzy bezdechami ziemia i liście, mech i ciepły, pulsujący zapach.

Umyka w życie, a ziemia je wykarmi.

I nie będzie wiedzieć, że w tym dniu nie umarło.

 

A oni sierpami rżną strumienie powietrza, a ciała uginają się jak kłosy.

Było w nich ziarno. Wyda plony.

Drobne nitki chłodu wiążą w supły oddech.

Kolory będą niedługo słać się posłusznie na skrzyżowaniu nieba i ziemi.

Z oka Opatrzności zacznie się sączyć czerwienią i purpurą.

Horyzont zajmie się ogniem i pożre ciemność.

 

Psy już nie śpią. Wracają znużone w bezczynność dnia na łańcuchu.

Las odstępuje, kurcząc się pod spojrzeniem, a nie ma przy tym dźwięku.

Płynną miedzią zalane łąki zastygają tuż przed stopami.

Silne ręce wiążą snopki.

Ujdą cało. Uniosą. Złodzieje traw.

I nie będą wiedzieć, że w tym dniu, nie umarli.

 

 

Natalia Grudzień

 

***

 

Będziemy się kochać

w mikrokawalerce

na ziemi

 

na łóżku nie będzie miejsca

ledwo zmieści się tam twój pies

 

zanim mnie rozbierzesz

potkniesz się trzy razy

o suszarkę na ubrania

zwalisz kubek z wodą

krzykniesz kurwa

 

i wyjdziesz

po wszystkim

 

pan polityk

napisze na x

że rodzi się za mało dzieci

wszyscy chcą mieć psa

 

a przecież twój bursztyn

wcale nam nie przeszkadzał

 

 

Beata Gruszecka-Małek

 

Komukolwiek

 

Kimkolwiek jesteś, ja też jestem

kimkolwiek. I nie mogę zrozumieć,

czemu nie mogliśmy się spotkać,

jeśli jesteśmy w tym tacy podobni.

 

 

Karolina Hofman

 

czterolistny

 

kot mi umarł w tamtym tygodniu

od kilku dni rozkłada się na betonowym

wyłożonym sztuczną trawką balkonie

najchętniej wsadziłabym go

do zamrażarki i wypchała

zawieszona na kółku od klucza tylna łapka

kto mi będzie zabijał pająki

miał mnie zjadać po kawałku

 

 

Daria Juskowiak

 

Po terminie

 

Ofiary z czwartego roku wojny,

to już nie te, nie te, co z pierwszego.

 

Tak, to jest straszne, ale.

Tak, trzeba współczuć, ale.

 

Ofiary z czwartego roku wojny

muszą przyjąć do wiadomości:

 

że mecz, że wybory, że pogoda,

że jeszcze nasz kraj, że ileż można.

 

 

Dagmara Kacperowska

 

reszty nie trzeba

 

wszyscy jesteśmy tylko trochę

i na chwilę.

w pośpiechu rozmieniamy się

na wszelkie możliwe apki i zdrapki,

których nazwy brzmią równie dekadencko,

jak kredyt hipoteczny, czy konsolidacyjny

(choć podobno ktoś miał na myśli

zrównoważony rozwój dla niezrównoważonych).

w pośpiechu mijamy się, nadajemy dzieciom

imiona i pozwalamy im zjeść

ostatnią mrożonkę.

aż może ktoś w końcu zapragnie

stać się prawdziwym człowiekiem

i jak Chrystus zawołać z dachu wieżowca:

keep the change,

brachu!

 

 

Monika Karbowniczek

 

Oni

 

Bez niego nie będzie
czekać, by światło
zmieniło się na zielone.
Rytm odmierza serce.
Rzepak kwitnie na żółto,
skoszona trawa pachnie
utraconym życiem.
Mały domek
ma kształt pudełka.
Można zaszyć się w nim
grubą, ciepłą nicią.
Idealnie na zimę.
Oplatają swe serca
słowami,
dotykają umysłów.

 

 

Agata Lopez Kornacka

 

broszka

 

nauczyłem się na pamięć

czego miałem się nauczyć

 

wyobrażenie ostatniej wojny

noszę teraz w jednym palcu

 

nigdy nie piszę kto wygrał

a kto nadaje się na broszkę

 

w donicach ulepionych

z własnego żebra

uprawiam hegemonię

 

wierzę w urzekanie roślin

i słowa pobierane z ziemi

 

 

Beata Mączka

 

Ciemność

 

(Do L.G.)

 

mówi, że przyszła na świat by pokochać ciemność

poetki też prężą muskuły

słowami wypychają stanik

Przychodzimy tu z nagą misją

nikt nas nie pyta o zdanie

krytycy skreślają nam sensy

redaktorzy łagodzą łuki

Piszę, skoro przyszłam

piszę, więc jestem

piszę, żeby nie być

akapitem

marginesem

przypisem do ciemności

 

 

Matt Mordarski

 

bezdomność

 

pachnie

starą szopą
zagrzybiałym dworcem
bezokiennym pustostanem
obsikaną wiatą przystankową

przysypia okryta zawilgłymi kartonami

oddycha denaturatem

opala się na ławce w parku

chowa dłonie w przydługi rękaw
nigdy się nie spieszy
nocą liczy gwiazdy odbijające się od szyb budynków

czasami w jej stronę

rzuca się drobne, czasami soczyste spierdalaj

 

nie ma imienia, meldunku

nie ma ojca ani matki

 

żyje na krawędzi chodnika
na dnie puszki dwunastoprocentowego foxa

w stop-klatce ulicznego monitoringu

 

kłaniają się jej tylko ulice miasta

ponoć to przypadek ją tu przygnał

 

 

Fatima Musahi

 

Tysiąc deszczowych dni

 

poza mglistą krawędzią smutku

syreny w cardiff wciąż żałośnie wyją

 

blade lampiony na wietrze

kołysze tysiąc deszczowych dni

wraz z twoim przypływem

nabieram skłonności do

kołysania się razem z nimi

 

skrzą się w matowych

oczach topielców rybie łuski

wraz z twoim przypływem

nabieram skłonności do

pływania razem z nimi

 

poza mglistą krawędzią smutku

syreny w cardiff wciąż żałośnie wyją

 

prawdę powiedziawszy

nabieram skłonności do

wycia razem z nimi

 

 

Kamil Pilichiewicz

 

Smuga

 

Tym razem nie zastyga zlepiony z gazetą

zgarbiony w podkoszulku w binoklach

z uszami słonia

Tym razem trzęsąc zwisającą z ramienia

galaretą glansuje uparcie okienny tryptyk

aby nie było tych cholernych smug

aby do środka wpadało więcej słońc

śmiejących się gęb łusek deszczu

ołowianych żołnierzyków

i gazeta bardziej czytelna

żeby była

żeby była

 

 

Joanna Wicherkiewicz

 

trudno oszacować kiedy

 

staliśmy się stadem drobiu

z wolnego wybiegu

materiałem badawczym
mięsnym wkładem

w struktury świata

 

gdakaliśmy w narzucony

wyuczony sposób

ko ko ko – koniecznie

ko ko ko – komfortowo

ko ko ko – kolektywnie

aż do makabrycznego

ko ko ko końca

z ko ko ko korzyścią dla matki ziemi

 

pewnego dnia potwierdzono

pierwsze od dawien dawna ognisko rzekomego pomoru

konieczna była likwidacja miliardowego stada

 

 

Anna Wąsowicz

 

język

 

mówię ci o matce i o rebecce i o noemi i o miriam

mówię ci o miriam o noemi o rebece i o matce

mówię bo język jest jak snop światła w Jeruszalaim

tuż po świcie. nocą. kiedy zamknięto mi usta

i cała pamięć stała się czarnym mlekiem poranka które piłem

co dzień i co noc i w świątyni i w kazamatach i nawet

ty jedna o mnie zapomniałaś

w azylu żyłem

w szczelnie zamkniętej kuli pamięci

z roszadą ale nie życia już a śmierci

z bogiem utkwionym w źrenicy oka

w testamencie chciałem zapisać niebo dla jednej

pindy.

 

 

 

Przejdź do treści