X

8 ARKUSZ. 4/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

ZIELONOŚĆ

 

Za oknem już wiosna w pełnej krasie i ktoś mógłby chcieć za poetą wykrzyknąć: a wiosną – niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę! Ktoś, ale nie my. Bo w kwietniowym arkuszu jak zwykle polska – literatura, oczywiście. Przy czym wiosna też jest obecna. Stąd: zieloność.

Sam wybór tekstów przybiera formę konstelacji rozmaitych form: wiersze, prozy, recenzja, szkic. W otwierającym arkusz studium Katarzyna Koza stawia pytanie o to, co łączy Wisławę Szymborską z Julią Fiedorczuk i czy można pomyśleć o jednolitej linii polskiej ekopoezji na przestrzeni ostatniego półwiecza. Następnie Julian Kazberuk przenosi nas w swoich wierszach w „przestrzeń zieloną” i na wschód, choć nie tylko. W poezji Szymona Horały spotkamy psy, ćmy, piski, skowyty, a nasz zwierzyniec uzupełniają tropikalny kot albinos i dziki źrebak. Nie mylić z również obecnym w tych wierszach okoniem! Pomiędzy zestawami plenią nam się prozy: pierwsza, Elegia do Zielonej Ziemi autorstwa Krzysztofa P. Mierzejewskiego samym tytułem uzasadnia swoją obecność na arkuszowych kartach, druga, Piotra Dardzińskiego osnuta jest wokół butów, wspomnienia zimy i wiersza Kamili Janiak. Poetka pisze: jeśli wierzyć drzewom, nie mamy się co spieszyć, co okazuje się spójne z rozpoznaniami Emilii Gorzel z recenzji Solaryszy, w której autorka snuje paralele między poematem Mokrego a muzyką ambientową. My też nie zamierzamy się spieszyć, chociaż kreślimy powoli pierwsze słowa komentarzy do utworów wyróżnionych w Turnieju Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł. Zarówno nasze noty, jak i wiersze przeczytacie już w maju. W międzyczasie – w zieloność!

Redakcja Ósmego Arkusza


fot. Maciek Bielawski

 

Katarzyna Koza

 

Pomiędzy ewolucją a współistnieniem

 

Obecność poezji Wisławy Szymborskiej na ekopoetyckim widnokręgu jest kwestią dość problematyczną, podobnie zresztą, jak jej potencjalna nieobecność – celnie pisała Daria Lekowska. Problematyczność niewykorzystywania ekologicznego potencjału wynikałaby z łączenia przez Szymborską języka liryki z językiem nauki, etycznego zorientowania tego pisarstwa, w tym widocznej postawy szacunku wobec autonomii innych bytów, w końcu – chwytów wprowadzających czytelników w refleksję nad związkami literatury i ekologii. Odczytania ekopoetyckie problematyzowałaby zaś (choć nie dyskwalifikowała) dość humanistyczna podmiotka mówiąca. W kontekście twórczości noblistki nie można mówić o biocentrycznej soczewce czy budowaniu naturokulturowych przedstawień świata, czym często charakteryzują się współczesne, ekologicznie zorientowane projekty poetyckie. A jednak – mimo to – poezja ta coraz częściej poddawana jest interpretacjom z wykorzystaniem narzędzi ekoposthumanistycznych. Moim zdaniem, nie wyczerpuje to jednak jej potencjału interpretacyjnego – może ona bowiem stanowić także istotny punkt odniesienia oraz źródło inspiracji dla współcześnie powstającej ekologicznie zorientowanej poezji.

W niniejszym szkicu pisarstwo noblistki chciałabym zestawić z twórczością Julii Fiedorczuk, jednej z najbardziej znanych pisarek nurtu ekologicznego. Interesować będą mnie zarówno podobieństwa, jak i różnice w podejmowaniu przez obie poetki wątków ewolucyjnych. Tekst ten ma przy tym charakter raczej sygnalizujący niż wyczerpujący. Punktem wyjścia dla interesującej mnie refleksji jest wiersz autorstwa współczesnej pisarki. To Fotosynteza z tomu Bio:

 

Słońce mnie rodzi prawie bezboleśnie,

na stopie mam plasterek ciepła, na powiekach

lekki kompres krwi, nieziemskie gogle.

Przysiada na nich widmo jak roztrzepany

 

błyskawiczny ukwiał, który mi opowiada

barwne ichtiologiczne historie. Czerwień

i czerń, tak wszystko się zaczyna,

później dopiero Wielki Wylew

 

Ultramaryny, która jest moją amfibią.

Jak to było? Staram się pamiętać

i coraz mocniej trę oczy. Tamte podskórne

czasy podpływają bliżej, są moje

 

na ułamek światła, momentalny bezdech

i rozkoszny strach, który się zaraz rozproszy

w musującej toni. Mieć ciebie świecie

na własność. Kochać cię, ciebie tracić.

 

A trzeba wyjść na ląd, opierzyć się i patrzeć

prosto w słońce.

Zieleń tęczówki jak morze.

Tkanka, tkanina, tlen.

 

W wierszu Fiedorczuk krótkie zamknięcie oczu staje się przyczynkiem do wyobrażeniowych wędrówek. Kosmiczna inicjacja (Słońce mnie rodzi) czy potrzeba energii słonecznej (nawiązanie do tytułu) są stałymi elementami rozwoju planetarnych bytów. Podmiotka chce rozpoznać ewolucyjne historie, sięgające początków życia, które rodziło się 3,6 miliarda lat temu w środowisku wodnym. Wymieniony w tekście koralowiec reprezentuje tę długą podróż i interesujące poetkę środowisko. Mówiąca przeczuwa, że dawne czasy są nie tylko historią ukwiała, ale też jej własną, choć tylko „na ułamek światła”. Ultramaryna staje się symbolem transgresji i adaptacji – opuszczania środowiska wodnego. Ślady ewolucyjnej przeszłości można dziś przy tym dostrzec w reprezentantach lądowych gatunków (Zieleń tęczówki jak morze) – więc ostatecznie także w samej bohaterce. Fiedorczuk w Psalmach pisała: niektórych wierszy nie można już napisać. niektórych nie dało się napisać wcześniej. Takiego wiersza, biocentrycznego, z podmiotką zanurzoną w doświadczeniu cielesno-kosmicznym, tekstu manifestującego materialność i wszechrelacyjność (Tkanka, tkanina, tlen), nie mogła napisać Szymborska. Nie oznacza to jednak, że zalążków tego typu myślenia nie da się odnaleźć w poezji noblistki – podkreśla ona przecież równość biologiczną człowieka z nie-ludzkimi bytami w kontekście samej ewolucji. Uwidacznia się to na przykład w tytułowym wierszu tomu Sto pociech, w którym ludzka ręka ma animalny rodowód (ledwie on [człowiek – dop. K.K.] wystrugał ręką z płetwy rodem / krzesiwo i rakietę). W Notatce ze zbioru Sól znajdziemy zaś opis ewolucjonistycznej lekcji, płynącej z wizyty w muzeum (W pierwszej gablocie / leży kamień. […] W drugiej gablocie / część kości czołowej. / […] Ubyliśmy zwierzętom. / Kto ubędzie nam), a w jeszcze innym utworze, Przemówieniu w biurze znalezionych rzeczy, opis doświadczenia jestestwa w perspektywie długotrwałej przemiany:

 

[…]

Zapadła mi się w morze wyspa jedna, druga.

Nie wiem nawet dokładnie, gdzie zostawiłam pazury,

kto chodzi w moim futrze, kto mieszka w mojej skorupie.

Pomarło mi rodzeństwo, kiedy wypełzłam na ląd

i tylko któraś kostka świętuje we mnie rocznicę.

Wyskakiwałam ze skóry, trwoniłam kręgi i nogi,

odchodziłam od zmysłów bardzo dużo razy.

Dawno przymknęłam na to wszystko trzecie oko,

machnęłam na to płetwą, wzruszyłam gałęziami.

[…]

Sama się sobie dziwię, jak mało ze mnie zostało:

pojedyncza osoba w ludzkim chwilowo rodzaju

[…]

 

Historia ewolucji u Szymborskiej opowiadana jest inaczej niż w tekstach Fiedorczuk. Tytułowe przemówienie ma miejsce w biurze rzeczy znalezionych – co nadaje tekstowi charakterystyczny akcent humorystyczny, kojarzony z poezją noblistki. Biurem okazuje się ludzkie ciało, a rzeczami znalezionymi – ślady prehistorii. Podmiotka przywołuje opowieść o dawnych bytach achronologicznie, wspominając porzucone futra, pazury, „skóry” i formy. To wszystko składa się na kształt obecnie mówiącego „ja”. Sama się sobie dziwię, jak mało ze mnie zostało, kwituje bohaterka wiersza. Pytania o aktualną postać człowieczego „ja” powracają w różnych tekstach Szymborskiej i zanurzone są właśnie w genealogii i ewolucji – w Zdumieniu z tomu Wielka liczba pojawiają się chociażby takie: Czemu w zanadto jednej osobie? / […] W skórze nie łusce? Z twarzą nie liściem?. W jeszcze innym wierszu, W zatrzęsieniu z tomu Chwila, znajdziemy zaś liczne stwierdzenia podszyte charakterystycznym dla autorki zdziwieniem: Jestem kim jestem. / Niepojęty przypadek / jak każdy przypadek. // Inni przodkowie / mogli być przecież moimi, / a już z innego gniazda / wyfrunęłabym, / już spod innego pnia / wypełzła w łusce. Fiedorczuk podejmuje rozmowę z noblistką – wybierając metaforyczny język, podmiotka w wierszu Jeden określa siebie powtórką na miedzy między / zderzeniem a echem. Mniej interesuje ją eksploatowany w poezji noblistki wątek wielu możliwości czy prawdopodobieństwa, bardziej – przywdziewanie odmiennych form bycia i relacyjność aktorów tego świata, czym manifestuje bioróżnorodność. U Szymborskiej wygrywa racjonalizm, u Fiedorczuk, szczególnie we wczesnych zbiorach, oniryzm. Współczesna poetka dużo więcej przestrzeni oddaje też obrazowości: Mam pokusę morza / W zielonych tęczówkach; będę koronkowym kwiatem / utkanym przez słońce; Blada gwiazda zjeżdża w wieczny śnieg. Podmiotka Fiedorczuk wybiega więc w marzenia, wyobrażenia, sny i światy niebyłe (co było / wyśnione, nadal takim jest), podmiotka Szymborskiej, nawet gdybając, trzyma się zaś (bodaj „jedną nogą”) realnego świata. Jeżeli oddaje głos innym bytom, jak w Tarsjuszu ze Stu pociech, to zabieg ten ma skłonić do refleksji nad ludzką etyką. Inaczej Fiedorczuk, u której nie tylko zwierzęta, ale też inne elementy świata, chociażby ziemia i jej składowe, muszą zostać aktywnymi aktorami świata – w jej wierszach czasem personifikowanymi, niejako dla wzmocnienia sprawczości czy większego podkreślenia ich indywidualnej podmiotowości.

Niniejsza analiza pozwala dostrzec dialogiczny charakter relacji między tymi projektami poetyckimi. Zapoczątkowana przez Szymborską refleksja nad znaczeniem pamięci ewolucyjnej historii zostaje przez Fiedorczuk podjęta i zaadoptowana w odmiennym kontekście epistemologicznym oraz kulturowym. Wiersze obu poetek łączy uwikłanie podmiotek w zewnętrzną – w stosunku do tekstu – rzeczywistość, nieufność wobec ostatecznych odpowiedzi oraz zainteresowanie światem nie-ludzkim i jego historią. To dowód na to, że poezja Szymborskiej stanowić może ważny kontekst dla twórczości współczesnych poetów i poetek piszących w duchu ekologizmów.

Na koniec przypomnijmy sobie wiersz Mikrokosmos, który noblistka poświęciła mikroorganizmom. Liryczne „ja” wyznaje w nim: Od dawna chciałam już o nich napisać, / ale to trudny temat, / wciąż odkładany na potem / i chyba godny lepszego poety, / jeszcze bardziej ode mnie zdumionego światem. / Ale czas nagli. Piszę. Wersy te można odczytywać w perspektywie współczesności – wiersze tworzone w czasach świadomego antropocenu stanowią przykład pojawiania się nowych języków, które służą do opowiadania o różnych organizmach tego świata oraz o ich związkach. Fiedorczuk na pewno jest jedną z tych, które tych języków – podobnie jak robiła to wcześniej Szymborska – szukają. Nie oznacza to jednak, że nie można dziś czytać z zainteresowaniem twórczości noblistki. Wiersz taki jak Mikrokosmos może stanowić na przykład świadectwo reakcji na coraz dokładniejsze narzędzia badawcze, które pojawiały się w różnych momentach historii. Kiedy zaczęto patrzeć przez mikroskop,/ powiało grozą i do dzisiaj wieje – wyznawała w tekście podmiotka. Świat, jakże już bogaty w istnienia o przeróżnych rozmiarach, wciąż potrafi zaskakiwać. Powiedzieć, że ich dużo – to mało powiedzieć. Im silniejszy mikroskop / tym pilniej i dokładniej wielokrotnie – a przecież jeszcze niedawno najmniejszymi ze stworzeń wydawały się „jakieś muszki, robaczki”. Osoby piszące współcześnie mają dostęp do coraz to nowszych dokonań nauki, a tym samym innej, bardziej szczegółowej wiedzy na temat czy to żyjących w sąsiedztwie z nami bytów, czy historii naszej niemłodej planety. W kontekście ekoposthumanistyki niezwykle interesująca może okazać się więc obserwacja tego, w jaki sposób kolejne osiągnięcia nauki wykorzystywane będą w tekstach poetyckich czy jak specjalistyczna wiedza koreluje ze światopoglądem mówiących „ja”. Ale to już temat na zupełnie inny tekst.

 

 

Julian Kazberuk

 

Tryptyk wschodni

 

(I)

 

Miałem w rodzinie płaczkę.

Tak widziałem pod powiekami

jak żal przygina babkę,

śpiewają: daj jej wieczne

dłonie znają młode, zielone,

policzone kłosy, a wszystkie

dzieci były roztańczone w trwaniu,

gdy trumna jej siostry wisiała dumna,

pamiętam jak Dj puszczał

anielski orszak (wersja karaoke).

– Kto słucha w 2026 niechaj słucha!

Jak te talerzyki w stypowych barach

czekają okrucieństwem.

– Co jest młody lej.

Leję.

 

(II)

 

Wojny trwają, a mury

wznoszą się pionem

z dwóch stron niewidome

lustro odbija nawet wiatr,

co niesie dźwięk niesłyszalnego:

krzyku i dźwięku bicia

z zewnątrz, gdzie króluje chłód

i głód czekania. Z wnętrza bije

rekultywowane ciepło

– to ten długo podtrzymywany,

palący gęstością płomień.

To tylko echo zwraca mi

mój ujadający głos przepicia,

– Hehe młody też pijesz!

Piję.

 

(III)

 

Mój spotify wrapped połyka czas,

który stał się broną – bronią,

wymierzoną w przestrzeń zieloną.

Cały świat to nowa busola,

a ja ślepy rysuję sobie terytoria

i wygwizduję sutrę. Bo to dzisiaj

zawłaszczamy kulturowo wschód,

więc daj pan panie generale ten kursor

na mapę troszkę dalej – bo tu za skromie.

– Młody! Co ci się ta ręka trzęsie,

jakbyś jej nie przyłożył.

 

 

Schowek

 

Śnię powtórzony sen, w którym zakładam zły but na nie tę nogę.

Zdejmuję go i zakładam zły but na nie tę nogę.

Usłyszałem, że można tak podkreślić własny komizm,

a on mnie ukryje, tak samo jak podczas pisania w trzeciej osobie.

Czy gdy schronię się w potakiwaniach – tych bardzo odległych słowach,

których odległość liczono w wiorstach – to one nie pofruną na tyle wysoko,

że ludzie powiedzą nie brzmią, a może z czasem to zjawisko

małych niemych narracji weszło w swoją partyturę zgiełku

i nie mogę już rozróżnić żadnego dźwięku w polifonii krzyku.

 

 

Bildungsroman

 

Kolejny bieg rozmywa wszystko,

rozciera nawet ślad wiersza,

w który wbiegam i akceptuję

jego utartą teksturę, ten przygaszony,

widmowy kadm na ścianach.

Ten pęd pusto powtarza:

gdy biegasz, zapominasz o Etruskach,

o wielkich pożarach bogini Maat.

Zamiast tego piszesz o ziomeczku,

który wiedzie prym w tym wyścigu

jak o jakimś herosie-hamulcowym.

Bo to trochę tak, że on ciągnie wajchę

do siebie, a jednak pchamy ten wagon

w przód, jakbyśmy wrzucali bieg ducha,

w jego głód. Puf, puf. To jedziem, w końcu

miejscem docelowym są konstelacje,

to w nich znajdę wszystkie te przystanki,

które rozmyłem w biegu.

 

 

Krzysztof P. Mierzejewski

 

Elegia do Zielonej Ziemi

 

Woda była ciemnobrązowa. Miała kolor czarnej herbaty. Brudnobursztynowy. Poczułem strach. Przez most przechodziło jeszcze trochę ludzi, ale nie widać po nich było napięcia. Jak gdyby byli zupełnie nieświadomi. Jakby dla nich nie wyglądało to jak apokalipsa.

– To przez podniesienie się temperatury – powiedział mężczyzna obok, na co ja potaknąłem.

Ale co to właściwie było? Zgnilizna? Martwe plechy i pozbawione życia, galaretowate ciała ryb? Rozpadające się w swoich okrywach włókniste pozostałości skorupiaków? Ciągnące się w rozkładzie mięczaki i mnóstwo tych niewidocznych istot, których życie właśnie zgasło, i które przez swój brak stały się widoczne? Czy ten kolor to był wywar z ich śmierci?

A może jakieś nowe, agresywnie rozprzestrzeniające się algi, które wcześniej wegetowały na jakimś marginesie, nagle zdominowały cały ekosystem, tak, że się zawalił i zanim one same przestały istnieć, przez krótki moment stały się jedyną żywą populacją w całym morzu?

Zdziwiony zauważyłem jednak, że wcale tak nie jest. W połowie drogi przez żelazny most zauważyłem, że w brunatnej wodzie, przy przybrzeżnych skałach, z których ustąpił lód, pływają jeszcze jakieś niewielkie rybki, wielkości płoci. Chciałem krzyknąć, że morze jeszcze nie umarło, że przecież coś tam żyje, a nikt z idących przez most tego nie widzi, ale tego nie zrobiłem. Zrozumiałem, że każdy z idących w tę stronę co ja, ku brzegowi, też to zauważył. Nikt jednak nie wołał. Wciąż żywe rybki w tej wodzie o kolorze śmierci, wyglądały jeszcze straszniej, niż gdyby w zbiorniku zalegał sam płyn. Bulion, ugotowany z życia.

Przed nami widać było lód, nawet całe góry lodowe. Przed dziesiątkami lat musiałbym mieć chyba na sobie puchową kurtkę, tak samo jak ci wszyscy ludzie, którzy też podążali na stację, po drugiej stronie mostu. Ale wszyscy mieliśmy na sobie co najwyżej bluzy albo dość cienkie wiatrówki. Jedna dziewczyna nosiła jeansową kurtkę, taką, którą moja matka nazywała „kataną”. Kiedy przeszedłem już przez połowę długości mostu, dostrzegłem też, że pociąg już czeka. Wagony wyglądały całkiem zwyczajnie, niebieskoszare, z dachem o przekroju spłaszczonego kapelusza jakiegoś grzyba. W każdym razie zawsze mi się z tym kojarzył.

Na końcowym odcinku mostu poraził mnie widok błękitnego jeziora, które właściwie ciągnęło się jak kolejne morze. Było tak czyste i nieskalane, że obudziło we mnie jakiś najpierwotniejszy rodzaj nadziei. Podobno moimi przodkami były zwierzęta, które pewnego dnia wyszły na ląd, a ich dzieci, czy raczej dzieciichdzieciichdzieciichdzieciichdzieci się na nim zadomowiły. Zrozumiały, że na lądzie może nawet da się oddychać i znaleźć pożywienie. Teraz sam stałem przed tym jeziorem, które przypominało mi o dawnym domu istot, które w jakiś niewyobrażalny sposób były ze mną związane i z których podobno się wziąłem. Teraz ja chciałem się zanurzyć i odkryć w tej kałuży czystej wody to, co one odkryły kiedyś, stąpając po ziemi. W przeciwieństwie do nich nie miałem jednak tyle czasu.

Bazaltowe skały nie różniły się za bardzo od powierzchni mostu. Szło się po nich tak samo. Były tak samo twarde, dawały takie samo wrażenie stabilności. Wydawały się jednak cieplejsze. Nie czułem ciepła, ale to, jak widziałem światło słońca ocierające się o ich wybrzuszenia i wlewające się w ich bruzdy, sprawiało, że było w nich coś miłego i przyjemnego.

Nie pamiętam już, po co miałem wsiąść do pociągu. Stał za mną, sapiąc i chrzęszcząc, kiedy maszynista sprawdzał przed odjazdem sprawność mechanizmu. W razie czego mogłem szybko podbiec i wsiąść do wagonu, choćby tuż przed samym odjazdem. Nigdy specjalnie nie przejmowałem się przepisami bezpieczeństwa. Wiadomo, że były trochę na wyrost, a ja dodatkowo nie potrafiłem poczuć, że to, przed czym mają chronić, zagraża także mi. Miałem przecież swoje własne kalkulacje. Odszedłem jeszcze od torów, zbliżając się do krawędzi skał, które tworzyły urwisty brzeg jeziora.

Najpewniej był tam kiedyś lodowiec. Dopiero po dłuższej chwili zauważyłem na wschodnim brzegu ludzi, którzy w miejscu, gdzie brzeg był niższy, skakali i wchodzili do wody. Było tam nawet trochę lodu, który wyznaczał granicę ich kąpieliska. Nikt nie nurkował pod lodem. Niektórzy mieli na sobie gumowe płetwy i czepki. Z daleka sprawiali wrażenie nowego rodzaju ludzi, idącego za myślą, która pojawiła się także w mojej głowie – że można jeszcze po prostu zanurzyć się w wodzie. Że można jeszcze wrócić.

Ewa ubrana była w pasiasty sweter i ocieplane jeansy z podwiniętymi nogawkami. Włosy splotła w warkocz. Zauważyłem, jak nadchodzi, kiedy półleżałem, opierając się o bazaltową skałę i próbowałem odłamać z niej coś, co wyglądało jak skamieniała odbitka prehistorycznego zwierzęcia, które w momencie śmierci znajdowało się na czymś, co przypominało plechę albo liść. To zabawne, że nawet teraz chciałem to posiadać. Nie wiedziałem nawet, czy to zabronione, bo w końcu nie byłem w swoim kraju, a nawet jakbym był, to takie rzeczy chyba należą do państwa. A przynajmniej rości sobie ono prawo do tego. Tworzy prawo do tego.

– Zobacz, to chyba amonit albo coś w tym rodzaju – powiedziałem w momencie, kiedy prawie udało mi się oderwać tę odbitkę od reszty skały, zupełnie jakby naprawdę była czymś zupełnie odmiennym.

– Dużo tu tego. Cały brzeg jeziora to jakieś skamieniałości – zgodziła się ze mną.

W końcu mi się udało. Sam byłem zaskoczony, bo przecież nie miałem ani narzędzi, ani nadludzkiej siły, żeby odłamywać skały od innych skał. Już samo takie stwierdzenie brzmi jak opis mocy jakiegoś herosa czy półboga. Trzymając w rękach odbitkę, zagłębiałem w niej swoje palce. To było jak forma do odciskania kształtów, puste rowki, z których jakby coś wyparowało. Nasze dłonie spotkały się w jednym z nich, a nasze kciuki stykały się na chropowatej odbitce plechy albo liścia. Spojrzałem jeszcze w górę. Po drugiej stronie jeziora szczyty gór były nagie i czarne, ale za nimi wyróżniał się zestalony błękit góry lodowej.

Kiedy usłyszałem kolejne sapnięcie lokomotywy, stwierdziłem, że jednak wsiądę.  Czułem, że zdążę przed odjazdem.

 

 

Szymon Horała

 

Morze

 

Wykręciłem oko do wnętrza czaszki

Puściłem je w podróż w rejon

Gardła, krtani, cofam

Przełyk. W uszy igiełki

 

Powoli coraz mocniej wbijają się

Na skutek tegonocnych

Pisków, skowytów, alarmów

 

Krwotok zewnętrzny, ciało

Zbrukane czystymi intencjami

Ich efektami, limfa, nafta, krew

Opada i kręci się, wierci wciąż

 

Żywy język między nogami

Ociera się koniuszkiem o

Kostkę, w dół na piętę

 

Ostatnie podrygi dzisiejszego

Słońca stopiły się z

każdym poprzednim dniem

W ruinach rozumu

 

Ostatnie czym karmiło mnie

Niebo nie nadawało się

Do spożycia,

a

jed

nak

 

 

Zde(r)material

 

Urodziłem się czysty i w czystości żyłem. Nigdy nikomu nie podkładałem nóg, jak coś nie mojego znalazłem, to zgłaszałem, że chętnie oddam. Ostatecznie oddałem też to, co moje i co mnie tworzyło. Rozczłonkowałem się i dałem zamiast sznura pereł sznur zębów (przeżartych i niedoleczonych), dałem paznokcie na broszce, rzemyk z własnych włosów. Moje mięso pojedli, z kości szpik wyssali. Sprowadzili mnie do roli czystoastralnego bytu lub subatomowej istoty. Dalej jestem czysty.

 

 

Zagrywanie na pięć lat do tyłu 

 

Wije się psem w

Łóżku pościeli wszech

Wiedzących oczach wszech

Świata całego wpatrzonych

 

Jak dusza ulatuje przez oczy

Usta i nos, pustoszenie

Głowy wietrzenie jak

Pomieszczenia po nocach

Śniące sny o metrach kwadratowych

 

Wyję do dłoni ścian z

Palcem dla oka uchylonym

Drzwi wpuszczają więcej powietrza

Równoważy się stosunek

Tlen dwutlenek

 

Młyn miele nie synteza

Wtapiam się w materac

Ślady tkanek w bawełnie

Rozdrapane resztki spod

Paznokci się sypią

Młyn mielenie synteza

Upłynniam się pod szklanki

Szukając kształtów wygodnych

Nurtów spokojniejszych

Młynmielenie synteza

Przechodzenie w pokoje

Przedpokoje, wieszaki

Rumowiska ze ścian

Młynmieleniesynteza

Pościelenie

Pościelenie

 

 

Postmortem

 

Spojrzeć słońcu w oczy wejść mu

w drogę i cień, od ciem uczyć się

Tańca na chwałę iskier ostrości

dać odejść, dać się zgubić

przestać

 

 

Piotr Dardziński

 

Niebieskie Jordany

 

Ostatnia zima. To, jak idziesz w tych swoich nowych niebieskich Jordanach. Tak pięknych butów nigdy nie widziałaś. Długo na nie zbierałaś, trochę ci dołożyłem. Idziesz, ostatni śnieg topnieje przy drodze. Zostało go jeszcze trochę po bokach, ale zgarnia się go za każdym razem, gdy pada…

Widzę to wyraźnie, tak jak teraz widzę rowerzystę, który musi trochę zwolnić, bo ktoś postawił hulajnogę w poprzek parkowej alejki. Gdybym wówczas wiedział, że to ostatnia nasza zima… Ale nikt nie wie takich rzeczy. Codzienne sprawy, brak uważności podyktowany pędem życia, czymkolwiek, żeby tylko nie być tu i teraz. Co by to wtedy nie było, nie miało szans z tym, co u mnie. Niepowtarzalne. Żadne z twoich miesięcy, tygodni i dni poprzedzających tamten czerwiec nie mogło takie być w moich oczach.

Można przegapić życie, nie tylko z powodu nieuważności.

Nigdy bym się nawet nie zbliżył do takiej myśli, że może to być twoja ostatnia zima. Choć możliwe, że ty już wiedziałaś. Stąd te buty. Dlatego chciałaś wyjątkowej oprawy, oczywiście nie ze względu na buty, tylko na siebie.

Zasługiwałaś na wieczny błysk trwania. Zawsze. Dla mnie jednak ta sytuacja wtedy nie była czymś szczególnym. Ot, normalne, zimowe popołudnie. Siedemnasta w nocy. Gdzieś wychodzisz.

Pytasz się: No i jak te buty?

Ja coś tam kiwam głową, ale głową jestem w innych fabułach.

A, to dobra, odchodzisz, kryjąc smutek z powodu braku zainteresowania twoim światem. Jakbyś dobrze rozumiała, że są inne uniwersa oprócz twojego i to właśnie do nich mi spieszno. Do tych innych narracji, których za cholerę nie możesz zrozumieć, masz dopiero dziewiętnaście lat.

Dziś wiem, czegoś zabrakło. Pauzy, przekierowania myśli, popatrzenia na siebie dłużej… Znalazłem później taki wiersz Kamili Janiak:

 

jeśli wierzyć drzewom, nie mamy się co

spieszyć.

czubek topoli za oknem widział na tyle

dużo,

że radzi nam spokojnie czekać.

zjedzmy więc razem obiad i jeszcze chwilę

popatrzmy na siebie.

 

Jeśli wierzyć drzewom, Zuzia, to tamta chwila położy się cieniem na moich dalszych losach…

Ale daj już spokój, tato! Luz. Nic się nie położy cieniem na twoim dalszym życiu, jeśli teraz mnie uważnie wysłuchasz. To były tylko głupie buty, a ty wjeżdżasz mi tu od razu z wierszem o drzewach, które każą czekać, jeść obiad i długo się patrzeć na siebie. Głupie buty. Nie było dla nich wystarczająco miejsca. Nie było już jak mnie upchać w tobie. I tyle! Inaczej nie umiałeś. Teraz próbujesz nadrobić tamto i jeśli ci to pomaga, okej, choć dla mnie nie ma to już żadnego znaczenia.

Dobra, dość już o tym!          

Powiem ci lepiej, co u mnie: jak żyję, kiedy już nie żyję; kiedy nie mam otwartych oczu i ust. Powiem ci, co można widzieć, gdy jest się takim mną.

 

Łódź, 09.02.2026, godz. 11:45

 

 

Andrzej Leraczyk

 

*** (słuchajcie)

 

słuchajcie

tego wrażliwego chłopca

który dostał nagrodę

za bycie chujem

słuchajcie jego słów

subtelnych i gładkich

z których każde jest

gówno warte

słuchajcie jego

piosenki:

przebacz mi ojcze

mam grzech

 

 

*** (źrenice)

 

ukradkiem

zaglądam ci w oczy

jakbym w dekolt

patrzył

bardziej sobie wyobrażając

niż widząc

źrenice

sutki

 

 

skóra

 

nie jestem opowieścią

jestem plamą

zbiorem plam na twojej skórze

reakcją alergiczną

stary nubuk

niedbale wyprawiona skóra

tropikalnego kota albinosa

twoja skóra

pod którą buzuje brudne mięso

dzikiego źrebaka

 

 

pale blue eye

 

nie przyszedłem się kochać

przyszedłem rozpętać wojnę

spalić twoją wieś

zapomnieć wszystko

nie będzie mi lou reed pieprzył

o „pale blue eye”

nie będzie pojedynczych westchnień

wyrównanych oddechów

spodziewała się tego

 

 

skóra 2

 

jędrek skóra jestem

pusty, źle wydrążona tykwa

stojąca na regale znajomych ojca

przywieziona z kontraktu w libii

wypatroszony karaś, okoń

z tymi zdziwionymi oczami

że już

nie napiszę dzisiaj niczego dobrego

ani złego, bo pusty jestem

blaszana puszka po towocie

 

 

Emilia Gorzel

 

Sfera pozaziemska, odbiór

 

Wydanie Solaryszy Marcina Mokrego (2025) i sformułowanie idei muzyki ambientowej przez Briana Eno (1975) dzieli pięćdziesiąt lat – wystarczająco, żeby paralele między nimi uznać za retrofuturystyczne (ponieważ zarówno Mokry, jak i Eno czerpią z futurystów w równym stopniu) i odnieść je do świata podlegającego nieustannym transformacjom. Czytane na głos wiersze z czwartej książki poety zgrzytają w zębach i brzmią jak zacinająca się płyta. To punkt wspólny z Eno, który w zakłóceniach dźwięku wydawanego przez szwankujące stereo odnalazł nowy sposób słuchania muzyki.

Dla ambientu kluczowe jest napięcie między pustką a pełnią. Na poziomie muzycznym osiąga się je poprzez wykorzystanie w kompozycjach dźwiękowych skrajnych częstotliwości – bardzo niskich albo bardzo wysokich. Tworzą one ramę utworu, pozostawiając równocześnie lukę po obszarze, gdzie zwykle pojawia się melodia i wokal. Użycie takiej techniki pozwala na uzyskanie wrażenia otwartej przestrzeni, a przecież ambient jest z etymologii i definicji: muzyką otoczenia. Utwory zamieszczone w Solaryszach także operują zarówno pełnią, jak i pustką. Teksty gromadzą się na dwóch marginesach – górnym i dolnym. W wolną przestrzeń pomiędzy nimi Mokry wkomponowuje minimalistyczne struktury, literackie partytury, które przerywają ciągłość opowieści ulokowanych nad i pod nimi równanych do lewej, paragrafowych wierszy:

 

Ułożone w konstelacje słowa: audialnie – trzeszczą, a wizualnie – szumią. Przywodzą na myśl, generowany przez różnorodne urządzenia: analogowe, cyfrowe, a nawet generatywne, medialny szum informacyjny, którym interesowano się zarówno w czasach świetności Eno, jak i dziś, gdy pisze Mokry.

W latach sześćdziesiątych Arno Penzias i Robert Wilson odkryli, że szum wychwytywany przez anteny radiowe nie jest prostym zakłóceniem odbiorników, ale elektronicznym odbiciem Wielkiego Wybuchu. Okazało się, że to, co widzimy na ekranie telewizora, kiedy znajduje się w stanie zawieszenia pomiędzy nadawaniem programu a byciem wyłączonym, to echo początku istnienia Wszechświata. Podobną metaforę z powodzeniem wykorzystuje Mokry, czyniąc ze swojego tomu projekt quasisolarpunkowy, w którym wizja rzeczywistości opiera się na połączeniach między ludzkością, technologią a naturą, wpisanych w media cyfrowe od ich powstania – jak biały szum w działanie telewizora:

 

Różanopalca jutrzenka naszej pracy nad światłowodami prowadzącymi do końca. Duszące architektury informacji otwieramy oknami na świat i pytamy czatbota, jak można pomóc mu kaleczyć się o źdźbła, gdy wreszcie poczuje zmęczenie. Zbiory treningowe wyłożymy zbiorami, które będziemy jedli. Niech zakwitnie kwiat. I Michalina, Michalina, Michalina. Mama rozpylona przez płonący po kuchenkach gaz. Tadeusz, którego dawno nie widzieliśmy w łodygach solaryszy, będzie wołał nas po imionach. Anatol. Rozsierdza gniew kwitnący kwit, którym ozdobimy skały narzutowe za tysiąc lat.     

 

Podmiot Solaryszy to zarówno obserwujący przyrodę i rozmawiający z dziećmi ojciec, jak i transhumanistyczna hybryda człowieka, maszyn i kosmosu. Wektor jej rozwoju w toku narracji (bo tom trzeba potraktować jako poemat) kieruje się coraz bardziej w stronę bytu uformowanego raczej na kształt czegoś w rodzaju wielkiej zbiorowości materii niż pojedynczego istnienia. Sugeruje to nie tylko warstwa tematyczna Solaryszy, ale też sposób jej organizacji. Nazwy poszczególnych części: Retencje, Antropiki, Emiter, Migracje i Solarysze, mapują proces transformacji świata (Antropiki-Solarysze), wskazują na próbę zatrzymania przekształceń (Retencje) i zaznaczają nieunikniony charakter zmian (Emiter-Migracje). Tym samym Mokry po części wpisuje w Solarysze również futurystyczną cyberpunkowość: o ile technologia komputerowa i informacyjna nie zniszczy całkowicie świata, jaki znamy, na pewno bezpowrotnie i drastycznie go zmieni. Czy pozostanie w nim miejsce na nadzieję? Wierzę, że tak. Autor Solaryszy pisze przecież z nieskrywanym sentymentem o przyrodzie i człowieku, pomijając w tych fragmentach technologię. Ostatecznie, zamiast apokaliptycznego obrazu zagłady ziemskiej egzystencji, kreuje raczej wizję współistnienia naszego życia z innymi formami bytu – nie zupełnego zniknięcia, ale jedynie zmiany kształtu. Dlatego wierszem otwierającym ostatnią część tomu, tytułowe Solarysze, jest optymistycznie wybrzmiewające Płodzeńe Aleksandra Wata:

 

Na pszestszeńah kosmicznyh, wśrud rodzącyh gwiazd

rozłożymy szpitale i domy rodzeńa,

na psześćeradłah lazuruw ńebieskih

będżemy tryskać kształtami, hwaląc ćę, płodzeńe!

 

Wszak świat jest olbżymią mleczną bryłą

o ńeskończonej liczbie bżuhuw,

gwieźdźistopierśną dojną kobyłą,

ktura karmi kamieńe, rośliny, zwieżęta, ludźi i duhuw.

 

On tryska kształtuw niezliczonośćą […].

 

Transformacja podmiotu z jednostkowego w zbiorowy przeobraża też sposób odczuwania ciała z punktowego w rozproszony. Rezygnujemy z uprzywilejowania zmysłu wzroku na rzecz polisensorycznego odbioru przestrzeni, która może zostać wykorzystana akustycznie – trochę tak, jak byśmy znaleźli się nie na zewnątrz, ale w środku kamery otworkowej, będącej niczym innym, jak rodzajem pudła rezonansowego – jeśli pomyślimy o jej kształcie, a nie pierwotnym przeznaczeniu. Początki nowych mediów wiąże się z fotografią – nie dziwi więc, że to właśnie ona jest w znacznej mierze odpowiedzialna za zmianę percepcji. Zwrot z wizualnego w audialne opiera się nie tyle na użyciu medium dźwiękowego, ile wykorzystaniu mediów wzrokocentrycznych na sposób muzyczny. To, co naprawdę się zmienia, to perspektywa: nie jesteśmy już na zewnątrz wydarzeń, ale w środku nich (eksplorujemy wnętrze camery obscury, oglądając obrazy, doświadczając ich w trójwymiarze, w którym powstają). Akustyczne ujmowanie przestrzeni przybliża nas do zauważenia jej pełnego potencjału, oddalając od jej biernej obserwacji. Migawka aparatu zachowuje się jak cyfrowa powieka, a pierwszym krokiem w stronę transhumanizmu jest moment, w którym fotografik bierze w ręce kamerę. Podmiot Mokrego na początku zdaje się widzieć i pokazywać świat w podobny sposób: jako pocięte, prześwietlone lub niedoświetlone kadry. Szybko władzę przejmuje jednak dźwięk (ptaków, natury-materii, przesyłów danych i pracy urządzeń) i to on wyznacza warunki istnienia tego nowego „ja”.

Podmiot, jako powstała ze wszystkich napotkanych na drodze przemian wielka postcyfrowa materia, sytuuje się dużo bliżej ujęć ekokrytycznych, niż mogłoby się wydawać. Jego byt opiera się na zasadzie zachowania masy i energii, co pozwala wpisać tom w dynamicznie rozwijający się nurt energy studies. To w sytuacji ekokryzysu, również w kontekście węglowego Śląska, z którego poeta wyemigrował, właściwie całkiem pozytywna prognoza. U Mokrego na końcu czekają nas światłowody, kwiaty rosnące bez akumulatorów, druga ręka, kłącze, łącze, kliknięcia, odbiorniki, życie „pośród” i „las porost ludzki”:

 

i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i,   […]   o, o, i, i, i, i, i   […]   i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i   […]   o, o   […]  ‘ , ‘ i, i, i, i i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i  […]  o o o o o o o o ……………………..

 

Finał Solaryszy do złudzenia przypomina graficzną interpretację telewizorowego białego szumu w bardzo dużym powiększeniu. Nie twierdzę, że Mokry w Solaryszach odkrył tajemnicę Wszechświata, ale muszę przyznać, że coś w tym znajduję – jeśli nie nagi sens, to konkretne kosmogoniczne wrażenie odbiorcze.

 

Marcin Mokry, Solarysze, Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. T. Karpowicza, Wrocław 2025.   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Katarzyna Koza – doktorantka, asystentka w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Zajmuje się ekoposthumanistyką.

 

Julian Kazberuk – poeta, z wykształcenia prawnik, student filozofii, z zawodu bibliotekarz. Laureat nagrody specjalnej w Ogólnopolskim Konkursie im. Jacka Bierezina. Współzałożyciel stowarzyszenia Fundamenty, współtworzy kolektyw organizatorsko-kuratorski Społem fest, współpracuje z grupą teatralną Sedno. Pasjonat literatury, sztuk wizualnych i ich wzajemnych przenikań.

 

Krzysztof P. Mierzejewski – z wykształcenia biolog, student skandynawistyki na UG. Marzy o pracy tłumacza literatury fińskojęzycznej. Pisze prozę i poezję.

 

Szymon Horała – urodzony w Poznaniu, osiadły we Wrocławiu. Publikował m.in. w „Notatniku Literackim”, „składce” i „Fudze”. Z wykształcenia polonista i kulturoznawca, z pasji ornitolog. W ostatnim czasie zainteresowany sound studies, animal studies, a także field recordingiem, który sporadycznie uprawia.

 

Piotr Dardziński – absolwent filozofii i teologii. Mieszka w Łodzi. Były perkusista, obecnie nauczyciel i trener kreatywności. Autor Trucizn, Będzie dobrze i kilku opowiadań.

 

Andrzej Leraczyk – pisarz przed debiutem. Student Studiów Literacko-Artystycznych UJ.

 

Emilia Gorzel – studentka Uniwersytetu Wrocławskiego. Debiutowała tekstem Wenus z obiektywem w „Dzienniku Literackim”. Laureatka Turnieju Jednego Wiersza organizowanego w ramach inicjatywy Las Literatury Księgarni Dosłownej w Lublinie. Miłośniczka beckettowskiego teatru, ambientu i Pomorza.

 

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:
Kaja Kędzioł, Zuzanna Madurska, Jakub Famulski, Kamil Figas
Kontakt: osmy.arkusz.odra@gmail.com

 

MAJOWY NUMER „ODRY” 5/2026

O Ficowskim w 20. rocznicę śmierci: BARON-MILIAN, SOMMER, WOŹNIAK

SOLSKA, CHMIELEWSKI, ORZECHOWSKI: Jak utuczyliśmy chińskiego smoka

SURDYKOWSKI: Dzieci i wnuki panny S. • GIZA-POLESZCZUK: Polskie mity

ŻADAN – poezje • RÓŻANOWSKI: Abstrakcja wiecznie żywa • Mój wiersz

NIEWRZĘDA: Lejbensraum • CZERKAWSKI, ADAMCZAK: Polityka i film

 

Spis treści 5/2026:

2 NAKARMIENI MITAMI Z Anną Gizą-Poleszczuk rozmawia Piotr Gajdziński

10 Jerzy Surdykowski: ONI – DZIECI I WNUKI SOLIDARNOŚCI

15 Joanna Solska: JAK UTUCZYLIŚMY CHIŃSKIEGO SMOKA

22 Adam Chmielewski: WANG HUNING, NAUCZYCIEL NARODU

27 Marek Orzechowski: EUROPA MADE IN CHINA

32 Wojciech Łuczak: NATO BEZ ZŁUDZEŃ

37 Serhij Żadan: WIERSZE

41 FICOWSKI. 20 LAT PÓŹNIEJ

42 Marta Baron-Milian: LARWY JAWY

51 Maciej Woźniak: NIEOBECNI MAJĄ RACJĘ

58 Piotr Sommer: STARE I NOWE DEKRETY

68 Anna Podczaszy: MÓJ WIERSZ

70 Krzysztof Niewrzęda: LEJBENSRAUM

77 Dariusz Pado: WIERSZE

79 Mirosław Drabczyk: POCIĄGIEM PRZEZ NOC

86 Agata Tuszyńska: WIERSZE

88 Ryszard Różanowski: ABSTRAKCJA: JESTEM TYM, TERAZ I TUTAJ, CZYM JESTEM

95 Kamil Bujny: ŻYWE OBRAZY

98 Piotr Czerkawski: KTO SIĘ BOI KINA POLITYCZNEGO?

102 Marcin Adamczak: DZIKIE DZIECKO

105 Wiesław Saniewski: ZE SMYCZY

107 Jan Miodek: MEDIALNA EMOCJOKRACJA

109 Jacek Sieradzki: DWAJ PANOWIE, CO UMIEJĄ SŁOWEM

112 Marta Mizuro: ZAMIAST SOLI

114 Hubert Klimko-Dobrzaniecki: KŁOPOTY Z GEOGRAFIĄ I NIE TYLKO

115 Mariusz Urbanek: AZYL DLA ORBANA

NAD KSIĄŻKAMI

117 Kamil Figas: OBRONIĆ, PRZEPISAĆ

119 Rafał Kasprzyk: BIOLOGIA SENSU I HAŁAS ISTNIENIA

121 Jarosław Petrowicz: DOWÓD GIZZIEGO

122 Radosław Wiśniewski: O WSZYSTKIM, CO SIĘ NIE UDAŁO

124 Andrzej Juchniewicz: MAŁE KOMPENDIUM O TROSCE

129 W OFICYNIE

130 POCZTÓWKI LITERACKIE KAROLA MALISZEWSKIEGO

131 SYGNAŁY: FOTORELACJA Z JUBILEUSZU „ODRY”, DYSKUSJA O MANNIE, TOŻSAMOŚĆ WODY

141 WERNISAŻE

145 8 Arkusz: TURNIEJOWY IMPRESARIAT

 

 

Odrę można czytać także online na www.e-kiosk.plwww.nexto.pl

 

Wydawcy:
Instytut Książki
Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – Instytucja Kultury Samorządu Województwa Dolnośląskiego

Wydawnictwo dofinansowane z budżetu Samorządu Województwa Dolnośląskiego

Projekt wydawniczy pod nazwą „Ósmy Arkusz ODRY” w miesięczniku „Odra” dofinansowano przez Miasto Wrocław

 

KWIETNIOWY NUMER „ODRY” 4/2026

HAUSNER: Świat napędzany chciwością • Trumpiści made in Poland

GUGAŁA: Wychodzenie z mgły • MACHEJ: Jerzy Pilch vs Czesław Miłosz

SZACIŃSCY: Rodzina fotografów • Mój wiersz (seria 3): MATYWIECKI

Ameryka na haju • DYMKOWSKI • Poezja: BRZOSKA, HALL i GIMENO

BIELECKI, CZAPLIŃSKI, SŁODCZYK: Sztuka opowiadania o sztuce

 

 

Spis treści 4/2026:

2 ŚWIAT NAPĘDZANY CHCIWOŚCIĄ Z Jerzym Hausnerem rozmawia Piotr Gajdziński

9 Maciej Dymkowski: JAKIEJ TOŻSAMOŚCI POLACY POTRZEBUJĄ

14 Piotr Gajdziński: TRUMPIŚCI MADE IN POLAND

22 Jarosław Gugała: WYCHODZENIE Z MGŁY

30 Jacek Kubitsky: TO NIE JEST KRAJ DLA DON KICHOTÓW

36 Paweł Kwiatkowski: AMERYKA NA HAJU

40 EUROPA BĘDZIE NASTĘPNA Z Andrew Kolodnym rozmawia Paweł Kwiatkowski

43 Piotr Matywiecki: MÓJ WIERSZ

45 Zbigniew Machej: JERZY PILCH I CZESŁAW MIŁOSZ ALBO NIEOBJĘTA POWIEŚĆ

60 Wojciech Brzoska: WIERSZE

62 Łukasz Suskiewicz: PAZ ETERNA

66 Jorge Gimeno: WIERSZE

69 Tomasz Dalasiński: OPOWIADANIA

75 Phil Hall: WIERSZE

80 Ewa Kozłowska: SZACIŃSCY

90 Artur Bielecki: POLIFONIA ROZMÓW

94 Jędrzej Soliński: 1984 POWODY, BY ZNÓW CHODZIĆ DO NORWIDA

97 Lesław Czapliński: POD ZNAKIEM CHOREOGRAFII I PUBLICYSTYKI

100 Rozalia Słodczyk: O SZTUCE OPOWIADANIA HISTORII

104 Marcin Adamczak: ELŻBIETAŃSKI PHARMAKON

107 Jan Miodek: RENESANS SPÓJNIKA ACZKOLWIEK

109 Jacek Sieradzki: EUROPA SIĘ WĘDZI…

112 Marta Mizuro: MIŁO I PRZYJEMNIE

114 Radosław Wiśniewski: NOTATKI Z UNDERGRUNTU

116 Hubert Klimko-Dobrzaniecki: REFLUKS

117 Mariusz Urbanek: POKOJOWY NOBEL DLA TRUMPA. SUBITO!

NAD KSIĄŻKAMI

119 Ewelina Adamik: NA POCZĄTKU BYŁO SŁOWO „PONIEMIECKIE”

121 Mirosława Szott: POEZJA JAKO NIEŚMIERTELNIK

123 Julia Kardas: DO ZAKOCHANIA JEDEN KROK

125 Joanna Ośka: NA MORZU, WŚRÓD OBCYCH

126 Anna Karczewska: BARDZO DŁUGA ROZPRAWA MIĘDZY

131 W OFICYNIE

132 POCZTÓWKI LITERACKIE KAROLA MALISZEWSKIEGO

133 SYGNAŁY: NOWY McEWAN, KATASTROFA.DOK, CMENTARZE DOLNOŚLĄSKIE

141 WERNISAŻE

145 8 Arkusz: ZIELONOŚĆ

 

Odrę można czytać także online na www.e-kiosk.pl www.nexto.pl

 

Wydawcy:
Instytut Książki
Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – Instytucja Kultury Samorządu Województwa Dolnośląskiego

Wydawnictwo dofinansowane z budżetu Samorządu Województwa Dolnośląskiego

Projekt wydawniczy pod nazwą „Ósmy Arkusz ODRY” w miesięczniku „Odra” dofinansowano przez Miasto Wrocław

8 ARKUSZ. 3/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

ROZRUCHY, VOL. 1

 

„Trzeba rozkręcić ten 8. arkusz”, dochodzą nas głosy, „Coś się zmieniło, nic się nie chce zacząć”, spływają gorzkie żale, „Wieje nudą, jeżeli nie czymś gorszym”, czają się w cieniach zmarszczone nosy. Słyszymy, że trzeba rozruszać tryby krytycznoliterackiej machiny, więc postanowiliśmy się ruszyć – i pojechaliśmy do Gliwic, rzecz jasna, metaforycznie. Nasz rozmówca był tam na serio, a powodem rozmowy z Konstantym Famulskim była jego rezydencja literacka w ramach świeżutkiej nagrody w polu, czyli Gliwickiej Nagrody Literackiej. Wydaje się nam, że pomysł zwiedzania co ciekawszych wydarzeń związanych z młodymi twórcami sam w sobie przedstawia się ciekawie, dlatego w przyszłości zamierzamy go kontynuować. Uchylamy tym samym rąbka tajemnicy – w jednym z kolejnych numerów sprawdzimy stan młodej polskiej prozy, również w kontekście gliwickiego wyróżnienia, tyle że w innej kategorii. A potem? Cała Polska stoi otworem, może zawitamy też do twojego miasta!

Poza tym w Arkuszu przeplatają się głosy krytyczne i poetyckie. Dwie recki, dwa zestawy. Paweł Kałuża omawia debiut Bartosza Dłubały, czyli zdaniem krytyka, poezję potrzebną. Lakoniczna fraza utworów Amelii Pudzianowskiej może posłużyć za wstęp do lektury 5 Szymka Biry, której podejmuje się Zuzanna Krakowska. Całość zamykają mocno wrażeniowe wiersze Grzegorza Ryczywolskiego. Zapraszamy do lektury i  wracamy już do przygotowań odrzańskiego Turnieju Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł, który odbędzie się w ramach jubileuszu 65-lecia „Odry”. Zapiszcie już teraz w kalendarzu datę: 20.03.2026!

 

Redakcja Ósmego Arkusza

 

 

fot. Maciek Bielawski

 

 

 

SŁYSZENIE JEST TĄ PRZECHODNIĄ RZECZĄ  

 

Z Konstantym Famulskim, laureatem I Gliwickiej Nagrody Literackiej w kategorii poezja przed debiutem książkowym, rozmawiają redaktorzy „Ósmego Arkusza”.

 

Kamil: Konstanty, Opowiedz o wrażeniach z twojego pobytu na rezydencji literackiej w Gliwicach? Jesteś zadowolony? Co sądzisz o tego rodzaju inicjatywach?

Konstanty Famulski: Dla mnie to był przede wszystkim czas bycia obcą osobą w obcym mieście i testowania różnych lokali, w których można tutaj pisać – i po prostu pisania. Szwendałem się, bo po pierwsze, ja nie umiem pisać tam, gdzie śpię, a po drugie, był remont za ścianą [śmiech]. Ale już się skończył. Był to dla mnie całkiem twórczy czas. Przy okazji uczestniczyłem w kilku eventach, które Krzysztof Siwczyk organizował we współpracy z miejscową biblioteką. To też było ciekawe: usłyszeć, jak Marcin Mokry „performuje” swoją książkę czy spotkać się z uczestnikami warsztatów literackich, być nagle „po drugiej stronie”. Skłoniło mnie to wszystko do przemyśleń na temat własnego miejsca w świecie literackim. Rok temu byłbym uczestnikiem, a teraz bywam gościem – nie wiem jeszcze, jak się z tym czuję i jak zmienia to optykę.

Czyli było raczej produktywnie. Takie odcięcie się od codzienności, od Warszawy, od rutynowych obowiązków – na ile pomogło ci w pracy nad debiutancką książką?

Na pewno pomogło. Sprawę ułatwił fakt, że to jest tekst, który istnieje – w różnych formach – właściwie od dwóch lat. Może to, że byłem w innym miejscu, sprawiło, że trochę inaczej spojrzałem na ten tekst. W sumie jednak takie wyrzucenie w obce miejsce i bycie kompletnie obcą osobą bardziej mnie chyba skłoniły do pisania nowych rzeczy niż redagowania starych. Robiłem i pierwsze, i drugie, ale ostatecznie rezydencja bardziej mnie kierowała w stronę układania nowych wierszy.

Jakub: Co twoim zdaniem tego  rodzaju nagrody czy stypendia dają autorom jeszcze bez książki ? To dobra możliwość pracy nad debiutem czy większe znaczenie miałby gest docenienia wraz ze swego rodzaju turystycznym prezentem?

– Niby to nie jest jedno i drugie, ale przecież nie jesteś zamknięty w pokoju i nie piszesz książki pod policyjnym nadzorem. Wydaje mi się, że dwa aspekty, które wymieniłeś trochę przeciwstawnie, są ze sobą powiązane, szczególnie gdy spojrzymy przez pryzmat tej nobilitacji. Bycie autorem przed debiutem opiera sięna stawianiu sobie w kółko pytania: czy ja się do tego nadaję? Czy ja już jestem w tym świecie, czy jeszcze tkwię w sieni? I to, że nagle pojawia się wyróżnienie, wpływa na pisanie, zmienia układ ścieżek w głowie. Czujesz się przyjęty i nagle inaczej widzisz swoje teksty, kiedy świat ci sugeruje, że teraz to już rzeczywiście jesteś prawdziwym pisarzem.

Kamil: Czyli nagroda pełni funkcję inicjacyjną? Oznacza przyjęcie do społeczności literackiej?

Trochę tak. Nieco hiperbolizuję i nie ma to jakiegoś formalnego wymiaru, ale takie wyróżnienie wywołuje tego rodzaju poczucie.

Jakub: Poparte dyplomem i naszą rozmową na łamach „Ósmego Arkusza”. Wróćmy jednak do wierszy. Twoja dykcja dość różni się od tego, co możemy zaobserwować w najpopularniejszych nurtach  najnowszej poezji,  więc chciałbym cię zapytać o konteksty, inspiracje literackie czy artystyczne autorytety, które widziałbyś jako pomocne w lekturze twoich utworów.

Na pewno jest kilka inspiracji, do których zaraz chętnie przejdę. Ale jeszcze taki asterysk: nie chciałbym przegadywać sam siebie, bo czasami – już mi się to zdarzyło – czytelnik dostrzega w książce coś, czego ja sam nie widziałem, ale okazuje się to spójne z całością. I do tego ładne. Nie chciałbym, już na wejściu określać siebie, że ja to tutaj i stąd i tylko o tym.

Na pewno pierwszym krokiem do pisania była dla mnie młodociana, w sensie: nastoletnia, lektura Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. W ogóle nie potrafię się od tamtego czasu wyzbyć fascynacji poezją, która się powtarza i powtarza. Właśnie powtórzenie przyświecało koncepcji wierszy, gdy zaczynałem je pisać, właściwie stanowiło początek tego tomiku. Powtórzenie było zamierzonym zabiegiem, który coś znaczy i który jakoś działa. W podobnym wymiarze inspiracją okazał się dla mnie Obóz zabaw Justyny Kulikowskiej, chociaż znacznie później, pod koniec pisania. Znów jako poezja, która się wiąże i zapętla w określonej formalnej ramie.

Tym drugim wektorem wiersza jest dla mnie, wcale nie mniej istotna, brzmieniowa warstwa wiersza. Wydaje mi się, że jestem bardziej osobą słyszącą niż widzącą. Dlatego te inspiracje sięgają bardziej w przeszłość, chociażby do Czechowicza, czy do nowofalowców: Barańczaka w eighties’ach, Krynickiego; do tych wszystkich wierszy, które brzmią i to brzmienie ze znaczeniem jest zespolone.

Kamil: Pojawiły się nam tutaj nazwiska i Dyckiego, i Justyny Kulikowskiej, którzy są mocno związani z polską poezją współczesną. W zależności od tego, jak na to spojrzymy, we współczesności zmieszczą się też nowofalowcy. W każdym razie odwołujesz się do polskiej tradycji literackiej. Skąd wobec tego  Arthur Rimbaud, który pojawia się u ciebie i w tytułach wierszy, i w samych utworach, i z tego, co wiem, również w tytule projektu książki?

Pisanie tej książki to był dla mnie proces, który mógłbym porównać do wzrastania Najpierw musiałem mieć ten jeden dobry wiersz, żeby mógł posłużyć za takie nasionko, z którego wyrasta reszta.Albo może: się rozrasta. I właśnie tym pierwszym wierszem okazał się Ten pies imieniem Rimbaud. Czułem, że kryje się w nim coś wyjątkowego, co warto rozwinąć. Trudno mi jakoś logicznie wytłumaczyć, dlaczego akurat Rimbaud, bo to nie jest poeta, który wówczas mnie szczególnie poetycko fascynował. Wydaje mi się raczej, że Rimbaud zainteresował mnie jako ogromna, nieosiągalna figura, która coś znaczy. Interesowała mnie przede wszystkim historia czy też fabuła jego życia. Jako młody poeta wchodzi szybko na Parnas, by równie prędko z niego zniknąć – wyjeżdża z kraju handlować bronią. To mnie zajmowało bardziej niż same Iluminacje.

Jakub: Czyli Rimbaud jako biograficzny mit, legendarny poète maudit, a naprzeciw wychodzą mu w utworach i tytule projektu „metale ciężkie”. Co łączy te tropy, skąd zamiłowanie do czerpania ze specjalistycznego słownika w odniesieniu do tych substancji?

Rimbaud istnieje w warstwie tego, co ten tekst chce opowiadać. A metale ciężkie stanowią warstwę tego, jak tekst chce być opowiadany. To jest materia tego tekstu, jego budulec. I tutaj znowu wskazałbym na Czechowicza, bo chodziło mi może przede wszystkim o brzmienie tej frazy, stąd specjalistyczne, dziwne, trudne do wymówienia słowa: tetraetyloołów czy inne freony… Używane ze względu na ich rezonans. Dzięki nim te wiersze, które są w pewien sposób piosenkowe, nabierają chroboczącej jakości, takich przyjemno-nieprzyjemnych dla ucha właściwości. Ważne, żeby wiersz brzmiał tak, jak znaczy, i te chrzęsty są dźwiękiem historii zawartych w tej książce.

Kamil: A propos wchodzenia na Parnas – chcę cię zapytać o twoje wejście na Parnas nie tyle literacki, ile raczej dyskursywny. W listopadzie 2024 roku w „Dwutygodniku” ukazał się twój tekst Okna szerokie i długie. Narobił trochę szumu w krytycznoliterackim światku i sprowokował parę polemik. Jak się teraz do niego odnosisz? Podtrzymujesz swoje tezy czy może warto by je zrewidować?

Jakub: Dodam, że chodzi  o esej, który postuluje wizję krytyki niezbyt krytycznej. W tym sensie niedaleko mu do Czy możemy się już nie kłócić? Macieja Jakubowiaka, również z łamów „Dwutygodnika”.

Wow! [śmiech] Wydaje mi się, że ten tekst był efektem odchylenia wahadła w drugą stronę. Zresztą chyba nawet, jak się go czyta, to to widać. Esej zaczyna się od recenzji Zeszytu ćwiczeń Joasi Łempickiej, bardzo ostrej krytyki. Myślę teraz, że nietrafionej. Dalej w tekście rzeczywiście nawołuję do krytyki właśnie w duchu wystąpienia Jakubowiaka. I wydaje mi się, że wymowa tego eseju jest wynikiem zachłyśnięcia się tym, że można inaczej. Od krytyka bezlitosnego do „nadwyrozumiałego”. Przeskoczenie z jednej skrajności w drugą. Tak to teraz widzę po tym przeszło roku. Czy to podtrzymuję? Sam nie wiem. Wydaje mi się, że nie bez powodu nie napisałem później zbyt wielu tekstów krytycznych. Może się zraziłem, a może to po prostu nie jest mój świat. Potraktowałem krytykę jako pewien substytut tego pisania artystycznego – ale nie byłem do końca zadowolony z efektów.

Przyznaję, że reakcje na ten tekst, szerokie echo, którym on się odbił, trochę mi ukazało świat krytyczny jako bardzo nastawiony na wewnętrzne wojenki, co mnie osobiście nie interesuje. Pomijam, że co poniektórzy zamiast uważnie przeczytać esej i uznać go za czyjąś osobistą refleksję, na siłę ładowali mnie na szachownicę. Oczywiście, nie twierdzę, że to bez znaczenia, jaką krytykę postulujemy i jaką krytykę chcemy uprawiać. To ważne, ale po prostu  jakoś się od tego światka odbiłem.

Jakub: Jeśli nie ten, to które światy są dla ciebie ważne? Czy warszawskie środowisko literackie, w którym się obracasz, jest dla ciebie bardziej swojskie?

Mieszkam w Warszawie, ale nie jestem tu ściśle związany z jakimś konkretnym gronem ani nie otaczam się wyłącznie poetami. Wręcz przeciwnie. Naturalnie mam przyjaciół i znajomych, ale to nie znaczy,  że jestem przypisany do „Iglicy”,  choć koleguję się z Julkiem Rosińskim.  Swoją drogą, zaprosiłem go kiedyś na śniadanie i nie przyszedł. Nie ma w moim życiu wielu osób, które piszą poezję. To są niemal zawsze przypadkowe spotkania. Może też stąd ta osobność.

Kamil: Zakończmy jakimś optymistycznym akcentem. Wspominałeś parę razy, że bardziej słyszysz, niż widzisz. Jesteś też muzykiem grającym w zespole rockowym. Widzisz połączenie pomiędzy muzyką i poezją, pomiędzy tym, co piszesz, a tym, co komponujesz? Są to dla ciebie osobne sfery działania, czy też w jakiś sposób się przenikają i na ciebie wpływają?

Dla mnie to są bardzo osobne światy. Albo inaczej: tworzenie muzyki jest zazwyczaj inne niż pisanie poezji, bo tam nastawiony jesteś stricte na afekt. Coś może być dużo prostsze, ale w tej prostocie dużo lepsze. A jednak poezja daje inną przestrzeń, bo pozwala na, nawet bardzo odległe, introspektywne połączenia, na które nie ma czasu w czterech, pięciu minutach standardowej piosenki. I to jest w jakiś sposób wyzwalające, że jedno jest lekiem na drugie i vice versa. Jeżeli chce się powiedzieć coś, co jest może prostsze, ale bardziej bezpośrednie i w ten sposób ujmujące, to muzyka stanowi lepsze medium. Można nieraz dostrzec coś naprawdę wartościowego w zupełnie prostej rzeczy, zaaranżowanej w piosenkę. Natomiast poezja jest dla mnie często jakimś psychotycznym szukaniem małej, ciekawej, bardzo tajemniczej i trudnej do zrozumienia myśli. Jest wywoływaniem jej znaczenia przez kontekst innych mocnych słów.

Ale wydaje mi się, że słyszenie jest tą przechodnią rzeczą między dwoma światami. No bo i tutaj, jeżeli coś nie brzmi, to nic się nie wydarza, ani w tekście, ani w piosence.

 

 

Konstanty Famulski

 

Ten pies imieniem Rimbaud I

 

Kiedy miałem już malarię,

dreszcz pokruszył moją skórę, wyłamał ciepło krwi;

 

ale przynajmniej ja jeden wiedziałem,

że Rimbaud nie złożył broni nigdy, pisał wiersze po sam kres,

 

aż umarł wraz ze swym wiernym, najwierniejszym psem,

z tym psem imieniem Rimbaud.

 

 

Ten pies imieniem Rimbaud, który dał mi malarię

i uwagę do prozaicznych rzeczy,

faktycznie mógł być komarem, kiedy przebijał cienką tkankę,

gdy przykładał lufę.

 

 

Osoczone rany po ołowiu kulach, przejarzone na zawał serce

lizał pies imieniem Rimbaud, ten pies miał malarię.

 

Wykrwawiałem się, za światłem wystrzału rzucony:

ten pies miał malarię, gdy lizał imieniem Rimbauda.

 

Kiedy sprzedawał proch, przypomniał sobie Rimbaud

o psie Rimbaudzie i wystrzelił w tlen honorową zań salwę.

 

Kiedy na malarię prochy przyjmował, Rimbaudowi

przypomniał się ten pies imieniem Rimbaud i zawył on nad swym psim losem.

 

Ten pies imieniem Rimbaud III

 

Nie pytaj: dlaczego jem prochy, spytaj: czy mi smakują,

leżę rozbity w tropikach, trącę nosem Rimbauda, on na to:

 

nie pytaj: dlaczego połykam ogień, spytaj: czy mnie pali,

patrzę na poparzonych, mnie ogień traktuje jak przyjaciela,

 

kłuję Rimbauda, on na to:

 

nie pytaj: dlaczego piszę, spytaj: czy się składam z tego psa Rimbauda,

który ubiera płaszcze z kryształu, a strzelby schodzą wyjątkowo dobrze.

 

 

Ten pies zawył z bólu, kiedy go zarzynałem, sikał hemolimfą.

Ten komar imieniem Rimbaud patrzył wrażliwymi oczyma

komara, który nigdy już nic nie napisze, aż Rimbaud

załadował Rimbaudowi strzelbę i karał prochem i ołowiem

Rimbauda, ten Rimbaud bez nogi i na samym już kresie myślał:

 

byłeś mi boże, boże byłeś mi zupełnie skurwiony.

 

 

Do niego się zwracam, on na to:

 

przecież ten Rimbaud nie musiał być wcale

psem, ani komarem, ani poetą tym bardziej.

 

 

Chorał ołowicy I

 

Toluen: chodzę wciąż po lustrze, ja: metaloorganiczny,

więc kiedy mówisz: mnie nie ma, ty: czteroetylek

ołowiu, wycałuj mnie do kwarcowego bulionu

czaszki i zszargany będę twój na zawsze.

 

 

Eter: sieć kryształu pod kopułą, okadzona na benzynowej myśli,

będę wtedy metaloorganiczny; wypełniony freonem

mogę być nawet niepalny, kiedy tetraetyloołów podajesz

w śmiertelnych pocałunkach, dawkowane wciąż pachną naftą.

 

 

Trójchloroetylen: kryształowego bulionu spróbujesz, zalej w czaszkę ołowie.

Przez lustro zobaczysz strach, ale nie rozczaruj się spojrzeniem na

mnie; ty, metaloorganiczny twój oddech, gdy rozkruszasz

żelazny kościec i karzesz mnie, a w tobie się kochać.

 

 

Ulice donikąd, mógł być mój wzrok II

 

Wiersz zgiąłem wpół, na odbitce wyglądał tak samo,

palindrom konstruuje ze srebra czarnego, białego ołowiu.

 

Mój boże narodzenie przerywałem, jak przerwali mnie wpół,

 

 

może, gdyby mnie to ruszało, byłoby prościej.

Zająłbym się czymś pożytecznym, połączyłbym odległe trasy:

 

droga przez eter, toluen, trójchloroetylen, kable aż do

Moskwy, Warszawy, Doliny Śmierci – wiecznych miast,

 

gdzie rosły pomarańcze.

 

 

W moim rodzinnym mieście zdarzają się,

wgryzione w ulice – wgryzione boże

 

narodziny, właśnie na nich jeździł tramwaj,

właśnie w nim jeździłem do przyjaciół,

 

dawaliśmy sobie po kablach w tramwajach,

za szkłem bordowe tropiki, na narodzenie

 

dojechaliśmy na Dworzec Świebodzki,

który boże, byłeś zupełnie skurwiony.

 

 

Paweł Kałuża

 

MAMO, PODMIOT PĘKŁ W SALONIE

 

Na polu hula wiatr, w całej wsi nie pali się ani jedna latarnia. Pojedyncze postacie przemykają w cieniach zbrukane, zgarbione. Gdzieś w oddali szczeka pies. Nie spadły bomby, ludzi nie wybiła zaraza, AI nie przejęło kontroli, ale świat się skończył. Skończył się, bo coś uśmierca bloki pozbawione miasta które ktoś wzniósł / żeby funkcjonowały dawały schron (s. 26). Świat się skończył, bo zlikwidowano PGR-y. Książka żeby dawały schron opowiada historię takiej właśnie apokalipsy. Bartosz Dłubała w swoim debiutanckim tomiku mówi o wszechogarniającym, cuchnącym rozkładzie. Kataklizm ma twarz umorusanego chłopca, który niby się uśmiecha i bawi, ale w rzeczywistości przymiera głodem i zaraz zagryzie go wściekły kundel. Za tą twarzą kryje się jednak znacznie szerszy obraz. Dłubała pokazuje gnicie nie tylko tkanki biologicznej, ale też społecznej, niedającej się zredukować do określonego pokolenia czy płci.

W tej postapokaliptycznej poezji degradacji uległy również tożsamości. Poeta korzysta co prawda z chłopięcego imaginarium (dzidy, prześwitujące sukienki, zabawy w śmierć, siusiaki), ale skonstruowany podmiot chłopcem już dawno nie jest, o ile kiedykolwiek nim był. To podmiot pęknięty, rozlany, obejmujący swoją ontologią wielopokoleniową rodzinę, zwierzęta gospodarskie i całą wieś. Ta tożsamościowa ambiwalencja osoby mówiącej odbija się w języku. Podmiot jest poddawany presji z każdej strony, więc jego język staje się bardzo napięty, skupiony w małym centralnym punkcie, jakby zgnieciony: drapie linie papilarne będzie to samo / zwierzę w środku nocy budzi wyje (s. 7). Negatywny afekt jest tu stricte fizjologiczny, a określenia takie jak „wstyd” czy „strach” są w języku żeby dawały schron etykietkami przyklejonymi do bólu brzucha, drżenia rąk i smrodu spoconego ciała. Czasem podmiot wraca do swoich wspomnień, podejmuje wtedy próby rozprężenia języka lub wiersza. W tym celu używa przekleństw i koślawego humoru: wściekle wymalowane siusiaki na ścianach szkoły / tworzą mozaikę brakuje pizd (s. 10). W kontrze do lęku stawia gniew i śmiech. Jednak te dwa ostatnie nie są szczerymi emocjami, są celowym działaniem, wypadają sztucznie, czasem nawet niezręcznie. W tych żenujących zabiegach osoby mówiącej, która chce się otworzyć, ale nie potrafi, objawia się świadomy ruch autora, a u czytelnika wzmaga się fizyczny dyskomfort, który towarzyszy całej lekturze. Rzut kamieniem dzieli tutaj zażenowanie od obrzydzenia.

W wielu wierszach pojawia się trop maladyczny, wszechobecne są wysypki, wścieklizna, otwarte rany.

 

[…] ponad łętami wzniesiono słupy wysokiego napięcia i kilka bud

pilnowała nas sąsiadka żebyśmy nie próbowali pryskanego do foliówki

urosną parchy w gardle jeśli weźmiecie na barki

łupnie wam w krzyżu tak że skrzywi cały kształt

(s. 23)

 

Choroby dotyczą każdego: babci, matki, ojca, nawet zwierząt gospodarskich, i są widoczne jak na dłoni, wydają się warunkiem koniecznym życia. Takie motywy nader często pojawiają się w polskiej poezji, ale rzadko zdarza się, aby były rozgrywane aż tak dosadnie jak u Dłubały. Jeśli zestawić żeby dawały schron z inną książką poetycką, która uderza w podobne tony, Snami uckermärkerów Małgorzaty Lebdy, ta druga wypada niemal sterylnie. U Lebdy choroba ludzi i cierpienie zwierząt są kategoriami estetycznymi i służą upodmiotowieniu, u debiutującego poety widzimy coś zupełnie odwrotnego – cierpienie nie uszlachetnia, raczej ogłusza i wyłącza jakąkolwiek sprawczość. Cierpiący stają się przedmiotami, a zwierzęta to nie bracia i siostry. Są one w najlepszym wypadku jedzeniem, w najgorszym zagrożeniem. Ta zupełna demitologizacja i odarcie z estetyki to ruchy przemyślane, mające swoje precyzyjne zastosowanie.

Podobnie jest z uprzedmiotowieniem podmiotu, które najbardziej rzuca się w oczy, jeśli porównamy książkę Dłubały z giftem. z Podlasia Justyny Kulikowskiej. Już sama dedykacja w tomiku poetki podsuwa pewien interpretacyjny trop: dla siebie i jednostek dyspozycyjnych. Podążając tym tropem, zauważymy, że w gifcie zdecydowanie częściej pojawiają się czasowniki w pierwszej osobie liczby pojedynczej. I tak, pomiędzy tymi dwoma zbliżonymi tematycznie książkami, tworzy się wyrwa. Krzywda u Kulikowskiej, chociaż uniwersalna, jest zawsze doświadczana przez bardzo wyrazistą, rozgniewaną jednostkę, natomiast u Dłubały wynikające z marginalizacji cierpienie obejmuje całą organizację społeczną. Ujawnia się tutaj siła poetyckiego projektu, który pokazuje, że krzywda, nawet jeśli odczuwana indywidualnie, zawsze uwarunkowana jest systemowo.

W samym środku zwrotu ludowego Dłubała nicuje fascynację wiejskim pochodzeniem i wywleka na wierzch podszywający ją abiekt. Nie ma tu miejsca na wrażliwość czy współczucie, wszystko sprowadza się do wykluczającego obrzydzenia. Wykluczenie to w tomiku jednocześnie przyczyna i skutek nędzy, bo wieś z głodu pożera swój własny ogon. Komunikacyjnie, ekonomicznie i politycznie odcięta od świata, zdewastowana kraina staje się więc polem poezji mówiącej, że było i jest źle, a będzie jeszcze gorzej. Pozostając uwikłanym w tematykę zwrotu ludowego, Dłubała jednocześnie zgłasza poważne wątpliwości wobec jego założeń. W żeby dawała schron chłopska tożsamość i wiejska opowieść o krzywdzie nikogo nie zbawi i nie zrobi tego, co mogłyby zrobić brakujące środki komunikacji publicznej, lekarze czy możliwości rozwoju zawodowego. Poezja Dłubały zręcznie balansuje na granicy pornografii cierpienia (ale jej nie przekracza) i przez swoją czystą negatywność wywleka na wierzch brak jakiegokolwiek pozytywnego programu dla polskiej wsi. To poezja mówiąca, że słońce sprywatyzowano i wywieziono do miast, do których nie kursują autobusy. To poezja potrzebna.

 

Bartosz Dłubała, żeby dawały schron, Wydawnictwo Kwadratura, Łódź 2025.

 

 

Amelia Pudzianowska

 

wyjątek

 

można policzyć na palcach

moje koleżaneczki

co szwendają się

z paznokcia na paznokieć

 

połykają powietrze

jakby przedłużało życie

chcą być jedyne

a nie wiedzą że

sporo jest nawet

liczb pojedynczych

 

 

fermentacja

 

to jest najgorsze bo to prawda

a prawda ma zawsze brzydką mordę

jak siostra która nie odkryła

zabiegów medycyny etycznej

siostra przyszywana

łata na krowę

by się z niej nie ulało

dylematy estetyczne

odkryte w wieku przejrzałym są serem tej ziemi

serem pełnym dziur

których czerń jest skończona

 

 

krąg

 

noszę tę myśl

jak ukołysane niemowlę

dobrze mu ze mną

noszę receptory komórki

neuroprzekaźniki

śpią we mnie myśli

proszę się rozejść

proszę się rozjeść

proszę się rozdziabać

proszę się rozdziobać

podobne zjada podobne

śpi we mnie niemowlę

ssie pierś powietrza

a ja się ulatniam

a ja się utleniam

a ja zasypiam

noszę się z tą myślą

 

 

flow

 

strumień świadomości

strumień świadomości

płyń światło

płyń światłowodem

płyń żyłą cywilizowanego świata

płyń przez gardło

niech się zachłyśnie

niech mlaszcze

strumień świadomości

zaklęcie chorych na wyobraźnię

 

 

Zuzanna Krakowska

BEZSTRATNA KOMPRESJA

Odbiór najnowszej książki Szymona Biry można zacząć od okładki. Widać na niej język, w środku istotną rolę również odgrywa język. Proste przesłanie bez niepotrzebnych dodatków. Naturalnie, nie mamy tu do czynienia z językiem w stanie surowym, lecz poddanym odpowiedniej obróbce. Oszlifowanym w taki sposób, by wydobyć z niego czystą funkcjonalność – tę podstawową, komunikacyjną rolę. Oznacza to skrótowość i stanowcze odcięcie tego, co w przekazie zbędne. 5 czytać można jako eksperyment, który poszukuje odpowiedzi na pytanie, jak bardzo można ograniczyć język, aby nie stracił zdolności do przekazywania treści?

Pisarz uczynił ze swojej poezji sztukę minimalizmu. Każde słowo zostaje tu dobrane z ogromnym namysłem, przetestowane pod kątem wagi, brzmienia i semantycznego tarcia z innymi wyrazami. Dominują wśród nich rzeczownikowe konkrety, które wypierają obrazowe epitety i metafory. Czytając tom, można odnieść wrażenie, że Bira nie pisze wierszy, tylko wytwarza je na drodze redukcji języka potocznego – pozwala odparować temu, co zbędne, aż zostanie tylko to, co istotne.

Książka wyrasta raczej z doświadczania przez poetę codzienności niż z jednego, konsekwentnie realizowanego wątku. Wiersze zawarte w 5 obejmują zarówno wydarzenia ze świata zewnętrznego, jak i prywatne przeżycia oraz refleksje autora. Bira sięga także po inspiracje z innych tekstów kultury (na przykład z Chamstwa Kacpra Pobłockiego, Gry w rasy Przemysława Wielgosza czy filmu Dahomej), traktując je jako materiał do dalszego przetworzenia. W skrócie, na tematykę jego twórczości wpływają rozmaite elementy otaczającej go rzeczywistości. Autor gromadzi je, a następnie kondensuje za pomocą prostego, ascetycznego języka. Wiersz działa trochę jak plik ZIP – treść jest w nim skompresowana do mniejszego formatu, uporządkowana i zapisana w postaci skrótu, który zachowuje pełnię informacji.

Co ważne, ta precyzyjna kompresja pozwala zachować wszelkie niuanse i wrażliwość obecne w perspektywie autora. Szczególnie wyraźnie ujawnia się to w momentach, w których Bira mierzy się z wydarzeniami o realnym ciężarze społecznym i historycznym, na przykład w utworze gambaga:

 

jak ułoży się kurczak może

decydować o losie wytracenia

mocy w oznaczonym

 

miejscu, chociaż niewiele

więcej wiadomo (od zawsze)

 

niż ile te kobiety pochowane są

– nic złego nie grozi w osadach

 

Tytuł wiersza odsyła do Gambagi w północnej Ghanie – jednego z miejsc, w których funkcjonują tak zwane witch camps, „oznaczone miejsca”, czyli obozy dla kobiet oskarżonych o czary. Ich historia opowiedziana została w formie skrótowej, bez publicystycznej dosłowności i uproszczeń. Ta charakterystyczna oszczędność w słowach nie prowadzi wcale do zubożenia treści. U Biry każde słowo po prostu musi udźwignąć jej więcej niż zwykle. Przy tak niewielkiej liczbie wyrazów rozkład sił staje się nierówny, a znaczenie zostaje zmuszone do kondensacji wewnątrz lapidarnych wersów. W tych właśnie miejscach stopniowo odsłania się brutalny mechanizm przemocy ukrytej pod gestami „porządku” i „ochrony”.

„Wytracenie mocy” nie oznacza jedynie straty zdolności magicznych, ale przede wszystkim odebranie sprawczości: prawa do decydowania o sobie, posiadania majątku czy bycia podmiotem. Być może bardziej naturalnym wyborem leksykalnym w połączeniu z „mocą” wydawałoby się „utracenie”. Bira jednak dobiera słowa w tak przemyślany sposób, aby objętość tekstu pozostawała skromna, ale zwiększał się obszar obejmowanej przez niego treści. Słowo „wytracenie” sugeruje proces stopniowy i zwykle występuje w fizycznym lub technicznym kontekście, ale może funkcjonować także w znaczeniu wyniszczenia, a nawet zagłady znacznej części danej populacji. Oba te tropy zdają się działać równocześnie w opowieści o tragedii kobiet w Ghanie.

Podobnie sprawa ma się z „pochowaniem” – z jednej strony słowo to oznacza ukrycie kobiet przed samosądem, z drugiej zapowiada ich śmierć w miejscu rzekomego schronienia. Podkreśla tym samym fikcję tymczasowości pobytu w takich obozach. Teoretycznie możliwe jest ich opuszczenie , w praktyce rzadko komu się to udaje.

Ostatni wers,– nic złego nie grozi w osadach, brzmi jak oficjalna formuła usprawiedliwienia. Ironia jest tu wyraźna i gniewna: bezpieczeństwo dotyczy nie kobiet, lecz społecznego porządku, w imię którego należy pozbyć się „problemu”. Zdanie to można odczytać jako echo języka władzy kolonialnej i patriarchalnej, w którym przemoc to konieczność, a wykluczenie stanowi przejaw troski.

Jak widać, Bira w swojej poezji ogranicza bezpośredni język emocjonalny, ale nie wyrzeka się przy tym samych afektów. Są one widoczne w subtelnych sygnałach, szczątkowych obrazach i napięciach, które między nimi powstają:

 

minka rzednie, tlen-

-wymus (zdaje się), przycina

 

ćwiczenia z niewiedzy

pamięci, cała rączka w

rozbiorze – a tylko

 

słodzisz

24.02.22

 

Data lokuje wiersz w dniu rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Jest oznaczeniem chwili, w której wiadomość o wojnie dociera do podmiotu i wywołuje niemal natychmiastową, cielesną i emocjonalną, reakcję . Urwany oddech, skurcz, zatrzymanie. To jeszcze nie jest złożona refleksja, na nią za wcześnie. Teraz pozostają tylko przymusowe ćwiczenia z niewiedzy / pamięci.

Obraz „całej rączki w rozbiorze” kondensuje sens polityczny i wymiar afektywny. Słowo „rozbiór” w kontekście historycznym oznacza oczywiście brutalny akt zawłaszczenia terytorium. „Rączka” już go dokonuje, już sięga po cudze, już jest umoczona w przemocy po sam łokieć. Jednocześnie można odczytać to jako kolejne odniesienie do reakcji ciała podmiotu: ręka w rozbiorze organicznym, rozłożona na części, pozbawiona funkcji motorycznych, rozedrgana. Nerwowe, poszarpane zobrazowanie objawów somatycznych zastępuje bezpośrednie wyrażenie strachu przed niewiadomą oraz opis stanu świadomości w momencie, gdy podmiot zostaje zmuszony do konfrontacji z tym, co miało być dawno „przerobione” i zapamiętane jako przestroga.

Takie „rozpakowywanie” treści z wierszy Biry wymaga wysiłku i aktywnego namysłu. Na szczęście poeta czasem zostawia czytelnikowi cenne wskazówki, takie jak daty, cytaty i tytuły, które ułatwiają orientację w tekście. Nie są one wprawdzie niezbędne do tego, by móc docenić mistrzostwo Biry w zdyscyplinowanym posługiwaniu się językiem, ale znajomość pewnych kontekstów niejednokrotnie okazuje się pomocna w zrozumieniu tej formy. 5 to wyzwanie, które nie każdemu sprawi satysfakcję. Gimnastyka wielu może zmęczyć, brak natychmiastowych efektów natomiast zniechęcić do dalszych prób. To zrozumiałe, choć w przypadku zderzenia z tak gęstą poezją dobrze jest uzbroić się w cierpliwość i dać sobie czas – pozwolić, by ciężkie wersy „osiadły” w głowie, a potem cierpliwie wracać do tekstu z nową perspektywą. Należy pogodzić się z tym, że ta książka nie jest lekturą jednorazowego kontaktu. Ale może to nawet lepiej, bo z Birą zdecydowanie warto zostać na dłużej.

 

Szymon Bira, 5, Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, Wrocław 2025.

 

 

Grzegorz Ryczywolski

 

[gdybyśmy nie rozbrajali min]

 

gdybyśmy nie rozbrajali min

to z całego pola mielibyśmy do dyspozycji

tylko kilka wąskich ścieżek

 

trudno byłoby oddychać

albo być wściekłym bykiem

oberwaniem chmury

czy tańczącym Śiwą

 

wychodzenie poza ścieżki boli

miny wybuchają

potem leczymy rany ale przynajmniej wiemy już

że mina tam jest

 

dawno temu sami ją tam zakopaliśmy

żeby coś ochronić

teraz możemy wrócić do tamtego momentu

i po trochu rozpuścić ją łzami

 

 

[moja głowa i ciało]

 

moja głowa i ciało

nie dobrały się najlepiej

 

głowa to sprinter

pędzi ile sił

kreśli plany szerokie jak horyzont

chce kończyć stuletnie wojny

wyciągać planetę z rowu

 

ciało z trudem łapie oddech

zwolnij już nie mogę

potrzebuję leżeć w hamaku

wąchać róże

 

pamiętaj sama

padniesz po stu metrach

 

poczekaj na mnie

znajdźmy wspólne tempo

a przebiegniemy maraton

 

 

[po latach okazuje się, że są ludzie]

 

po latach okazuje się, że są ludzie

którzy wcale nie chcą ogołocić mojej lodówki do czysta

a nawet coś do niej wkładają, kiedy zostawiam otwarte drzwi

 

oczywiście są też tacy, którym głód zakłada okulary

wykrywające i rozmazujące rysy twarzy

dla nich jestem tylko anonimowym korpusem bez głowy

więc moja lodówka wydaje im się niczyja

 

ostatnio nasmarowałem zawiasy

teraz dużo łatwiej jest mi ją na zmianę otwierać i zamykać

a nawet regulować to, jak szeroko jest uchylona

 

 

[trudno jest wyskoczyć z pędzącego pociągu]

 

trudno jest wyskoczyć z pędzącego pociągu

nawet kiedy widać, że nie wiezie nas w dobre miejsce

 

w pojedynkę to praktycznie niemożliwe

 

ten pociąg oczywiście chce jechać, po to został stworzony

dlatego w lustrach, którymi wyłożone są jego ściany

nie odbijają się włókna łączące nas wszystkich w sieć

 

pociąg dwoi się i troi, żeby utrzymać nas przy lustrach

wie, że kiedy odwrócimy od nich wzrok i dostrzeżemy te połączenia

będzie mógł tylko patrzeć, jak zaciągamy hamulec i wysiadamy

 

 

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Konstanty Famulski – publikował w „Dwutygodniku”, „Iglicy”, „biBLiotece” i w innych miejscach. Laureat I Gliwickiej Nagrody Literackiej za książkę Ten pies imieniem Rimbaud i inne metale ciężkie, laureat turnieju jednego wiersza „wiersze za 5 dwunasta” w ramach festiwalu Warszawa Wierszy. Mieszka po wschodniej stronie Wisły, w Warszawie.

Paweł Kałuża – pochodzi z Górnego Śląska. Student kultury i praktyki tekstu na Uniwersytecie Wrocławskim. Laureat konkursu na opowiadanie „Fikcja, fiksacja, mistyfikacja” organizowanego w ramach Festiwalu Góry Literatury 2025. Debiutował tekstem krytycznym w „Stronie Czynnej”.

Zuzanna Krakowska – studentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Pisze teksty krytyczne i eseje. Mieszka we Wrocławiu.

Amelia Pudzianowska – robi memy, rolki, frytki, a czasem nawet pisze wiersze. Ma na koncie kilkadziesiąt wygranych konkursów, kilkadziesiąt publikacji m.in. w „Dwutygodniku”, „Książkach”, „Helikopterze”. Reżyseruje, slamuje, prowadzi warsztaty, montuje, a jak potrzeba to i chomika nakarmi. Wydała w 2025 roku debiutancką książkę guzik prawda w Wydawnictwie Biblioteki Śląskiej. Książka została nominowana do 9. edycji Nagrody Literackiej Miasta Radomia.

Grzegorz Ryczywolski – wydał trzy tomy wierszy, ostatni to Wróciłem po miejsce, którego mógłbym ci ustąpić (2022). Aktywista, facylitator, animator kultury, tancerz, performer i terapeuta manualny. Członek kilku kolektywów twórczych. Z wykształcenia psycholog. Mieszka w Ursusie.

 

 

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:

Jakub Famulski, Kamil Figas

Kontakt: osmy.arkusz.odra@gmail.com

Wystawa plenerowa „Odra” – to już 65 lat…

JUBILEUSZ 65-LECIA MIESIĘCZNIKA „ODRA”

W tym roku legendarny wrocławski miesięcznik „Odra” świętuje swój jubileusz 65-lecia. Z tej okazji przygotowano wystawę oraz szereg wydarzeń towarzyszących. Zapraszamy do wspólnego świętowania 65 lat „Odry” we Wrocławiu!

 

6–27 marca 2026 – wystawa plenerowa „Odra” – to już 65 lat
ul. Świdnicka, Wrocław

 

19 marca 2026
17.00 – 19.00 – uroczysta gala z okazji jubileuszu 65-lecia miesięcznika „Odra” oraz wręczenie Nagrody „Odry” za rok 2025 poecie, krytykowi i tłumaczowi Bohdanowi Zadurze
(Ratusz, wstęp za zaproszeniami)

 

20 marca 2026

16.00 – 18.00 – spotkanie autorskie z laureatem Nagrody „Odry” za rok 2025 Bohdanem Zadurą, prowadzenie Marta Mizuro
(Klub „Proza”, Przejście Garncarskie 2, wstęp wolny)

18.00 – 20.00 – „Cóż po kulturze w czasie marnym…”, panel redaktorów naczelnych najważniejszych pism literackich: „Twórczości”, „Literatury na Świecie”, „Toposu”, „Nowych Książek”, „Dialogu”, „Akcentu” i „Odry”, prowadzenie Jakub Skurtys
(Klub „Proza”, wstęp wolny)

20.00 – 23.00 – Turniej Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł
(Klub „Proza”, wstęp wolny)

 

 

Plakat jest autorstwa Tomasza Brody, niegdyś stałego współpracownika pisma.

 

Nagroda „Odry” za rok 2025

Rada Redakcyjna i Redakcja miesięcznika „Odra” postanowiły przyznać Nagrodę „Odry” za rok 2025 BOHDANOWI ZADURZE za książkę Co chciałem powiedzieć i za całą twórczość, która – łącząc elementy poezji i prozy, snu i jawy, poetyki i polityki – składa się na oryginalny format artystyczny i intelektualny.

Bohdan Zadura (ur. w 1945) − poeta, prozaik, eseista, tłumacz i krytyk literacki. Debiutował w latach sześćdziesiątych tomem W krajobrazie z amfor, w jego dorobku są liczne tomy poetyckie, kilka książek prozatorskich i eseistycznych oraz przekłady.

W latach 2004–2020 był redaktorem naczelnym „Twórczości”, od lat współpracuje z „Akcentem” i „Literaturą na Świecie”. Laureat wielu nagród literackich zarówno za twórczość własną, jak i przekładową, m.in. Nagrody im. Stanisława Piętaka (1994), Nagrody im. Józefa Czechowicza (2010), Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius (2011, za tom Nocne życie), węgierskiej Nagrody im. Gábora Bethlena (2013), Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. H. Skoworody (2014), Nagrody im. C.K. Norwida (2015). Uhonorowany Wrocławską Nagrodą Poetycką Silesius (2018) za całokształt twórczości, a także Literacką Nagrodą Europy Środkowej Angelus (2021, za przekład książki Kateryny Babkiny Nikt tak nie tańczył, jak mój dziadek).

Nagroda „Odry” przyznawana jest od początku istnienia pisma (1961) za wybitne osiągnięcia w dziedzinie humanistyki. Grono laureatów tworzą zarówno uczeni (historycy, socjologowie, filozofowie, językoznawcy), jak i literaci (poeci, eseiści, prozaicy, tłumacze, reportażyści, krytycy). Nagrodą „Odry” wyróżnieni zostali m.in. Tadeusz Różewicz, Czesław Miłosz, Wisława Szymborska, Olga Tokarczuk, Ryszard Kapuściński, Wiesław Myśliwski, Jerzy Pilch, Urszula Kozioł, Jan Miodek, Janusz Degler, Karol Modzelewski, Karl Dedecius, Leszek Kołakowski, Zygmunt Bauman.

Uroczyste wręczenie nagrody odbędzie się 19 marca w Sali Wielkiej Starego Ratusza we Wrocławiu podczas gali będącej częścią obchodów jubileuszu 65-lecia miesięcznika „Odra”. Kolejnego dnia w Klubie Proza (Przejście Garncarskie 2, Wrocław) odbędzie się otwarte spotkanie z laureatem, następnie panel redaktorów naczelnych najważniejszych pism literackich oraz Turniej Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł. Obchodom 65-lecia towarzyszy wystawa plenerowa poświęcona historii „Odry” i wybitnym postaciom z nią związanym.

Fundatorem Nagrody „Odry” jest Prezydent Wrocławia.

Nagrodzoną książkę Bohdana Zadury wydało Biuro Literackie.

 

 

Miesięcznik „Odra” wydawany jest wspólnie przez Instytut Książki oraz Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – Instytucję Kultury Samorządu Województwa Dolnośląskiego.

Organizatorami obchodów jubileuszu 65-lecia miesięcznika „Odra” są Wrocławski Dom Literatury oraz Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – Instytucję Kultury Samorządu Województwa Dolnośląskiego.

Mecenat nad obchodami jubileuszu 65-lecia miesięcznika „Odra” objęło miasto Wrocław.

Partnerami są: Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego oraz Koleje Dolnośląskie.

Patronat medialny: TVP3 Wrocław, Radio Wrocław Kultura.

MARCOWY NUMER „ODRY” 3/2026

odra– to już 65 lat • Nagroda „Odry” dla Bohdana ZADURY

GADACZ: Kryptofaszyzm Trumpa • SZUBARTOWICZ: W co gra Nawrocki?

MACIEJEWSKA: Od Breslau do Wrocławia • Wielka miłość Gałczyńskiego

BARAN: dziennik i rozmowa • WITKOWSKI: fragment powieści

Wśród MIKROŚWIATÓW • SZPAKOWSKI i DRÓŻDŻ: niezapomniani

 

Spis treści 3/2026:

2   odra    – TO JUŻ 65 LAT

4 NAGRODA „ODRY” 2025

5 Karol Maliszewski: ZAZNACZENIA I SPROSTOWANIA

10 Bohdan Zadura: WIERSZ

12 Bohdan Zadura: HEJ, KOLĘDA, KOLĘDA…

16 Marta Mizuro: SŁOWA UZNANIA

20 Mariusz Urbanek: KRÓTKI KURS HISTORII „ODRY”. CIĄG DALSZY

24 TRUMPIZM, CZYLI PROTOFASZYZM Z Tadeuszem Gadaczem rozmawia Piotr Gajdziński

32 Przemysław Szubartowicz: WIELKA GRA

37 Leszek Waligóra: SEKSMISJA 2.0, CZYLI GDZIE CI MĘŻCZYŹNI?

42 Paweł Kwiatkowski: PIESKI ŚWIAT

49 Beata Maciejewska: ZMARTWYCHWSTANIE MIASTA

58 Wojciech Łuczak: PREDATORZY W AKCJI

64 Józef Baran: Z TYŁU WIDAĆ LEPIEJ

70 WYCIĄGAĆ SIEBIE Z SIEBIE ZA WŁOSY Z Józefem Baranem rozmawia Mirosława Szott

75 Annabelle Despard: WIERSZE

79 Mariusz Urbanek: ALRAUNE, CZYLI DZIEWCZYNKA HAFTUJĄCA ORNATY

85 Marek Zybura: WITOLDA GOMBROWICZA POCZĄTKI NIEMIECKIEJ

85 „WALKI O SŁAWĘ”

92 Michał Witkowski: SUBSTANCJA

101 Marcin Baran: WIERSZE

103 Olgerd Dziechciarz: PALENIE MOSTÓW

112 Ilias Stanekzai: WIERSZE

114 Elżbieta Łubowicz: SZPAKOWSKI I DRÓŻDŻ

120 Elżbieta Binswanger-Stefańska: DOM DOBRY – W PUŁAPCE STEREOTYPÓW

120 LEPSZOŚCI

124 Rafał Augustyn: TRÓJKĄT WENECKI

128 Marcin Adamczak: DOM DOBRY ZA OCEANEM

131 Jan Miodek: OD KSIĘGOWEJ DO BLIŹNIEJ

133 Jacek Sieradzki: Z PACZKOMATÓW PAMIĘCI

136 Hubert Klimko-Dobrzaniecki: SZLAKIEM TADZIA

NAD KSIĄŻKAMI

137 Andrzej Juchniewicz: JAK UWIEŚĆ CZYTELNIKÓW?

138 Mariusz Urbanek: CZY BÓG JEST? I PO CO?

140 Karol Maliszewski: W SZOPCE, W RUCHU, W LITERATURZE

142 Jerzy Lengauer: ŁASKA PAŃSKA

143 Jarosław Petrowicz: MESJASZ Z DROGÓWKI I OBRYWANIE GUZIKÓW

148 W OFICYNIE

149 POCZTÓWKI LITERACKIE KAROLA MALISZEWSKIEGO

150 SYGNAŁY: AUTOBIOGRAFIA ATWOOD, HOCKNEY, MIKROŚWIATY W MUZEUM NARODOWYM

157 WERNISAŻE

161 8 Arkusz: ROZRUCHY, VOL. 1

 

Odrę można czytać także online na www.e-kiosk.pl www.nexto.pl

 

Wydawcy:
Instytut Książki
Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu – Instytucja Kultury Samorządu Województwa Dolnośląskiego

Wydawnictwo dofinansowane z budżetu Samorządu Województwa Dolnośląskiego

Projekt wydawniczy pod nazwą „Ósmy Arkusz ODRY” w miesięczniku „Odra” dofinansowano przez Miasto Wrocław

8 ARKUSZ. 2/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

PODSUMOWANIA I PROGNOZY

 

Nie tylko przełomy wieków, ale przecież także wejście w nowe półwiecze czy – tak jak w przypadku rozpoczęcia 2026 roku – zamknięcie ćwierćwiecza są zawsze dobrymi momentami, by sprawdzić, w jakim kierunku zmierza literatura. Dlatego w lutowym numerze „Ósmego Arkusza” przyjrzymy się temu, co miało miejsce w polskiej poezji ostatnich dekad, a także temu, co ciekawego wydarzyło się w 2025 roku w literaturze. Jakie zmiany, poetyki i tendencje przyniosło ćwierćwiecze XXI wieku? Co zostało z tych ponad dwóch dekad, czy można mówić o ciągłościach, tradycjach, kontynuacjach? O przeszłość i dalsze losy poezji polskiej zapytaliśmy Barbarę Rojek, Aleksandrę Małecką, Wojciecha Kopcia, Michała Memeszewskiego i Olgę Żyminkowską. Ponadto w części poetyckiej prezentujemy wiersz Anny Adamowicz z jej nadchodzącej książki Marne oraz zestaw wierszy Agaty Puwalskiej, która niedawno wydała swoją kolejną książkę Alis Ubbo. Na koniec przygotowaliśmy recenzję (pozornie) kontrowersyjnego tomu Kubek na tsunami Justyny Bargielskiej; z książką zmierzyła się Karolina Górnicka. Niniejszy numer Ósmego Arkusza jest zarazem ostatnim, który ukazuje się w obecnym składzie redakcyjnym. Dziękujemy autorkom i autorom, a także czytelniczkom i czytelnikom za dwa lata uważnych lektur i dialogu o najnowszej literaturze.

 

Sonia Nowacka, Adam Pietryga

 

fot. Maciek Bielawski

 

PODSUMOWANIA ÓSMEGO ARKUSZA

 

  1. Co ostatnie 25 lat wniosło do poezji polskiej? Czy zaszły w niej istotne zmiany, czy był to czas przestoju? Co przetrwało z poprzedniego wieku?
  2. Co zaskoczyło Cię w literaturze roku 2025?

 

 

Barbara Rojek

 

Trzy człony tego pytania mogłyby posłużyć za trzy części opasłego tomiska, w którym ktoś wystarczająco kompetentny zapewne byłby w stanie udzielić na nie syntetycznej odpowiedzi. Jego praca mogłaby posłużyć przyszłym studentom polonistyki jako podręcznik ćwierćwiecza. Sama chciałabym przeczytać taką książkę. . Stąd też w skromnej odpowiedzi w ankiecie trudno się nie załamać pod ogromem kwestii. Powiem więc krótko: z pewnością zaszły w niej istotne zmiany, gdyż wskazać można wiele nazwisk, bez których trudno wyobrazić sobie współczesną polską poezję. Są to nazwiska zarówno z przełomu wieków, z początku stulecia, a także z ostatnich lat. Jednocześnie wydaje się, że takie wyliczenie dykcji dałoby się w jakiś sposób uczynić kumulatywnym – wskazać, w jaki sposób stawki wcześniejsze pozwoliły na powstanie rozwiązań późniejszych. Dobrze widać to chociażby w zaproponowanej ostatnio przez Wojciecha Kopcia kategorii „postpułkowskiego modelu zaangażowania”, za pomocą którego autor podkreśla współczesną nierozłączność myślenia o stawkach politycznych poezji od kwestii wysokiej złożoności formalnej i samozwrotnej refleksji wiersza nad podmiotem, metaforą, stosunkiem do innych utworów z książki czy cyklu.

 

Z jednej strony jeszcze lepsze, świadczące o ciągłej rozbudowie projektów poetyckich kolejne książki rozwijających się poetów i poetek: Wojciecha Kopcia, Jakuba Sęczyka, Justyny Kulikowskiej, Krzysztofa Pietrali, Kaspra Pfeifera. Z drugiej strony niestety również brak zapadających w pamięć debiutów poetyckich. W obu przypadkach jednak nie można mówić o pełnoprawnym zaskoczeniu: wymienieni poeci należą do najciekawszych współczesnych twórców; brak wyrazistych debiutów zaś zdaje się bolączką wykraczającą poza ubiegły rok.

 

 

Wojciech Kopeć

 

Trudno w kilkunastu zdaniach scharakteryzować tak rozległy okres, wybiorę więc parę zjawisk, które uznaję za najciekawsze i najistotniejsze dla ostatnich dwudziestu pięciu lat.

Po pierwsze: zwrot polityczny. Pisano o nim już wszędzie i debatowano, więc nie ma się chyba co powtarzać – wiadomo, jaką miał swego czasu wagę dla polskiej poezji. Na tym polu szczególnie doceniłbym dykcje, które społeczne i polityczne problemy ujmowały w ramy językowych procedur i struktur: niech będzie Maciej Taranek, Justyna Kulikowska i Radosław Jurczak. Coś, co nazwałbym „postpułkowskim modelem zaangażowania” zostanie prawdopodobnie z nami jeszcze na dość długo, tym bardziej że co najmniej trzy (jedne z ciekawszych) poetyckie książki 2025 roku wciąż w jakiś sposób nawiązują do tej formy wiersza.

Po drugie: ogólnie ujmując, zdecydowanie większa obecność poetyk nawiązujących do historycznej awangardy. Chyba właśnie w XXI wieku polska poezja odnalazła wcześniej nieobecny za bardzo w niej surrealizm i dadaizm. Oczywiście moglibyśmy się spierać o terminologię, ale inspiracje te widać czy to w poezji z okolic Cyca Gada (zwłaszcza u Andrzeja Szpindlera), czy w książkach MLB, Ryby, czy w końcu w dokonaniach Rozdzielczości Chleba i Krakowskiej Szkoły Poezji. Oczywiście w parze z poetycką praktyką szło również wzmożone zainteresowanie awangardą na poziomie naukowym i teoretycznym – to już sprawa zwłaszcza ostatnich pięciu-sześciu lat. Z innej jeszcze strony: swoje ważne miejsce miały poetyki spod znaku konstruktywizmu. Zarówno te wyrastające z minimalistycznej formy, prezentujące często coś w rodzaju komunikacyjnego glitchu, ujmujące wiersze jako plany kompozycji (Natalia Malek, Ilona Witkowska, Szymon Bira), jak i te nawiązujące wprost do przedwojennego konstruktywizmu (Agata Puwalska).

Po trzecie: jak sądzę, dopiero w ciągu ostatnich dwudziestu paru lat wykształciła się formuła książki poetyckiej, która zawiera około trzydziestu wierszy i jest poświęcona jednemu zagadnieniu czy tematowi. Ta formuła miała swoje ciekawsze realizacje (jak choćby Animalia Anny Adamowicz) i mniej udane, w których tematy dają się sprowadzić do prostych haseł o tożsamości czy naiwnego literackiego aktywizmu. Bardzo szerokie zjawisko „powrotu do tematu” (pomysł na takie ujęcie podrzucił mi Radosław Jurczak – dziękuję!) mogłoby być reakcją na paradygmat poezji „niezrozumiałej” – twórczość Sosnowskiego, Pióry oraz autorów, którzy w pierwszej dekadzie XXI wieku pozostawali z nimi w twórczym dialogu (Tomasz Pułka, Marcin Czerkasow), ukształtowaną pod wpływem szkoły nowojorskiej.

 

2.

Zasadniczo niewiele (skoro głównym tematem ankiety jest polska poezja, to ograniczam się tylko do tego poletka). Te książki, wydane w 2025 roku, które uważam za szczególnie udane, nie zostały napisane przez debiutantów, ale poetów i poetki z co najmniej jednym tomem na koncie (Justyna Kulikowska, Jakub Sęczyk, Kasper Pfeifer, Agata Puwalska, Przemysław Suchanecki). Nawet jeśli wychodziły poza dotychczasowe ramy twórczości ich autorów, proponowały coś nowego, to każda z nich raczej kontynuowała ustaloną poetykę niż zrywała z nią. Jeśli chodzi o debiuty – pozytywnie zaskoczył mnie Gap Dominiki Filipowicz. Były też książki, które zaskoczyły mnie w negatywnym sensie. Ciekawił mnie poetycki powrót M.K.E. Baczewskiego, niestety Elegancki przedmiot na biurko okazał się zestawem bardzo przeterminowanych i oczywistych chwytów, które dałoby się sprowadzić do pustej elokwencji w służbie niekończącej się nigdy „gry z odbiorcą”.

 

 

Olga Żyminkowska

 

Od zawsze jest we mnie dziecinna radość z tego, że urodziłam się trzy miesiące przed rokiem 2000. Tak jakby ’99 wiązało mnie symbolicznie z dwudziestowieczną, w domyśle: lepszą generacją. I nawet jeśli tak jest, to przecież pytanie o dwadzieścia pięć lat polskiej poezji stawia mnie w kłopotliwym położeniu.

Myślę nad cezurą roku 2000. Wtedy to Nagrodę Nike otrzymuje Tadeusz Różewicz za tom Matka odchodzi. Wiek XX nie odchodzi jednak razem z matką, która jak wiadomo, zawsze siedzi z tyłu. Dwudziesty pierwszy nadal bawi się w fort-da, w swoim widmowym wykolejeniu. Umyślnie i może wymyślnie nawiązuję do Widm Marksa Derridy, książki z roku 1993. Drugie tysiąclecie nawiedza przecież nie tylko przeszłość, ale i to, co nadchodzi. I nie myślę tym razem o Marksie. Różne były przepowiednie na nowy wiek – odyseja kosmiczna, koniec historii, sztuki, człowieka, wreszcie poezji. Prowadzono rozmowy na koniec wieku i na nowy wiek. Niektórzy nawet, tak jak Thomas Bernhard, każdemu myślącemu człowiekowi radzili popełnić samobójstwo przed przełomem tysiącleci. Coś przecież musiało się zmienić i po cichu fantazjowali o tym wszyscy.

 

A jednak odeszli – dawni mistrzowie, fundatorzy nowych języków, powojenni mocarze. Od Miłosza (2004) przez Szymborską (2012), Różewicza (2014), Rymkiewicza (2022), aż do Miłobędzkiej (2025). Przyszli nowi, bez wojennego tobołka. Można by wyliczać, z pewnością wiele nazwisk na to zasługuje, ale takie litanie zawsze kończą się awanturą, towarzyskim faux pas. Można podzielić ich wszystkich na grupy, wepchnąć do szuflad, ot na przykład: poetki krajobrazu, niezmordowani awangardyści, młodzi neoszamani, slamerzy i performerzy, poeci barykadowi, wyznawcy szkoły z Mikołowa i Krakowa, niestrudzeni kawalarze, poetki powściągliwej frazy, kolorowe queery.

Długo by można na ten temat. Szaleństwo katalogowania to przypadłość literaturoznawców. Dolegliwość smutna, bo kiedyś trzeba postawić kropkę, wyczerpać zbiór, narazić się innym profesorom. Polska poezja, tak jak ją widzę, nie ma dziś głównego nurtu. Istnieją wpływy i nawiązania w obrębie wymienionych kategorii (zresztą tylko pokazowych), z którymi żaden poeta się nie zgodzi. Uszami wyobraźni słyszę już okrzyki sprzeciwu – uzasadnione zresztą, bo każdy broni wyjątkowości swojego idiomu. Nie zgadzają się ze sobą czasem nagrody literackie, których w XXI wieku znacznie przybyło, częściowo zastępując i rozleniwiając krytykę. „Klasycy” z Nagrody im. Gałczyńskiego nie zrozumieją werdyktów Silesiusa i Gdyni, i odwrotnie. Wielu narzekać będzie na Nike i jej głównonurtowe, „lewomyślne” wybory. Niektórzy zachwycać się będą slamami, upatrując w nich ożywczy napój dla rzekomo zblazowanej poezji. Każdy wierszowy potworek może mieć dziś swoich wyznawców, dowodem popularność tzw. open mike-ów. Nie trzeba specjalnej wnikliwości, by stwierdzić, że dzieje się w poezji sporo, nawet coraz więcej, bo i język przeobraża się z szaloną prędkością. Czasy takiej wielości mogą budzić chęć ucieczki, zamilknięcia, zgrywy albo radykalnej nowości. Nie namawiam bynajmniej do popełnienia samobójstwa na przełomie ćwierćwiecza. Może jedynie do wyobrażenia sobie widma ostatniego poety. Tego, który ziewa.

 

Cieszę się z małego powrotu polemik literackich (spór o łzy na łamach „Dziennika Literackiego”, awantura o „šalamunizm” w polskiej poezji czy utarczki wokół ostatniej książki Dawida Kujawy). To na ogół dobry barometr literackiego zeitgeistu.

Niezmiennie kibicuję tłumaczom, którzy przypominają świetne francuskie książki. W tym roku Tomasz Swoboda, Krzysztof Umiński, Mateusz Kwaterko, Jan Maria Kłoczowski – by wymienić tylko niektórych.

 

 

Aleksandra Małecka

 

Ze względu na brak specjalistycznych kompetencji kierunkowych w temacie historycznym zaprezentuję spojrzenie z perspektywy najsubiektywniej osobistej. W roku 2000 miałam 9 lat, wczesne lata dwutysięczne mogę rekonstruować jedynie z opowieści kolegów. Ja sama w okresie nastoletnim z poezji czytałam właśnie wiek XX,: np. Gałczyńskiego, Poświatowską, Barańczaka (obu panów też przekłady).

W kwestii wieku XX wydaje mi się, że sprawa jest prosta – kanon się nie zmieni, może ktoś jeszcze zostanie wygrzebany z zapomnienia (jak to było z Ginczanką) lub odczytany w nowym świetle. Z ciekawostek – wśród młodzieży podobno panuje teraz zajawka na ekstatyczne oblicze Miłosza (Czesława).

Na osiemnastkę (2009) mama kupiła mi wiersze zebrane Świetlickiego – który na pewno już się zapisał w historii literackiej – miałam w planach do nich zaglądać, ale jakoś nie było okazji. Potem jako studentka lingwistyki i amerykanistyki zapoznawałam się z kanonem anglojęzycznym i frankofońskim.

Moja osobista przygoda ze środowiskiem literackim zaczęła się w roku 2012. Wtedy wszyscy przeżywali śmierć Tomka Pułki (istotny, sądząc choćby po już powstałej monumentalnej jak na poetę z jego roczników bibliografii akademickiej). Ze strony Ha!artu pobrano wówczas 80 tys. pdf-ów z jego ostatnim tomem.

Jakoś tamtego lub kolejnego roku w Warszawie zajrzałam na festiwal Manifestacje poetyckie – tamto środowisko poetyckie zrobiło na mnie smętne wrażenie, nie wydało mi się nęcące. Interesowały mnie wtedy ewentualnie wybryki Rozdzielczości Chleba (zostanie jako istotna być może w niszy cyber, podpartej akademicko).

Osobista znajomość z piszącymi jest dla mnie cenna, dopełnia obrazu.

Pierwszym żywym poetą, którego poznałam (koło 2014?), był Konrad Góra, postać (choć jego samego, jak twierdzi, nie interesują recenzje jego osoby). Osobna twórczość Góry odhacza, że przestoju nie było.

Potem moją przewodniczką po krajobrazie środkowych lat nastych stała się Maja Staśko, którą jako reprezentantkę redakcji „Wakatu” (wówczas w pewnych kręgach bardzo modnego) zapoznaliśmy z mężem w Bydgoszczy na jakimś evencie czasopiśmienniczym, a śledziliśmy w sieci już wcześniej jako awanturnicę i mąciwodę.

Tu warto otworzyć nawias ogólnoliteracki: czas ten co do zasady przyniósł przemianę obyczajową w zakresie norm traktowania in personam młodych osób, w szczególności kobiet, ale nie tylko, w środowisku literackim. Przemiana na korzyść. Pewne zachowania, choć nadal niestety miewają miejsce, dużo mniej uchodzą.

Wkrótce po zadzierzgnięciu znajomości ze Staśko, wówczas doktorantką polonistyki, uknułyśmy projekt serii poetyckiej w Ha!arcie, pod modnym wówczas hasłem zaangażowania. Warto odnotować, że szał na zaangażowanie dość szybko się rozwodnił, bo okazało się, że taka zwykła tożsamościówka, jaka święci triumfy po dziś dzień, poetycko nie jest znowu aż taka interesująca, a zaangażowanie można rozumieć tak szeroko, że właściwie jak się dobrze przymierzyć, to każdą poezję można w jakieś zaangażowanie ubrać (przykładem nasza własna komunikacja nt. debiutu Kosendy jako zaangażowanego w dziwność).

Staśko miała świetne rozeznanie, jej typy, które pamiętam z rozmów w tamtym czasie (Pietrek, Janiak) przynajmniej z perspektywy na dziś okazały się trafne. Trzeba oddać jej też sprawiedliwość, że to ona upierała się emfatycznie, że trzeba wydać debiut Kulikowskiej.

Nawias drugi: wyrównała się reprezentacja, ułatwił się w ogóle dostęp do publikacji debiutu, zapewne za sprawą uwarunkowań materialnych – druku cyfrowego.

I nawias trzeci: projekty krytyczne polonistów dziś około trzydziestoletnich – zobaczymy, co z nich zostanie, ale wniosły dużo fajnej świeżości i odrodziły poniekąd koncepcję „projektu krytycznego”, która trochę przymarła jakoś w połowie omawianego ćwierćwiecza. To gra długoterminowa, rozpisana na dekady, ale niektórym obiecująco idzie – pewnie Ci, którzy wytrwają w akademii, mają lepsze szanse podtrzymać projekt.

W roku 2017 poznałam Miłosza Biedrzyckiego i Roberta Rybickiego, który rok wcześniej osiadł w Krakowie (obaj nadistotni!) – ta znajomość okazała się przełomem w moim rozumieniu poezji i poetów, trudno to zwięźle opisać. Stanowi to wycinek ich działań, jednak trzymając się perspektywy osobistej, odnotuję, że panowie włączyli się w różnych rolach we współpracę w Ha!arcie, jako autorzy, mentorzy, redaktorzy, konsultanci i przede wszystkim współuczestnicy życia literackiego, w którym w ich wykonaniu poezja i życie splatają się tak, że trudno wyszczególniać i rozdzielać.

Nawias czwarty: emancypacja kompetentnych poetycko redaktorów po okresie, jak mi się wydaje, bezhołowia z lat nastych, gdzie w wielu miejscach przeważnie jak sobie napisałeś, tak ci wydali, to kolejna warta odnotowania przemiana zaszła w tym okresie.

 

Zaskoczyło mnie jak momentami zabawna jest książka Bez znieczulenia Marcina Kąckiego. A propos – w moim osobistym postrzeganiu polskiej literatury dopełnia się postępująca od jakiegoś czasu emancypacja od oglądania się na gusty stołeczne, dociera do mnie, że to zupełnie inny obieg niż ten, który mnie interesuje. W jakimś sensie zaskoczyłam sama siebie tą przemianą, jeśli porównać, że jeszcze parę lat temu nie byłam wolna od przejęcia w tej sprawie.

Towarzyskie odkrycia tego roku to dla mnie para Łępicka-Kopeć i na powrót Górniak.

Największą ekscytację literacką w całym roku odczułam, czytając opowiadanie Prompt autorstwa anonimowego autora (Anon 77) nadesłane do czasopisma „Ha!art”. Miało taki flow, że już od pierwszych zdań wiadomo było, że to jest do wydania. Piękne uczucie, życzę go sobie jak najwięcej w przyszłości.

 

 

Michał Memeszewski

 

1.

Cóż, po pierwsze: urodziłem się ja, dla mnie to całkiem znacząca zmiana!

Mówiąc poważnie: wydarzyło się sporo rzeczy, ćwierć wieku to przecież w historii najnowszej strasznie długo (i nie wydaje mi się, by była to jedynie kwestia bliskiej perspektywy i niewyselekcjonowanego materiału). Trudno w adekwatny sposób ugryźć taki kawał czasu, tym bardziej nieobramowany żadnymi wydarzeniami, które moglibyśmy uznać za graniczne, wyodrębniające w periodyzacji te ostatnie dwadzieścia pięć lat. W przypadku roku 2000 można by jeszcze wskazać debiut Roberta Rybickiego Kod genetyczny, a 2025 – premierę Kubka na tsunami Justyny Bargielskiej, pierwszą książkę poetycką uznanej autorki napisanej we „współpracy” ze sztuczną inteligencją – ale pierwszy przypadek, choć oczywiście ważny, jeszcze nie stanowi o przełomie, drugi jest zbyt niedawny, by oceniać jego skutki.

Rzecz jasna, spojrzenie na dwie i pół dekady zawsze będzie fragmentaryczne, wybiórcze, ograniczone do wybranych wątków, z których perspektywy można śledzić kolejne sploty wydarzeń; samych tych wątków jednak wyliczyłbym całkiem sporo, a wyodrębnienie ich z grona pozostałych jest arbitralne: wszystko reaguje ze wszystkim. Dlatego ograniczę się do kilku dla mnie najciekawszych.

Po pierwsze: burzliwa trajektoria kategorii zaangażowania (czy szerzej: polityczności) od pojęcia problematycznego, kontrowersyjnego (wypieranego bądź eksponowanego), przez liczne dyskusje i wystąpienia (mam tu przede wszystkim na myśli publikację antologii Zebrało się śliny oraz towarzyszące jej debaty), po rozpowszechnienie, normalizację i krytykę jako zbyt łatwej łatki, za prostego wytrycha interpretacyjnego, pozwalającego ograć kolejne książki poetyckie, dla których polityczny wymiar gestu poetyckiego był nie naddatkowy, ale dla tegoż gestu integralny i oczywisty (od zaangażowania – ale nie polityczności – dystansował się w taki sposób Radosław Jurczak w opublikowanej w 2020 roku rozmowie, towarzyszącej premierze jego drugiego tomiku poetyckiego, Zakłady holenderskie). Zaangażowanie – kojarzone z nim dykcje, zabiegi, konwencje, retoryka – uległo w końcu utrwaleniu i jako takie jest łatwo reprodukowalne; dlatego właśnie poezja slamowa, jak celnie stwierdza Jakub Skurtys w opublikowanym w „Małym Formacie” podsumowaniu debiutów z roku 2024, w swoim politycznym wydaniu tak często wyciąga „średni[ą] statystyczn[ą] albo sam[ą] esencj[ę] literatury zaangażowanej”. Jako moment wyczerpania się kategorii zaangażowania widziałbym właśnie okolice roku 2020, co ciekawe przynoszące jednocześnie nasilenie wystąpień, które podkreślają związek problemów społeczno-politycznych z literaturą (jak antologia Jak długo będziemy musieli, zredagowana przez Ewelinę Krupską i Patrycję Sikorę, czy Dla moich dziewczyn Agaty Jabłońskiej, związane odpowiednio z zatrzymaniem Margot z kolektywu Stop Bzdurom oraz z drugą falą czarnych protestów po zaostrzeniu prawa aborcyjnego). Polityczność w typie „zaangażowanym” nie zniknęła – właściwie to powraca przy każdym rozruchu – ale jako kategoria znacznie straciła i na atrakcyjności, i na operatywności w odniesieniu do nowych dykcji; najbardziej użyteczna poznawczo wydaje się właśnie jako odniesienie do pewnego wykrystalizowanego już modelu, którego wpływy lub spóźnione pogłosy dalej są zauważalne.

Być może zaangażowanie/polityczność to wątek najbardziej wyrazisty, najbardziej wpływowy – to m.in. w zmianie podejścia do myślenia o polityczności literatury Paweł Kaczmarski widzi zjawisko na tyle ważne, by w artykule Jakieś dziwne przeczucie, jak przed świata końcem. Argumenty za nową cezurą zaproponować przesunięcie linii demarkacyjnej z roku 1989 na 2008.

Po drugie: cyfryzacja, restrukturyzująca obiegi i środowiska życia literackiego, przeniesienie części życia literackiego – grup warsztatowych i czytelniczych, czasopism, wydarzeń, zinów, antologii – do internetu. Zjawisko jednocześnie niepozorne (przynajmniej dla osoby, która w internecie spędziła prawie całe swoje świadome życie) i zaskakujące w skutkach. Przynosi bowiem większą decentralizację (ale i dalszy rozpad wspólnoty czytelniczej), nowe kanały i sposoby mówienia o literaturze i jej promowania (choćby Rafał Masny nagrywający serię relacji na Instagramie, na których czyta wiersze – wskazuję na ten przypadek przede wszystkim ze względu na jego surrealność; tiktoki Soni Nowackiej, edukujące w zakresie warsztatu poetyckiego i historii literatury, krytyczny bookstagram Zuzanny Sali czy profil na Facebooku +-1354, publikujący mniej lub bardziej regularnie wiersze oraz fragmenty prozy), większą dostępność do książek i periodyków (udostępnianych niekiedy za darmo), w końcu nowe narzędzia, z którymi eksperymentowali twórcy (chociażby zakurzone już zabawy z hipertekstem), czy nowe nurty poetyckie, które zaistniały przede wszystkim dzięki mediom społecznościowym (jak instapoezja, która ów związek z konkretną platformą sygnalizuje już w samej swojej nazwie). Nie da się opowiedzieć historii tych dwudziestu pięciu lat bez „Cyc Gada” (2005–2009), „Rozdzielczości Chleba” (2011–2018), „Małego Formatu” i „KONTENTU” (niestety tymczasowo zawieszonego; 2017), „Wizji” (już nieistniejących) i „Stonera Polskiego” (obecnie „Sobera Polskiego”; 2018), „Strony Czynnej” (2020) i „Zakładu” (2021), a zatem cyfrowych przestrzeni publikacji i rozmowy o literaturze.

Po trzecie w końcu: rehabilitacja awangard, zarówno tych przedwojennych, jak i powojennych – wbrew całemu rytowi pogrzebowemu, przeprowadzonemu przez Miłosza. Widzimy to nie tylko w przypominaniu zapomnianych twórców i stron historii polskiej literatury (jak w przypadku antologii Awangarda jest rewolucyjna albo nie ma jej wcale, zredagowanej przez Joannę Orską i Andrzeja Sosnowskiego, czy książki Aaa!… 111 wierszy Jarosława Markiewicza, wybranych przez Dawida Kujawę, Rafała Wawrzyńczyka i Jakuba Skurtysa), ale i wyraźnej inspiracji dykcjami dadaistycznymi i surrealistycznymi, konstruktywistycznymi i futurystycznymi; jawnych odniesień i bardziej subtelnych wpływów. Nie sądzę, by literaturę po roku 2000 dało się zrozumieć bez odniesienia do tradycji awangardy.

 

„Zaskoczenie” to dosyć problematyczna dla mnie kategoria, przynajmniej stwierdzanie nie na gorąco, a po fakcie – rozbłyskuje i zanika, pochwycone przez wtórną racjonalizację (zbyt często redukującą masę tego, co możliwe, jedynie do tego, co ostatecznie zostało zrealizowane). Najłatwiej zrekonstruować po czasie zaskoczenia negatywne i ambiwalentne. Dlatego jeśli musiałbym wskazać przynajmniej jedno zaskoczenie – to byłby to wspomniany wyżej Kubek na tsunami Justyny Bargielskiej. Nie tylko dlatego, że powstał we „współpracy” ze sztuczną inteligencją (służącej nie generowaniu wierszy albo ich fragmentów, ale jako rozmówca-terapeuta, w zamierzeniu autorki pozwalający jej na sprawniejszą pracę), ale przez recepcję (mówiąc eufemistycznie: mieszaną). Ale największym zaskoczeniem jest chyba to, jak zwykły to tomik. Nie przewrót sam w sobie, nie awangardowy eksperyment, nie trzęsienie ziemi. Wśród znacznego oburzenia, wypowiedzi krytycznych, napastliwych i defensywnych, po prostu chciałbym się zastanowić, czy do powstania najnowszej książki Bargielskiej w ogóle potrzebna była sztuczna inteligencja, skoro jej zastosowanie nie wprowadza znacząco nowej jakości. W najlepszym przypadku zwiększyło zasięgi przez status pierwszej polskiej książki poetyckiej powstałej przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji.

 

 

PRZEWIDYWANIA

 

Jakie tendencje/nurty/poetyki rozwiną się w poezji polskiej w kolejnych latach?

 

Aleksandra Małecka

– Sensualność/seksualność.

– Jednymi z najciekawiej piszących po polsku poetów są autorzy pochodzący np. z Ukrainy (Jurij Zawadski, Ivan Davydenko) – obecność takich postaci wyjdzie nam literacko, myślę, na dobre.

– Czas porządków, wyborów, poprawionych wydań, reedycji, przekształceń, przetworzeń, przepisywania samemu i przez innych – kuratorowanie masy (nad)produkcji z ostatniego ćwierćwiecza, rzeźbienie w niej. U nas ostatnio i wkrótce: Szaber II Natalii Malek oraz wybór z Edwarda Pasewicza (jeśli przyznają nam adekwatne dofinansowanie – w chwili, gdy piszę te słowa ogłoszenie wyników przez IK opóźnia się już przeszło dwa tygodnie). Fajnie, gdyby porządki i zaczepno-wnikliwy dialog międzypokoleniowy jak w pierwszym rozdziale Pocałunków ludu Dawida Kujawy kontynuowano też w krytyce.

– Mówi się o zwrocie polskim, ale co to dokładnie znaczy, jeszcze się wykluwa.

 

Michał Memeszewski

Tu znowuż narzuca mi się najnowsza książka Bargielskiej, która może stać się precedensem, ośmielającym do większych eksperymentów ze sztuczną inteligencją. Niezależnie od Kubka na tsunami, który przecież nie został wygenerowany przez model językowy, a był tylko psychologiczną pomocą dla autorki w trakcie procesu, prędzej czy później będzie trzeba zmierzyć się na naszym poletku z książkami wygenerowanymi w pełni przez AI, publikowanymi jako produkt sztucznej inteligencji otwarcie lub z pominięciem tej informacji, jako żart, prowokacja lub poważny eksperyment. Ciężko przewidzieć, jak potoczy się to w wypadku oficjalnych obiegów literackich; instapoezja niestety, jak sądzę, jest jednak skazana na śmierć przez utonięcie w generatywnej brei, choćby tylko i przez jej ilość.

Sądzę, że dalej będziemy obserwować rozwój i permutacje dwóch nurtów, zaznaczających się wśród aktualnych tendencji: poststoneryzmu (z braku lepszego określenia) i skupionej na ciele dziewczyńskości. Czyli odpowiednio poezji wynikłej z inspiracji twórcami z kręgu „Stonera Polskiego” oraz (często pośrednio) surrealizmem i dadaizmem, odmiennymi stanami świadomości, chłopackiej i cechującej się pewną wrażliwością na tematy społeczno-polityczne – oraz wierszy operujących na bardzo cielesno-fizjologicznym rejestrze, na płaszczyźnie tematycznej skupione na doświadczeniach młodych kobiet: na procesie upłciowienia, podporządkowania i wykluczenia, ale także tworzenia dziewczyńskiej wspólnoty, wychylającej się za granice opresyjnego systemu (Ola Lewandowska-Ferenc ze swoim debiutem Jesteśmy pierwszą ciemnością tego lata oraz opublikowanym w „Dzienniku Literackim” esejem Dziewczyńskość: ciało, podłości i inne śliczności byłaby tu jednym z bardziej oczywistych przykładów tej drugiej tendencji; przykłady wierszy poststonerowych z kolei najlepiej szukać na ten moment w periodykach, przychodzi mi na myśl choćby Paweł Konar).

 

Na pewno na popularności nie będzie traciła ekopoetyka ani poezja związana ze zwrotem ludowym; już teraz zresztą te nurty często się łączą (np. w książce Urszuli Sikory Trzynasty miesiąc albo książkach Małgorzaty Lebdy czy Urszuli Honek). Być może jednak docieramy właśnie do punktu krytycznego, w którym dochodzi już powoli do przesytu – już teraz obserwujemy wyciąg ze „średniej statystycznej”, stabilizację i reprodukcję typowych cech przypisywanych dykcjom zaliczanych do tych nurtów (czego chyba najlepszym dowodem jest zawsze parodia, w tym wypadku: książka-laureatka pierwszej edycji konkursu na najgorszą książkę  im. Timothy’ego Dextera, czyli Shmrodek. True Polish Eastern European Experience in the Shadow of the Class Trauma and the Story of the Struggle for the Class Advancement Filipa Matwiejczuka i Łukasza Żurka). Jeśli tak, to w konsekwencji ekologia i wiejskość nie znikną, ale będą musiały zostać opowiedziane w inny sposób, za pomocą innych narzędzi, innej estetyki (nie sposób nie wspomnieć interesującej przeciwwagi dla owej zasklepiającej się estetyki w postaci wyróżnionych w Nagrodzie im. Wisławy Szymborskiej żertw Antoniny Tosiek, również autorki głośnej pozycji Przepraszam za brzydkie pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet). I będąc szczerym – właśnie tego nam wszystkim życzę.

A resztę się zobaczy.

 

 

Barbara Rojek

 

Trudno udzielić w tym wypadku satysfakcjonującej dla czytelnika odpowiedzi, bo zdaje się, że owe „dykcje” są zazwyczaj owocem ewolucji idiomów już funkcjonujących lub pewnych przemian w rozkładzie wartości estetycznych. Przewidywania wskazujące na powstanie nowych „szkół” czy „nurtów” są tyleż efektowne, co mało prawdopodobne. Pozwolę sobie jednak na dwie prognozy – negatywną i pozytywną: być może pewien sukces Małgorzaty Lebdy we wprowadzeniu poezji do czytelniczego mainstremu za pomocą nieskomplikowanych form, powierzchowności kontemplacyjnego minimalizmu i estetyzujących obrazów stanie się przyczynkiem dla innych, podobnie mało interesujących, dykcji, które wypełnią jakąś rynkową lukę; być może kolejni poeci zaczną w swoich wierszach podejmować temat możliwości i osobliwości istnienia wiersza, a także gestu jego tworzenia, jako czegoś osobliwego w świecie wypełnionym towarami.

 

 

Wojciech Kopeć

 

Prognozy krytycznoliterackie mają często do siebie, że po kilku latach brutalnie weryfikuje je rzeczywistość. Pozwolę więc sobie zmodyfikować pytanie i odpowiedzieć, jakie poetyki chciałbym, żeby rozwinęły się w nadchodzących latach. Zatem, życzyłbym sobie (i czytelnikom), większej liczby książek ambitnych i pisanych z rozmachem. Używam tak szerokiego pojęcia, bo nie mam na myśli żadnej konkretnych poetyk – ani uchodzących za bardziej zaangażowane, ani bardziej „hermetycznych” czy wyraźnie tematyzujących jakieś zjawisko. Chodzi mi przede wszystkim o skłonność do ponoszenia estetycznego ryzyka, o książki, które nie tyle odpowiadają na „ważne problemy”, co je konstruują; dochodzą do nich i konfrontują z nimi czytelnika, a nie zadowalają się potwierdzaniem lekturowych oczekiwań (a co za tym idzie osobistych doświadczeń, emocji). Żeby nie być gołosłownym – parę nazwisk, które spełniają te oczekiwania z nawiązką: Matwiejczuk, Kulikowska, Domarus, Kaczanowski, Bartczak, Puwalska. Mam też nadzieję, że w najbliższych latach pojawi się w poezji więcej głosów polemicznych, krytycznych, zwłaszcza wobec poetyk modnych, a niezbyt interesujących estetycznie i poznawczo. Szlaki przetarł już Shmrodek Łukasza Żurka i Filipa Matwiejczuka. Życzyłbym sobie zatem: mniej sentymentalnej „ludowości”, nostalgii, chłopackości, banalnej ekopoezji i naiwnego zaangażowania.

 

 

Olga Żyminkowska

 

To pytanie o rozwój, z gruntu więc problematyczne – zakłada, że poezji czegoś chyba brakuje, skoro będzie się rozwijać. Podobnie buńczuczne są „tendencje/nurty/poetyki” – jakby przeznaczeniem poetów był jakiś marsz czwórkami, którego cel da się przewidzieć. Gdybyśmy wiedzieli, czego się spodziewać, moglibyśmy spokojnie czekać na arcydzieło, które będzie przypominać to, co już znamy. Takie, dajmy na to, drugie Życie na Korei. Albo Sezon w piekle vol. 2. Krytyk przewidujący „dalszy rozwój” poezji przypomina trochę anioła historii, który stoi tyłem do przyszłości. Z przodu ruina. A „dalej – dalej ”? „Patrzę w oko smoka. / I wzruszam ramionami”.

 

 

WIERSZE

 

Anna Adamowicz

 

Pensjonareczka:

 

Wokół mostu Szaławiły mgła taka, że kroić

ją nożem w pasma i kłaść na Zacnej – wyglądają jak rzewny

woal, jak łopoczące poły, jak twoja suknia, Zamario, jak ostry

smak twoich ust. Ach, nie, to nie twoje usta, to tylko sukcymer,

który ojciec kazał mi rano wypić, zanim zaplótł mi warkocze,

zanim wyszłam z domu z Bażantem Stróżem, ostrożnie po schodach, bo głupio łamać

 

nogę w tak piękny mglisty dzień. Spójrz, Bażancie Stróżu, jak Zacnej łatwo łamać

barwy ruchliwą taflą, jak łatwo kotłować, wić się, kroić

Marne na lewy brzeg i prawy brzeg. Fale jak rozplecione warkocze,

puszczone luzem sznurki łez w rzewnym

płaczu nad Wiwarium i Lapidarium, jak strugi sukcymeru

przelewane nad Ossuarium i Kolumbarium. A tam już ostry,

 

dźwięczny chrzęst szkła, a tam ostry

stukot obcasów: hutnicy idą w łamanym

szyku do Chryzopraza, jeszcze dopijają poranny sukcymer.

Spoza ich pleców nad Ogrodem Chemicznym nagły ruch kroi

niebo od brzegu do brzegu. Co to, co to?! To kometa mknąca jak rzewna

łza! Patrz, Bażancie Stróżu, kometa ma warkocze

 

(zdają się ciągnąć od Plisy do Lichego) i ja mam warkocze

(choć nie tak okazałe). Kometa gna nad Krainą Podłyżkową, ostro

skręca nad smardz Syrojeżki, która, gdyby nie spała, westchnęłaby rzewne

jaja, rzewne jaja, nomen omen, serce się łamie.

Kometa leci dalej, ku Pałacowi Ofiar Batrachomyomachii, serce się kroi,

na taką kometę nie pomoże żaden sukcymer.

 

Wiadomo, od czego innego jest sukcymer,

od pochwycania cząstek promieniowania w warkocze,

chociaż nie, bardziej w pierścienie! Idealnie skrojony,

tak słyszałam, środek chroniący przed ostrą

chorobą popromienną, która mogłaby złamać

życie niejednej szklarskiej rodziny. Pożywny sukcymer jak rzewny

 

śpiew komety – leci dalej, odbija się w lśniącym, rzewnym

błocie Zacnego Łęgu; czy tamtejsze zwierzęta też piją sukcymer?

Czy sukcymer płynie w żyłach Zacnej? Czy wszystko się kiedyś załamie

jak pokal z defektem, czy wszystko oplotą ogniste warkocze

Plejad Włosażar – nie wiem, choć jeden obraz jest ścichapęk ostry:

najwyraźniej nad Marnem coś się kroi.

 

Na miarę jak łopoczące poły skrojona, choć przedziwna rzewność,

która złapała mnie rano nad ostrym smakiem sukcymeru.

Ojca łamało w kościach, kiedy plótł mi warkocze.

 

 

Tekst pochodzi z powieści wierszem o roboczym tytule Marne. Jest to projekt realizowany w ramach Stypendium artystycznego Prezydenta Wrocławia.

 

 

Agata Puwalska

 

stajnia jednorożców

Widziałam kwiaty głodne mięsa

                                                                                                              Mila Elin, Pogodzenie

 

okrywanie powiek oddzielanie twarzy od widoku

rytm z krzeseł podpełza pod łokcie

bąble z trawy unoszą

 

trwanie przesunięcia w zakresie zegara

ucho staje się różową jaskinią

o parametrach wystarczających by odpocząć

spocząć na nim

 

to tylko tak tyka

 

flakon prowadzi do wybuchu

kwiat wyciąga swój język

unicestwić białe

 

powieki skropić miękko rozciągnąć

choć wskazówek brak

 

 

świadomość mgławicą

 

czy odmienność wyklucza

samotność ciążenie do środka

drugi plan księżyc jak łezka nitka melancholii (zerwać

jak najszybciej)

 

wzdłuż ulicy karłowate drzewa ludzie wciśnięci

w kurtki bo wiatr ukryte strategie (byle

nie nadużywać) nasłuchiwanie syren

 

prowokowanie strun rozwijanie dźwięków

chociaż nie prowadzą

zadurzenie w tym jednym (kaprys!)

 

który utkwił w ukryciu w małżowinie skały

w podsłuchu wydmy

 

 

sen znów jest nic nas nie złamie

 

oczy różne rodzaje:

 

prostokąty małe cętki wielkie talerze albo poziome

kreski podłużne łodzie canoe

zanurzone w twarzy

 

każda para organizuje pustkę opowiada

osadzone blisko

zlewają się w jedno

 

więc w oczach wschód ta delikatność

która pozwala odepchnąć się od ziemi

wejść w życie

 

zajrzeć prowokując:

to było takie na wyrost

to ciągłe sięganie w przestrzeń po to

co się wydarzy

 

uwięzienie w czasie nie doskwiera gdy najpierw

robi się wszystko co wymaga lat

tylko po to by potem

zająć się tym co ogranicza wiek

 

 

RECENZJA

 

Karolina Górnicka

 

W skali Bargielskiej

 

Współczesna poezja polska byłaby w zupełnie innym miejscu, gdyby nie Justyna Bargielska. To niewątpliwie jedna z ważniejszych postaci literackich, która przyczyniła się do zmiany myślenia o słowie pisanym w obliczu przeobrażeń otaczającego świata, ludzkich potrzeb i pragnień. Poezja po Bargielskiej jest bliższa doświadczenia (szczególnie kobiecego). Poetka konsekwentnie rezygnuje z patosu i wzniosłości na rzecz humoru, nawet gdy w wierszach omawia rzeczy ostateczne, obnaża podmiotki, pozwalając im na bycie słabymi, obśmianymi, bezradnymi. W miejscu, z którego przemawia poetka, nikt nie chciałby stać, a jednocześnie stał tam każdy – skazany na porażkę wobec traumy, śmierci, rozpaczy. Bargielska stworzyła własny dyskurs, który łączy okrucieństwo z niewinnością, katastrofę ze śmiechem, eschatologiczną grozę z dziecięcą infantylnością. To eksperymentalne zacięcie warszawskiej poetki wyrażane było nie tylko w sposobie opowiadania o stracie, cierpieniu, lecz także w geście strącania wielkich, ważnych idei z piedestału, pomiędzy codzienne czynności, prozaiczne przedmioty.

Myśl, że pisanie to przekraczanie uwidacznia się również w przypadku najnowszego tomu Kubek na tsunami, nad którym Bargielska pracowała z AI, co od początku wzbudzało niemałe kontrowersje w świecie obrońców poezji czystej. Trudno wyobrazić sobie bardziej bargielski eksperyment niż ten: gdy wybebeszono już podmiot, zrezygnowano z integralności jego istnienia, przekroczono wszelkie granice intymności i opisano (lub przemilczano) każdy stan człowieka, naturalnym krokiem jest przekroczenie granicy humanizmu. W obliczu możliwości dużych modeli językowych, algorytmów, generatorów treści, a także wszelkich moralnych pytań i wątpliwości związanych z ich wykorzystywaniem, szczególnie intrygujące wydaje się zderzenie tego, co dokładnie wykalkulowane z tym, co odczuwane. Należy jednak zaznaczyć, co w wywiadzie z Arturem Bursztą podkreślała sama autorka, że AI nie napisała ani jednego wiersza, ani nawet pojedynczego wersu tej książki. Bargielska pracowała z ChatemGPT na zasadzie rozmowy, z pełną świadomością, że to co otrzymuje, jest jedynie odbiciem jej własnych promptów, propozycji, pomysłów, a sama idea współpracy była dla niej pokrzepiająca. Warto już w tym miejscu powiedzieć, że eksperyment się udał, a Kubek na tsunami jawi się jako Proof of Concept dowodzący, że tego rodzaju praca poetycka jest wykonalna, a nawet wyzwalająca.

Najnowszy tom poetki to oko cyklonu, które wciąga do wewnątrz wszystko, ustanawiając reguły tak powołanego świata: łączy się tu rozpacz, miłość, paczka chipsów, poręcz, komputer, umieranie, jeżdżenie windą. Bargielska przejmuje funkcję serwera proxy, pośrednika między materią nieożywioną a wszystkim, co żywe, zacierając granice uznawane dotychczas za niemożliwe do przekroczenia. Jej sposobem na usunięcie tej immanentnej różnicy jest nadpisywanie (nadpisywanie jest wymazywaniem) – autorka tworzy współczesny palimpsest, którego kolejne warstwy zastępują to, co było pod spodem. W przeciwieństwie do twórców z minionych epok, Bargielska może nadpisywać w nieskończoność – nawet jeśli de facto tego nie robi, sama świadomość nieograniczoności procesu zmienia jego odbiór. Reguły tego świata zostają czytelnikowi przedstawione w otwierającym tom wierszu Jesteśmy kanonem, a to jest nasz fandom, w którym podmiotka zdecydowała zostanę bogiem nowego świata. Trudno jednak uznać tę deklarację za genesis: to raczej deewaluacja aktu stworzenia, porównanego do nowego sezonu serialu, targanego wiatrem liścia, spoglądania przez szybę pociągu nocą. Świat według Bargielskiej traci w ten sposób immanencję – okazuje się, że wcale nie jest czymś stałym, wiecznym, trwającym pomimo istnienia bądź nieistnienia ludzi, zwierząt, roślin. Dopuszczenie do siebie myśli, że nawet to, co powinno być wieczne i niezmienne takie nie jest, pozwala zrzucić egzystencjalny ciężar i spojrzeć z dystansu, z nutą ironii i lekceważenia. Dlatego tymczasowy świat się dopasował, i oddał nam czipsy, a na deklarację podmiotki odpowiedział jedynie meh, czemu nie.

Idiom Bargielskiej zestawia ze sobą nieprzystające porządki – łączy codzienność z metafizyką, często celowo mieszając rejestry służące do opisywania tych zjawisk. Kanon, który ma swój fandom to tak naprawdę deklaracja zainteresowania regułami, zasadami rządzącymi nowym światem, a nie nim samym – stoicka fun machine, dziwna vending machine, token przywiązania są jedynie promptami aplikowanymi algorytmom, wersjami testowymi wszechświata, wobec których zostaje jedynie powiedzieć „ok”. Podmiotka wyznaje: gdy mówię »niech mi się stanie według słowa twego«, / mam na myśli »YOLO, niech lecą konsekwencje«, / a nie, że ci ufam”, co wskazuje nie tyle na brak sprawczości człowieka wobec biegu wydarzeń („stanie się” bez względu na zgodę lub sprzeciw), co rejestruje klęskę języka w ironiczny sposób. Osoba mówiąca w wierszu wie, że jutro nie nadejdzieinnego końca świata nie będzie – to w codzienności czai się śmierć, nie w biblijnej wizji apokalipsy. Warto przy tym zwrócić uwagę, że Bargielska nie próbuje wyzwalać języka, a jedynie bada, w jaki sposób przejawia się jego zniewolenie wobec rzeczywistości – stawia tezę, że podobnie jak algorytmy sztucznej inteligencji jest zaprogramowany i istnieją luki w jego integralności. W Kubku na tsunami język laguje, wywala błędy i halucynuje, co odpowiada cechom języka w ogóle – nietrudno przecież wyobrazić sobie i przywołać (choćby na podstawie twórczości Bargielskiej) sytuacje, zdarzenia, emocje, na które brakuje słów. Tezę tę można pociągnąć dalej, stwierdzając, że nie tylko język jest zaprogramowany (a przez to błędogenny), lecz także cały wszechświat, łącznie z naturą i ludźmi. Potwierdzają to wersy z utworu Operacja „Płatki wstydu”: Oszukane są łososie z tym salmon urge płynięcia w górę rzeki, / by tam wykonać salmon rytuał. Tymczasem giną pod autem na zalanej szosie; wskazują, że natura programuje łososie tak jak komputer, a świat opiera się na arbitralnych, sztucznie ustanowionych zasadach. Nie ma więc podziału na naturalne i sztuczne, realne i wyobrażone, istniejące i nieistniejące – jest tylko to, co zaprogramowane. Kwestią sporną pozostaje jedynie twórca kodu.

Mimo hiperświadomości podmiotki w kwestii braku sprawczości i kontroli nad wydarzeniami doszukuje się ona w tym stanie pewnego rodzaju wyzwolenia: kiedy jedyną odpowiedzią pozostaje akceptacja, nie ma konieczności tłumaczenia się. Tym sposobem śmierć staje się jedynie kolejnym etapem reakcji łańcuchowej, metaforycznym martwym ciągiem, który łączy w sobie ciężar istnienia z brzemieniem nieistnienia, a działaniom tym przyświeca zasada żeby zasnąć, trzeba się obudzić. Zostaje ona wyjątkowo wyjaskrawiona w wierszu Tren, kurwa:

Siedziałam i się kładłam, i znowu siedziałam,

patrzyłam za okno, śniegu masa spadła,

wszystko pod nim znikło. Zastrzyki dawałam,

 

starałaś się wyrwać, noc powoli bladła,

wiedziałyśmy obie: jutro nie nadejdzie,

i kiedy przysnęłam, ona się zakradła.

 

Dzisiaj tuż za tobą ustawiam się w rzędzie,

nie bardzo się boję, choć klamka zapadła,

bo mnie nauczyłaś: co będzie, to będzie.

 

Żeby umrzeć, trzeba żyć, a i życie git, tylko szkoda, że nie jest sami wiecie czym mówi podmiotka w swoistym antytrenie. Poza klasyczną, regularną formą nie zgadza się w nim nic: brak tu opłakiwania, wyliczenia zasług, pocieszenia czy napomnienia, a jednak wiersz w dobitny sposób mówi o stracie w wymiarze niewyrażalnym słowami, o czym świadczy tytułowa „kurwa” oraz cicha rezygnacja w zamykających utwór wersach. Śmierć zdaje się tu przemilczana, okrążona, a w pozbawionym emocji pogodzeniu się z losem tkwi zrozumienie reguł panujących w świecie.

Choć na przestrzeni tomu podmiotka próbuje dociekać, przeformułowywać te zasady, uznaje swoją porażkę wobec niewzruszonego kodu wszechświata:

Chciała wiedzieć natomiast, dlaczego nie mówi się „nieżyjący”

zamiast „nieżywy” czy wręcz „martwy”. Taka drobna zmiana,

a przecież mogłaby zrewolucjonizować nasze podejście do śmierci.

Przecież chcemy zrewolucjonizować nasze podejście do śmierci?

Ale nikt jej nie odpowiedział, a kolejka wciąż jeździ.

 

Po raz kolejny u Bargielskiej katastrofa czai się w szczelinach, pęknięciach, niepozornych czynnościach i przedmiotach, które są nie tylko świadkami, lecz także uczestnikami zagłady. Okazuje się, że rewolucja w podejściu do śmierci nie jest potrzebna, choć może lepiej powiedzieć – nikt nie jest nią zainteresowany. Z pytaniem rzuconym w eter zostaje kolejka, która, podobnie jak inne sprzęty i przedmioty: kubek zmywarka, winda, pilot do szlabanu, zachowuje wobec niego zaprogramowaną obojętność. Nietrudno więc dojść do wniosku, że rzeczy w Kubku na tsunami istnieją na równi z ludźmi – nie jest to jednak forma antopomorfizacji czy przejaw ekokrytyki – to stwierdzenie faktu, że świat materii nieożywionej nie potrzebuje człowieka. Jest wprost przeciwnie: to człowiek uczynił z rzeczy bogów swojej codzienności, co potwierdzają fragmenty Kubek sam wraca na podstawkę. / Nie mów, że widzisz w tym cośkolwiek dziwnego, kontempluj stos martwych pikseli, Zmywarko, zmywareczko, powiedzże mi przecie. / Nic ci więcej nie powiem, idźże spać, krakenie, To woda dla boga zlewu – mówisz.

Nierozerwalnej więzi człowieka z jego przedmiotami nie zniszczy nawet śmierć, bo ich losy powiązane są na poziomie emocjonalnym – rzeczy cieszą, smucą, sprawiają cierpienie, pozwalają spełniać marzenia, wywołują choroby – zakres ich sprawczości znacznie przekracza sprawczość ludzką. Potrafią też zmieniać, bo piekło to innych / sieć neuronowa i narastać we wstydliwych stosach. Przedmioty u Bargielskiej dominują świat, tak jak niegdyś ludzie zdominowali zwierzęta i rośliny, wprowadzając go w nową erę ewolucji. Stają się niemymi uczestnikami tragedii codzienności, dowodząc, że koniec świata to dzień, który trzeba jakoś przeżyć. Choć dla innych to tyle co nic, Bargielska pokazuje, że mała katastrofa może wyjebać skalę. I to też jest ok.

 

Justyna Bargielska, Kubek na tsunami, Biuro Literackie 2025, s. 44.

 

 

 

 

 

 

 

 

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Barbara Rojek – krytyczka literacka, redaktorka „Małego Formatu”, redaktorka „Twórczości”. Studiuje filozofię.

Aleksandra Małecka – ur. 1991, redaktorka związana z „Ha!artem” (od 2012 roku), krakuska. W wydawnictwie inicjuje, prowadzi i redaguje. Sama niekiedy tłumaczy z języków angielskiego i francuskiego (życzy sobie więcej tłumaczyć poezji i być może więcej redagować poezji w tłumaczeniu).

Wojciech Kopeć – ur. 1998, poeta, redaktor wydawnictwa KONTENT, krytyk literacki. Publikował m.in. w „Czasie Kultury”, „Twórczości”, „Małym Formacie”, „Odrze”, „Więzi”, „Zakładzie”. Autor trzech książek poetyckich: przyjmę/oddam/wymienię: (2021, tom wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Literackim „Złoty Środek Poezji” oraz w Ogólnopolskiej Nagrodzie im. Kazimiery Iłłakowiczówny), jest taki konik (2023, tom otrzymał Nagrodę Literacką Gdynia) oraz Klif, dywiz i sestyna (2024).

Olga Żyminkowska – doktorantka filozofii w Szkole Doktorskiej Nauk Humanistycznych UAM. Autorka książek Milana Kundery filozoficzna koncepcja postawy lirycznej, dramatycznej i powieściopisarskiej (Universitas, 2022) oraz Sartre i sztuki wizualne (Universitas 2026). Laureatka Nagrody im. Leszka Kołakowskiego, Stypendium Ministra Edukacji Narodowej i Stypendium im. dr. Jana Kulczyka.

Michał Memeszewski – z Bydgoszczy, w Krakowie. Na UJ, po edytorstwie, na krytyce literackiej. Publikacje w różnych miejscach. Zaimki: on/jego, ona/jej.

Anna Adamowicz – urodziła się w 1993 roku w Lubinie, mieszka i pracuje we Wrocławiu. Diagnostka laboratoryjna, poetka, autorka sześciu tomów wierszy (Wątpia, Animalia, Nebula, zmyśl[ ]zmysł, Stłuc, Jaw). Nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia, Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, międzynarodowej Nagrody Václava Buriana. Wyróżniona Nagrodą im. Wisławy Szymborskiej oraz Nagrodą-Stypendium im. Stanisława Barańczaka. Publikowana w czasopismach. Tłumaczona na języki, obrazy, dźwięki.

Agata Puwalska – poetka, autorka tomów wierszy haka! (Biuro Literackie 2021), PARANOIA BEBOP (KONTENT 2022), Funky Forest (SPP, Oddział w Łodzi 2024), otwarte światy (Katalog Press 2024), Alis Ubbo (Biuro Literackie 2024). Dwukrotna laureatka Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO, za tom otwarte światy otrzymała nominację do Nagrody Literackiej Gdynia (2025).

Karolina Górnicka – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Publikuje w czasopismach „KONTENT”, „Strona Czynna”, „Stoner Polski”. Mieszka we Wrocławiu.

 

 

Przejdź do treści