Dolnośląski Klucz Sukcesu dla Miesięcznika Odra!

Z radością informujemy, że Miesięcznik Odra, który wydajemy wraz z Instytutem Książki, został uhonorowany Dolnośląskim Kluczem Sukcesu za rok 2020 za  wybitne osiągnięcia w dziedzinie kultury i sztuki. Nagroda ta przyznawana jest przez Stowarzyszenie na Rzecz Promocji Dolnego Śląska.

W tym roku Laureatami Nagrody zostali także:

Największa osobowość w promocji regionu
* Prof. dr hab. n. med. Krzysztof Simon
Za wybitne osiągnięcia w pracy naukowej i dydaktycznej
* Prof. dr hab. inż. Tadeusz Trziszka
Za wybitne osiągnięcia w kulturze i sztuce
* Miesięcznik „Odra”
Za wybitne osiągnięcia w działalności samorządowej
* Ryszard Pacholik
* Antoni Kopeć
Dla najlepszej dolnośląskiej organizacji pozarządowej
* Dolnośląska Izba Lekarska
Dla najlepszego przedsięwzięcia turystycznego lub organizatora masowych imprez rekreacyjnych i sportowych
* Muzeum Ceramiki w Bolesławcu
* Kopalnia Złota w Złotym Stoku
Dla dolnośląskiej firmy najlepiej współpracującej ze społecznością lokalną
* Toyota Motor Manufacturing Poland Sp. z o.o.
Wyróżnienia specjalne
* Dla Prezydenta Wałbrzycha dr n. med. Romana Szełemeja za wybitne osiągnięcia w działalności samorządowej

 

10/2020 GENERATOR. LECH TWARDOWSKI

Katarzyna Zahorska

PANGENERATOR

 

Lech Twardowski, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli współczesnej wrocławskiej sceny artystycznej doczekał się z końcem roku 2019 publikacji wieloaspektowo analizującej jego malarski, ale i intermedialny dorobek. Książka Generator. Lech Twardowski przybrała formę obszernego albumu prezentującego najważniejsze twórcze dokonania tego znakomitego malarza, autora instalacji i obiektów, akcjonisty oraz performera, począwszy od wczesnych lat dziewięćdziesiątych.

 

Bogatej fotodokumentacji towarzyszą tu teoretyczne opracowania uznanych historyków, krytyków i teoretyków sztuki, takich jak Anna Chmielarz, Marcin Ludwin, Anna Markowska, Andrzej Turowski, Marek Śnieciński oraz Janusz Zagrodzki.

Dla odbiorców już obeznanych ze sztuką Twardowskiego wybór tytułowego terminu jako maksymalnie zsyntetyzowanego opisu artystycznych strategii malarza, a jednocześnie swoistego pojęcia-klamry, spinającego całość jego twórczego dorobku, wyda się czymś oczywistym. Generator to nazwa, którą autor nadał swoim pięciu obszernym projektom realizowanym od niemal ćwierci wieku. Pierwsza spośród wieloelementowych instalacji zawdzięcza swoją estetyczną formę metalowemu rdzeniowi reaktora jądrowego czarnobylskiej elektrowni, zaś jej poetyckim – bo wynikającym z nieskażonej wątpliwościami wiary w sprawczość sztuki – zamysłem było „odwrócenie” działania złej energii wyzwolonej w wyniku zaistniałej w 1986 roku katastrofy. Zrealizowany jako obiekt malarsko-rzeźbiarski Generator I  zaprezentowany został w 1999 roku we wrocławskiej Galerii Miejskiej. W kolejnych odsłonach projektu – pokazywanym we wrocławskim Arsenale (1999) i tutejszym BWA Generatorze II oraz wykonanym w wersji intermedialnej (2002) i multimedialnej (2004) Generatorze III – Twardowski zrezygnował z przetwarzania konkretnych śladów Czarnobyla, skupiając się na eksploracji czystej energii sztuki: zarówno tej, którą artysta w procesie twórczym wtłacza w obręb dzieła, jak i tej, która wyzwala się przy okazji kontaktu odbiorcy z dziełem. Opracowane kolejno w latach 2003-2004 i w 2005 roku Generatory IV i V wciąż czekają natomiast na swoją realizację. Ostatni z nich, pomyślany jako monumentalny, labiryntowy obiekt zbudowany na dziesięciohektarowym terenie, który miałby pełnić funkcję bezpiecznego zbiornika na odpady, a jednocześnie elektrowni słonecznej, odnosiłby się już więc nie tylko do tak silnie akcentowanej przez Twardowskiego we wszystkich jego artystycznych inicjatywach energii duchowej, związanej z oczyszczającym i transcendentalnym oddziaływaniem sztuki, ale i tej addytywnej, dookreślonej, rzeczywistej. Do idei generatora twórca powrócił raz jeszcze w monumentalnym obrazie Fukushima – Generator – Guernica, który w 2011 roku zawisł na jednej ze ścian wrocławskiego Teatru Polskiego. Dwudzielna kompozycja odwoływała się do dwóch wydarzeń historycznych, które – choć oddalone od siebie w czasie niemal o 75 lat – korespondują ze sobą pod względem poziomu zawartego w nich dramatyzmu. Awarię japońskiej elektrowni atomowej Twardowski zobrazował za pomocą środków czysto abstrakcyjnych, umieszczając na pasie czerni sześć rozmieszczonych w rytmicznych odstępach czerwonych kół (odpowiadających sześciu reaktorom). Druga część kompozycji stanowi natomiast kopię słynnej Guerniki Picassa i przywołuje wspomnienie zbombardowania w 1937 roku przez niemiecką Luftwaffe baskijskiego miasteczka. Podsumowując kwestię tytułu publikacji i obecnego w nim energetycznego potencjału, warto posłużyć się słowami Janusza Zagrodzkiego, który pisze: Twardowski nieprzypadkowo wybrał dla swoich prac określenie „Generatory”. Traktował je jak wpisane w przestrzeń instrumenty badawcze, urządzenia emitujące sygnały i jednocześnie automatycznie wytwarzające wokół siebie pole energetyczne. Można przyjąć, że jego obiekty malarskie próbowały sobie podporządkować zarówno każdy z obszarów, do których zostały wprowadzone, jak i znajdujących się w nim uczestników-obserwatorów zachodzących zdarzeń. Zawarta „wewnątrz” siła energii formy i barwy przekształcała otoczenie. Do podobnych wniosków dochodzi także Anna Markowska: Tytuł „Generator” jest w istocie nietzscheański, bo rewindykujący Moc.

W twórczości Twardowskiego energia jest więc wszechobecna – w kontekście nawiązań do konkretnych wydarzeń pojawia się ona jako katalizator wyzwalający w artyście reakcję, prowokuje ideę wprzęgnięcia w obszar sztuki faktycznego działania sił pozytywnych (Generator V), ale przede wszystkim definiuje całą, zarówno kreacyjną, jak i – już przy okazji kontaktu z odbiorcą – recepcyjną istotę każdego z dzieł wrocławskiego twórcy. Nic więc dziwnego, że zaproszeni do współtworzenia publikacji krytycy i historycy sztuki pisząc o artystycznych dokonaniach malarza, właśnie wokół zagadnienia energii zbudowali swoje główne interpretacyjne koncepcje. I tak, podczas gdy Andrzej Turowski zauważa, że: Żywiołowa przemiana materii w energię to poetycka tajemnica sztuki Twardowskiego, Marek Śnieciński wskazuje na fakt, iż: (…) w terminie tym [energia], który pełni rolę słowa-klucza odnoszącego się do wielu obszarów jego [Twardowskiego] twórczości, nie ma niczego metaforycznego, lecz opisuje on, czy raczej nazywa i wydobywa jedną z najistotniejszych właściwości jego artystycznych dokonań.

Niemal wszyscy wypowiadający się w Generatorze autorzy podkreślają znamienne dla sztuki Twardowskiego znaczenie problemu doświadczania czasu, umiejętność ucieczki twórcy od narracyjności na rzecz odczuwania czy też jego zdolność do posługiwania się przestrzenią jako swego rodzaju tworzywem. Nie ma w tym nic złego, zwłaszcza że jak pisze we wstępie książki Markowska, powtarzają oni:  te same fakty i obserwacje, jednak w każdym wypadku inaczej biegną ścieżki interpretacyjne i inne też wybrzmiewają wnioski. I tak Zagrodzki i Turowski w swoich tekstach podejmują się analizy sztuki Twardowskiego w kontekście redefiniowania obrazu. Pierwszy posługuje się nową interpretacją dziedzictwa Kobro, Strzemińskiego i Malewicza, by udowodnić tezę, iż jako widzów w malarstwie coraz bardziej interesuje nas jego kontekst, procesualność tworzenia i odbioru oraz ich performatywność. Turowski natomiast odwołuje się do poszukiwań Malewicza w obrębie „panenergetycznej” tożsamości obrazu, polemizując przy tym z utartym, powszechnie przyjętym spojrzeniem na rozwój abstrakcjonizmu. Pozostali przyglądają się z kolei twórczości wrocławskiego artysty z poziomu refleksji nad antropologią malarstwa, jego „nową używalnością”; Śnieciński i Chmielarz dostrzegają w sztuce Twardowskiego potencjał modyfikujący współczesną recepcję malarstwa i kierującą ją już nie tylko na sam obiekt i jego odbiorcę, ale i na przestrzeń i czas; z kolei Ludwin pisze o działalności wrocławskiego artysty z perspektywy sztuki partycypacyjnej, zauważając, że jej kreacyjny potencjał w dużej mierze wyrastał z chęci zaakcentowania niezależności wobec władzy.

Książka Generator powstała po to, aby zaspokoić estetyczne i intelektualno-emocjonalne apetyty wielbicieli sztuki Lecha Twardowskiego. I w zasadzie bardzo dobrze jej się to udaje. Dużym walorem książki jest fakt zaangażowania w jej tworzenie także historyków i krytyków sztuki związanych z Twardowskim przyjacielską relacją. W ten sposób bardzo merytoryczne i analityczne w swojej specyfice teksty uzupełnione wspomnieniowymi i anegdotycznymi fragmentami nabierają miejscami intymnej atmosfery, pozwalającej czytelnikowi bardziej osobiście zbliżyć się do dzieł artysty. W pewnych miejscach czuć jednak niedosyt – w porównaniu z dogłębnie, wieloaspektowo analizowanymi przez autorów pracami z serii Generatorów (o których, po przeczytaniu publikacji, śmiało można powiedzieć, że napisano już chyba wszystko) – paryski okres twórczości Twardowskiego potraktowany został odrobinę powierzchownie. A przecież, jak sam przyznał w swoim artist statement malarz: Był to niezwykle ważny dla mnie czas, okres intensywnych poszukiwań, konfrontacji ideowej i filozoficznej, możliwość poznania „nieznanego” i tworzenia „własnego”. Wydaje się, że najświeższe dokonania twórcy również wymagałyby nieco więcej uwagi – w końcu stanowią one najbardziej definitywne świadectwo tego, w którym kierunku ewoluuje sztuka Twardowskiego. Z drugiej strony jednak, konsekwentne skupienie autorów na Generatorach można by potraktować jako zrozumiały, intencjonalny zabieg: w końcu już sam wybór tytułu publikacji pozycjonuje w oczach czytelnika dzieła z tej serii jako najbardziej znaczące w dorobku wrocławskiego malarza. I dzisiaj chyba rzeczywiście tak jest.

Katarzyna Zahorska

Generator. Lech Twardowski. Redakcja Anna Markowska, Lech Twardowski, Ośrodek Kultury i Sztuki we Wrocławiu, Wrocław 2019, s. 360.

 

W PAŹDZIERNIKOWYM NUMERZE ODRY

KOCZANOWICZ: Władza, seks, pieniądze  Zamęt na uniwersytetach Kościół zacumowany: GAJDZIŃSKI, ABRAMOWICZ Symetryści 2020 Rozmowy z BOLECKIM (o Berezie) i SZTARBOWSKIM (o utopii w teatrze) GŁOWACKA: Po odejściu Giedroycia  ALICHNOWICZ: Różewicz jest… BAR-JOSEF: Pamiątka miłości  KEINEG  URBANEK: Folwark zwierzęcy II

 

 

SPIS TREŚCI:

 

2 Leszek Koczanowicz: WŁADZA, SEKS, PIENIĄDZE. WOJNY KULTUROWE I ICH CELE

9 Mariusz Urbanek: SYMETRYZM 2.0

15 Piotr Gajdziński: KOŚCIÓŁ ZACUMOWANY

21 Marek Abramowicz: NIE BĘDZIESZ MIAŁ BOGÓW CUDZYCH…

24 Ludwik Komorowski: SEJSMICZNE WSTRZĄSY NA UNIWERSYTECKICH WYŻYNACH

34 JAKI JEST I JAKI MA BYĆ DZISIEJSZY UNIWERSYTET? Z Katarzyną Chałasińską-Macukow rozmawia Magdalena Bajer

39 Paol Keineg: WIERSZE

42 STRATEGIA PEŁZAJĄCEGO AUTORYTARYZMU – A TEATR Z Pawłem Sztarbowskim rozmawia Grzegorz Ćwiertniewicz

46 Krystyna Kuczyńska: KULTURA W CIENIU KORONY

50 Ewa Sonnenberg: WIERSZE

52 Renata Głowacka: KARTKI Z DZIENNIKA

54 Karol Alichnowicz: RÓŻEWICZ JEST…

58 Musa Çaxarxan Czachorowski: WIERSZ

59 DZIEDZICTWO „PŁODNEJ MIERZWY” Z Włodzimierzem Boleckim rozmawia Andrzej Śnioszek

65 Jerzy Plutowicz: EROS I CIEŃ

68 Urszula M. Benka: KASANDRA

73 Ischak Bar-Josef: PAMIĄTKA MIŁOŚCI

78 James Joyce: ULISSES

84 Tomasz Hrynacz: WIERSZE

86 Radosław Wiśniewski: NOTATKI Z UNDERGRUNTU

88 Piotr Kosiewski: CZUŁE SPOJRZENIA

91 Katarzyna Zahorska: PANGENERATOR

93 Marcin Adamczak: NIEUDANA MISJA

95 Jacek Sieradzki: Z POKAZYWANIEM

97 Hubert Klimko-Dobrzaniecki: JAK ZOSTAŁEM NIE TYLKO KOBIETĄ

98 Wiesław Saniewski: WOLNY STRZELEC POD NADZOREM

100 Mirosław Ratajczak: CAŁY DZIENNIK

102 Mariusz Urbanek: FOLWARK ZWIERZĘCY II

104 Urszula Kozioł: Z POCZEKALNI

NAD KSIĄŻKAMI

105 Mieczysław Orski: WARUNKI TRYBU ŻYCIA

106 Marta Mizuro: MIEJSCE DLA BĘKARTA

108 Tadeusz Dąbrowski: SZTUCZNA RZEKA

109 Paweł Jasnowski: W ŚWIECIE BIAŁEGO CZŁOWIEKA

110 Jędrzej Soliński: COŚ SWOJEGO, NIEPOWTARZALNEGO

114 W OFICYNIE

116 POCZTÓWKI LITERACKIE KAROLA MALISZEWSKIEGO

117 SYGNAŁY: BAGAŻE A.M. MICKIEWICZ, TATE BRITAIN, Z WIEDNIA: ABRAHAM

126 WERNISAŻE

128 INFORMACJE, KOMENTARZE

131 8 Arkusz: TROCHĘ MUZEUM

WE WRZEŚNIOWEJ ODRZE

SURDYKOWSKI o wyborach 12 lipca  GAJDZIŃSKI: Stan wojny domowej Rozmowy z N. TAYLOR-TERLECKĄ i L. JAŻDŻEWSKIM MUSIAŁ • FLORCZYK: Polski pisarz w USA  Poeta w czasie marnym: WIERZYŃSKI• MIZURO O PILCHU  AUGUSTYN o „100 na 100” Fundacja E. HARVEY •Wiersze: WRÓBLEWSKI, SIWCZYK, LISOWSKI  WOŚ o Muzeum Picassa

 

 

SPIS TREŚCI

2 Jerzy Surdykowski: WYBORY, CZYLI CHOROBA DWUBIEGUNOWA

8 Piotr Gajdziński: DOMOWA WOJNA ŚWIATÓW

15 Bożena Uścińska: PEDOFILIA W KOŚCIELE

22 Viktor Grotowicz: POLITYKA JAK NARKOTYK

27 PRZECIĄGANIE SUKNA, CZYLI CO POLAKÓW ŁĄCZY, A CO DZIELI Z Leszkiem Jażdżewskim rozmawia Błażej Torański

35 Grzegorz Wróblewski: WIERSZE

37 Łukasz Musiał: POWRÓT DO KAFKI

39 Piotr Florczyk: SWOJSKOŚĆ I OBCOŚĆ

45 W ŚWIECIE POLSKIEJ CUDOWNEJ BAŚNI Z Niną Taylor-Terlecką rozmawia Aleksandra Ziółkowska-Boehm

51 Stanisław Stabryła: WIERZYŃSKIEGO SPOTKANIA Z ANTYKIEM

55 Mieczysław Orski: POETA W CZASIE MARNYM

57 Marta Mizuro: DOCIEKAM CAŁYMI ZDANIAMI

61 Karol Maliszewski: TO, CO NAZYWA SIĘ POEZJĄ…

64 Krzysztof Siwczyk: WIERSZE

66 Miłosz Waligórski: STEWARDESSA

68 Krzysztof Ćwikliński: KONWÓJ

74 Krzysztof Lisowski: WIERSZE

76 James Joyce: ULISSES

82 Ryszard Kołodziej: WIERSZE

84 Rafał Augustyn: JESZCZE O „100 NA 100”

88 Jerzy Olek: NIEMIERZALNE

91 Maria Malatyńska: BEZKRESNY

94 Jacek Sieradzki: CHUDY ARTYSTA WITA SIĘ Z REŻYMEM

96 Marcin Adamczak: O ZANIKANIU I ODPŁYWANIU

98 Wiesław Saniewski: WOLNY STRZELEC POD NADZOREM

100 Eugeniusz Sobol – Stanisław Szwarc: KRESOWA APOKALIPSA

103 Hubert Klimko-Dobrzaniecki: O KOMIN CHODZIŁO

104 Mariusz Urbanek: DUŻE DZIECI, DUŻY KŁOPOT…

106 Mirosław Ratajczak: PO AWANGARDZIE

108 Urszula Kozioł: Z POCZEKALNI

NAD KSIĄŻKAMI

110 Robert Rudiak: PASJA WEDŁUG… URSZULI MAŁGORZATY BENKI

112 Rafał Różewicz: ŚWIAT W OGNIU NARRACJI

114 Zofia Tarajło-Lipowska: DZIKI WSCHÓD NIBY DZIKI ZACHÓD

115 Jarosław Anders: PUNKT WYJŚCIA, PUNKT DOJŚCIA

117 Maciej Stroiński: CK PISARZE

121 W OFICYNIE

123 POCZTÓWKI LITERACKIE KAROLA MALISZEWSKIEGO

124 SYGNAŁY: WOŚ: PICASSO W BARCELONIE, „NOWA EUROPA WSCHODNIA”, BOB DYLAN

127 WERNISAŻE

129 INFORMACJE, KOMENTARZE

131 8 Arkusz: TWOJE BIURO MOŻE BYĆ WSZĘDZIE

W WAKACYJNEJ ODRZE

 

URBANEK: Trudne słowo na „F”  RUCHNIEWICZ: Naród polski a UE

Kościół a młodzież  O TYM, CO „PONIEMIECKIE”  „Kiełbasa Bismarcka”

Rozmowy z tłumaczami: M. POLLACK  Rozdroża K. PENDERECKIEGO

„Dzikie jabłonie” Steda i Bruna  CALASSO: Cienkie ścieżki  STASIUK: Przewóz

Wiersze: BECKER, BALCERZAN, BENKA  SANIEWSKI o Nadzorze (1984)

 

 

2 Mariusz Urbanek: TRUDNE SŁOWO NA „F”

8 Krzysztof Ruchniewicz: INTEGRACJA EUROPEJSKA NA ROZDROŻU

15 MŁODZIEŻ I KOŚCIÓŁ Z ojcem Pawłem Gużyńskim rozmawia Błażej Torański

23 Bartosz Kuźniarz: FAŁSZYWA MIARA WSZECHRZECZY

29 Viktor Grotowicz: „KIEŁBASA BISMARCKA”

31 PONIEMIECKIE CZYLI CO? Z Karoliną Kuszyk rozmawia Mateusz Hartwich

36 Artur Becker: WIERSZE

38 Dariusz Bednarczyk: HAUPTMANN ANTYNAZISTA?

42 NIE WYSTARCZY BYĆ TŁUMACZEM Z Martinem Pollackiem rozmawia Monika Żukowska

46 Andrzej Stasiuk: PRZEWÓZ

50 Roberto Calasso: KRĘTE ŚCIEŻKI

55 Tomasz Biernacki: ROZDROŻA KRZYSZTOFA PENDERECKIEGO

63 Marcin Adamczak: PIERWSZE CZY OSTATNIE SEANSE FILMOWE?

65 Edward Balcerzan: WIERSZE

67 Christian Medard Manteuffel: DZIKIE JABŁONIE

74 Joanna Orska: LIRYKA RUCHU

79 Urszula M. Benka: WIERSZE

81 James Joyce: ULISSES

87 Jacek Gutorow: CIARÁN CARSON (Z PAMIĘCI)

89 Edward Zyman: SKARBY „SMOCZEJ JAMY”

92 Magda Dunikowska: ŻYCIE WŚRÓD MILIONÓW RZEŹB

96 Jacek Sieradzki: ŚMIECH SPOD MASECZKI

98 Wiesław Saniewski: WOLNY STRZELEC POD NADZOREM

100 Hubert Klimko-Dobrzaniecki: FM4

101 Mieczysław Orski: KRYTYKA BEZ INTErrWENCJI

102 Mirosław Ratajczak: NASZ CZAS, MÓJ ZEGAR

104 Mariusz Urbanek: ŚWIĘCI CZASÓW ZARAZY

106 Urszula Kozioł: Z POCZEKALNI

NAD KSIĄŻKAMI

108 Miłosz Waligórski: KAMIENIE SIĘ NIE RUSZAJĄ

109 Mieczysław Orski: DUŻE I MAŁE GROZY WARMII

111 Marcin Adamczak: KINA W MIEŚCIE BRESLAU

113 Mateusz Hartwich: WROCŁAW POD RZĄDAMI NSDAP

114 Anita Wincencjusz-Patyna: O PAMIĘĆ CHODZI W TEJ KSIĄŻCE PRZEDE WSZYSTKIM

119 W OFICYNIE

120 POCZTÓWKI LITERACKIE KAROLA MALISZEWSKIEGO

121 SYGNAŁY: POLSKI INSTYTUT W RZYMIE, ŚLUNSKO GODKA, CARLOS PÉREZ SIQUIER

128 INFORMACJE, KOMENTARZE

131 8 Arkusz: LATO 2020

Maciej wnuk opowiadanie LIMAN

Maciej Wnuk

LIMAN

 

Stary człowiek i liman. Tak o sobie myśli, bo jego świat to właściwie tylko to miejsce. Stoi na brzegu z patykiem, szpiczastą końcówką odchyla tatarak, mąci ciemną wodę. Brak pamięci ma się po rodzicach lub po kraju urodzenia, a Stary nie miał szczęścia ani w jednym, ani w drugim – nie pamięta, co tu robi ani jak się nazywa. Patrzy na krasnopiórki wiszące w toni i to mu wystarczy. Ryby – myśli. Gada z nimi w spokoju, a w tle łódź wywraca się do góry nogami.

Ktoś tam jest?!

Mruży oczy, okulary zostawił dziś w domu.

Słychać plusk i bulgoczący głos. Stary rozpoznaje ten dźwięk, wie, że może oznaczać dużo rzeczy, ale ani jednej dobrej. To zwiastun końca. Stary widział już wiele zakończeń – ma w domu wyjściowy zestaw na pochówki. Czarna kamizelka, welurowa mucha i szelki pod kolor, jest nawet specjalny różaniec. Różaniec od pogrzebów ma błyszczące od dotyku koraliki.

 

Stary zawraca do miasta po pomoc, ciągnie brzegiem aż do ulicy. Stamtąd przyszedł, choć już tego nie pamięta. Dotarł tu po pracy w ogrodzie. Przyciął hortensje, uporządkował sprzęty, wypielił grządki, pochował doniczki, grabie i motyki, powiązał ususzone zioła, wysypał obierki na kompost, poukładał drewno na opał. Poszedł odpocząć nad wodę.

Wchodzi na betonową scenę, idzie szukać ludzi. Ma im coś powiedzieć. Szybko, nim będzie za późno. O co chodziło? Zapomniał.

 

Ze sklepu z szyldem Magazin wychodzi wujek Misza. Idzie majakiem, buja nim na prawo i lewo. Jest lekki jak żagiel, wydyma się tam, gdzie wiatr zawieje. Nie rozumie nic z tego, co krzyczy do niego Ryży:

Wujku, Siergieja nie ma!

Ta wiadomość zarzuca w nim jakąś kotwicę. Prostuje się jak maszt, patrzy mętnym okiem na liman. Wujek ma tylko jedno oko – drugie zostawił na wojnie. Spośród wszystkich życiowych anegdot tę lubi najmniej. Był akurat upał i wszyscy czuli się bezpiecznie, a spadający przez okno granat wyglądał pod słońce jak ciepła bułeczka. Taka już była konstrukcja tej sceny: w jednej chwili marzenia o cieniu i chłodnej wodzie, a w drugiej kawałki żelaza łaskoczące zaskoczone twarzyczki. Kolejny ułamek czasu później sanitariusz zgarbiony nad tą dziwną aranżacją z ciała i blachy: kołysze papierosem w ustach i komentuje, że nu, Michaił, toście się załatwili… na szczęście przeżyjecie, jedynie gadać będziecie jak kretyn, ale przeżyjecie.

Od tamtej chwili wujek Misza nie ma oka i piątej klepki. Teraz łapie Ryżego za ramię i przyciąga do siebie:

Pożarły go?

Ten ściąga brwi. Nic nie rozumie. Co go pożarło, jeśli można wiedzieć?

Wujek zanim odpowie, buja głową we wszystkich kierunkach – widocznie chce zacumować myślami gdzieś w bezpiecznym miejscu, uporządkować zasłyszane informacje, ale najwyraźniej do najbliższego portu jest mu nie po drodze. Uciekają cenne sekundy i Ryży zaczyna myśleć o tym, jak z każdym wybełkotanym słowem jego brat powoli traci ciepło. Jest już późno. Zaczyna się wieczór, zaczyna padać, zaczyna się jesień, Ukraina zaczyna się na drugim brzegu, wszystko się zaczyna, tylko Sierioża akurat się kończy.

Chodźmy, jest mało czasu.

 

Wiatr niesie zwiędłe głosy. Ludzie ledwo zipią:

Siergiej!

Sierioża!

Sieeergieeeej!

Krzyk odbija się od mola i kręci nad limanem. Dociera do czterech olbrzymów z elektrowni, jest nad Dniestrem, spotyka suchego przestwór oceanu. Im ciemniej, tym częściej nasłuchują w ciszy, słychać tylko krople deszczu i wiatr rozbijający się o kominy. W mieście nad limanem zawsze słychać wiatr.

Ryży wreszcie uznaje, że już dość czekania. Rozciera w ustach słoną łzę, ściska dłonie w pięści, ma w głowie plan. Teraz albo nigdy, mówi sobie w myślach. Palcem wskazuje wodę. Wujek Misza potrząsa papierosem w ustach. Jednookim spojrzeniem patrzy na siostrzeńca tak, jak patrzy się na chore zwierzę. W pirackiej twarzy Ryży dostrzega zwątpienie.

Pożarły go, od tylu lat czekały i wreszcie pożarły.

Ryży już tego nie słucha. Wprawia ciało w półkolisty kształt; sweter sam spada na ziemię, spodniom musi trochę pomóc. Coś tarza się w jego myślach, jakieś widzenie, w którym brat dryfuje twarzą do dołu, na granicy dwóch światów, ogląda dno z lotu ptaka. Ryży trze palcami o molo, starannie szuka dziur, żeby w żadną nie wpaść. Zimno natychmiast wpada do płuc. Płuca są kołem ratunkowym, pamięta o tym dobrze.

Stawia stopy w miękkim mule i zanurza się. Ławica krasnopiórek patrzy na nurka wytrzeszczonymi oczami. W ich podwodnym kinie grają dziś film o dwóch braciach, z których jeden szuka drugiego. Rudymi płetewkami ryby klaszczą z emocji, chcą śledzić tę narrację, zobaczyć, w jakim pójdzie kierunku. Wywłócznik oplata się Ryżemu wokół palców. Sierioża powiedziałby, że pewnie pełno w nim kijanek, ale Sierioży nie ma i już nigdy nie będzie ani tu, ani w żadnym innym miejscu.

 

Jest tak: Ryży, Siergiej, ojciec i Dniestr. A nad Dniestrem molo. Tam wyciągają twarze do zachodzącego słońca, mówią coś o podróżach, Sierioża grzebie między palcami stóp, a Ryży patrzy w niebo. Szuka gwiazd, przewodniczek łodzi.

Siergiej schodzi nad krawędź mola i zagląda do podbieraka, gdzie gęstą masą prą do dna: krasnopiórki, karasie, liny, płocie. Jedna z ryb pływa do góry brzuchem, udaje martwą. W jej mózgu wielkości orzeszka gimnastykuje się myśl o przetrwaniu, ale Siergiej już zna te sztuczki, nauczył się czytać ryby, kiedy obserwował je nocą w limanie. Gdy tracą barwę i ruch – śpią. Gdy suną przy powierzchni – brak im powietrza. Gdy leżą piersią do góry – udają martwe. Wyciąga rybę symulantkę i daje jej młotkiem w łeb. Nie ze mną te numery.

Z podbieraka wzdręgi patrzą mściwie na młotorękiego. Wyłupiastymi soczewkami znaczą Sieriożę. Już zaczynają szeptać, jedna do drugiej sączy komentarze. W Dniestrze coś się zmienia, jak echo odbija się od brzegów historia sprzed chwili. Nagle każda wzdręga szuka swojej zemsty.

Ojciec splata dłonie jak zawsze, gdy musi powiedzieć coś ważnego.

Słuchaj, Ryży. Już niedługo będziemy musieli wyjechać.

Ryży kołysze nogami w wodzie. W oczach odbija mu się słońce. Pyta:

Wrócimy tu jeszcze kiedyś?

Zamiast ojca odpowiada mu wiatr. W mieście nad limanem zawsze słychać wiatr.

 

Muszina to muszina, Ryży.

Wujek Misza schyla się nad molo, rozgniata kapciem peta. Spetryfikowany leży Siergiej, bez koloru i życia, migruje gdzieś do innego świata.

A więc tak się to kończy, mruczą krasnopiórki na podwodnym seansie, bulgocząc bąbelkami – wynoszą spod skrzeli nieszczere kondolencje. Brat żegna brata. W tej gorzkiej produkcji nie zaplanowano żadnego sequela, nie ma szczęśliwych zakończeń. Puszczą napisy i zejdzie z afisza. Nikt jej więcej nie zobaczy.

Ryży przeciąga palcem po sinym czole, lekki uścisk zostawia biały odcisk, który zaraz naciąga fioletem. Pod tym czołem nikt już nie mieszka. Wpatruje się w koło ratunkowe Siergieja: para płuc nasiąkniętych jak gąbka. Wyrzyna je na wszystkie sposoby: dmie w usta powietrze, uderza w mostek, potrząsa grubym ciałem. Szuka w nich na oślep jakiegoś życia, lecz wszystko jest już odmienne. Nic mu nie pomoże. Kłóci się z nim nawet fizyka. Kłóci się trzecia zasada dynamiki sir Izaaka Newtona. Każdemu działaniu towarzyszy równe mu, lecz działające w przeciwnym kierunku, przeciwdziałanie. Miarowe uciski klatki piersiowej nie mają żadnego przeciwdziałania. Nie powodują nagłej zmiany wydarzeń. Nie widać wody wylatującej z ust brata, nie czuć ruchu na klatce piersiowej. W kole ratunkowym Siergieja próżno szukać życia, zamiast niego jest mętna woda limanu, pewnie pełno w niej rozwielitek.

Wujek Misza zniecierpliwiony:

Szybciej uciskaj!

Szybciej nie wolno!

I to ostatnie słowa Ryżego. Później ludzie będą próbować wielu sztuczek. Poklepią po plecach, by wreszcie coś wykrztusił. Przestraszą znienacka, licząc na okrzyk przerażenia. Palcem pogłaszczą pod kolanem z nadzieją na głośne: przestań, to łaskocze. Wszystko to na nic. Nie powie ani słowa.

Każda akcja ma swoją przeciwakcję.

Przeciwakcja wchodzi więc na molo. Podchodzi do zapłakanego brata, zarzuca mu węzeł na gardło. Palcem upycha słowa do ust, wciska wyrazy na powrót do przepony, pakuje mocne przekleństwa, upycha błagalne tony. Zamyka mu buzię na suwak. Ryży czuje, jak pęcznieje od słów. I już. I taki zostanie na zawsze.

Prawa fizyki stoją bowiem ponad wszystkim.

Nie płacz, Ryży. Muszina to muszina.

 

Z Dniestrowska miał wyjechać z ojcem i Siergiejem, ale ostatecznie robi to sam. Przejeżdża przez polską granicę i od razu obiera kurs na urząd. Ten jest mętny jak woda po deszczu. Trudno odnaleźć w nim kierunek, trzeba błądzić po omacku. Ryży wraca do mieszkania, bez nadziei ani nowej pracy. Ledwo przekracza próg, a Białorusini już wyjmują piwo z lodówki, ale dzisiaj nie ma na to ochoty, woli poprzeglądać ogłoszenia w Internecie. Tak jest najłatwiej.

Kiedy do współlokatorów dociera, że pochodzi z Naddniestrza, ich kąciki ust wędrują do góry, duszą w sobie jakąś kpinę. Jurij jest rekinem biznesu i menedżerem w korporacji, Borys natomiast zwykłym leszczem w dziale obsługi klienta mokotowskiego call center. Ryży nie jest pewien natomiast, do jakiego sam należy gatunku. Jestem Ryży, zwykła płotka, jedynak, bo brata coś pożarło, a poza tym szukam pracy. Tak by powiedział, ale przecież nie mówi już od dawna.

Słowa. Są czymś, co przychodzi tylko w snach – wtedy mówi bez opamiętania. Rozmawia z ludźmi, zwierzętami, przedmiotami, ale najczęściej z ciemnością. Wchodzi w czerń, czarną jak pierwotna pustka, ta z samego początku, ta, która była przed tym, nim ktoś rzekł, by stała się światłość. Ryży nigdy nie wie, czym jest ten zarodek świata, mógłby być wszystkim: zimną piwnicą, wnętrzem komina lub zwyczajną nicością, którą widać spod powiek, ale z jakiegoś powodu wie, że chodzi o wszechświat, że ta pustka wokół ma w sobie coś osobliwego – nie wiadomo, gdzie jest jej początek ani koniec, ciekawi go jej brak określoności. Przez chwilę czuje bliskość wieczności, jakby w tym śnie miał odkryć wszystkie tajemnice. Rozmawia z odległymi układami słonecznymi. Widzi gwiazdy i nieskończoną przestrzeń pomiędzy nimi. Coś do niego mówią. To jedyny dialog, jaki przeżywa. Uznaje go za najlepszy – rozmawia z kimś bez słów, i ten brak słów jest bardziej rozmową niż cokolwiek innego. Gdy migruje ze snu do jawy, słyszy głos Sierioży. Pyta o to, co mówił wszechświat.

Opowiadał o rzeczach, których jeszcze nie ma.

Borys daje Ryżemu kuśkę w bok. Celuje palcem w ekran laptopa. Na ogłoszeniu basen z napisem Szukamy ratownika.

Jestem Ryży, jesiotr chyży. Mam wzrok sokoła i wprawę w ratownictwie. Nadaję się.

 

Codziennie miewa lęki. Przed pozostaniem w Warszawie, ale i przed powrotem do Dniestrowska. Ani tu, ani tam nie jest mu dobrze. Naddniestrze to burzliwe wody i Ryży wie, że nie odnajdzie tam bezpiecznej przystani. Tutaj z kolei ludzie są jak samotne boje: brodzą nieco zagubieni, dryfują w miejscu, nie przywykli do otwartych wód. Choć tego nie słyszy, czuje, jak przelewają nad nim kąśliwe komentarze. Nie pasujesz do tego akwenu. Wracaj lepiej do swojego bajorka.

Czuje się niedopasowany. Jak piskorz w ławicy krasnopiórek. Miewa lęki, że ktoś go przyłapie na ulicy, w metrze, na przystanku i wylegitymuje jego naturę, sprawdzi, że nie jest z tego gatunku. Do pociągu wsiądzie jakiś bysior, szeroki jak karaś, wciśnie się w tłuszczę sardynek. Pociągnie za identyfikator, ze środka wagonu zabrzmi potężnym głosem:

Proszę naszykować legitymacje narodowe.

Szerokim ramieniem utoruje sobie drogę. Pasażerowie wymienią dumne spojrzenia, sięgną do portfeli, uniosą przed siebie kartę krajana.

Szczegóły z pewnością nie umkną oku bysiora. A czy na pewno PESEL przypisany? Iwgieniewicz po kądzieli? Znaczy się pół-Polak?

Ktoś z drugiego końca wagonu zwiesi głowę w rezygnacji.

Da, da.

Nim bysior trafi na koniec pociągu, Ryżego przejdzie dreszcz paniki. Sterczałby tak z brodą wbitą w szyję, szukając w podłodze swojego alibi. Wagon zadzwoni, coś szarpnie przedziałem, karty polskości pospadają pod nogi. I co mu niby powie? Przecież nie mówi już od kilku lat. Drzwi rozchylą się na stację i bysior wysiądzie, z elektronicznym skanerem wpadnie w ławicę kolejnych ofiar.

Dopiero przy następnej stacji jakiś ciężar spadłby mu z serca.

 

W pracy pilnuje dzieci, które po cichu uważa za swoje. Uspokaja go woda, póki niegoszcząca piętnastu krótkich istot, niezmącona. Wtedy z rękoma na biodrach lustruje wzrokiem basen. Słychać raptowne wziewanie powietrza. Piętnaście gwałtownych wdechów, każdy brzmi inaczej, unikalny jak odcisk palca. Zna je wszystkie i wie, że jednego brakuje.

Bierze krótki rozpęd, szeroki zamach, podrywa się z krzesła. Słowa pchają mu się na usta, niewiele brakuje, by krzyknął i zagłuszył cały hałas dokoła, ale nic z tego, przecież zostawił swój język dawno temu pod wywróconą łodzią w mieście, w którym zawsze słychać wiatr. Kiedyś miał głos jak salwa armatnia. Dniestrowski koligat z językiem w gębie. Wchodził na rodzinną schadzkę i stół zamierał. Wszyscy czekali na jego słowa, z ochotą łapali, co im odmierzał: krztynę liryki, gdy akurat mówił wierszem, reporterski rys, gdy przychodził z historią w zanadrzu, fabułę, gdy miał na ustach powieść.

Trzy lata niemówienia robią swoje, zamykają pewne kanaliki, w szczególności te odpowiedzialne za kontakt z ludźmi. Ryży odcina się od społeczeństwa; staje się typem obserwatora, obserwuje cudzy narybek i sprawdza, czy nikomu nie jest potrzebna pomoc. Nie wie nic o mówieniu, ale wie wszystko o ruchu. Wie, jak poruszać ciałem, by przeżyć w wodzie, wierzy, że to, co niewypowiedziane, da się oddać gestem: wzruszeniem ramion, zmarszczeniem brwi, ciężkim przytupem. Na jego lekcjach trzy klaśnięcia oznaczają dobrą robotę, jedno – polecenie przyspieszenia. Pojedynczy gwizdek to znak startu, dwa – koniec zajęć. Gwiżdże jak sędzia na meczu i zaprasza wszystkich gestem do szatni. Za każdym razem ma poczucie dobrze wykonanego zadania.

Jestem Ryży, jesiotr chyży. Woda to mój drugi dom.

Mirka czuje coś jakby skurcz, trzymający nisko przy piętach i ściągający ją ku dnie, coś, co uznaje za ciekawość, wielką i każącą zakryć się wodą, by zbadać nową przestrzeń. Mirka chce zobaczyć skarby schowane pod taflą pachnącą chlorem, czuje siłę pchającą do odkryć, podobną do tej, która kiedyś kazała jej wybić się z huśtawki hen wysoko, aż do słońca i wielkiego nieba. Później Mirka kuśtykała przez trzy tygodnie i zbierała podpisy na gipsie. Teraz jest tak samo, tylko że zamiast huśtawki jest woda wypełniająca płuca.

Ryży wie, że musi być na czas. Koła ratunkowe mają to do siebie, że szybko nasiąkają wodą i bardzo trudno to później odwrócić, nie pomaga w tym nawet trzecia zasada dynamiki Newtona. Przez chwilę Ryży znów stoi na molo z ręką na biodrze, ma na ustach ostatnie słowa. Z tego dnia pamięta sklep z szyldem Magazin, wyschnięte krasnopiórki przebite prętem i wujka Miszę mówiącego, że muszina to muszina.

Jest na czas, więc biegnie po śliskich płytkach, jedna, druga, trzecia, czwarta, piątą żegna krótkim skokiem i znów tam jest, choć miał nadzieję, że już nigdy więcej. Wołanie o pomoc zastępuje cisza.

 

Tej nocy śni mu się Sierioża. Rano Ryży wertuje w myślach cały poprzedni dzień, by znaleźć jakiś moment, który później zaprosił brata do snu.

Wszystko w ustalonym porządku: mija ławkę przed blokiem i rozlane na niej baby, później są schody i sąsiadka śledząca go przez judasza. Spojrzeniem strzela jak z pistoletu i zanim Ryży zamknie za sobą drzwi, czuje, jak zamienia się w tarczę snajperską. Zaczyna gadać do siebie. W myślach. W gadaniu w myślach nie ma mu równych. Nim wszystkie słowa przedefilują przez wewnętrzne dyskursy i kłótnie między Ryżym i nim samym jest już dwudziesta pierwsza: myje zęby, płucze twarz kranówką. Ocenia uzębienie w lustrze, w otwartych ustach odnajduje milczenie. Słyszy, że baby z dołu mówią już sobie na dobranoc: jeszcze ostatnia ploteczka, kochanieńka. Czułymi szeptankami odprowadzają się do klatek, każda zmierza do swojego Morfeusza. Ryży też zanika w kołdrze i śni: obrazy, miraże, feerie.

W nocy pyta brata o to, jak umarł. Stoi przed nim w lekkim dystansie, mają między sobą agresywnego rotwailera z kokardą między uszami. Pies zerka Ryżemu na gardło i skrobie pazurem o posadzkę, czeka na choćby potknięcie. Nie wiadomo, skąd się wziął w tej scenie, ale zarówno on, jak i Ryży są we śnie, a sny rządzą się swoimi prawami. Jeszcze ta kokarda na łbie. No i martwy brat z tyłu.

Skoczyłeś na główkę i złamałeś kręgosłup?

Nie. Mój szkielet jest z żelaza.

Uderzyłeś w dno?

Dno jest miękkie jak gąbka.

Walnąłeś głową w łódź?

W głowę zawsze byłem walnięty.

Skręciłeś kostkę na brzegu?

Brzeg ma to do siebie, że ratuje topielców.

To może przestraszyłeś się piskorza?

Umrzeć ze strachu to nie moja bajka.

Powiesz mi wreszcie?

Nie jesteś nawet blisko.

Pożarło cię?

Zdarza się.

Ryży widzi brata z młotkiem w ręku, jak daje w łeb rybie symulantce. Nie ze mną te numery. Później Sierioża nurkuje w limanie i poluje na krasnopiórki, ale te są szybsze, mają trójkątne zęby i zemstę w oczach. Ryży nabiera wody w usta, nie chce tego zrozumieć.

Siergiej przebywa w tym śnie przelotnie. Pociąga za smycz, rotwailer człapie z łapy na łapę. Schodzą ze sceny. Ryży chce powiedzieć bratu cokolwiek, nim zniknie, ale kończy się jak zawsze. Jego język jest akrobatyczną fają. Robi teraz fikołka w tył i toczy się dalej ruchem walca, spada do tchawicy, oplata ją jak wąż. Sierioża znika, a Ryży ma ochotę pójść za nim.

 

Na koniec pojawia się Stary z rękami brudnymi od ziemi. Ciągnie do miasta brzegiem limanu. Ma zadanie do wykonania i luki w pamięci. W ręku kołysze różańcem od pogrzebów.

 

Maciej Wnuk

 

Maciej Wnuk jest magistrem ekonomii i finansów. Od niedawna próbuje swych sił w literaturze; ukończył m.in. kurs „pisania opowiadań” organizowany przez Krakowskie Biuro Festiwalowe i Kraków Miasto Literatury UNESCO 2019.

W MAJOWYM NUMERZE ODRY

W czasach zarazy: CHMIELEWSKI, SURDYKOWSKI, FIEDOR Rozmowa z prof. M. GERSDORF  GAJDZIŃSKI: Ucieczka do dyktatury Borszczewskyj, Pestka o ŁOBODOWSKIM  Świat Kornela Filipowicza HEN  Pan Nikt, czyli: CELAN-HEIDEGGER GARREL, DYBLIK Wiersze: CHOJNACKI, MIKOŁAJEWSKI  WANIEK  70. Berlinale

 

SPIS TREŚCI:

2 Adam Chmielewski: AGORAFOBIA W CZASACH ZARAZY

10 Jerzy Surdykowski: CZEGO NAS UCZY TEN GŁUPI WIRUS?

17 POLSKA PRAWORZĄDNOŚĆ. ZAKUSY I OBRONA Z Małgorzatą Gersdorf rozmawia Magdalena Bajer

21 Piotr Gajdziński: UCIECZKA DO DYKTATURY

28 ŚWIAT NIE BĘDZIE JUŻ TAKI SAM Z Bogusławem Fiedorem rozmawia Stanisław Lejda

37 Roman Chojnacki: WIERSZE

39 Józef Hen: DO WAS I OD WAS

48 Serhij Borszczewskyj: WSPOMINAJĄC JÓZEFA ŁOBODOWSKIEGO

49 Wojciech Pestka: LACH, ŻYD I SOBAKA

54 Marcin Filipowicz: MOJE WSPOMNIENIA O OJCU

58 Mieczysław Orski: PRZECIEŻ TO MÓJ ŚWIAT

60 Jan Krasicki: PAN NIKT

62 Henryk Waniek: SUITE POLONAISE – JILL HARTLEY

67 Wojciech Chmielewski: RYBY STAJĄ SIĘ DRZEWAMI

69 Jarosław Mikołajewski: WIERSZE

71 James Joyce: ULISSES

74 Alenka Jensterle-Doležal: WIERSZE

76 Viktor Grotowicz: JAK ŻYĆ, PANIE FILOZOFIE?

79 Piotr Czerkawski: ZMIANA WARTY

82 ZAGUBIENI W MIŁOŚCI Z Philippe’em Garrelem rozmawia Mateusz Demski

84 Jędrzej Soliński: ZBLIŻENIE NA ŚWIAT

85 WOLNOŚĆ TO ŻYCIE BEZ LĘKU Z Lechem Dyblikiem rozmawia Jędrzej Soliński

87 Marcin Adamczak: BŁOGOSŁAWIENI, KTÓRZY PŁACZĄ

89 Wiesław Saniewski: WOLNY STRZELEC POD NADZOREM

91 Jacek Sieradzki: CI INNI LUDZIE, TUTAJ

94 Monika Pasiecznik: AMBIENT ZNACZY OTOCZENIE

96 Hubert Klimko-Dobrzaniecki: PLANETA K, CZYLI ŻÓŁTO NA BIAŁYM

97 Mirosław Ratajczak: W MALARSTWIE ANDRZEJA KLIMCZAKA-DOBRZANIECKIEGO

99 Mariusz Urbanek: DZIENNIK CZASÓW ZARAZY cz. II

101 Urszula Kozioł: Z POCZEKALNI

NAD KSIĄŻKAMI

104 Mieczysław Orski: POD SŁOŃCEM PIERWSZEJ I OSTATNIEJ „MATKI”

105 Miłosz Waligórski: CHERCHEZ LA FEMME!

107 Jarosław Petrowicz: CZY ZŁO JEST KONIECZNOŚCIĄ?

108 Natalia Żarska: MIĘDZY USTAMI A BRZEGIEM PUCHARU…

110 Iza Jóźwik: MYSZ

114 W OFICYNIE

116 POCZTÓWKI LITERACKIE KAROLA MALISZEWSKIEGO

117 SYGNAŁY: SABOR O „HERÓDKU”, BERNARD Z CLAIRVAUX, JEWELS W WIEDNIU

125 INFORMACJE, KOMENTARZE

127 8 Arkusz: PUSTE MIASTA

FABRYKACJA CZŁOWIEKA ZACHODU

Naszym punktem wyjścia jest pewien fatalizm. Drogi myśli nieuchronnie zmierzają do odwiecznego pytania: w imię czego możemy żyć? Innymi słowy, dlaczego żyć? Otóż to: dlaczego? Żadne społeczeństwo nie ma takiej mocy, żeby usunąć pytanie „dlaczego”?, wymazać to znamię człowieczeństwa. A jednak…Upadek sztuki stawiania pytań na zadufanym w sobie Zachodzie jest równie widowiskowy jak jego naukowe i techniczne wiktorie. Strach przed myśleniem bez instrukcji uczynił z wolności, jakże drogo okupionej, więzienie z dyskursu o człowieku i społeczeństwie, mowę trawę. Co się dzieje? Stając się rzeczą nauk, mówiące zwierzę porzuciło, jak sądzimy, mroczny świat genealogii; tajemnica została zniszczona. Tym razem domek z kart się zawalił, tradycyjne rusztowania dogmatyczne kończą się właśnie na naszych oczach rozpadać. Państwo, Religia, Rewolucja, Postęp, te teatralne sztuczki porywa wybuch naukowego Menedżerstwa, które zrywa wszystkie pęta, jest obiecane całemu światu. Tracimy wszystkie iluzje, co poczniemy z tą utratą? Gdyby dodać do tego pytania informację o tym, że podstawą dla najnowszego spektaklu Mojżesz Teatru Polskiego – w podziemiu jest ostatnia rozprawa naukowa Zygmunta Freuda, którą autor poświęcił biblijnemu Mojżeszowi, fragment tekstu rozpoczynającego niewielką rozprawę Pierre’a Legendre’a mógłby być jego całkiem trafnym opisem.

Mamy w tej próbie realizacji kilka bardzo luźno powiązanych scen, w których reżyser spektaklu Tomasz Węgorzewski z pomocą wypróbowanej ekipy aktorów tego „podziemnego” (pod nieobecność znajdującej się od trzech lat w tarapatach głównej placówki teatralnej Wrocławia) zespołu próbuje nakreślić kondycję ludzką współczesnego człowieka – tę pogrążoną w kryzysie, lęku i poczuciu nadchodzącej apokalipsy. Podczas gdy lęk i obawa przed takim finałem ludzkiego świata wydawałyby się z logicznego punktu widzenia jedynie atawizmem w tych bądź co bądź najspokojniejszych od lat w historii ludzkości (dla wielu cechujących się pełnią dobrobytu), właśnie teraz te przeczucia narastają. Determinują one syndrom zagubienia oraz potrzebę pilnego znalezienia duchowych rozwiązań. Upragniona wolność, którą miała gwarantować wywalczona przed naszych przodków demokracja, okazuje się obecnie ułudą, psychologia, w której pokładamy jeszcze nadzieje, nie daje satysfakcjonujących rozwiązań na odnalezienie szczęścia, a my sami zdajemy się sobie tylko śmiertelnymi ciałami z niby samoświadomym umysłem, którego na dłuższą metę nie umiemy poddać kontroli. Jako wspólnota nie potrafimy budować autentycznych i konstruktywnych relacji: jesteśmy zbyt zmęczeni natłokiem informacji, a także ciążącym na nas wrażeniem nieustannej odpowiedzialności – a przy tym w końcu zbyt przerażeni katastrofą klimatyczną, której nieuchronność odbija się nie tylko na Facebooku, ale także w naszych sumieniach.

Potrzebujemy więc silnego i bezkompromisowego przywódcy, który niczym ojciec-superbohater wziąłby na barki wszystkie nasze lęki i przy okazji to dręczące nas poczucie odpowiedzialności. Jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że to oznacza powtórkę z autorytaryzmu. Kilka improwizowanych scen Mojżesza – w którym część zatytułowaną Ziemniaki uważam za najlepszą pod względem koncepcyjnym i symbolicznym – nie daje nam odpowiedzi na to, co mamy zrobić z utratą iluzji i pustką tożsamościową, która pojawia się na ich miejscu. Być może w obliczu takiego stanu rzeczy spełni się niezbyt optymistyczna dla humanisty hipoteza Franza Boasa, zakładająca, że w toku ewolucji człowiek będzie musiał całkowicie porzucić sferę emocjonalną, a więc także potrzebę duchowości i poszukiwania poczucia sensu na rzecz czystej kalkulacji i racjonalizmu, co z kolei będzie źródłem powrotu do tym razem całkowicie świadomie kontrolowanego przez człowieka determinizmu i wyrachowanego żonglowania zwierzęcymi instynktami warunkującymi przetrwanie…

Czas pokaże. Na razie musimy porzucić te dywagacje. Pomysł na realizację spektaklu podejmującego tego rodzaju problemy we Wrocławiu wydaje mi się w każdym razie ciekawy i nieźle wykonany; niestety, tak jak w przypadku poprzedniej realizacji tego „podziemnego” teatru, czyli Poskromienia, miałam wrażenie że jest to na razie szkic spektaklu, z kilkoma osobno całkiem dobrze rokującymi scenami, niezbyt jednak dopracowanymi. Praca w zespole teatralnym to zajęcie uzależnione od działania teatru jako instytucji, która zapewnia czas, spokój i odpowiedni budżet, by spektakl miał szansę dojrzeć. Teatr Polski w Podziemiu jako kolektyw powołany w akcie walki sztuki z władzą, manipulacją, układami i kolesiostwem, czyli atrybutami każdej partii, którymi ich przedstawiciele posługują się, by rządzić potem w instytucjach kultury, ma zazwyczaj mało czasu na próby, i jak widać, jest ich niewiele przed premierą; o budżecie trudno nawet wspominać. Jednakże w moim przekonaniu i odbiorze wszystkie dotychczasowe działania artystyczne tej grupy we Wrocławiu są na wagę złota. Są efektem mądrości, myślenia, odwagi, świadomej walki o atrybuty człowieczeństwa, których ostatków jeszcze możemy szukać w sztuce.

Iza Jóźwik

Teatr Polski w Podziemiu, grudzień 2019 Wrocław. Mojżesz w reżyserii Tomasza Węgorzewskiego.

Zapisz się do naszego newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych (pokaż całość)