X

8 ARKUSZ. 5/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

Turniejowy impresariat

To był maj, pachniała Saska Kępa – a raczej dopiero co się zaczął. Choć z Wrocławia do stolicy nam daleko, mamy przecież i u nas wybitne twórczynie. Pamięć o jednej z nich, Urszuli Kozioł, uczciliśmy niedawno I Turniejem Jednego Wiersza jej imienia. To był marzec, jak ma się do niego maj? W maju honorujemy tych, którzy podczas wspomnianego wydarzenia zdobyli najwyższe laury. W arkuszu publikujemy wyróżnione teksty okraszone impresjami pióra redaktorskiego grona.

Numer otwiera wiersz Pauli Gotszlich, zwyciężczyni, Terraformacja Marsa, a towarzyszy mu komentarz Kai Kędzioł. Następnie wtrącenie a propos Imion-Ojca Miazmy i interpretacja Zuzanny Madurskiej. Randomizację Kiedykolwiek, autor: TOON, stara się rozgryźć Jakub Famulski. Turniejową część arkusza kończy Kamil Figas analizami człowiek zostawił mnie jak psa Agnieszki Matkowskiej i Przedwiośnia I Julii Juny Jerzykiewicz, doszukując się w nich wywrotowego potencjału wymierzonego w status quo. Raz jeszcze gratulujemy laureatom i wszystkim uczestnikom, którzy zdobyli się na odwagę dołączyć do rywalizacji w I TJW im. Urszuli Kozioł! Liczymy, że za rok też się zobaczymy!

Niestety my zawaliliśmy sprawę. Bardzo przepraszamy Amelię Pudzianowską za kształt, w jakim ukazały się jej wiersze w marcowym arkuszu. Z naszej winy, przez nieuwagę, zestaw utworów rozpadł się po składzie: zniknął podział na strofy, a utwór Fermentacja zlał się w jedno z Kręgiem. Przykro nam, że nie podołaliśmy naszym redaktorskim obowiązkom i zobowiązujemy się do poprawy. Tym samym publikujemy w tym numerze zestaw we właściwej postaci. Gorąco zachęcamy do lektury wierszy, bo warto doświadczyć ich we właściwej formie.

Wypadało by jeszcze jakoś zamknąć, prawda? Na koniec zatem zestaw wierszy Cezarego Żarny, który łączy religijno-mistyczne z tym co codzienne. Oddajemy wiersze w dobre ręce, a w czerwcu dla odmiany wrócimy z prozą, by znów Was nieco rozruszać (Rozruchy. Vol. 2 incoming).

Redakcja Ósmego Arkusza Odry

fot. Maciek Bielawski / maciekbielawski.pl

I Turniej Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł

 

I MIEJSCE

 

Paula Gotszlich

Terraformacja Marsa

nikogo nie obchodzi, że obchodziłbyś
setne urodziny,
gdy terraformacja Marsa jest możliwa,
USA i Rosja wymieniają się więźniami,
a Monie Lisie wyrósł na nosie grzyb od wilgotności tłumu.

nikogo nie obchodzi, że obchodziłbyś
setne urodziny,
gdy w galeriach kolażowe fotek syntezy roślin
ujrzanych w kosmosie.
Fontannę Di Trevi ocalono z trzewi
wojskowego drona.

czerwony alert.
polskie zboże pod presją Pegasusa.
eksperci zaniepokojeni,
mleko ojczyzny-matki wyssane
z palca.
Polacy nie wiedzą za co płaczą w sklepach.

nikogo nie obchodzi, że obchodziłbyś
setne urodziny,
gdy kryzys się rozlewa, ale to nie wystarcza,
plama zanieczyszczeń płynie w stronę Cypru.
Rosja zrzuca miny przeciwpiechotne,
policja sprawdza nieodśnieżone auta.

nikogo nie obchodzi, że obchodziłbyś
setne urodziny,
gdy ślady Powstania są zdrowszą alternatywą dla fajek,
ale fajki są zdrowszą alternatywą dla nuklearnej broni.

ryba zagłady pojawiła się na brzegu.
kot zostawił po sobie tylko zapach bukszpanu.

jednakże jest światło –
– kolejna odsłona miasteczka Twin Peaks.
David Lynch odkrywa nowe karty:
ma przed sobą jeszcze całe życie.

Kaja Kędzioł

 

Nikogo nie obchodzi, że napisałam ten tekst. Hiperodczuwanie w epoce czerwonych alertów

 

Trudno pisać w czasach spod znaku „hiper-”. Hiperglikemia infantylizuje smak, hiperlordoza (przy pochylaniu się nad tekstami) łamie w krzyżu a hiperłącza rozszczelniają lekturę, rozlewając sens na kolejne karty przeglądarek.

Wśród rdzeni następujących po hiper-, ostatnio niezwykłą popularność zyskuje -polityka. W skrócie: ma ona obecnie przenikać wszystkie sfery naszego życia, równocześnie nie prowadząc do trwałych społecznych zmian. W ciągłym afektywnym Edenie sporów, protestów i emocjonalnych mobilizacji, nie jesteśmy w stanie spożytkować wspomnianego impulsu na konkretne struktury, wspólnoty i (ostatecznie) reformy. Trudno również pisać bez obawy o szybką dezaktualizację. Jednak w perspektywie długowieczności, o wiele bardziej niż trzęsące się nad klawiaturą ręce, dotkliwy może być fakt, że w hiperpolitycznym świecie nikogo nie obchodzi, że obchodziłbyś / setne urodziny.

Paula Gotszlich w Terraformacji Marsa z niebywałą błyskotliwością ujęła (wyłaniające się jeszcze) struktury odczuwania współczesności. W świecie hiperzindywidualizowanych podmiotów okazało się nagle, że realizacja „demokratycznych” postulatów o pełnej wolności ekspresji w konsekwencji musi oznaczać ograbienie jednostek ze sprawczości. Z alchemiczną mieszaniną zazdrości i historycznego rozczarowania patrzę na dokonania poprzednich pokoleń: przeglądam zdjęcia Foucaulta zrzucającego cegłę z balkonu, odtwarzam przemowę Godarda z ’68 r. w Cannes, znam dokładną trajektorię lotu buta w głowę George W. Busha, kocham Sinnéad O’Connor – i wiem, że nie jestem w tym sama. Okupujemy uniwersytety, chodzimy na manifestacje, krzyczymy przez megafony, mówimy, że nie stać nas na rozpacz. W naszych instastory jesteśmy hiperkuratorkami treści, przeplatając ze sobą (jak w warkoczu) nagrania bombardowań ze Strefy Gazy, boomerangi ze zdmuchiwania świeczek na torcie, wystylizowane zdjęcia ramenu i manifest do rektora z prośbą o przywrócenie działalności stołówek.

Lektura wiersza Gotszlich przypomina wieczorny doomscrolling instagramowych rolek. Przy dobrze wyćwiczonym algorytmie, po 10 minutach nabawiam się hiperwigilancji. Od pożeranych ogniem lasów Amazonii, po obietnice cudownych rozwiązań katastrofy klimatycznej (z których skorzysta jedynie niewielka część mieszkańców – wyjątkowo pozwolę sobie zastosować tutaj wyłącznie formę męską – naszej planety). Od opłakiwania kolejnego weta, po rolki prezydenta z siłowni. Od dziennikarskich śledztw, po memy z wiadomych akt. Przy tym nie twierdzę, że opisywane przeze mnie doświadczenie pokoleniowe jest zupełnie wyjątkowe – chociażby telewizor mojej babci niegdyś dorobił się wypalonego paska od ciągłego oglądania programów informacyjnych. Świat przeżywany przez nas obie operował na podobnych emocjonalnych rejestrach. Teraz jest tylko nieco bardziej hiper.

Trudno sądzić, żeby dało się w dzisiejszym świecie nakręcić Człowieka z marmuru. Co więcej, nikogo, rzeczywiście, nie obchodzi, że Andrzej Wajda obchodziłby setne urodziny. W szczególności gdy ślady Powstania są zdrowszą alternatywą dla fajek, / ale fajki są zdrowszą alternatywą dla nuklearnej broni, rozliczanie się z przeszłym złem, dekonstrukcja narodowych narracji i mitów nie wygrają z rybą zagłady, presją Pegasusa i plamą zanieczyszczeń dobijającą do Cypru. Obecna polityka uwagi gardzi niuansem, brzydzi się zawahaniem, odrzuca niepewność i nie toleruje smutnych zakończeń. Woli odwrót w stronę psychoanalizy, krzewienie wiary w wewnętrzną siłę kreatywności i eskapistyczną funkcję sztuki. Poza tym ma słabość do reżyserów siedzących w pomieszczeniu w przeciwsłonecznych okularach, którzy twierdzą (z przekonaniem!), że widzą przyszłość: „and it’s looking very bright”.

Dla mnie przyszłość będzie obiecująca wtedy, gdy poezja spod znaku Terraformacji Marsa będzie obchodzić przynajmniej nieco więcej niż „nikogo”. Na przekór politycznym hiperuproszczeniom i w obronie empatycznego hiperodczuwania, w świecie czerwonych alertów, nie bójmy się alternatyw.

II MIEJSCE

 

Miazma

ojcu

w dniu śmierci

zamiast kwiatów.

wtrącenie a propos Imion-Ojca

ojciec w trakcie postu zatańczył się na śmierć

poniósł go karnawał po dacie ważności

zmarł nagle natychmiast bez gromnic i śpiewu

dziś leży w kuchni jak martwe mrowisko.

pogrzeb nie będzie żołnierski chociaż był żołnierzem

nad ciałem ja-zjadacz przetrawię mu grzechy.

ja Orestes i ja Klitajmestra

nie wiem czy na świecie jest tyle soli i chleba

mąki zakwasu wody i rąk

piwa na pewno

jedno za dużo dwa zawsze za mało.

pije je miasto stenografią wypadków

rytmem i tętnem ustami i krwią

pije w południe o świcie

pije je nocą pijemy pijemy.

ja Edyp ja Lajos ja ono i on

ty nom du père i ty pomme de terre

nie pytaj czy wiem czym dla zmarłych jest kuchnia

znów jest to sprawa smaku

tak smaku.

nie pytaj co zjadłom co zjadam co zjem

te drożdże ta mąka cóż mogą cóż mogą ojcze

 

Zuzanna Madurska

Nie starczy chleba, by przetrawić śmierć

 

Literatura polska kilku ostatnich dekad obfituje w narracje o rodzicach – począwszy od historii kobiet zostających matkami (np. Miłość Kamili Janiak), przez obrazy relacji dzieci i ich rodziców (np. twórczość Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego), po opowieści o śmierci tych, których istnienie obok wydawało się stanem domyślnym, wręcz nienaruszalnym (np. Bezmatek Miry Marcinów). Nie ma zresztą nic dziwnego w tym, że twórcy przekładają na język literatury relacje (i związane z nimi doświadczenia) definiujące tożsamość i organizujące strukturę codziennego życia. W skrajnym przypadku, gdy podejmują temat śmierci rodzica, stawką nierzadko okazuje się sama możliwość dalszego funkcjonowania. Właśnie wokół tego, co „tuż po”, swój wiersz wtrącenie a propos Imion-Ojca buduje Miazma. Mnogością kontekstów pokazuje, że relacja rodzic-dziecko niekoniecznie ogranicza się jedynie do tego, co dobre i pożądane. W ten sposób osoba autorska podkreśla, że pogodzenie sprzecznych emocji i zaspokojenie braku po śmierci ojca jest tak naprawdę niemożliwe.

Miazma od pierwszych wersów wpisuje figurę ojca w kulturowo utrwalone i uznane porządki czy koncepcje. Szczególnie znacząca wydaje się topika religijna – jednak już na samym początku wiersza zmarły bluźnierczo przeciwstawia się regułom kościoła: ojciec w trakcie postu zatańczył się na śmierć. Narracja kontynuowana w następnych wersach dekonstruuje patetyczny potencjał, który jakby jeszcze próbował dobić się do świadomości czytelnika wspomnieniem o żołnierskiej przeszłości ojca. Jednak okazuje się, że zmarł nagle natychmiast bez gromnic i śpiewu. Ze wzniosłości zostaje więc tylko powidok postu, bo nawet pogrzeb nie będzie żołnierski chociaż był żołnierzem. Znaczący zdaje się również porządek mitologiczny, który od razu przywołuje na myśl freudowską psychoanalizę. Osoba mówiąca w wierszu porównuje się zarówno do Orestesa, jak i Klitajmestry. Analogicznie – do Edypa i Lajosa. Podmiot zestawia w sobie zarówno postaci skrzywdzonych dzieci, jak i rodziców winnych ich zguby. Zastanawiające, że skumulowane cierpienie obu przywołanych synów znajduje ujście w akcie mordu rodziców. Tragizm ich sytuacji nabiera podwójnego wymiaru – krzywda rodzi krzywdę. Współistnienie Orestesa, Klitajmestry, Edypa i Lajosa w jednej osobie zwraca uwagę na tragiczny konflikt tożsamościowy, którego doświadcza podmiot. Padł ofiarą agresji rodzica, a jednocześnie odnajduje ją w sobie. Jest hybrydą tożsamości własnej i odziedziczonej.

Dlatego tak trudno żyć po śmierci ojca. Swoim ukonstytuowanym przez kulturę znaczeniem zainfekował całkowicie istnienie dziecka. Był przecież realizacją Lacanowskiej idei nom du père, figurą prawa, zakazem. Był też pomme de terre – szlachetnym owocem ziemi? Czy może najbardziej podstawowym i prymitywnym ziemniakiem? Nieobecność ojca uporczywie przypomina o sobie w uczuciu niezaspokojenia – na świecie nie ma żadnego pokarmu, który zniwelowałby ten głód. Nawet chleb, który w tekście Miazmy jawi się jako ideał, a w symbolice chrześcijańskiej tożsamy jest z ciałem Bożym, nie stanowi w obliczu śmierci odpowiedzi: nie pytaj co zjadłom co zjadam co zjem / te drożdże ta mąka cóż mogą cóż mogą. Wobec bezradności chleba, po ojcu zostaje tylko obezwładniający brak kontroli, piwo, jedno za dużo dwa zawsze za mało i grzechy, które dziecko-zjadacz musi przetrawić – bo przecież nie należy ich zmarłemu ojcu wyliczać ani wypominać.

Na wieloznaczność wtrącenia a propos Imion-Ojca składa się jeszcze wiele innych czynników. Antropologiczne zacięcie w analizowaniu społecznych rytuałów (jedzenie, obrządki), śmiałe intertekstualne gry (Potęga smaku Zbigniewa Herberta, Fuga śmierci Paula Celana) – to wszystko służy podkreśleniu wagi ojca w życiu dziecka. Nie oznacza to jednak, że wpływ rodzica jest bezdyskusyjnie pozytywny, na co wskazuje gorzka ironia podmiotu, gdy ujawnia targające nim sprzeczne uczucia. Jednak kluczowa w wierszu wydaje się przeszywająca szczerość, z jaką Miazma potrafi opisać brak – pustkę niechcianą, lecz tak głęboko zakorzenioną w naturze i figurze dziecka, że żadne zasoby świata nie będą w stanie jej wypełnić. Niech ta krótka impresja stanowi przyczynek do refleksji nad tożsamościowym bólem straty, na załagodzenie którego nie ma w świecie wystarczająco soli i chleba / mąki zakwasu wody i rąk. Pozostaje jedynie miażdżący obowiązek „przetrawienia grzechów” – grzechów, których padło się ofiarą.

 

 

III MIEJSCE

 

TOON

 

Kiedykolwiek

20/3/2026

wariant 8 / 811424

Kiedykolwiek

mam taką gdy tylko sposobność

niemiecką polubić motoryzację

kolega semicki o Mój kiedy to pytam go

Mówi z oni tym nie problemów że mają

zna z nikogo nie problem kto On tym miałby

Kiedykolwiek

tylko mam taką gdy sposobność

niemiecką polubić motoryzację

podjeżdża 17 na Piotrkowskiej oficynę Pod

mundurze oficer sam ten w

mody kreatora tego od B światowego

z BMW bocznym kołem na takim

siedzi miś w A wózku ogromny

wytłumaczony przerażonemu dziecku

niemieckiej będzie służył teraz dziewczynce że

Kiedykolwiek

sposobność mam gdy tylko taką

polubić motoryzację niemiecką

rodacy Moi i w samej przebaczają kupują chwili tej

kolejne wageny orszaki i desy

serca Narodu Prezes połowy co ukradł ten

jakby nic nigdy wsiada

germańskiej DOUBLE limuzyny S do CLASSE

a jednak dlatego może że Choć

SS po załodze

już pozostały wspomnienia tylko

błękitnych o słodkich obłokach

organicznych spalin szarych

Jakub Famulski

 

Ciągoty zepsutego automatu

 

Kiedykolwiek, gdy sposobność miałem taką doświadczyć występów TOONa (dwa razy: TJW na MF Opowiadania w 2024, I TJW im. Urszuli Kozioł w 2026), kończyło się podobnie. Widownia słuchała uważnie. Jury doceniało wyróżnieniem. A ja salę opuszczałem strapiony. Albo inaczej. Zagadka wierszy TOONa nie dawała mi spokoju – nie standardowe pytanie o sens mnie męczyło, a raczej kwestia tego, jak te wiersze zostały zrobione, na czym polega mechanika ich randomizacji i do czego właściwie służy.

TOON pisze, że „randomizuje słowa”. Na scenie poza tytułem wiersza wymienia numer wariantu poddanego randomizacji tekstu (tu: 8 z 811424). Tym samym sprawnie kusi nas tajemnicą, której samodzielnie nie jesteśmy w stanie rozwikłać. Wykonanie nie daje na to dość czasu – co prawda, słyszymy, że słowa są niecodziennie poprzestawiane w szyku zdania, ale zamiast marnować uwagę na formalne rozkminy, wolimy układać wyłapaną treść w jakąś interpretację. Teraz, gdy wczytuję się w Kiedykolwiek na ekranie komputera, dochodzę do wniosku, że to nie czas jest problemem, lecz po prostu brak danych. Sama cyfra 811424 niewiele wyjaśnia. Jest na tyle duża, że nie idzie wyobrazić sobie wszystkich wariantów na raz, a równocześnie o kilka rzędów za mała, żeby mogła wyrażać zupełnie dowolną randomizację: przykładowo taką, w której kolejność słów w wersach jest każdorazowo losowana. Co więcej, wydaje się nietypowa – bo to iloczyn pięciu dwójek i liczby pierwszej 25357 – co laika kombinatoryki (mnie) prowadzi do wniosku, że ten mechanizm jest bardziej skomplikowany niż mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Dlatego zawieśmy na chwilę pytanie o mechanikę i zerknijmy do wiersza.

Kiedykolwiek / gdy tylko mam taką sposobność / polubić niemiecką motoryzację – ta fraza (w różnych zrandomizowanych wariantach) otwiera trzy pierwsze strofy. Wydaje się, że podmiot nie tyle wspomina konkretną doświadczoną sytuację, np. podziwiania błyszczących nowością BeeMek w salonie samochodowym czy dociskania na maksa pedału gazu w sportowym mercedesie, co nieco paranoicznie wyobraża sobie samą możliwość znalezienia się w tego rodzaju potencjalnej sytuacji (być może wcale kuszącej). Dlaczego paranoicznie? Ponieważ fantazja o niemieckim aucie od razu piętrzy etyczne wątpliwości i każe zwrócić się do semickiego kolegi, żeby ten rozgrzeszył bohatera utworu z pożądania sprawnej maszyny. Kiedy do głowy wpada etykieta narodowa, nie idzie się jej łatwo pozbyć i poruszamy się już w rejonach zbiorowego imaginarium i wspólnotowych tożsamości. Dlatego ów semicki kolega Mówi że oni z tym problemów nie mają – „oni” a nie „ja”. Podmiot, raz przyjąwszy totalizującą optykę polityczną, dostrzega więcej. Piotrkowska – żydowska, mundur od Hugo Bossa – nazistowski. Tak samo jak BMW. A miś zostaje odebrany polskiemu dziecku i  przekazany niemieckiej dziewczynce. Precyzyjniej byłoby powiedzieć, że dostrzega więcej, ale jedynie w bardzo wąskich ramach, które sobie narzucił i tylko to, co jest spójne z jego mizantropicznym podejściem: lęki, krzywdy, hipokryzję. Fiksuje się na germanofobicznych rodakach, którzy bez wyrzutów sumienia śmigają w Volkswagenach. Zazdrośnie podpatruje, jak Jarosław Kaczyński (znany ze swojej niechęci do naszych zachodnich sąsiadów) otwiera drzwiczki luksusowego Mercedesa. Pragmatyczny polityk przymyka oko na szczegóły, podmiot wiersza nie jest w stanie oderwać od detali wzroku. Nawet zapach spalin z rury wydechowej zdaje się przenosić go do kominów obozów koncentracyjnych. On jeden pamięta, bo usilnie się wpatruje, ale przez to, że widzi więcej, wręcz za dużo, może zdecydowanie mniej. Nie dla niego jest przyjemność wyciśnięcia 220 na godzinę za kółkiem. Jemu pozostaje jedynie kakofonia wątpliwości i mieniących się w benzynie obrazów.

Jak to się łączy ze zrandomizowaną formą? W utworze mamy do czynienia z ciągiem asocjacji. Sposobność polubienia niemieckiej motoryzacji wywołuje błąd poznawczy: myśl o przyjemności prowadzi do skojarzeń uniemożliwiających rozkosz. Zachodzi tu swoisty poznawczy glitch, którego dopełnieniem jest zglitchowana forma. Sam proces myślowy, ten nieco paranoiczny ciąg skojarzeń, ma jednak charakter przygodny, dynamiczny, jednorazowy, którego brak w lekturze wiersza zapisanego raz na zawsze w ustalonej formie. Jeśli jednak za każdym razem utwór przepuszcza się przez randomizujący algorytm, to każde odczytanie wymaga poznania go jakby na nowo. Przywrócona zostaje przygodność. Precyzyjna mechanika okazuje się narzędziem rozbijania automatyzmów, o których mowa w wierszu, a wykonanie na scenie jest jakby przeżyciem na nowo glitchowej asocjacji: kiedykolwiek, ale nigdy tak samo.

Agnieszka Matkowska

człowiek zostawił mnie jak psa

człowiek zostawił mnie jak psa

nie mogłam podjąć pracy

nie mogłam wziąć ślubu

nie miałam za co jeść

sama jesteś sobie winna

suko.

kiedy rzucał telefonem

nie miałam na to dowodów

wszystkie roztrzaskiwały się o ścianę

przez kilka lat białe skały i grad

potrząsanie, groźba najgorszego

i dokąd pójdziesz?

potrząsanie, i groźba najgorszego

i

tylko szyba z widokiem na wzgórze

obrazek z bozią na kartongipsie

i przepraszam

to były tylko turbulencje.

kiedy zamieniłam się w szklankę

w kolorowe wzory

albo krzywo stałam

w środku przelewały się płyny

nikt mi nie powiedział, że jestem szklanką

tylko on: szklanko-wariatko

skończ gadać jak potłuczona

za ścianą są dzieci

za ścianą są dzieci

za ścianą są dzieci

chyba im tego nie zrobisz?

Kamil Figas

 

Dokładnie na odwrót

 

Łatwo jest dziś mówić o poezji tożsamościowej. Łatwo pisać o poezji opartej na znanych z instagrama truizmach. Łatwo wreszcie, indywidualny idiom autorki utożsamić ze zuniformizowaną dykcją grupy artystycznej (w przypadku Agnieszki Matkowskiej będzie to wrocławska grupa 606). Jak ten krótki i niewiele wnoszący do dyskusji o polskiej poezji wstęp ma się do wiersza człowiek zostawił mnie jak psa Matkowskiej?

Już podczas pierwszego czytania do utworu łatwo przykleić łatkę wiersza tożsamościowego. Autorka kreśli realistyczne obrazy przemocy. Nie korzysta jednak z wyszukanych środków stylistycznych. Tylko to, co dokładne, niezmącone, niezakłócone na żadnym paśmie przekazu może opowiedzieć o jednostkowym doświadczeniu. Wiersz, w pewnym sensie konfesyjny, próbujący być może usprawiedliwić podmiotkę z braku reakcji, z niemożności podjęcia zdecydowanych działań, staje się jednocześnie przestrogą i wyrazem matczynej miłości. Ostatecznie bowiem szczęście dzieci zostaje postawione wyżej niż wolność rodzicielki. Przemoc w utworze nie ma jedynie wymiaru fizycznego, lecz dotyczy również tego, co emocjonalne i tego, co ekonomiczne. I dokąd pójdziesz? – zostaje zapytana, może nieco ironiczne, na pewno agresywnie, bohaterka wiersza. Nie ma dróg wyjścia, pozostaje zależność, a perspektywa naprawy tej sytuacji od dawna pozostaje jedynie mrzonką. Jak sama stwierdzi: nie mogłam podjąć pracy / […] / nie miałam za co jeść. Czy okoliczności, w których tkwi podmiotka, nie są tożsame z sytuacjami innych kobiet? Czy nie próbuje ona w alegoryczny sposób powiedzieć o tym, co po cichu (skończ gadać jak potłuczona // za ścianą są dzieci) wciąż dzieje się za drzwiami wielu domów?

W wierszu Matkowskiej niełatwo mówić o domu. Forma architektoniczna zostaje zredukowana do szyb[y] z widokiem na wzgórze, tak jakby przestrzeń po drugiej stronie była ziemią obiecaną, upragnioną sferą wolności. Do raju nie da się już dotrzeć dzięki religii. Obrazek z bozią na kartongipsie przypomina raczej o konserwatywnej wizji rodziny, nie stanowi obietnicy Edenu, lecz groźbę powrotu piekła. Rozpada się nie tylko “dom” rozumiany jako konkretna fizyczna przestrzeń. Relacje międzyludzkie i godność osobista są w opłakanym stanie. Nie mogłam wziąć ślubu – o tym dowiadujemy się już na początku wiersza. Dzieci stają się w wypowiedziach przemocowego partnera jedynie obiektem gry, która toczy się na nierównych warunkach pomiędzy dwojgiem rodziców. Pojawiające się w tekście inwektywy (suko, wariatko) ostatecznie dopełniają obraz erozji relacji. Czy można uwierzyć, że to były tylko turbulencje – chwilowe problemy, jedynie rysa na ekranie smartfona, skoro telefony wszystkie roztrzaskiwały się o ścianę. Czy można mieć nadzieję, że zaraz wszystko wróci do normy?

Do normy wróci forma utworu. Chaotyczny słowotok, niechlujna wersyfikacja, ciągłe zaburzenia rytmu i „szybkie tempo”, ujawniające się szczególnie podczas odczytywania utworu na głos, stanowią językowy korelat doświadczeń i afektów, które przeżywa bohaterka. W wierszach Matkowskiej, nie tylko w tych zaprezentowanych podczas I Turnieju Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł, ale też w publikowanych regularnie na jej Facebooku, wspomniana odpowiedniość występuje niemalże zawsze. Ostatecznie jednak język w liryku człowiek zostawił… musi się ustrukturyzować, przyjąć oniryczno-mantryczą formułę, bo za ścianą są dzieci / za ścianą są dzieci / za ścianą są dzieci // przecież im tego nie zrobisz – nie rozwalisz wiersza, nie doprowadzisz emocji do końca, nie opuścisz pomieszczenia. I właśnie w tym miejscu Matkowska zręcznie obraca truizm. Jeśli do tej pory wydawało nam się, że najgorzej jest zacząć, a potem jakoś pójdzie, poetka pokazuje, że jest dokładnie na odwrót. Celem nie jest wpisanie się w normę, ale skończenie z jej przemocą.

IV MIEJSCE  

 

Julia Juna Jerzykiewicz

 

Przedwiośnie I

moja babcia prosi o zastrzyk

z pentobarbitalu sodu

z tiopentalu z brokatu z morfiny

nocami rzęzi

jak czarna wołga znika za rogiem

w bezgłosie

Kamil Figas

 

Nad łóżkiem

 

Znany PRL-owski mit o czarnej wołdze zostaje w wierszu Juny wywrócony do góry nogami. Lekarstwa, o które prosi babcia podmiotki, przeciwbólowa morfina, anestezjologiczny tiopental, wprowadzający w śpiączkę pentobarbital sodu, stanowią jedynie przyczynek do „znikania”. Nie chodzi tu bowiem tylko o chwilowy zanik świadomości, krótką przerwę od bólu, czy przelotną okazję do „naprawienia” organizmu, ale o powolną podróż w stronę tego, co nieznane, i jednocześnie tego, co stanowi kres (albo nowy początek)  – o drogę ku śmierci. Wspomniany samochód w miejskiej legendzie z czasów Polski Ludowej wykorzystywano do porywania dzieci. Juna odwraca ten porządek. Zauważa, że nagłe zniknięcie, które wywołuje traumę i rozpacz, nie musi dotyczyć tylko najmłodszych, ale wszystkich tych, którzy są nam bliscy. Wykonuje jednocześnie ruch wstecz na osi czasu. Po zażyciu medykamentów babcia powraca do mitów dzieciństwa. I właśnie w tym momencie ujawnia się dwuznaczność tytułu utworu. Przedwiośnie jako początek życia, miejsce, do którego powracamy, będąc u kresu. Ale też przedwiośnie – koniec, który może stać się początkiem czegoś nowego, gdy nasza czarna wołga znika za rogiem. Jednoczesna podróż w dwie przeciwne strony, o którą tylko nieliczni (jak wspomniana babcia) mają szczęście prosić.

 

 

Amelia Pudzianowska

 

wyjątek

 

można policzyć na palcach

moje koleżaneczki

co szwendaja się

z pankocia na paznokieć

połykają powietrze

jakby przedłużało życie

chcą być jedyne

a nie wiedzą że

sporo jest nawet

liczb pojedynczych

fermentacja

to jest najgorsze bo to prawda
a prawda ma zawsze brzydką mordę
jak siostra która nie odkryła
zabiegów medycyny etycznej

siostra przyszywana

łata na krowę

by się z niej nie ulało

dylematy estetyczne

odkryte w wieku przejrzałym
są serem tej ziemi

serem pełnym dziur

których czerń jest skończona

krąg

noszę tę myśl

jak ukołysne niemowlę

dobrze mu ze mną

noszę receptory komórki

neuroprzekaźniki

śpią we mnie myśli

proszę się rozejść

proszę się rozjeść

proszę się rozdziabać

proszę się rozdziobać

podobne zjada podobne

śpi we mnie niemowle

ssie pierś powietrza

a ja się ulatniam

a ja się utleniam

a ja zasypiam

noszę się z tą myślą

flow

strumień świadomości

strumień świadomości

płyń światło

płyń światłowodem

płyń żyłą cywilizowanego świata

płyń przez gardło

niech się zachłyśnie

niech mlaszcze

strumień świadomości

zaklęcie chorych na wyobraźnię

Cezary Żarna

 

Homines

 

Oto wypowiadasz to, co jest. Gnie się metalowe ciało i pręty

wyrastają z jego boków, nie słychać szmeru serca, jest ręka

i nie ma ręki, nic nie układa się w całość, niczego nie można

dogonić, nic się nie zdaje. Nie odpowiadasz, gdy wołają cię

po nazwisku, nie wychodzisz przed szereg, stoisz w rzędzie

na swoim miejscu. Tylko stoisz

i patrzysz. I oni już tylko stoją i patrzą. Oni

już dawno poumierali.

Voilá

On umrze na krzyżu. I wie o tym, ale to dopiero

pojutrze, ma jeszcze czas, jeszcze może

wspominać. Właśnie tak. Niektóre rzeczy wspomina

się ze wstydem, nie zaniedbując przy tym męki.

Tak to wygląda. Voilá.

 

 

Gwoździe

 

W pociągu jest tłok, w tramwaju jest

tłok, gwoździe

wypadają z każdego ciała.

Niebo wymiotuje. I niczego

o tym nie ma w biblii.

Do wiadomości

Musieli

go powiesić wczoraj wieczorem. Oderwali

posrebrzane guziki, zabrali buty

i spinki, porwali koszulę,

a potem długo

wybierali właściwe drzwi. Szukali

ciężkich, masywnych, najlepiej

drewnianych, w kamienicy na starej Pradze,

wśród starych ludzi, gdzieś wciąż ktoś jeszcze

wierzy, przyjmuje

śmierć do wiadomości.

Tworzenie mojego świata

odbywa się (bez przerwy), rzucam monetą i znów

orzeł – (nie) mój świat nie zostawia mi wyjścia – mała

świnka ryjąca pod skórą rozrasta się, to nie jest

białe, łagodne i czyste. Orzeł

skrzeczy, świnka ryje, pytam dlaczego? Dla jego (mojej?)

bolesnej męki.

Perspektywa

Z tej perspektywy wszystko

wygląda dobrze, nadal są okna, słońce i dach nad głową. Nadal

są ptaki o nieznanych imionach, nadal drzwi pozostają otwarte,

choć klamka dawno zapadła. Nadal można

pozwolić się poczuć i wszystko

nadal jest proste. Nadal wszystko wygląda dobrze. Nie widać

tylko mojego dna. Moje dno jest nie do dotknięcia.

Nic już nie mówi

w tym obolałym wierszu. Milczy. Słowa

nie pędzą, nie wypadają z ust, nie potrzebują instrukcji,

by się tłumaczyć. Ziemia

też milczy. Pamiętaj, że ona

kosztuje, że tutaj nie wystarczy Bóg zapłać, żeby w nią

wejść i zostać. Nie możesz

zatrzymać się w pół,

gdy stoisz samotnie w kłębach, zachodzącym słońcu,

między wszystkimi krawędziami mostów przerzuconych

nad przepaścią. Rozdmuchuje Cię

po brzegi.

Te deum

Słyszysz bicie serca w falującej

Klatce piersiowej, kościelny dzwon i słowa

Z głośnika – bierzcie

I jedzcie z tego wszyscy, ryby, żaby, kijanki,

Mandarynki. Tu na dole

Jest zimno, chłodem zaciąga od ziemi, tam

Wyżej gołąbki pokoju

Kule noszą. Te deum.

Biogramy:

 

Paula Gotszlich – ukończyła filologię polską na UŚ. W 2019 r. ukazał się jej debiutancki tomik poetycki Bezdech, za którego projekt otrzymała w roku 2016 Nagrodę im. Andrzeja Krzyckiego. Mieszka w Tarnowskich Górach.

 

Miazma – -studiuje filologię polską i angielską na UWr. Wyróżnione w 35. Turnieju jednego wiersza im. Rafała Wojaczka. Żongluje pisanie debiutu poetyckiego i dwóch prac magisterskich. Lubi deleuzjański bełkot i małpy człekokształtne.

 

TOON – społecznik, muzyk, poeta. Studia na Wydziale Informatyki UW. Od 25 lat randomizuje aranżacje muzyczne – a od 3 –  słowa. Triumfator wielu slamów poetyckich. Wyróżniony na MF Opowiadania oraz na Turnieju Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł.

 

Agnieszka Matkowska – autorka wierszy i tłumaczka poezji ukraińskiej. Polonistka, ukrainistka i logopedka. Mieszka we Wrocławiu.

Julia Juna Jerzykiewicz – lubi sobie wymyślać imiona, których jej nie nadano i skończyła więcej kierunków studiów, niż powinna była zacząć. Uczestniczka zajęć warsztatowych Pracowni przed debiutem wierszem realizowanej w ramach festiwalu Biura Literackiego TransPort Literacki. Okołoliteracko działa na Insta jako @mira.moona.

Amelia Pudzianowska – robi memy, rolki, frytki. Ma na koncie kilkadziesiąt wygranych konkursów, kilkadziesiąt publikacji. Reżyseruje, slamuje, prowadzi warsztaty, montuje. Wydała w 2025 roku debiutancką książkę guzik prawda. Książka została nominowana do 9. edycji Nagrody Literackiej Miasta Radomia.

Cezary Żarna – autor książek poetyckich: Ruch obrotowy i Miłość. Piękna Pomyłka. Oprócz poezji zajmuje się także rysunkiem. Mieszka w Legionowie.

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:
Zuzanna Madurska, Kaja Kędzioł, Jakub Famulski, Kamil Figas
Kontakt:
osmy.arkusz.odra@gmail.com

8 ARKUSZ. 4/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

ZIELONOŚĆ

 

Za oknem już wiosna w pełnej krasie i ktoś mógłby chcieć za poetą wykrzyknąć: a wiosną – niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę! Ktoś, ale nie my. Bo w kwietniowym arkuszu jak zwykle polska – literatura, oczywiście. Przy czym wiosna też jest obecna. Stąd: zieloność.

Sam wybór tekstów przybiera formę konstelacji rozmaitych form: wiersze, prozy, recenzja, szkic. W otwierającym arkusz studium Katarzyna Koza stawia pytanie o to, co łączy Wisławę Szymborską z Julią Fiedorczuk i czy można pomyśleć o jednolitej linii polskiej ekopoezji na przestrzeni ostatniego półwiecza. Następnie Julian Kazberuk przenosi nas w swoich wierszach w „przestrzeń zieloną” i na wschód, choć nie tylko. W poezji Szymona Horały spotkamy psy, ćmy, piski, skowyty, a nasz zwierzyniec uzupełniają tropikalny kot albinos i dziki źrebak. Nie mylić z również obecnym w tych wierszach okoniem! Pomiędzy zestawami plenią nam się prozy: pierwsza, Elegia do Zielonej Ziemi autorstwa Krzysztofa P. Mierzejewskiego samym tytułem uzasadnia swoją obecność na arkuszowych kartach, druga, Piotra Dardzińskiego osnuta jest wokół butów, wspomnienia zimy i wiersza Kamili Janiak. Poetka pisze: jeśli wierzyć drzewom, nie mamy się co spieszyć, co okazuje się spójne z rozpoznaniami Emilii Gorzel z recenzji Solaryszy, w której autorka snuje paralele między poematem Mokrego a muzyką ambientową. My też nie zamierzamy się spieszyć, chociaż kreślimy powoli pierwsze słowa komentarzy do utworów wyróżnionych w Turnieju Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł. Zarówno nasze noty, jak i wiersze przeczytacie już w maju. W międzyczasie – w zieloność!

Redakcja Ósmego Arkusza


fot. Maciek Bielawski

 

Katarzyna Koza

 

Pomiędzy ewolucją a współistnieniem

 

Obecność poezji Wisławy Szymborskiej na ekopoetyckim widnokręgu jest kwestią dość problematyczną, podobnie zresztą, jak jej potencjalna nieobecność – celnie pisała Daria Lekowska. Problematyczność niewykorzystywania ekologicznego potencjału wynikałaby z łączenia przez Szymborską języka liryki z językiem nauki, etycznego zorientowania tego pisarstwa, w tym widocznej postawy szacunku wobec autonomii innych bytów, w końcu – chwytów wprowadzających czytelników w refleksję nad związkami literatury i ekologii. Odczytania ekopoetyckie problematyzowałaby zaś (choć nie dyskwalifikowała) dość humanistyczna podmiotka mówiąca. W kontekście twórczości noblistki nie można mówić o biocentrycznej soczewce czy budowaniu naturokulturowych przedstawień świata, czym często charakteryzują się współczesne, ekologicznie zorientowane projekty poetyckie. A jednak – mimo to – poezja ta coraz częściej poddawana jest interpretacjom z wykorzystaniem narzędzi ekoposthumanistycznych. Moim zdaniem, nie wyczerpuje to jednak jej potencjału interpretacyjnego – może ona bowiem stanowić także istotny punkt odniesienia oraz źródło inspiracji dla współcześnie powstającej ekologicznie zorientowanej poezji.

W niniejszym szkicu pisarstwo noblistki chciałabym zestawić z twórczością Julii Fiedorczuk, jednej z najbardziej znanych pisarek nurtu ekologicznego. Interesować będą mnie zarówno podobieństwa, jak i różnice w podejmowaniu przez obie poetki wątków ewolucyjnych. Tekst ten ma przy tym charakter raczej sygnalizujący niż wyczerpujący. Punktem wyjścia dla interesującej mnie refleksji jest wiersz autorstwa współczesnej pisarki. To Fotosynteza z tomu Bio:

 

Słońce mnie rodzi prawie bezboleśnie,

na stopie mam plasterek ciepła, na powiekach

lekki kompres krwi, nieziemskie gogle.

Przysiada na nich widmo jak roztrzepany

 

błyskawiczny ukwiał, który mi opowiada

barwne ichtiologiczne historie. Czerwień

i czerń, tak wszystko się zaczyna,

później dopiero Wielki Wylew

 

Ultramaryny, która jest moją amfibią.

Jak to było? Staram się pamiętać

i coraz mocniej trę oczy. Tamte podskórne

czasy podpływają bliżej, są moje

 

na ułamek światła, momentalny bezdech

i rozkoszny strach, który się zaraz rozproszy

w musującej toni. Mieć ciebie świecie

na własność. Kochać cię, ciebie tracić.

 

A trzeba wyjść na ląd, opierzyć się i patrzeć

prosto w słońce.

Zieleń tęczówki jak morze.

Tkanka, tkanina, tlen.

 

W wierszu Fiedorczuk krótkie zamknięcie oczu staje się przyczynkiem do wyobrażeniowych wędrówek. Kosmiczna inicjacja (Słońce mnie rodzi) czy potrzeba energii słonecznej (nawiązanie do tytułu) są stałymi elementami rozwoju planetarnych bytów. Podmiotka chce rozpoznać ewolucyjne historie, sięgające początków życia, które rodziło się 3,6 miliarda lat temu w środowisku wodnym. Wymieniony w tekście koralowiec reprezentuje tę długą podróż i interesujące poetkę środowisko. Mówiąca przeczuwa, że dawne czasy są nie tylko historią ukwiała, ale też jej własną, choć tylko „na ułamek światła”. Ultramaryna staje się symbolem transgresji i adaptacji – opuszczania środowiska wodnego. Ślady ewolucyjnej przeszłości można dziś przy tym dostrzec w reprezentantach lądowych gatunków (Zieleń tęczówki jak morze) – więc ostatecznie także w samej bohaterce. Fiedorczuk w Psalmach pisała: niektórych wierszy nie można już napisać. niektórych nie dało się napisać wcześniej. Takiego wiersza, biocentrycznego, z podmiotką zanurzoną w doświadczeniu cielesno-kosmicznym, tekstu manifestującego materialność i wszechrelacyjność (Tkanka, tkanina, tlen), nie mogła napisać Szymborska. Nie oznacza to jednak, że zalążków tego typu myślenia nie da się odnaleźć w poezji noblistki – podkreśla ona przecież równość biologiczną człowieka z nie-ludzkimi bytami w kontekście samej ewolucji. Uwidacznia się to na przykład w tytułowym wierszu tomu Sto pociech, w którym ludzka ręka ma animalny rodowód (ledwie on [człowiek – dop. K.K.] wystrugał ręką z płetwy rodem / krzesiwo i rakietę). W Notatce ze zbioru Sól znajdziemy zaś opis ewolucjonistycznej lekcji, płynącej z wizyty w muzeum (W pierwszej gablocie / leży kamień. […] W drugiej gablocie / część kości czołowej. / […] Ubyliśmy zwierzętom. / Kto ubędzie nam), a w jeszcze innym utworze, Przemówieniu w biurze znalezionych rzeczy, opis doświadczenia jestestwa w perspektywie długotrwałej przemiany:

 

[…]

Zapadła mi się w morze wyspa jedna, druga.

Nie wiem nawet dokładnie, gdzie zostawiłam pazury,

kto chodzi w moim futrze, kto mieszka w mojej skorupie.

Pomarło mi rodzeństwo, kiedy wypełzłam na ląd

i tylko któraś kostka świętuje we mnie rocznicę.

Wyskakiwałam ze skóry, trwoniłam kręgi i nogi,

odchodziłam od zmysłów bardzo dużo razy.

Dawno przymknęłam na to wszystko trzecie oko,

machnęłam na to płetwą, wzruszyłam gałęziami.

[…]

Sama się sobie dziwię, jak mało ze mnie zostało:

pojedyncza osoba w ludzkim chwilowo rodzaju

[…]

 

Historia ewolucji u Szymborskiej opowiadana jest inaczej niż w tekstach Fiedorczuk. Tytułowe przemówienie ma miejsce w biurze rzeczy znalezionych – co nadaje tekstowi charakterystyczny akcent humorystyczny, kojarzony z poezją noblistki. Biurem okazuje się ludzkie ciało, a rzeczami znalezionymi – ślady prehistorii. Podmiotka przywołuje opowieść o dawnych bytach achronologicznie, wspominając porzucone futra, pazury, „skóry” i formy. To wszystko składa się na kształt obecnie mówiącego „ja”. Sama się sobie dziwię, jak mało ze mnie zostało, kwituje bohaterka wiersza. Pytania o aktualną postać człowieczego „ja” powracają w różnych tekstach Szymborskiej i zanurzone są właśnie w genealogii i ewolucji – w Zdumieniu z tomu Wielka liczba pojawiają się chociażby takie: Czemu w zanadto jednej osobie? / […] W skórze nie łusce? Z twarzą nie liściem?. W jeszcze innym wierszu, W zatrzęsieniu z tomu Chwila, znajdziemy zaś liczne stwierdzenia podszyte charakterystycznym dla autorki zdziwieniem: Jestem kim jestem. / Niepojęty przypadek / jak każdy przypadek. // Inni przodkowie / mogli być przecież moimi, / a już z innego gniazda / wyfrunęłabym, / już spod innego pnia / wypełzła w łusce. Fiedorczuk podejmuje rozmowę z noblistką – wybierając metaforyczny język, podmiotka w wierszu Jeden określa siebie powtórką na miedzy między / zderzeniem a echem. Mniej interesuje ją eksploatowany w poezji noblistki wątek wielu możliwości czy prawdopodobieństwa, bardziej – przywdziewanie odmiennych form bycia i relacyjność aktorów tego świata, czym manifestuje bioróżnorodność. U Szymborskiej wygrywa racjonalizm, u Fiedorczuk, szczególnie we wczesnych zbiorach, oniryzm. Współczesna poetka dużo więcej przestrzeni oddaje też obrazowości: Mam pokusę morza / W zielonych tęczówkach; będę koronkowym kwiatem / utkanym przez słońce; Blada gwiazda zjeżdża w wieczny śnieg. Podmiotka Fiedorczuk wybiega więc w marzenia, wyobrażenia, sny i światy niebyłe (co było / wyśnione, nadal takim jest), podmiotka Szymborskiej, nawet gdybając, trzyma się zaś (bodaj „jedną nogą”) realnego świata. Jeżeli oddaje głos innym bytom, jak w Tarsjuszu ze Stu pociech, to zabieg ten ma skłonić do refleksji nad ludzką etyką. Inaczej Fiedorczuk, u której nie tylko zwierzęta, ale też inne elementy świata, chociażby ziemia i jej składowe, muszą zostać aktywnymi aktorami świata – w jej wierszach czasem personifikowanymi, niejako dla wzmocnienia sprawczości czy większego podkreślenia ich indywidualnej podmiotowości.

Niniejsza analiza pozwala dostrzec dialogiczny charakter relacji między tymi projektami poetyckimi. Zapoczątkowana przez Szymborską refleksja nad znaczeniem pamięci ewolucyjnej historii zostaje przez Fiedorczuk podjęta i zaadoptowana w odmiennym kontekście epistemologicznym oraz kulturowym. Wiersze obu poetek łączy uwikłanie podmiotek w zewnętrzną – w stosunku do tekstu – rzeczywistość, nieufność wobec ostatecznych odpowiedzi oraz zainteresowanie światem nie-ludzkim i jego historią. To dowód na to, że poezja Szymborskiej stanowić może ważny kontekst dla twórczości współczesnych poetów i poetek piszących w duchu ekologizmów.

Na koniec przypomnijmy sobie wiersz Mikrokosmos, który noblistka poświęciła mikroorganizmom. Liryczne „ja” wyznaje w nim: Od dawna chciałam już o nich napisać, / ale to trudny temat, / wciąż odkładany na potem / i chyba godny lepszego poety, / jeszcze bardziej ode mnie zdumionego światem. / Ale czas nagli. Piszę. Wersy te można odczytywać w perspektywie współczesności – wiersze tworzone w czasach świadomego antropocenu stanowią przykład pojawiania się nowych języków, które służą do opowiadania o różnych organizmach tego świata oraz o ich związkach. Fiedorczuk na pewno jest jedną z tych, które tych języków – podobnie jak robiła to wcześniej Szymborska – szukają. Nie oznacza to jednak, że nie można dziś czytać z zainteresowaniem twórczości noblistki. Wiersz taki jak Mikrokosmos może stanowić na przykład świadectwo reakcji na coraz dokładniejsze narzędzia badawcze, które pojawiały się w różnych momentach historii. Kiedy zaczęto patrzeć przez mikroskop,/ powiało grozą i do dzisiaj wieje – wyznawała w tekście podmiotka. Świat, jakże już bogaty w istnienia o przeróżnych rozmiarach, wciąż potrafi zaskakiwać. Powiedzieć, że ich dużo – to mało powiedzieć. Im silniejszy mikroskop / tym pilniej i dokładniej wielokrotnie – a przecież jeszcze niedawno najmniejszymi ze stworzeń wydawały się „jakieś muszki, robaczki”. Osoby piszące współcześnie mają dostęp do coraz to nowszych dokonań nauki, a tym samym innej, bardziej szczegółowej wiedzy na temat czy to żyjących w sąsiedztwie z nami bytów, czy historii naszej niemłodej planety. W kontekście ekoposthumanistyki niezwykle interesująca może okazać się więc obserwacja tego, w jaki sposób kolejne osiągnięcia nauki wykorzystywane będą w tekstach poetyckich czy jak specjalistyczna wiedza koreluje ze światopoglądem mówiących „ja”. Ale to już temat na zupełnie inny tekst.

 

 

Julian Kazberuk

 

Tryptyk wschodni

 

(I)

 

Miałem w rodzinie płaczkę.

Tak widziałem pod powiekami

jak żal przygina babkę,

śpiewają: daj jej wieczne

dłonie znają młode, zielone,

policzone kłosy, a wszystkie

dzieci były roztańczone w trwaniu,

gdy trumna jej siostry wisiała dumna,

pamiętam jak Dj puszczał

anielski orszak (wersja karaoke).

– Kto słucha w 2026 niechaj słucha!

Jak te talerzyki w stypowych barach

czekają okrucieństwem.

– Co jest młody lej.

Leję.

 

(II)

 

Wojny trwają, a mury

wznoszą się pionem

z dwóch stron niewidome

lustro odbija nawet wiatr,

co niesie dźwięk niesłyszalnego:

krzyku i dźwięku bicia

z zewnątrz, gdzie króluje chłód

i głód czekania. Z wnętrza bije

rekultywowane ciepło

– to ten długo podtrzymywany,

palący gęstością płomień.

To tylko echo zwraca mi

mój ujadający głos przepicia,

– Hehe młody też pijesz!

Piję.

 

(III)

 

Mój spotify wrapped połyka czas,

który stał się broną – bronią,

wymierzoną w przestrzeń zieloną.

Cały świat to nowa busola,

a ja ślepy rysuję sobie terytoria

i wygwizduję sutrę. Bo to dzisiaj

zawłaszczamy kulturowo wschód,

więc daj pan panie generale ten kursor

na mapę troszkę dalej – bo tu za skromie.

– Młody! Co ci się ta ręka trzęsie,

jakbyś jej nie przyłożył.

 

 

Schowek

 

Śnię powtórzony sen, w którym zakładam zły but na nie tę nogę.

Zdejmuję go i zakładam zły but na nie tę nogę.

Usłyszałem, że można tak podkreślić własny komizm,

a on mnie ukryje, tak samo jak podczas pisania w trzeciej osobie.

Czy gdy schronię się w potakiwaniach – tych bardzo odległych słowach,

których odległość liczono w wiorstach – to one nie pofruną na tyle wysoko,

że ludzie powiedzą nie brzmią, a może z czasem to zjawisko

małych niemych narracji weszło w swoją partyturę zgiełku

i nie mogę już rozróżnić żadnego dźwięku w polifonii krzyku.

 

 

Bildungsroman

 

Kolejny bieg rozmywa wszystko,

rozciera nawet ślad wiersza,

w który wbiegam i akceptuję

jego utartą teksturę, ten przygaszony,

widmowy kadm na ścianach.

Ten pęd pusto powtarza:

gdy biegasz, zapominasz o Etruskach,

o wielkich pożarach bogini Maat.

Zamiast tego piszesz o ziomeczku,

który wiedzie prym w tym wyścigu

jak o jakimś herosie-hamulcowym.

Bo to trochę tak, że on ciągnie wajchę

do siebie, a jednak pchamy ten wagon

w przód, jakbyśmy wrzucali bieg ducha,

w jego głód. Puf, puf. To jedziem, w końcu

miejscem docelowym są konstelacje,

to w nich znajdę wszystkie te przystanki,

które rozmyłem w biegu.

 

 

Krzysztof P. Mierzejewski

 

Elegia do Zielonej Ziemi

 

Woda była ciemnobrązowa. Miała kolor czarnej herbaty. Brudnobursztynowy. Poczułem strach. Przez most przechodziło jeszcze trochę ludzi, ale nie widać po nich było napięcia. Jak gdyby byli zupełnie nieświadomi. Jakby dla nich nie wyglądało to jak apokalipsa.

– To przez podniesienie się temperatury – powiedział mężczyzna obok, na co ja potaknąłem.

Ale co to właściwie było? Zgnilizna? Martwe plechy i pozbawione życia, galaretowate ciała ryb? Rozpadające się w swoich okrywach włókniste pozostałości skorupiaków? Ciągnące się w rozkładzie mięczaki i mnóstwo tych niewidocznych istot, których życie właśnie zgasło, i które przez swój brak stały się widoczne? Czy ten kolor to był wywar z ich śmierci?

A może jakieś nowe, agresywnie rozprzestrzeniające się algi, które wcześniej wegetowały na jakimś marginesie, nagle zdominowały cały ekosystem, tak, że się zawalił i zanim one same przestały istnieć, przez krótki moment stały się jedyną żywą populacją w całym morzu?

Zdziwiony zauważyłem jednak, że wcale tak nie jest. W połowie drogi przez żelazny most zauważyłem, że w brunatnej wodzie, przy przybrzeżnych skałach, z których ustąpił lód, pływają jeszcze jakieś niewielkie rybki, wielkości płoci. Chciałem krzyknąć, że morze jeszcze nie umarło, że przecież coś tam żyje, a nikt z idących przez most tego nie widzi, ale tego nie zrobiłem. Zrozumiałem, że każdy z idących w tę stronę co ja, ku brzegowi, też to zauważył. Nikt jednak nie wołał. Wciąż żywe rybki w tej wodzie o kolorze śmierci, wyglądały jeszcze straszniej, niż gdyby w zbiorniku zalegał sam płyn. Bulion, ugotowany z życia.

Przed nami widać było lód, nawet całe góry lodowe. Przed dziesiątkami lat musiałbym mieć chyba na sobie puchową kurtkę, tak samo jak ci wszyscy ludzie, którzy też podążali na stację, po drugiej stronie mostu. Ale wszyscy mieliśmy na sobie co najwyżej bluzy albo dość cienkie wiatrówki. Jedna dziewczyna nosiła jeansową kurtkę, taką, którą moja matka nazywała „kataną”. Kiedy przeszedłem już przez połowę długości mostu, dostrzegłem też, że pociąg już czeka. Wagony wyglądały całkiem zwyczajnie, niebieskoszare, z dachem o przekroju spłaszczonego kapelusza jakiegoś grzyba. W każdym razie zawsze mi się z tym kojarzył.

Na końcowym odcinku mostu poraził mnie widok błękitnego jeziora, które właściwie ciągnęło się jak kolejne morze. Było tak czyste i nieskalane, że obudziło we mnie jakiś najpierwotniejszy rodzaj nadziei. Podobno moimi przodkami były zwierzęta, które pewnego dnia wyszły na ląd, a ich dzieci, czy raczej dzieciichdzieciichdzieciichdzieciichdzieci się na nim zadomowiły. Zrozumiały, że na lądzie może nawet da się oddychać i znaleźć pożywienie. Teraz sam stałem przed tym jeziorem, które przypominało mi o dawnym domu istot, które w jakiś niewyobrażalny sposób były ze mną związane i z których podobno się wziąłem. Teraz ja chciałem się zanurzyć i odkryć w tej kałuży czystej wody to, co one odkryły kiedyś, stąpając po ziemi. W przeciwieństwie do nich nie miałem jednak tyle czasu.

Bazaltowe skały nie różniły się za bardzo od powierzchni mostu. Szło się po nich tak samo. Były tak samo twarde, dawały takie samo wrażenie stabilności. Wydawały się jednak cieplejsze. Nie czułem ciepła, ale to, jak widziałem światło słońca ocierające się o ich wybrzuszenia i wlewające się w ich bruzdy, sprawiało, że było w nich coś miłego i przyjemnego.

Nie pamiętam już, po co miałem wsiąść do pociągu. Stał za mną, sapiąc i chrzęszcząc, kiedy maszynista sprawdzał przed odjazdem sprawność mechanizmu. W razie czego mogłem szybko podbiec i wsiąść do wagonu, choćby tuż przed samym odjazdem. Nigdy specjalnie nie przejmowałem się przepisami bezpieczeństwa. Wiadomo, że były trochę na wyrost, a ja dodatkowo nie potrafiłem poczuć, że to, przed czym mają chronić, zagraża także mi. Miałem przecież swoje własne kalkulacje. Odszedłem jeszcze od torów, zbliżając się do krawędzi skał, które tworzyły urwisty brzeg jeziora.

Najpewniej był tam kiedyś lodowiec. Dopiero po dłuższej chwili zauważyłem na wschodnim brzegu ludzi, którzy w miejscu, gdzie brzeg był niższy, skakali i wchodzili do wody. Było tam nawet trochę lodu, który wyznaczał granicę ich kąpieliska. Nikt nie nurkował pod lodem. Niektórzy mieli na sobie gumowe płetwy i czepki. Z daleka sprawiali wrażenie nowego rodzaju ludzi, idącego za myślą, która pojawiła się także w mojej głowie – że można jeszcze po prostu zanurzyć się w wodzie. Że można jeszcze wrócić.

Ewa ubrana była w pasiasty sweter i ocieplane jeansy z podwiniętymi nogawkami. Włosy splotła w warkocz. Zauważyłem, jak nadchodzi, kiedy półleżałem, opierając się o bazaltową skałę i próbowałem odłamać z niej coś, co wyglądało jak skamieniała odbitka prehistorycznego zwierzęcia, które w momencie śmierci znajdowało się na czymś, co przypominało plechę albo liść. To zabawne, że nawet teraz chciałem to posiadać. Nie wiedziałem nawet, czy to zabronione, bo w końcu nie byłem w swoim kraju, a nawet jakbym był, to takie rzeczy chyba należą do państwa. A przynajmniej rości sobie ono prawo do tego. Tworzy prawo do tego.

– Zobacz, to chyba amonit albo coś w tym rodzaju – powiedziałem w momencie, kiedy prawie udało mi się oderwać tę odbitkę od reszty skały, zupełnie jakby naprawdę była czymś zupełnie odmiennym.

– Dużo tu tego. Cały brzeg jeziora to jakieś skamieniałości – zgodziła się ze mną.

W końcu mi się udało. Sam byłem zaskoczony, bo przecież nie miałem ani narzędzi, ani nadludzkiej siły, żeby odłamywać skały od innych skał. Już samo takie stwierdzenie brzmi jak opis mocy jakiegoś herosa czy półboga. Trzymając w rękach odbitkę, zagłębiałem w niej swoje palce. To było jak forma do odciskania kształtów, puste rowki, z których jakby coś wyparowało. Nasze dłonie spotkały się w jednym z nich, a nasze kciuki stykały się na chropowatej odbitce plechy albo liścia. Spojrzałem jeszcze w górę. Po drugiej stronie jeziora szczyty gór były nagie i czarne, ale za nimi wyróżniał się zestalony błękit góry lodowej.

Kiedy usłyszałem kolejne sapnięcie lokomotywy, stwierdziłem, że jednak wsiądę.  Czułem, że zdążę przed odjazdem.

 

 

Szymon Horała

 

Morze

 

Wykręciłem oko do wnętrza czaszki

Puściłem je w podróż w rejon

Gardła, krtani, cofam

Przełyk. W uszy igiełki

 

Powoli coraz mocniej wbijają się

Na skutek tegonocnych

Pisków, skowytów, alarmów

 

Krwotok zewnętrzny, ciało

Zbrukane czystymi intencjami

Ich efektami, limfa, nafta, krew

Opada i kręci się, wierci wciąż

 

Żywy język między nogami

Ociera się koniuszkiem o

Kostkę, w dół na piętę

 

Ostatnie podrygi dzisiejszego

Słońca stopiły się z

każdym poprzednim dniem

W ruinach rozumu

 

Ostatnie czym karmiło mnie

Niebo nie nadawało się

Do spożycia,

a

jed

nak

 

 

Zde(r)material

 

Urodziłem się czysty i w czystości żyłem. Nigdy nikomu nie podkładałem nóg, jak coś nie mojego znalazłem, to zgłaszałem, że chętnie oddam. Ostatecznie oddałem też to, co moje i co mnie tworzyło. Rozczłonkowałem się i dałem zamiast sznura pereł sznur zębów (przeżartych i niedoleczonych), dałem paznokcie na broszce, rzemyk z własnych włosów. Moje mięso pojedli, z kości szpik wyssali. Sprowadzili mnie do roli czystoastralnego bytu lub subatomowej istoty. Dalej jestem czysty.

 

 

Zagrywanie na pięć lat do tyłu 

 

Wije się psem w

Łóżku pościeli wszech

Wiedzących oczach wszech

Świata całego wpatrzonych

 

Jak dusza ulatuje przez oczy

Usta i nos, pustoszenie

Głowy wietrzenie jak

Pomieszczenia po nocach

Śniące sny o metrach kwadratowych

 

Wyję do dłoni ścian z

Palcem dla oka uchylonym

Drzwi wpuszczają więcej powietrza

Równoważy się stosunek

Tlen dwutlenek

 

Młyn miele nie synteza

Wtapiam się w materac

Ślady tkanek w bawełnie

Rozdrapane resztki spod

Paznokci się sypią

Młyn mielenie synteza

Upłynniam się pod szklanki

Szukając kształtów wygodnych

Nurtów spokojniejszych

Młynmielenie synteza

Przechodzenie w pokoje

Przedpokoje, wieszaki

Rumowiska ze ścian

Młynmieleniesynteza

Pościelenie

Pościelenie

 

 

Postmortem

 

Spojrzeć słońcu w oczy wejść mu

w drogę i cień, od ciem uczyć się

Tańca na chwałę iskier ostrości

dać odejść, dać się zgubić

przestać

 

 

Piotr Dardziński

 

Niebieskie Jordany

 

Ostatnia zima. To, jak idziesz w tych swoich nowych niebieskich Jordanach. Tak pięknych butów nigdy nie widziałaś. Długo na nie zbierałaś, trochę ci dołożyłem. Idziesz, ostatni śnieg topnieje przy drodze. Zostało go jeszcze trochę po bokach, ale zgarnia się go za każdym razem, gdy pada…

Widzę to wyraźnie, tak jak teraz widzę rowerzystę, który musi trochę zwolnić, bo ktoś postawił hulajnogę w poprzek parkowej alejki. Gdybym wówczas wiedział, że to ostatnia nasza zima… Ale nikt nie wie takich rzeczy. Codzienne sprawy, brak uważności podyktowany pędem życia, czymkolwiek, żeby tylko nie być tu i teraz. Co by to wtedy nie było, nie miało szans z tym, co u mnie. Niepowtarzalne. Żadne z twoich miesięcy, tygodni i dni poprzedzających tamten czerwiec nie mogło takie być w moich oczach.

Można przegapić życie, nie tylko z powodu nieuważności.

Nigdy bym się nawet nie zbliżył do takiej myśli, że może to być twoja ostatnia zima. Choć możliwe, że ty już wiedziałaś. Stąd te buty. Dlatego chciałaś wyjątkowej oprawy, oczywiście nie ze względu na buty, tylko na siebie.

Zasługiwałaś na wieczny błysk trwania. Zawsze. Dla mnie jednak ta sytuacja wtedy nie była czymś szczególnym. Ot, normalne, zimowe popołudnie. Siedemnasta w nocy. Gdzieś wychodzisz.

Pytasz się: No i jak te buty?

Ja coś tam kiwam głową, ale głową jestem w innych fabułach.

A, to dobra, odchodzisz, kryjąc smutek z powodu braku zainteresowania twoim światem. Jakbyś dobrze rozumiała, że są inne uniwersa oprócz twojego i to właśnie do nich mi spieszno. Do tych innych narracji, których za cholerę nie możesz zrozumieć, masz dopiero dziewiętnaście lat.

Dziś wiem, czegoś zabrakło. Pauzy, przekierowania myśli, popatrzenia na siebie dłużej… Znalazłem później taki wiersz Kamili Janiak:

 

jeśli wierzyć drzewom, nie mamy się co

spieszyć.

czubek topoli za oknem widział na tyle

dużo,

że radzi nam spokojnie czekać.

zjedzmy więc razem obiad i jeszcze chwilę

popatrzmy na siebie.

 

Jeśli wierzyć drzewom, Zuzia, to tamta chwila położy się cieniem na moich dalszych losach…

Ale daj już spokój, tato! Luz. Nic się nie położy cieniem na twoim dalszym życiu, jeśli teraz mnie uważnie wysłuchasz. To były tylko głupie buty, a ty wjeżdżasz mi tu od razu z wierszem o drzewach, które każą czekać, jeść obiad i długo się patrzeć na siebie. Głupie buty. Nie było dla nich wystarczająco miejsca. Nie było już jak mnie upchać w tobie. I tyle! Inaczej nie umiałeś. Teraz próbujesz nadrobić tamto i jeśli ci to pomaga, okej, choć dla mnie nie ma to już żadnego znaczenia.

Dobra, dość już o tym!          

Powiem ci lepiej, co u mnie: jak żyję, kiedy już nie żyję; kiedy nie mam otwartych oczu i ust. Powiem ci, co można widzieć, gdy jest się takim mną.

 

Łódź, 09.02.2026, godz. 11:45

 

 

Andrzej Leraczyk

 

*** (słuchajcie)

 

słuchajcie

tego wrażliwego chłopca

który dostał nagrodę

za bycie chujem

słuchajcie jego słów

subtelnych i gładkich

z których każde jest

gówno warte

słuchajcie jego

piosenki:

przebacz mi ojcze

mam grzech

 

 

*** (źrenice)

 

ukradkiem

zaglądam ci w oczy

jakbym w dekolt

patrzył

bardziej sobie wyobrażając

niż widząc

źrenice

sutki

 

 

skóra

 

nie jestem opowieścią

jestem plamą

zbiorem plam na twojej skórze

reakcją alergiczną

stary nubuk

niedbale wyprawiona skóra

tropikalnego kota albinosa

twoja skóra

pod którą buzuje brudne mięso

dzikiego źrebaka

 

 

pale blue eye

 

nie przyszedłem się kochać

przyszedłem rozpętać wojnę

spalić twoją wieś

zapomnieć wszystko

nie będzie mi lou reed pieprzył

o „pale blue eye”

nie będzie pojedynczych westchnień

wyrównanych oddechów

spodziewała się tego

 

 

skóra 2

 

jędrek skóra jestem

pusty, źle wydrążona tykwa

stojąca na regale znajomych ojca

przywieziona z kontraktu w libii

wypatroszony karaś, okoń

z tymi zdziwionymi oczami

że już

nie napiszę dzisiaj niczego dobrego

ani złego, bo pusty jestem

blaszana puszka po towocie

 

 

Emilia Gorzel

 

Sfera pozaziemska, odbiór

 

Wydanie Solaryszy Marcina Mokrego (2025) i sformułowanie idei muzyki ambientowej przez Briana Eno (1975) dzieli pięćdziesiąt lat – wystarczająco, żeby paralele między nimi uznać za retrofuturystyczne (ponieważ zarówno Mokry, jak i Eno czerpią z futurystów w równym stopniu) i odnieść je do świata podlegającego nieustannym transformacjom. Czytane na głos wiersze z czwartej książki poety zgrzytają w zębach i brzmią jak zacinająca się płyta. To punkt wspólny z Eno, który w zakłóceniach dźwięku wydawanego przez szwankujące stereo odnalazł nowy sposób słuchania muzyki.

Dla ambientu kluczowe jest napięcie między pustką a pełnią. Na poziomie muzycznym osiąga się je poprzez wykorzystanie w kompozycjach dźwiękowych skrajnych częstotliwości – bardzo niskich albo bardzo wysokich. Tworzą one ramę utworu, pozostawiając równocześnie lukę po obszarze, gdzie zwykle pojawia się melodia i wokal. Użycie takiej techniki pozwala na uzyskanie wrażenia otwartej przestrzeni, a przecież ambient jest z etymologii i definicji: muzyką otoczenia. Utwory zamieszczone w Solaryszach także operują zarówno pełnią, jak i pustką. Teksty gromadzą się na dwóch marginesach – górnym i dolnym. W wolną przestrzeń pomiędzy nimi Mokry wkomponowuje minimalistyczne struktury, literackie partytury, które przerywają ciągłość opowieści ulokowanych nad i pod nimi równanych do lewej, paragrafowych wierszy:

 

Ułożone w konstelacje słowa: audialnie – trzeszczą, a wizualnie – szumią. Przywodzą na myśl, generowany przez różnorodne urządzenia: analogowe, cyfrowe, a nawet generatywne, medialny szum informacyjny, którym interesowano się zarówno w czasach świetności Eno, jak i dziś, gdy pisze Mokry.

W latach sześćdziesiątych Arno Penzias i Robert Wilson odkryli, że szum wychwytywany przez anteny radiowe nie jest prostym zakłóceniem odbiorników, ale elektronicznym odbiciem Wielkiego Wybuchu. Okazało się, że to, co widzimy na ekranie telewizora, kiedy znajduje się w stanie zawieszenia pomiędzy nadawaniem programu a byciem wyłączonym, to echo początku istnienia Wszechświata. Podobną metaforę z powodzeniem wykorzystuje Mokry, czyniąc ze swojego tomu projekt quasisolarpunkowy, w którym wizja rzeczywistości opiera się na połączeniach między ludzkością, technologią a naturą, wpisanych w media cyfrowe od ich powstania – jak biały szum w działanie telewizora:

 

Różanopalca jutrzenka naszej pracy nad światłowodami prowadzącymi do końca. Duszące architektury informacji otwieramy oknami na świat i pytamy czatbota, jak można pomóc mu kaleczyć się o źdźbła, gdy wreszcie poczuje zmęczenie. Zbiory treningowe wyłożymy zbiorami, które będziemy jedli. Niech zakwitnie kwiat. I Michalina, Michalina, Michalina. Mama rozpylona przez płonący po kuchenkach gaz. Tadeusz, którego dawno nie widzieliśmy w łodygach solaryszy, będzie wołał nas po imionach. Anatol. Rozsierdza gniew kwitnący kwit, którym ozdobimy skały narzutowe za tysiąc lat.     

 

Podmiot Solaryszy to zarówno obserwujący przyrodę i rozmawiający z dziećmi ojciec, jak i transhumanistyczna hybryda człowieka, maszyn i kosmosu. Wektor jej rozwoju w toku narracji (bo tom trzeba potraktować jako poemat) kieruje się coraz bardziej w stronę bytu uformowanego raczej na kształt czegoś w rodzaju wielkiej zbiorowości materii niż pojedynczego istnienia. Sugeruje to nie tylko warstwa tematyczna Solaryszy, ale też sposób jej organizacji. Nazwy poszczególnych części: Retencje, Antropiki, Emiter, Migracje i Solarysze, mapują proces transformacji świata (Antropiki-Solarysze), wskazują na próbę zatrzymania przekształceń (Retencje) i zaznaczają nieunikniony charakter zmian (Emiter-Migracje). Tym samym Mokry po części wpisuje w Solarysze również futurystyczną cyberpunkowość: o ile technologia komputerowa i informacyjna nie zniszczy całkowicie świata, jaki znamy, na pewno bezpowrotnie i drastycznie go zmieni. Czy pozostanie w nim miejsce na nadzieję? Wierzę, że tak. Autor Solaryszy pisze przecież z nieskrywanym sentymentem o przyrodzie i człowieku, pomijając w tych fragmentach technologię. Ostatecznie, zamiast apokaliptycznego obrazu zagłady ziemskiej egzystencji, kreuje raczej wizję współistnienia naszego życia z innymi formami bytu – nie zupełnego zniknięcia, ale jedynie zmiany kształtu. Dlatego wierszem otwierającym ostatnią część tomu, tytułowe Solarysze, jest optymistycznie wybrzmiewające Płodzeńe Aleksandra Wata:

 

Na pszestszeńah kosmicznyh, wśrud rodzącyh gwiazd

rozłożymy szpitale i domy rodzeńa,

na psześćeradłah lazuruw ńebieskih

będżemy tryskać kształtami, hwaląc ćę, płodzeńe!

 

Wszak świat jest olbżymią mleczną bryłą

o ńeskończonej liczbie bżuhuw,

gwieźdźistopierśną dojną kobyłą,

ktura karmi kamieńe, rośliny, zwieżęta, ludźi i duhuw.

 

On tryska kształtuw niezliczonośćą […].

 

Transformacja podmiotu z jednostkowego w zbiorowy przeobraża też sposób odczuwania ciała z punktowego w rozproszony. Rezygnujemy z uprzywilejowania zmysłu wzroku na rzecz polisensorycznego odbioru przestrzeni, która może zostać wykorzystana akustycznie – trochę tak, jak byśmy znaleźli się nie na zewnątrz, ale w środku kamery otworkowej, będącej niczym innym, jak rodzajem pudła rezonansowego – jeśli pomyślimy o jej kształcie, a nie pierwotnym przeznaczeniu. Początki nowych mediów wiąże się z fotografią – nie dziwi więc, że to właśnie ona jest w znacznej mierze odpowiedzialna za zmianę percepcji. Zwrot z wizualnego w audialne opiera się nie tyle na użyciu medium dźwiękowego, ile wykorzystaniu mediów wzrokocentrycznych na sposób muzyczny. To, co naprawdę się zmienia, to perspektywa: nie jesteśmy już na zewnątrz wydarzeń, ale w środku nich (eksplorujemy wnętrze camery obscury, oglądając obrazy, doświadczając ich w trójwymiarze, w którym powstają). Akustyczne ujmowanie przestrzeni przybliża nas do zauważenia jej pełnego potencjału, oddalając od jej biernej obserwacji. Migawka aparatu zachowuje się jak cyfrowa powieka, a pierwszym krokiem w stronę transhumanizmu jest moment, w którym fotografik bierze w ręce kamerę. Podmiot Mokrego na początku zdaje się widzieć i pokazywać świat w podobny sposób: jako pocięte, prześwietlone lub niedoświetlone kadry. Szybko władzę przejmuje jednak dźwięk (ptaków, natury-materii, przesyłów danych i pracy urządzeń) i to on wyznacza warunki istnienia tego nowego „ja”.

Podmiot, jako powstała ze wszystkich napotkanych na drodze przemian wielka postcyfrowa materia, sytuuje się dużo bliżej ujęć ekokrytycznych, niż mogłoby się wydawać. Jego byt opiera się na zasadzie zachowania masy i energii, co pozwala wpisać tom w dynamicznie rozwijający się nurt energy studies. To w sytuacji ekokryzysu, również w kontekście węglowego Śląska, z którego poeta wyemigrował, właściwie całkiem pozytywna prognoza. U Mokrego na końcu czekają nas światłowody, kwiaty rosnące bez akumulatorów, druga ręka, kłącze, łącze, kliknięcia, odbiorniki, życie „pośród” i „las porost ludzki”:

 

i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i,   […]   o, o, i, i, i, i, i   […]   i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i   […]   o, o   […]  ‘ , ‘ i, i, i, i i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i  […]  o o o o o o o o ……………………..

 

Finał Solaryszy do złudzenia przypomina graficzną interpretację telewizorowego białego szumu w bardzo dużym powiększeniu. Nie twierdzę, że Mokry w Solaryszach odkrył tajemnicę Wszechświata, ale muszę przyznać, że coś w tym znajduję – jeśli nie nagi sens, to konkretne kosmogoniczne wrażenie odbiorcze.

 

Marcin Mokry, Solarysze, Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. T. Karpowicza, Wrocław 2025.   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Katarzyna Koza – doktorantka, asystentka w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Zajmuje się ekoposthumanistyką.

 

Julian Kazberuk – poeta, z wykształcenia prawnik, student filozofii, z zawodu bibliotekarz. Laureat nagrody specjalnej w Ogólnopolskim Konkursie im. Jacka Bierezina. Współzałożyciel stowarzyszenia Fundamenty, współtworzy kolektyw organizatorsko-kuratorski Społem fest, współpracuje z grupą teatralną Sedno. Pasjonat literatury, sztuk wizualnych i ich wzajemnych przenikań.

 

Krzysztof P. Mierzejewski – z wykształcenia biolog, student skandynawistyki na UG. Marzy o pracy tłumacza literatury fińskojęzycznej. Pisze prozę i poezję.

 

Szymon Horała – urodzony w Poznaniu, osiadły we Wrocławiu. Publikował m.in. w „Notatniku Literackim”, „składce” i „Fudze”. Z wykształcenia polonista i kulturoznawca, z pasji ornitolog. W ostatnim czasie zainteresowany sound studies, animal studies, a także field recordingiem, który sporadycznie uprawia.

 

Piotr Dardziński – absolwent filozofii i teologii. Mieszka w Łodzi. Były perkusista, obecnie nauczyciel i trener kreatywności. Autor Trucizn, Będzie dobrze i kilku opowiadań.

 

Andrzej Leraczyk – pisarz przed debiutem. Student Studiów Literacko-Artystycznych UJ.

 

Emilia Gorzel – studentka Uniwersytetu Wrocławskiego. Debiutowała tekstem Wenus z obiektywem w „Dzienniku Literackim”. Laureatka Turnieju Jednego Wiersza organizowanego w ramach inicjatywy Las Literatury Księgarni Dosłownej w Lublinie. Miłośniczka beckettowskiego teatru, ambientu i Pomorza.

 

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:
Kaja Kędzioł, Zuzanna Madurska, Jakub Famulski, Kamil Figas
Kontakt: osmy.arkusz.odra@gmail.com

 

8 ARKUSZ. 4/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

ZIELONOŚĆ

 

Za oknem już wiosna w pełnej krasie i ktoś mógłby chcieć za poetą wykrzyknąć: a wiosną – niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę! Ktoś, ale nie my. Bo w kwietniowym arkuszu jak zwykle polska – literatura, oczywiście. Przy czym wiosna też jest obecna. Stąd: zieloność.

Sam wybór tekstów przybiera formę konstelacji rozmaitych form: wiersze, prozy, recenzja, szkic. W otwierającym arkusz studium Katarzyna Koza stawia pytanie o to, co łączy Wisławę Szymborską z Julią Fiedorczuk i czy można pomyśleć o jednolitej linii polskiej ekopoezji na przestrzeni ostatniego półwiecza. Następnie Julian Kazberuk przenosi nas w swoich wierszach w „przestrzeń zieloną” i na wschód, choć nie tylko. W poezji Szymona Horały spotkamy psy, ćmy, piski, skowyty, a nasz zwierzyniec uzupełniają tropikalny kot albinos i dziki źrebak. Nie mylić z również obecnym w tych wierszach okoniem! Pomiędzy zestawami plenią nam się prozy: pierwsza, Elegia do Zielonej Ziemi autorstwa Krzysztofa P. Mierzejewskiego samym tytułem uzasadnia swoją obecność na arkuszowych kartach, druga, Piotra Dardzińskiego osnuta jest wokół butów, wspomnienia zimy i wiersza Kamili Janiak. Poetka pisze: jeśli wierzyć drzewom, nie mamy się co spieszyć, co okazuje się spójne z rozpoznaniami Emilii Gorzel z recenzji Solaryszy, w której autorka snuje paralele między poematem Mokrego a muzyką ambientową. My też nie zamierzamy się spieszyć, chociaż kreślimy powoli pierwsze słowa komentarzy do utworów wyróżnionych w Turnieju Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł. Zarówno nasze noty, jak i wiersze przeczytacie już w maju. W międzyczasie – w zieloność!

Redakcja Ósmego Arkusza

 

fot. Maciek Bielawski / maciekbielawski.pl

 

Katarzyna Koza

Pomiędzy ewolucją a współistnieniem

Obecność poezji Wisławy Szymborskiej na ekopoetyckim widnokręgu jest kwestią dość problematyczną, podobnie zresztą, jak jej potencjalna nieobecność – celnie pisała Daria Lekowska. Problematyczność niewykorzystywania ekologicznego potencjału wynikałaby z łączenia przez Szymborską języka liryki z językiem nauki, etycznego zorientowania tego pisarstwa, w tym widocznej postawy szacunku wobec autonomii innych bytów, w końcu – chwytów wprowadzających czytelników w refleksję nad związkami literatury i ekologii. Odczytania ekopoetyckie problematyzowałaby zaś (choć nie dyskwalifikowała) dość humanistyczna podmiotka mówiąca. W kontekście twórczości noblistki nie można mówić o biocentrycznej soczewce czy budowaniu naturokulturowych przedstawień świata, czym często charakteryzują się współczesne, ekologicznie zorientowane projekty poetyckie. A jednak – mimo to – poezja ta coraz częściej poddawana jest interpretacjom z wykorzystaniem narzędzi ekoposthumanistycznych. Moim zdaniem, nie wyczerpuje to jednak jej potencjału interpretacyjnego – może ona bowiem stanowić także istotny punkt odniesienia oraz źródło inspiracji dla współcześnie powstającej ekologicznie zorientowanej poezji.

W niniejszym szkicu pisarstwo noblistki chciałabym zestawić z twórczością Julii Fiedorczuk, jednej z najbardziej znanych pisarek nurtu ekologicznego. Interesować będą mnie zarówno podobieństwa, jak i różnice w podejmowaniu przez obie poetki wątków ewolucyjnych. Tekst ten ma przy tym charakter raczej sygnalizujący niż wyczerpujący. Punktem wyjścia dla interesującej mnie refleksji jest wiersz autorstwa współczesnej pisarki. To Fotosynteza z tomu Bio:

 

Słońce mnie rodzi prawie bezboleśnie,

na stopie mam plasterek ciepła, na powiekach

lekki kompres krwi, nieziemskie gogle.

Przysiada na nich widmo jak roztrzepany

 

błyskawiczny ukwiał, który mi opowiada

barwne ichtiologiczne historie. Czerwień

i czerń, tak wszystko się zaczyna,

później dopiero Wielki Wylew

 

Ultramaryny, która jest moją amfibią.

Jak to było? Staram się pamiętać

i coraz mocniej trę oczy. Tamte podskórne

czasy podpływają bliżej, są moje

 

na ułamek światła, momentalny bezdech

i rozkoszny strach, który się zaraz rozproszy

w musującej toni. Mieć ciebie świecie

na własność. Kochać cię, ciebie tracić.

 

A trzeba wyjść na ląd, opierzyć się i patrzeć

prosto w słońce.

Zieleń tęczówki jak morze.

Tkanka, tkanina, tlen.

 

W wierszu Fiedorczuk krótkie zamknięcie oczu staje się przyczynkiem do wyobrażeniowych wędrówek. Kosmiczna inicjacja (Słońce mnie rodzi) czy potrzeba energii słonecznej (nawiązanie do tytułu) są stałymi elementami rozwoju planetarnych bytów. Podmiotka chce rozpoznać ewolucyjne historie, sięgające początków życia, które rodziło się 3,6 miliarda lat temu w środowisku wodnym. Wymieniony w tekście koralowiec reprezentuje tę długą podróż i interesujące poetkę środowisko. Mówiąca przeczuwa, że dawne czasy są nie tylko historią ukwiała, ale też jej własną, choć tylko „na ułamek światła”. Ultramaryna staje się symbolem transgresji i adaptacji – opuszczania środowiska wodnego. Ślady ewolucyjnej przeszłości można dziś przy tym dostrzec w reprezentantach lądowych gatunków (Zieleń tęczówki jak morze) – więc ostatecznie także w samej bohaterce. Fiedorczuk w Psalmach pisała: niektórych wierszy nie można już napisać. niektórych nie dało się napisać wcześniej. Takiego wiersza, biocentrycznego, z podmiotką zanurzoną w doświadczeniu cielesno-kosmicznym, tekstu manifestującego materialność i wszechrelacyjność (Tkanka, tkanina, tlen), nie mogła napisać Szymborska. Nie oznacza to jednak, że zalążków tego typu myślenia nie da się odnaleźć w poezji noblistki – podkreśla ona przecież równość biologiczną człowieka z nie-ludzkimi bytami w kontekście samej ewolucji. Uwidacznia się to na przykład w tytułowym wierszu tomu Sto pociech, w którym ludzka ręka ma animalny rodowód (ledwie on [człowiek – dop. K.K.] wystrugał ręką z płetwy rodem / krzesiwo i rakietę). W Notatce ze zbioru Sól znajdziemy zaś opis ewolucjonistycznej lekcji, płynącej z wizyty w muzeum (W pierwszej gablocie / leży kamień. […] W drugiej gablocie / część kości czołowej. / […] Ubyliśmy zwierzętom. / Kto ubędzie nam), a w jeszcze innym utworze, Przemówieniu w biurze znalezionych rzeczy, opis doświadczenia jestestwa w perspektywie długotrwałej przemiany:

 

[…]

Zapadła mi się w morze wyspa jedna, druga.

Nie wiem nawet dokładnie, gdzie zostawiłam pazury,

kto chodzi w moim futrze, kto mieszka w mojej skorupie.

Pomarło mi rodzeństwo, kiedy wypełzłam na ląd

i tylko któraś kostka świętuje we mnie rocznicę.

Wyskakiwałam ze skóry, trwoniłam kręgi i nogi,

odchodziłam od zmysłów bardzo dużo razy.

Dawno przymknęłam na to wszystko trzecie oko,

machnęłam na to płetwą, wzruszyłam gałęziami.

[…]

Sama się sobie dziwię, jak mało ze mnie zostało:

pojedyncza osoba w ludzkim chwilowo rodzaju

[…]

 

Historia ewolucji u Szymborskiej opowiadana jest inaczej niż w tekstach Fiedorczuk. Tytułowe przemówienie ma miejsce w biurze rzeczy znalezionych – co nadaje tekstowi charakterystyczny akcent humorystyczny, kojarzony z poezją noblistki. Biurem okazuje się ludzkie ciało, a rzeczami znalezionymi – ślady prehistorii. Podmiotka przywołuje opowieść o dawnych bytach achronologicznie, wspominając porzucone futra, pazury, „skóry” i formy. To wszystko składa się na kształt obecnie mówiącego „ja”. Sama się sobie dziwię, jak mało ze mnie zostało, kwituje bohaterka wiersza. Pytania o aktualną postać człowieczego „ja” powracają w różnych tekstach Szymborskiej i zanurzone są właśnie w genealogii i ewolucji – w Zdumieniu z tomu Wielka liczba pojawiają się chociażby takie: Czemu w zanadto jednej osobie? / […] W skórze nie łusce? Z twarzą nie liściem?. W jeszcze innym wierszu, W zatrzęsieniu z tomu Chwila, znajdziemy zaś liczne stwierdzenia podszyte charakterystycznym dla autorki zdziwieniem: Jestem kim jestem. / Niepojęty przypadek / jak każdy przypadek. // Inni przodkowie / mogli być przecież moimi, / a już z innego gniazda / wyfrunęłabym, / już spod innego pnia / wypełzła w łusce. Fiedorczuk podejmuje rozmowę z noblistką – wybierając metaforyczny język, podmiotka w wierszu Jeden określa siebie powtórką na miedzy między / zderzeniem a echem. Mniej interesuje ją eksploatowany w poezji noblistki wątek wielu możliwości czy prawdopodobieństwa, bardziej – przywdziewanie odmiennych form bycia i relacyjność aktorów tego świata, czym manifestuje bioróżnorodność. U Szymborskiej wygrywa racjonalizm, u Fiedorczuk, szczególnie we wczesnych zbiorach, oniryzm. Współczesna poetka dużo więcej przestrzeni oddaje też obrazowości: Mam pokusę morza / W zielonych tęczówkach; będę koronkowym kwiatem / utkanym przez słońce; Blada gwiazda zjeżdża w wieczny śnieg. Podmiotka Fiedorczuk wybiega więc w marzenia, wyobrażenia, sny i światy niebyłe (co było / wyśnione, nadal takim jest), podmiotka Szymborskiej, nawet gdybając, trzyma się zaś (bodaj „jedną nogą”) realnego świata. Jeżeli oddaje głos innym bytom, jak w Tarsjuszu ze Stu pociech, to zabieg ten ma skłonić do refleksji nad ludzką etyką. Inaczej Fiedorczuk, u której nie tylko zwierzęta, ale też inne elementy świata, chociażby ziemia i jej składowe, muszą zostać aktywnymi aktorami świata – w jej wierszach czasem personifikowanymi, niejako dla wzmocnienia sprawczości czy większego podkreślenia ich indywidualnej podmiotowości.

Niniejsza analiza pozwala dostrzec dialogiczny charakter relacji między tymi projektami poetyckimi. Zapoczątkowana przez Szymborską refleksja nad znaczeniem pamięci ewolucyjnej historii zostaje przez Fiedorczuk podjęta i zaadoptowana w odmiennym kontekście epistemologicznym oraz kulturowym. Wiersze obu poetek łączy uwikłanie podmiotek w zewnętrzną – w stosunku do tekstu – rzeczywistość, nieufność wobec ostatecznych odpowiedzi oraz zainteresowanie światem nie-ludzkim i jego historią. To dowód na to, że poezja Szymborskiej stanowić może ważny kontekst dla twórczości współczesnych poetów i poetek piszących w duchu ekologizmów.

Na koniec przypomnijmy sobie wiersz Mikrokosmos, który noblistka poświęciła mikroorganizmom. Liryczne „ja” wyznaje w nim: Od dawna chciałam już o nich napisać, / ale to trudny temat, / wciąż odkładany na potem / i chyba godny lepszego poety, / jeszcze bardziej ode mnie zdumionego światem. / Ale czas nagli. Piszę. Wersy te można odczytywać w perspektywie współczesności – wiersze tworzone w czasach świadomego antropocenu stanowią przykład pojawiania się nowych języków, które służą do opowiadania o różnych organizmach tego świata oraz o ich związkach. Fiedorczuk na pewno jest jedną z tych, które tych języków – podobnie jak robiła to wcześniej Szymborska – szukają. Nie oznacza to jednak, że nie można dziś czytać z zainteresowaniem twórczości noblistki. Wiersz taki jak Mikrokosmos może stanowić na przykład świadectwo reakcji na coraz dokładniejsze narzędzia badawcze, które pojawiały się w różnych momentach historii. Kiedy zaczęto patrzeć przez mikroskop,/ powiało grozą i do dzisiaj wieje – wyznawała w tekście podmiotka. Świat, jakże już bogaty w istnienia o przeróżnych rozmiarach, wciąż potrafi zaskakiwać. Powiedzieć, że ich dużo – to mało powiedzieć. Im silniejszy mikroskop / tym pilniej i dokładniej wielokrotnie – a przecież jeszcze niedawno najmniejszymi ze stworzeń wydawały się „jakieś muszki, robaczki”. Osoby piszące współcześnie mają dostęp do coraz to nowszych dokonań nauki, a tym samym innej, bardziej szczegółowej wiedzy na temat czy to żyjących w sąsiedztwie z nami bytów, czy historii naszej niemłodej planety. W kontekście ekoposthumanistyki niezwykle interesująca może okazać się więc obserwacja tego, w jaki sposób kolejne osiągnięcia nauki wykorzystywane będą w tekstach poetyckich czy jak specjalistyczna wiedza koreluje ze światopoglądem mówiących „ja”. Ale to już temat na zupełnie inny tekst.

 

 

Julian Kazberuk

 

Tryptyk wschodni

 

(I)

 

Miałem w rodzinie płaczkę.

Tak widziałem pod powiekami

jak żal przygina babkę,

śpiewają: daj jej wieczne

dłonie znają młode, zielone,

policzone kłosy, a wszystkie

dzieci były roztańczone w trwaniu,

gdy trumna jej siostry wisiała dumna,

pamiętam jak Dj puszczał

anielski orszak (wersja karaoke).

– Kto słucha w 2026 niechaj słucha!

Jak te talerzyki w stypowych barach

czekają okrucieństwem.

– Co jest młody lej.

Leję.

 

(II)

 

Wojny trwają, a mury

wznoszą się pionem

z dwóch stron niewidome

lustro odbija nawet wiatr,

co niesie dźwięk niesłyszalnego:

krzyku i dźwięku bicia

z zewnątrz, gdzie króluje chłód

i głód czekania. Z wnętrza bije

rekultywowane ciepło

– to ten długo podtrzymywany,

palący gęstością płomień.

To tylko echo zwraca mi

mój ujadający głos przepicia,

– Hehe młody też pijesz!

Piję.

 

(III)

 

Mój spotify wrapped połyka czas,

który stał się broną – bronią,

wymierzoną w przestrzeń zieloną.

Cały świat to nowa busola,

a ja ślepy rysuję sobie terytoria

i wygwizduję sutrę. Bo to dzisiaj

zawłaszczamy kulturowo wschód,

więc daj pan panie generale ten kursor

na mapę troszkę dalej – bo tu za skromie.

– Młody! Co ci się ta ręka trzęsie,

jakbyś jej nie przyłożył.

 

 

Schowek

 

Śnię powtórzony sen, w którym zakładam zły but na nie tę nogę.

Zdejmuję go i zakładam zły but na nie tę nogę.

Usłyszałem, że można tak podkreślić własny komizm,

a on mnie ukryje, tak samo jak podczas pisania w trzeciej osobie.

Czy gdy schronię się w potakiwaniach – tych bardzo odległych słowach,

których odległość liczono w wiorstach – to one nie pofruną na tyle wysoko,

że ludzie powiedzą nie brzmią, a może z czasem to zjawisko

małych niemych narracji weszło w swoją partyturę zgiełku

i nie mogę już rozróżnić żadnego dźwięku w polifonii krzyku.

 

 

Bildungsroman

 

Kolejny bieg rozmywa wszystko,

rozciera nawet ślad wiersza,

w który wbiegam i akceptuję

jego utartą teksturę, ten przygaszony,

widmowy kadm na ścianach.

Ten pęd pusto powtarza:

gdy biegasz, zapominasz o Etruskach,

o wielkich pożarach bogini Maat.

Zamiast tego piszesz o ziomeczku,

który wiedzie prym w tym wyścigu

jak o jakimś herosie-hamulcowym.

Bo to trochę tak, że on ciągnie wajchę

do siebie, a jednak pchamy ten wagon

w przód, jakbyśmy wrzucali bieg ducha,

w jego głód. Puf, puf. To jedziem, w końcu

miejscem docelowym są konstelacje,

to w nich znajdę wszystkie te przystanki,

które rozmyłem w biegu.

 

 

Krzysztof P. Mierzejewski

 

Elegia do Zielonej Ziemi

 

Woda była ciemnobrązowa. Miała kolor czarnej herbaty. Brudnobursztynowy. Poczułem strach. Przez most przechodziło jeszcze trochę ludzi, ale nie widać po nich było napięcia. Jak gdyby byli zupełnie nieświadomi. Jakby dla nich nie wyglądało to jak apokalipsa.

– To przez podniesienie się temperatury – powiedział mężczyzna obok, na co ja potaknąłem.

Ale co to właściwie było? Zgnilizna? Martwe plechy i pozbawione życia, galaretowate ciała ryb? Rozpadające się w swoich okrywach włókniste pozostałości skorupiaków? Ciągnące się w rozkładzie mięczaki i mnóstwo tych niewidocznych istot, których życie właśnie zgasło, i które przez swój brak stały się widoczne? Czy ten kolor to był wywar z ich śmierci?

A może jakieś nowe, agresywnie rozprzestrzeniające się algi, które wcześniej wegetowały na jakimś marginesie, nagle zdominowały cały ekosystem, tak, że się zawalił i zanim one same przestały istnieć, przez krótki moment stały się jedyną żywą populacją w całym morzu?

Zdziwiony zauważyłem jednak, że wcale tak nie jest. W połowie drogi przez żelazny most zauważyłem, że w brunatnej wodzie, przy przybrzeżnych skałach, z których ustąpił lód, pływają jeszcze jakieś niewielkie rybki, wielkości płoci. Chciałem krzyknąć, że morze jeszcze nie umarło, że przecież coś tam żyje, a nikt z idących przez most tego nie widzi, ale tego nie zrobiłem. Zrozumiałem, że każdy z idących w tę stronę co ja, ku brzegowi, też to zauważył. Nikt jednak nie wołał. Wciąż żywe rybki w tej wodzie o kolorze śmierci, wyglądały jeszcze straszniej, niż gdyby w zbiorniku zalegał sam płyn. Bulion, ugotowany z życia.

Przed nami widać było lód, nawet całe góry lodowe. Przed dziesiątkami lat musiałbym mieć chyba na sobie puchową kurtkę, tak samo jak ci wszyscy ludzie, którzy też podążali na stację, po drugiej stronie mostu. Ale wszyscy mieliśmy na sobie co najwyżej bluzy albo dość cienkie wiatrówki. Jedna dziewczyna nosiła jeansową kurtkę, taką, którą moja matka nazywała „kataną”. Kiedy przeszedłem już przez połowę długości mostu, dostrzegłem też, że pociąg już czeka. Wagony wyglądały całkiem zwyczajnie, niebieskoszare, z dachem o przekroju spłaszczonego kapelusza jakiegoś grzyba. W każdym razie zawsze mi się z tym kojarzył.

Na końcowym odcinku mostu poraził mnie widok błękitnego jeziora, które właściwie ciągnęło się jak kolejne morze. Było tak czyste i nieskalane, że obudziło we mnie jakiś najpierwotniejszy rodzaj nadziei. Podobno moimi przodkami były zwierzęta, które pewnego dnia wyszły na ląd, a ich dzieci, czy raczej dzieciichdzieciichdzieciichdzieciichdzieci się na nim zadomowiły. Zrozumiały, że na lądzie może nawet da się oddychać i znaleźć pożywienie. Teraz sam stałem przed tym jeziorem, które przypominało mi o dawnym domu istot, które w jakiś niewyobrażalny sposób były ze mną związane i z których podobno się wziąłem. Teraz ja chciałem się zanurzyć i odkryć w tej kałuży czystej wody to, co one odkryły kiedyś, stąpając po ziemi. W przeciwieństwie do nich nie miałem jednak tyle czasu.

Bazaltowe skały nie różniły się za bardzo od powierzchni mostu. Szło się po nich tak samo. Były tak samo twarde, dawały takie samo wrażenie stabilności. Wydawały się jednak cieplejsze. Nie czułem ciepła, ale to, jak widziałem światło słońca ocierające się o ich wybrzuszenia i wlewające się w ich bruzdy, sprawiało, że było w nich coś miłego i przyjemnego.

Nie pamiętam już, po co miałem wsiąść do pociągu. Stał za mną, sapiąc i chrzęszcząc, kiedy maszynista sprawdzał przed odjazdem sprawność mechanizmu. W razie czego mogłem szybko podbiec i wsiąść do wagonu, choćby tuż przed samym odjazdem. Nigdy specjalnie nie przejmowałem się przepisami bezpieczeństwa. Wiadomo, że były trochę na wyrost, a ja dodatkowo nie potrafiłem poczuć, że to, przed czym mają chronić, zagraża także mi. Miałem przecież swoje własne kalkulacje. Odszedłem jeszcze od torów, zbliżając się do krawędzi skał, które tworzyły urwisty brzeg jeziora.

Najpewniej był tam kiedyś lodowiec. Dopiero po dłuższej chwili zauważyłem na wschodnim brzegu ludzi, którzy w miejscu, gdzie brzeg był niższy, skakali i wchodzili do wody. Było tam nawet trochę lodu, który wyznaczał granicę ich kąpieliska. Nikt nie nurkował pod lodem. Niektórzy mieli na sobie gumowe płetwy i czepki. Z daleka sprawiali wrażenie nowego rodzaju ludzi, idącego za myślą, która pojawiła się także w mojej głowie – że można jeszcze po prostu zanurzyć się w wodzie. Że można jeszcze wrócić.

Ewa ubrana była w pasiasty sweter i ocieplane jeansy z podwiniętymi nogawkami. Włosy splotła w warkocz. Zauważyłem, jak nadchodzi, kiedy półleżałem, opierając się o bazaltową skałę i próbowałem odłamać z niej coś, co wyglądało jak skamieniała odbitka prehistorycznego zwierzęcia, które w momencie śmierci znajdowało się na czymś, co przypominało plechę albo liść. To zabawne, że nawet teraz chciałem to posiadać. Nie wiedziałem nawet, czy to zabronione, bo w końcu nie byłem w swoim kraju, a nawet jakbym był, to takie rzeczy chyba należą do państwa. A przynajmniej rości sobie ono prawo do tego. Tworzy prawo do tego.

– Zobacz, to chyba amonit albo coś w tym rodzaju – powiedziałem w momencie, kiedy prawie udało mi się oderwać tę odbitkę od reszty skały, zupełnie jakby naprawdę była czymś zupełnie odmiennym.

– Dużo tu tego. Cały brzeg jeziora to jakieś skamieniałości – zgodziła się ze mną.

W końcu mi się udało. Sam byłem zaskoczony, bo przecież nie miałem ani narzędzi, ani nadludzkiej siły, żeby odłamywać skały od innych skał. Już samo takie stwierdzenie brzmi jak opis mocy jakiegoś herosa czy półboga. Trzymając w rękach odbitkę, zagłębiałem w niej swoje palce. To było jak forma do odciskania kształtów, puste rowki, z których jakby coś wyparowało. Nasze dłonie spotkały się w jednym z nich, a nasze kciuki stykały się na chropowatej odbitce plechy albo liścia. Spojrzałem jeszcze w górę. Po drugiej stronie jeziora szczyty gór były nagie i czarne, ale za nimi wyróżniał się zestalony błękit góry lodowej.

Kiedy usłyszałem kolejne sapnięcie lokomotywy, stwierdziłem, że jednak wsiądę.  Czułem, że zdążę przed odjazdem.

 

 

Szymon Horała

 

Morze

 

Wykręciłem oko do wnętrza czaszki

Puściłem je w podróż w rejon

Gardła, krtani, cofam

Przełyk. W uszy igiełki

 

Powoli coraz mocniej wbijają się

Na skutek tegonocnych

Pisków, skowytów, alarmów

 

Krwotok zewnętrzny, ciało

Zbrukane czystymi intencjami

Ich efektami, limfa, nafta, krew

Opada i kręci się, wierci wciąż

 

Żywy język między nogami

Ociera się koniuszkiem o

Kostkę, w dół na piętę

 

Ostatnie podrygi dzisiejszego

Słońca stopiły się z

każdym poprzednim dniem

W ruinach rozumu

 

Ostatnie czym karmiło mnie

Niebo nie nadawało się

Do spożycia,

a

jed

nak

 

 

Zde(r)material

 

Urodziłem się czysty i w czystości żyłem. Nigdy nikomu nie podkładałem nóg, jak coś nie mojego znalazłem, to zgłaszałem, że chętnie oddam. Ostatecznie oddałem też to, co moje i co mnie tworzyło. Rozczłonkowałem się i dałem zamiast sznura pereł sznur zębów (przeżartych i niedoleczonych), dałem paznokcie na broszce, rzemyk z własnych włosów. Moje mięso pojedli, z kości szpik wyssali. Sprowadzili mnie do roli czystoastralnego bytu lub subatomowej istoty. Dalej jestem czysty.

 

 

Zagrywanie na pięć lat do tyłu 

 

Wije się psem w

Łóżku pościeli wszech

Wiedzących oczach wszech

Świata całego wpatrzonych

 

Jak dusza ulatuje przez oczy

Usta i nos, pustoszenie

Głowy wietrzenie jak

Pomieszczenia po nocach

Śniące sny o metrach kwadratowych

 

Wyję do dłoni ścian z

Palcem dla oka uchylonym

Drzwi wpuszczają więcej powietrza

Równoważy się stosunek

Tlen dwutlenek

 

Młyn miele nie synteza

Wtapiam się w materac

Ślady tkanek w bawełnie

Rozdrapane resztki spod

Paznokci się sypią

Młyn mielenie synteza

Upłynniam się pod szklanki

Szukając kształtów wygodnych

Nurtów spokojniejszych

Młynmielenie synteza

Przechodzenie w pokoje

Przedpokoje, wieszaki

Rumowiska ze ścian

Młynmieleniesynteza

Pościelenie

Pościelenie

 

 

Postmortem

 

Spojrzeć słońcu w oczy wejść mu

w drogę i cień, od ciem uczyć się

Tańca na chwałę iskier ostrości

dać odejść, dać się zgubić

przestać

 

 

Piotr Dardziński

 

Niebieskie Jordany

 

Ostatnia zima. To, jak idziesz w tych swoich nowych niebieskich Jordanach. Tak pięknych butów nigdy nie widziałaś. Długo na nie zbierałaś, trochę ci dołożyłem. Idziesz, ostatni śnieg topnieje przy drodze. Zostało go jeszcze trochę po bokach, ale zgarnia się go za każdym razem, gdy pada…

Widzę to wyraźnie, tak jak teraz widzę rowerzystę, który musi trochę zwolnić, bo ktoś postawił hulajnogę w poprzek parkowej alejki. Gdybym wówczas wiedział, że to ostatnia nasza zima… Ale nikt nie wie takich rzeczy. Codzienne sprawy, brak uważności podyktowany pędem życia, czymkolwiek, żeby tylko nie być tu i teraz. Co by to wtedy nie było, nie miało szans z tym, co u mnie. Niepowtarzalne. Żadne z twoich miesięcy, tygodni i dni poprzedzających tamten czerwiec nie mogło takie być w moich oczach.

Można przegapić życie, nie tylko z powodu nieuważności.

Nigdy bym się nawet nie zbliżył do takiej myśli, że może to być twoja ostatnia zima. Choć możliwe, że ty już wiedziałaś. Stąd te buty. Dlatego chciałaś wyjątkowej oprawy, oczywiście nie ze względu na buty, tylko na siebie.

Zasługiwałaś na wieczny błysk trwania. Zawsze. Dla mnie jednak ta sytuacja wtedy nie była czymś szczególnym. Ot, normalne, zimowe popołudnie. Siedemnasta w nocy. Gdzieś wychodzisz.

Pytasz się: No i jak te buty?

Ja coś tam kiwam głową, ale głową jestem w innych fabułach.

A, to dobra, odchodzisz, kryjąc smutek z powodu braku zainteresowania twoim światem. Jakbyś dobrze rozumiała, że są inne uniwersa oprócz twojego i to właśnie do nich mi spieszno. Do tych innych narracji, których za cholerę nie możesz zrozumieć, masz dopiero dziewiętnaście lat.

Dziś wiem, czegoś zabrakło. Pauzy, przekierowania myśli, popatrzenia na siebie dłużej… Znalazłem później taki wiersz Kamili Janiak:

 

jeśli wierzyć drzewom, nie mamy się co

spieszyć.

czubek topoli za oknem widział na tyle

dużo,

że radzi nam spokojnie czekać.

zjedzmy więc razem obiad i jeszcze chwilę

popatrzmy na siebie.

 

Jeśli wierzyć drzewom, Zuzia, to tamta chwila położy się cieniem na moich dalszych losach…

Ale daj już spokój, tato! Luz. Nic się nie położy cieniem na twoim dalszym życiu, jeśli teraz mnie uważnie wysłuchasz. To były tylko głupie buty, a ty wjeżdżasz mi tu od razu z wierszem o drzewach, które każą czekać, jeść obiad i długo się patrzeć na siebie. Głupie buty. Nie było dla nich wystarczająco miejsca. Nie było już jak mnie upchać w tobie. I tyle! Inaczej nie umiałeś. Teraz próbujesz nadrobić tamto i jeśli ci to pomaga, okej, choć dla mnie nie ma to już żadnego znaczenia.

Dobra, dość już o tym!          

Powiem ci lepiej, co u mnie: jak żyję, kiedy już nie żyję; kiedy nie mam otwartych oczu i ust. Powiem ci, co można widzieć, gdy jest się takim mną.

 

Łódź, 09.02.2026, godz. 11:45

 

 

Andrzej Leraczyk

 

*** (słuchajcie)

 

słuchajcie

tego wrażliwego chłopca

który dostał nagrodę

za bycie chujem

słuchajcie jego słów

subtelnych i gładkich

z których każde jest

gówno warte

słuchajcie jego

piosenki:

przebacz mi ojcze

mam grzech

 

 

*** (źrenice)

 

ukradkiem

zaglądam ci w oczy

jakbym w dekolt

patrzył

bardziej sobie wyobrażając

niż widząc

źrenice

sutki

 

 

skóra

 

nie jestem opowieścią

jestem plamą

zbiorem plam na twojej skórze

reakcją alergiczną

stary nubuk

niedbale wyprawiona skóra

tropikalnego kota albinosa

twoja skóra

pod którą buzuje brudne mięso

dzikiego źrebaka

 

 

pale blue eye

 

nie przyszedłem się kochać

przyszedłem rozpętać wojnę

spalić twoją wieś

zapomnieć wszystko

nie będzie mi lou reed pieprzył

o „pale blue eye”

nie będzie pojedynczych westchnień

wyrównanych oddechów

spodziewała się tego

 

 

skóra 2

 

jędrek skóra jestem

pusty, źle wydrążona tykwa

stojąca na regale znajomych ojca

przywieziona z kontraktu w libii

wypatroszony karaś, okoń

z tymi zdziwionymi oczami

że już

nie napiszę dzisiaj niczego dobrego

ani złego, bo pusty jestem

blaszana puszka po towocie

 

 

Emilia Gorzel

 

Sfera pozaziemska, odbiór

 

Wydanie Solaryszy Marcina Mokrego (2025) i sformułowanie idei muzyki ambientowej przez Briana Eno (1975) dzieli pięćdziesiąt lat – wystarczająco, żeby paralele między nimi uznać za retrofuturystyczne (ponieważ zarówno Mokry, jak i Eno czerpią z futurystów w równym stopniu) i odnieść je do świata podlegającego nieustannym transformacjom. Czytane na głos wiersze z czwartej książki poety zgrzytają w zębach i brzmią jak zacinająca się płyta. To punkt wspólny z Eno, który w zakłóceniach dźwięku wydawanego przez szwankujące stereo odnalazł nowy sposób słuchania muzyki.

Dla ambientu kluczowe jest napięcie między pustką a pełnią. Na poziomie muzycznym osiąga się je poprzez wykorzystanie w kompozycjach dźwiękowych skrajnych częstotliwości – bardzo niskich albo bardzo wysokich. Tworzą one ramę utworu, pozostawiając równocześnie lukę po obszarze, gdzie zwykle pojawia się melodia i wokal. Użycie takiej techniki pozwala na uzyskanie wrażenia otwartej przestrzeni, a przecież ambient jest z etymologii i definicji: muzyką otoczenia. Utwory zamieszczone w Solaryszach także operują zarówno pełnią, jak i pustką. Teksty gromadzą się na dwóch marginesach – górnym i dolnym. W wolną przestrzeń pomiędzy nimi Mokry wkomponowuje minimalistyczne struktury, literackie partytury, które przerywają ciągłość opowieści ulokowanych nad i pod nimi równanych do lewej, paragrafowych wierszy:

 

Ułożone w konstelacje słowa: audialnie – trzeszczą, a wizualnie – szumią. Przywodzą na myśl, generowany przez różnorodne urządzenia: analogowe, cyfrowe, a nawet generatywne, medialny szum informacyjny, którym interesowano się zarówno w czasach świetności Eno, jak i dziś, gdy pisze Mokry.

W latach sześćdziesiątych Arno Penzias i Robert Wilson odkryli, że szum wychwytywany przez anteny radiowe nie jest prostym zakłóceniem odbiorników, ale elektronicznym odbiciem Wielkiego Wybuchu. Okazało się, że to, co widzimy na ekranie telewizora, kiedy znajduje się w stanie zawieszenia pomiędzy nadawaniem programu a byciem wyłączonym, to echo początku istnienia Wszechświata. Podobną metaforę z powodzeniem wykorzystuje Mokry, czyniąc ze swojego tomu projekt quasisolarpunkowy, w którym wizja rzeczywistości opiera się na połączeniach między ludzkością, technologią a naturą, wpisanych w media cyfrowe od ich powstania – jak biały szum w działanie telewizora:

 

Różanopalca jutrzenka naszej pracy nad światłowodami prowadzącymi do końca. Duszące architektury informacji otwieramy oknami na świat i pytamy czatbota, jak można pomóc mu kaleczyć się o źdźbła, gdy wreszcie poczuje zmęczenie. Zbiory treningowe wyłożymy zbiorami, które będziemy jedli. Niech zakwitnie kwiat. I Michalina, Michalina, Michalina. Mama rozpylona przez płonący po kuchenkach gaz. Tadeusz, którego dawno nie widzieliśmy w łodygach solaryszy, będzie wołał nas po imionach. Anatol. Rozsierdza gniew kwitnący kwit, którym ozdobimy skały narzutowe za tysiąc lat.     

 

Podmiot Solaryszy to zarówno obserwujący przyrodę i rozmawiający z dziećmi ojciec, jak i transhumanistyczna hybryda człowieka, maszyn i kosmosu. Wektor jej rozwoju w toku narracji (bo tom trzeba potraktować jako poemat) kieruje się coraz bardziej w stronę bytu uformowanego raczej na kształt czegoś w rodzaju wielkiej zbiorowości materii niż pojedynczego istnienia. Sugeruje to nie tylko warstwa tematyczna Solaryszy, ale też sposób jej organizacji. Nazwy poszczególnych części: Retencje, Antropiki, Emiter, Migracje i Solarysze, mapują proces transformacji świata (Antropiki-Solarysze), wskazują na próbę zatrzymania przekształceń (Retencje) i zaznaczają nieunikniony charakter zmian (Emiter-Migracje). Tym samym Mokry po części wpisuje w Solarysze również futurystyczną cyberpunkowość: o ile technologia komputerowa i informacyjna nie zniszczy całkowicie świata, jaki znamy, na pewno bezpowrotnie i drastycznie go zmieni. Czy pozostanie w nim miejsce na nadzieję? Wierzę, że tak. Autor Solaryszy pisze przecież z nieskrywanym sentymentem o przyrodzie i człowieku, pomijając w tych fragmentach technologię. Ostatecznie, zamiast apokaliptycznego obrazu zagłady ziemskiej egzystencji, kreuje raczej wizję współistnienia naszego życia z innymi formami bytu – nie zupełnego zniknięcia, ale jedynie zmiany kształtu. Dlatego wierszem otwierającym ostatnią część tomu, tytułowe Solarysze, jest optymistycznie wybrzmiewające Płodzeńe Aleksandra Wata:

 

Na pszestszeńah kosmicznyh, wśrud rodzącyh gwiazd

rozłożymy szpitale i domy rodzeńa,

na psześćeradłah lazuruw ńebieskih

będżemy tryskać kształtami, hwaląc ćę, płodzeńe!

 

Wszak świat jest olbżymią mleczną bryłą

o ńeskończonej liczbie bżuhuw,

gwieźdźistopierśną dojną kobyłą,

ktura karmi kamieńe, rośliny, zwieżęta, ludźi i duhuw.

 

On tryska kształtuw niezliczonośćą […].

 

Transformacja podmiotu z jednostkowego w zbiorowy przeobraża też sposób odczuwania ciała z punktowego w rozproszony. Rezygnujemy z uprzywilejowania zmysłu wzroku na rzecz polisensorycznego odbioru przestrzeni, która może zostać wykorzystana akustycznie – trochę tak, jak byśmy znaleźli się nie na zewnątrz, ale w środku kamery otworkowej, będącej niczym innym, jak rodzajem pudła rezonansowego – jeśli pomyślimy o jej kształcie, a nie pierwotnym przeznaczeniu. Początki nowych mediów wiąże się z fotografią – nie dziwi więc, że to właśnie ona jest w znacznej mierze odpowiedzialna za zmianę percepcji. Zwrot z wizualnego w audialne opiera się nie tyle na użyciu medium dźwiękowego, ile wykorzystaniu mediów wzrokocentrycznych na sposób muzyczny. To, co naprawdę się zmienia, to perspektywa: nie jesteśmy już na zewnątrz wydarzeń, ale w środku nich (eksplorujemy wnętrze camery obscury, oglądając obrazy, doświadczając ich w trójwymiarze, w którym powstają). Akustyczne ujmowanie przestrzeni przybliża nas do zauważenia jej pełnego potencjału, oddalając od jej biernej obserwacji. Migawka aparatu zachowuje się jak cyfrowa powieka, a pierwszym krokiem w stronę transhumanizmu jest moment, w którym fotografik bierze w ręce kamerę. Podmiot Mokrego na początku zdaje się widzieć i pokazywać świat w podobny sposób: jako pocięte, prześwietlone lub niedoświetlone kadry. Szybko władzę przejmuje jednak dźwięk (ptaków, natury-materii, przesyłów danych i pracy urządzeń) i to on wyznacza warunki istnienia tego nowego „ja”.

Podmiot, jako powstała ze wszystkich napotkanych na drodze przemian wielka postcyfrowa materia, sytuuje się dużo bliżej ujęć ekokrytycznych, niż mogłoby się wydawać. Jego byt opiera się na zasadzie zachowania masy i energii, co pozwala wpisać tom w dynamicznie rozwijający się nurt energy studies. To w sytuacji ekokryzysu, również w kontekście węglowego Śląska, z którego poeta wyemigrował, właściwie całkiem pozytywna prognoza. U Mokrego na końcu czekają nas światłowody, kwiaty rosnące bez akumulatorów, druga ręka, kłącze, łącze, kliknięcia, odbiorniki, życie „pośród” i „las porost ludzki”:

 

i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i,   […]   o, o, i, i, i, i, i   […]   i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i   […]   o, o   […]  ‘ , ‘ i, i, i, i i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i, i  […]  o o o o o o o o ……………………..

 

Finał Solaryszy do złudzenia przypomina graficzną interpretację telewizorowego białego szumu w bardzo dużym powiększeniu. Nie twierdzę, że Mokry w Solaryszach odkrył tajemnicę Wszechświata, ale muszę przyznać, że coś w tym znajduję – jeśli nie nagi sens, to konkretne kosmogoniczne wrażenie odbiorcze.

 

Marcin Mokry, Solarysze, Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. T. Karpowicza, Wrocław 2025.   

 

 

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Katarzyna Koza – doktorantka, asystentka w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Zajmuje się ekoposthumanistyką.

 

Julian Kazberuk – poeta, z wykształcenia prawnik, student filozofii, z zawodu bibliotekarz. Laureat nagrody specjalnej w Ogólnopolskim Konkursie im. Jacka Bierezina. Współzałożyciel stowarzyszenia Fundamenty, współtworzy kolektyw organizatorsko-kuratorski Społem fest, współpracuje z grupą teatralną Sedno. Pasjonat literatury, sztuk wizualnych i ich wzajemnych przenikań.

 

Krzysztof P. Mierzejewski – z wykształcenia biolog, student skandynawistyki na UG. Marzy o pracy tłumacza literatury fińskojęzycznej. Pisze prozę i poezję.

 

Szymon Horała – urodzony w Poznaniu, osiadły we Wrocławiu. Publikował m.in. w „Notatniku Literackim”, „składce” i „Fudze”. Z wykształcenia polonista i kulturoznawca, z pasji ornitolog. W ostatnim czasie zainteresowany sound studies, animal studies, a także field recordingiem, który sporadycznie uprawia.

 

Piotr Dardziński – absolwent filozofii i teologii. Mieszka w Łodzi. Były perkusista, obecnie nauczyciel i trener kreatywności. Autor Trucizn, Będzie dobrze i kilku opowiadań.

 

Andrzej Leraczyk – pisarz przed debiutem. Student Studiów Literacko-Artystycznych UJ.

 

Emilia Gorzel – studentka Uniwersytetu Wrocławskiego. Debiutowała tekstem Wenus z obiektywem w „Dzienniku Literackim”. Laureatka Turnieju Jednego Wiersza organizowanego w ramach inicjatywy Las Literatury Księgarni Dosłownej w Lublinie. Miłośniczka beckettowskiego teatru, ambientu i Pomorza.

 

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:

 

Kaja Kędzioł, Zuzanna Madurska, Jakub Famulski, Kamil Figas

 

Kontakt: osmy.arkusz.odra@gmail.com

 

8 ARKUSZ. 3/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

ROZRUCHY, VOL. 1

 

„Trzeba rozkręcić ten 8. arkusz”, dochodzą nas głosy, „Coś się zmieniło, nic się nie chce zacząć”, spływają gorzkie żale, „Wieje nudą, jeżeli nie czymś gorszym”, czają się w cieniach zmarszczone nosy. Słyszymy, że trzeba rozruszać tryby krytycznoliterackiej machiny, więc postanowiliśmy się ruszyć – i pojechaliśmy do Gliwic, rzecz jasna, metaforycznie. Nasz rozmówca był tam na serio, a powodem rozmowy z Konstantym Famulskim była jego rezydencja literacka w ramach świeżutkiej nagrody w polu, czyli Gliwickiej Nagrody Literackiej. Wydaje się nam, że pomysł zwiedzania co ciekawszych wydarzeń związanych z młodymi twórcami sam w sobie przedstawia się ciekawie, dlatego w przyszłości zamierzamy go kontynuować. Uchylamy tym samym rąbka tajemnicy – w jednym z kolejnych numerów sprawdzimy stan młodej polskiej prozy, również w kontekście gliwickiego wyróżnienia, tyle że w innej kategorii. A potem? Cała Polska stoi otworem, może zawitamy też do twojego miasta!

Poza tym w Arkuszu przeplatają się głosy krytyczne i poetyckie. Dwie recki, dwa zestawy. Paweł Kałuża omawia debiut Bartosza Dłubały, czyli zdaniem krytyka, poezję potrzebną. Lakoniczna fraza utworów Amelii Pudzianowskiej może posłużyć za wstęp do lektury 5 Szymka Biry, której podejmuje się Zuzanna Krakowska. Całość zamykają mocno wrażeniowe wiersze Grzegorza Ryczywolskiego. Zapraszamy do lektury i  wracamy już do przygotowań odrzańskiego Turnieju Jednego Wiersza im. Urszuli Kozioł, który odbędzie się w ramach jubileuszu 65-lecia „Odry”. Zapiszcie już teraz w kalendarzu datę: 20.03.2026!

 

Redakcja Ósmego Arkusza

 

 

fot. Maciek Bielawski

 

 

 

SŁYSZENIE JEST TĄ PRZECHODNIĄ RZECZĄ  

 

Z Konstantym Famulskim, laureatem I Gliwickiej Nagrody Literackiej w kategorii poezja przed debiutem książkowym, rozmawiają redaktorzy „Ósmego Arkusza”.

 

Kamil: Konstanty, Opowiedz o wrażeniach z twojego pobytu na rezydencji literackiej w Gliwicach? Jesteś zadowolony? Co sądzisz o tego rodzaju inicjatywach?

Konstanty Famulski: Dla mnie to był przede wszystkim czas bycia obcą osobą w obcym mieście i testowania różnych lokali, w których można tutaj pisać – i po prostu pisania. Szwendałem się, bo po pierwsze, ja nie umiem pisać tam, gdzie śpię, a po drugie, był remont za ścianą [śmiech]. Ale już się skończył. Był to dla mnie całkiem twórczy czas. Przy okazji uczestniczyłem w kilku eventach, które Krzysztof Siwczyk organizował we współpracy z miejscową biblioteką. To też było ciekawe: usłyszeć, jak Marcin Mokry „performuje” swoją książkę czy spotkać się z uczestnikami warsztatów literackich, być nagle „po drugiej stronie”. Skłoniło mnie to wszystko do przemyśleń na temat własnego miejsca w świecie literackim. Rok temu byłbym uczestnikiem, a teraz bywam gościem – nie wiem jeszcze, jak się z tym czuję i jak zmienia to optykę.

Czyli było raczej produktywnie. Takie odcięcie się od codzienności, od Warszawy, od rutynowych obowiązków – na ile pomogło ci w pracy nad debiutancką książką?

Na pewno pomogło. Sprawę ułatwił fakt, że to jest tekst, który istnieje – w różnych formach – właściwie od dwóch lat. Może to, że byłem w innym miejscu, sprawiło, że trochę inaczej spojrzałem na ten tekst. W sumie jednak takie wyrzucenie w obce miejsce i bycie kompletnie obcą osobą bardziej mnie chyba skłoniły do pisania nowych rzeczy niż redagowania starych. Robiłem i pierwsze, i drugie, ale ostatecznie rezydencja bardziej mnie kierowała w stronę układania nowych wierszy.

Jakub: Co twoim zdaniem tego  rodzaju nagrody czy stypendia dają autorom jeszcze bez książki ? To dobra możliwość pracy nad debiutem czy większe znaczenie miałby gest docenienia wraz ze swego rodzaju turystycznym prezentem?

– Niby to nie jest jedno i drugie, ale przecież nie jesteś zamknięty w pokoju i nie piszesz książki pod policyjnym nadzorem. Wydaje mi się, że dwa aspekty, które wymieniłeś trochę przeciwstawnie, są ze sobą powiązane, szczególnie gdy spojrzymy przez pryzmat tej nobilitacji. Bycie autorem przed debiutem opiera sięna stawianiu sobie w kółko pytania: czy ja się do tego nadaję? Czy ja już jestem w tym świecie, czy jeszcze tkwię w sieni? I to, że nagle pojawia się wyróżnienie, wpływa na pisanie, zmienia układ ścieżek w głowie. Czujesz się przyjęty i nagle inaczej widzisz swoje teksty, kiedy świat ci sugeruje, że teraz to już rzeczywiście jesteś prawdziwym pisarzem.

Kamil: Czyli nagroda pełni funkcję inicjacyjną? Oznacza przyjęcie do społeczności literackiej?

Trochę tak. Nieco hiperbolizuję i nie ma to jakiegoś formalnego wymiaru, ale takie wyróżnienie wywołuje tego rodzaju poczucie.

Jakub: Poparte dyplomem i naszą rozmową na łamach „Ósmego Arkusza”. Wróćmy jednak do wierszy. Twoja dykcja dość różni się od tego, co możemy zaobserwować w najpopularniejszych nurtach  najnowszej poezji,  więc chciałbym cię zapytać o konteksty, inspiracje literackie czy artystyczne autorytety, które widziałbyś jako pomocne w lekturze twoich utworów.

Na pewno jest kilka inspiracji, do których zaraz chętnie przejdę. Ale jeszcze taki asterysk: nie chciałbym przegadywać sam siebie, bo czasami – już mi się to zdarzyło – czytelnik dostrzega w książce coś, czego ja sam nie widziałem, ale okazuje się to spójne z całością. I do tego ładne. Nie chciałbym, już na wejściu określać siebie, że ja to tutaj i stąd i tylko o tym.

Na pewno pierwszym krokiem do pisania była dla mnie młodociana, w sensie: nastoletnia, lektura Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. W ogóle nie potrafię się od tamtego czasu wyzbyć fascynacji poezją, która się powtarza i powtarza. Właśnie powtórzenie przyświecało koncepcji wierszy, gdy zaczynałem je pisać, właściwie stanowiło początek tego tomiku. Powtórzenie było zamierzonym zabiegiem, który coś znaczy i który jakoś działa. W podobnym wymiarze inspiracją okazał się dla mnie Obóz zabaw Justyny Kulikowskiej, chociaż znacznie później, pod koniec pisania. Znów jako poezja, która się wiąże i zapętla w określonej formalnej ramie.

Tym drugim wektorem wiersza jest dla mnie, wcale nie mniej istotna, brzmieniowa warstwa wiersza. Wydaje mi się, że jestem bardziej osobą słyszącą niż widzącą. Dlatego te inspiracje sięgają bardziej w przeszłość, chociażby do Czechowicza, czy do nowofalowców: Barańczaka w eighties’ach, Krynickiego; do tych wszystkich wierszy, które brzmią i to brzmienie ze znaczeniem jest zespolone.

Kamil: Pojawiły się nam tutaj nazwiska i Dyckiego, i Justyny Kulikowskiej, którzy są mocno związani z polską poezją współczesną. W zależności od tego, jak na to spojrzymy, we współczesności zmieszczą się też nowofalowcy. W każdym razie odwołujesz się do polskiej tradycji literackiej. Skąd wobec tego  Arthur Rimbaud, który pojawia się u ciebie i w tytułach wierszy, i w samych utworach, i z tego, co wiem, również w tytule projektu książki?

Pisanie tej książki to był dla mnie proces, który mógłbym porównać do wzrastania Najpierw musiałem mieć ten jeden dobry wiersz, żeby mógł posłużyć za takie nasionko, z którego wyrasta reszta.Albo może: się rozrasta. I właśnie tym pierwszym wierszem okazał się Ten pies imieniem Rimbaud. Czułem, że kryje się w nim coś wyjątkowego, co warto rozwinąć. Trudno mi jakoś logicznie wytłumaczyć, dlaczego akurat Rimbaud, bo to nie jest poeta, który wówczas mnie szczególnie poetycko fascynował. Wydaje mi się raczej, że Rimbaud zainteresował mnie jako ogromna, nieosiągalna figura, która coś znaczy. Interesowała mnie przede wszystkim historia czy też fabuła jego życia. Jako młody poeta wchodzi szybko na Parnas, by równie prędko z niego zniknąć – wyjeżdża z kraju handlować bronią. To mnie zajmowało bardziej niż same Iluminacje.

Jakub: Czyli Rimbaud jako biograficzny mit, legendarny poète maudit, a naprzeciw wychodzą mu w utworach i tytule projektu „metale ciężkie”. Co łączy te tropy, skąd zamiłowanie do czerpania ze specjalistycznego słownika w odniesieniu do tych substancji?

Rimbaud istnieje w warstwie tego, co ten tekst chce opowiadać. A metale ciężkie stanowią warstwę tego, jak tekst chce być opowiadany. To jest materia tego tekstu, jego budulec. I tutaj znowu wskazałbym na Czechowicza, bo chodziło mi może przede wszystkim o brzmienie tej frazy, stąd specjalistyczne, dziwne, trudne do wymówienia słowa: tetraetyloołów czy inne freony… Używane ze względu na ich rezonans. Dzięki nim te wiersze, które są w pewien sposób piosenkowe, nabierają chroboczącej jakości, takich przyjemno-nieprzyjemnych dla ucha właściwości. Ważne, żeby wiersz brzmiał tak, jak znaczy, i te chrzęsty są dźwiękiem historii zawartych w tej książce.

Kamil: A propos wchodzenia na Parnas – chcę cię zapytać o twoje wejście na Parnas nie tyle literacki, ile raczej dyskursywny. W listopadzie 2024 roku w „Dwutygodniku” ukazał się twój tekst Okna szerokie i długie. Narobił trochę szumu w krytycznoliterackim światku i sprowokował parę polemik. Jak się teraz do niego odnosisz? Podtrzymujesz swoje tezy czy może warto by je zrewidować?

Jakub: Dodam, że chodzi  o esej, który postuluje wizję krytyki niezbyt krytycznej. W tym sensie niedaleko mu do Czy możemy się już nie kłócić? Macieja Jakubowiaka, również z łamów „Dwutygodnika”.

Wow! [śmiech] Wydaje mi się, że ten tekst był efektem odchylenia wahadła w drugą stronę. Zresztą chyba nawet, jak się go czyta, to to widać. Esej zaczyna się od recenzji Zeszytu ćwiczeń Joasi Łempickiej, bardzo ostrej krytyki. Myślę teraz, że nietrafionej. Dalej w tekście rzeczywiście nawołuję do krytyki właśnie w duchu wystąpienia Jakubowiaka. I wydaje mi się, że wymowa tego eseju jest wynikiem zachłyśnięcia się tym, że można inaczej. Od krytyka bezlitosnego do „nadwyrozumiałego”. Przeskoczenie z jednej skrajności w drugą. Tak to teraz widzę po tym przeszło roku. Czy to podtrzymuję? Sam nie wiem. Wydaje mi się, że nie bez powodu nie napisałem później zbyt wielu tekstów krytycznych. Może się zraziłem, a może to po prostu nie jest mój świat. Potraktowałem krytykę jako pewien substytut tego pisania artystycznego – ale nie byłem do końca zadowolony z efektów.

Przyznaję, że reakcje na ten tekst, szerokie echo, którym on się odbił, trochę mi ukazało świat krytyczny jako bardzo nastawiony na wewnętrzne wojenki, co mnie osobiście nie interesuje. Pomijam, że co poniektórzy zamiast uważnie przeczytać esej i uznać go za czyjąś osobistą refleksję, na siłę ładowali mnie na szachownicę. Oczywiście, nie twierdzę, że to bez znaczenia, jaką krytykę postulujemy i jaką krytykę chcemy uprawiać. To ważne, ale po prostu  jakoś się od tego światka odbiłem.

Jakub: Jeśli nie ten, to które światy są dla ciebie ważne? Czy warszawskie środowisko literackie, w którym się obracasz, jest dla ciebie bardziej swojskie?

Mieszkam w Warszawie, ale nie jestem tu ściśle związany z jakimś konkretnym gronem ani nie otaczam się wyłącznie poetami. Wręcz przeciwnie. Naturalnie mam przyjaciół i znajomych, ale to nie znaczy,  że jestem przypisany do „Iglicy”,  choć koleguję się z Julkiem Rosińskim.  Swoją drogą, zaprosiłem go kiedyś na śniadanie i nie przyszedł. Nie ma w moim życiu wielu osób, które piszą poezję. To są niemal zawsze przypadkowe spotkania. Może też stąd ta osobność.

Kamil: Zakończmy jakimś optymistycznym akcentem. Wspominałeś parę razy, że bardziej słyszysz, niż widzisz. Jesteś też muzykiem grającym w zespole rockowym. Widzisz połączenie pomiędzy muzyką i poezją, pomiędzy tym, co piszesz, a tym, co komponujesz? Są to dla ciebie osobne sfery działania, czy też w jakiś sposób się przenikają i na ciebie wpływają?

Dla mnie to są bardzo osobne światy. Albo inaczej: tworzenie muzyki jest zazwyczaj inne niż pisanie poezji, bo tam nastawiony jesteś stricte na afekt. Coś może być dużo prostsze, ale w tej prostocie dużo lepsze. A jednak poezja daje inną przestrzeń, bo pozwala na, nawet bardzo odległe, introspektywne połączenia, na które nie ma czasu w czterech, pięciu minutach standardowej piosenki. I to jest w jakiś sposób wyzwalające, że jedno jest lekiem na drugie i vice versa. Jeżeli chce się powiedzieć coś, co jest może prostsze, ale bardziej bezpośrednie i w ten sposób ujmujące, to muzyka stanowi lepsze medium. Można nieraz dostrzec coś naprawdę wartościowego w zupełnie prostej rzeczy, zaaranżowanej w piosenkę. Natomiast poezja jest dla mnie często jakimś psychotycznym szukaniem małej, ciekawej, bardzo tajemniczej i trudnej do zrozumienia myśli. Jest wywoływaniem jej znaczenia przez kontekst innych mocnych słów.

Ale wydaje mi się, że słyszenie jest tą przechodnią rzeczą między dwoma światami. No bo i tutaj, jeżeli coś nie brzmi, to nic się nie wydarza, ani w tekście, ani w piosence.

 

 

Konstanty Famulski

 

Ten pies imieniem Rimbaud I

 

Kiedy miałem już malarię,

dreszcz pokruszył moją skórę, wyłamał ciepło krwi;

 

ale przynajmniej ja jeden wiedziałem,

że Rimbaud nie złożył broni nigdy, pisał wiersze po sam kres,

 

aż umarł wraz ze swym wiernym, najwierniejszym psem,

z tym psem imieniem Rimbaud.

 

 

Ten pies imieniem Rimbaud, który dał mi malarię

i uwagę do prozaicznych rzeczy,

faktycznie mógł być komarem, kiedy przebijał cienką tkankę,

gdy przykładał lufę.

 

 

Osoczone rany po ołowiu kulach, przejarzone na zawał serce

lizał pies imieniem Rimbaud, ten pies miał malarię.

 

Wykrwawiałem się, za światłem wystrzału rzucony:

ten pies miał malarię, gdy lizał imieniem Rimbauda.

 

Kiedy sprzedawał proch, przypomniał sobie Rimbaud

o psie Rimbaudzie i wystrzelił w tlen honorową zań salwę.

 

Kiedy na malarię prochy przyjmował, Rimbaudowi

przypomniał się ten pies imieniem Rimbaud i zawył on nad swym psim losem.

 

Ten pies imieniem Rimbaud III

 

Nie pytaj: dlaczego jem prochy, spytaj: czy mi smakują,

leżę rozbity w tropikach, trącę nosem Rimbauda, on na to:

 

nie pytaj: dlaczego połykam ogień, spytaj: czy mnie pali,

patrzę na poparzonych, mnie ogień traktuje jak przyjaciela,

 

kłuję Rimbauda, on na to:

 

nie pytaj: dlaczego piszę, spytaj: czy się składam z tego psa Rimbauda,

który ubiera płaszcze z kryształu, a strzelby schodzą wyjątkowo dobrze.

 

 

Ten pies zawył z bólu, kiedy go zarzynałem, sikał hemolimfą.

Ten komar imieniem Rimbaud patrzył wrażliwymi oczyma

komara, który nigdy już nic nie napisze, aż Rimbaud

załadował Rimbaudowi strzelbę i karał prochem i ołowiem

Rimbauda, ten Rimbaud bez nogi i na samym już kresie myślał:

 

byłeś mi boże, boże byłeś mi zupełnie skurwiony.

 

 

Do niego się zwracam, on na to:

 

przecież ten Rimbaud nie musiał być wcale

psem, ani komarem, ani poetą tym bardziej.

 

 

Chorał ołowicy I

 

Toluen: chodzę wciąż po lustrze, ja: metaloorganiczny,

więc kiedy mówisz: mnie nie ma, ty: czteroetylek

ołowiu, wycałuj mnie do kwarcowego bulionu

czaszki i zszargany będę twój na zawsze.

 

 

Eter: sieć kryształu pod kopułą, okadzona na benzynowej myśli,

będę wtedy metaloorganiczny; wypełniony freonem

mogę być nawet niepalny, kiedy tetraetyloołów podajesz

w śmiertelnych pocałunkach, dawkowane wciąż pachną naftą.

 

 

Trójchloroetylen: kryształowego bulionu spróbujesz, zalej w czaszkę ołowie.

Przez lustro zobaczysz strach, ale nie rozczaruj się spojrzeniem na

mnie; ty, metaloorganiczny twój oddech, gdy rozkruszasz

żelazny kościec i karzesz mnie, a w tobie się kochać.

 

 

Ulice donikąd, mógł być mój wzrok II

 

Wiersz zgiąłem wpół, na odbitce wyglądał tak samo,

palindrom konstruuje ze srebra czarnego, białego ołowiu.

 

Mój boże narodzenie przerywałem, jak przerwali mnie wpół,

 

 

może, gdyby mnie to ruszało, byłoby prościej.

Zająłbym się czymś pożytecznym, połączyłbym odległe trasy:

 

droga przez eter, toluen, trójchloroetylen, kable aż do

Moskwy, Warszawy, Doliny Śmierci – wiecznych miast,

 

gdzie rosły pomarańcze.

 

 

W moim rodzinnym mieście zdarzają się,

wgryzione w ulice – wgryzione boże

 

narodziny, właśnie na nich jeździł tramwaj,

właśnie w nim jeździłem do przyjaciół,

 

dawaliśmy sobie po kablach w tramwajach,

za szkłem bordowe tropiki, na narodzenie

 

dojechaliśmy na Dworzec Świebodzki,

który boże, byłeś zupełnie skurwiony.

 

 

Paweł Kałuża

 

MAMO, PODMIOT PĘKŁ W SALONIE

 

Na polu hula wiatr, w całej wsi nie pali się ani jedna latarnia. Pojedyncze postacie przemykają w cieniach zbrukane, zgarbione. Gdzieś w oddali szczeka pies. Nie spadły bomby, ludzi nie wybiła zaraza, AI nie przejęło kontroli, ale świat się skończył. Skończył się, bo coś uśmierca bloki pozbawione miasta które ktoś wzniósł / żeby funkcjonowały dawały schron (s. 26). Świat się skończył, bo zlikwidowano PGR-y. Książka żeby dawały schron opowiada historię takiej właśnie apokalipsy. Bartosz Dłubała w swoim debiutanckim tomiku mówi o wszechogarniającym, cuchnącym rozkładzie. Kataklizm ma twarz umorusanego chłopca, który niby się uśmiecha i bawi, ale w rzeczywistości przymiera głodem i zaraz zagryzie go wściekły kundel. Za tą twarzą kryje się jednak znacznie szerszy obraz. Dłubała pokazuje gnicie nie tylko tkanki biologicznej, ale też społecznej, niedającej się zredukować do określonego pokolenia czy płci.

W tej postapokaliptycznej poezji degradacji uległy również tożsamości. Poeta korzysta co prawda z chłopięcego imaginarium (dzidy, prześwitujące sukienki, zabawy w śmierć, siusiaki), ale skonstruowany podmiot chłopcem już dawno nie jest, o ile kiedykolwiek nim był. To podmiot pęknięty, rozlany, obejmujący swoją ontologią wielopokoleniową rodzinę, zwierzęta gospodarskie i całą wieś. Ta tożsamościowa ambiwalencja osoby mówiącej odbija się w języku. Podmiot jest poddawany presji z każdej strony, więc jego język staje się bardzo napięty, skupiony w małym centralnym punkcie, jakby zgnieciony: drapie linie papilarne będzie to samo / zwierzę w środku nocy budzi wyje (s. 7). Negatywny afekt jest tu stricte fizjologiczny, a określenia takie jak „wstyd” czy „strach” są w języku żeby dawały schron etykietkami przyklejonymi do bólu brzucha, drżenia rąk i smrodu spoconego ciała. Czasem podmiot wraca do swoich wspomnień, podejmuje wtedy próby rozprężenia języka lub wiersza. W tym celu używa przekleństw i koślawego humoru: wściekle wymalowane siusiaki na ścianach szkoły / tworzą mozaikę brakuje pizd (s. 10). W kontrze do lęku stawia gniew i śmiech. Jednak te dwa ostatnie nie są szczerymi emocjami, są celowym działaniem, wypadają sztucznie, czasem nawet niezręcznie. W tych żenujących zabiegach osoby mówiącej, która chce się otworzyć, ale nie potrafi, objawia się świadomy ruch autora, a u czytelnika wzmaga się fizyczny dyskomfort, który towarzyszy całej lekturze. Rzut kamieniem dzieli tutaj zażenowanie od obrzydzenia.

W wielu wierszach pojawia się trop maladyczny, wszechobecne są wysypki, wścieklizna, otwarte rany.

 

[…] ponad łętami wzniesiono słupy wysokiego napięcia i kilka bud

pilnowała nas sąsiadka żebyśmy nie próbowali pryskanego do foliówki

urosną parchy w gardle jeśli weźmiecie na barki

łupnie wam w krzyżu tak że skrzywi cały kształt

(s. 23)

 

Choroby dotyczą każdego: babci, matki, ojca, nawet zwierząt gospodarskich, i są widoczne jak na dłoni, wydają się warunkiem koniecznym życia. Takie motywy nader często pojawiają się w polskiej poezji, ale rzadko zdarza się, aby były rozgrywane aż tak dosadnie jak u Dłubały. Jeśli zestawić żeby dawały schron z inną książką poetycką, która uderza w podobne tony, Snami uckermärkerów Małgorzaty Lebdy, ta druga wypada niemal sterylnie. U Lebdy choroba ludzi i cierpienie zwierząt są kategoriami estetycznymi i służą upodmiotowieniu, u debiutującego poety widzimy coś zupełnie odwrotnego – cierpienie nie uszlachetnia, raczej ogłusza i wyłącza jakąkolwiek sprawczość. Cierpiący stają się przedmiotami, a zwierzęta to nie bracia i siostry. Są one w najlepszym wypadku jedzeniem, w najgorszym zagrożeniem. Ta zupełna demitologizacja i odarcie z estetyki to ruchy przemyślane, mające swoje precyzyjne zastosowanie.

Podobnie jest z uprzedmiotowieniem podmiotu, które najbardziej rzuca się w oczy, jeśli porównamy książkę Dłubały z giftem. z Podlasia Justyny Kulikowskiej. Już sama dedykacja w tomiku poetki podsuwa pewien interpretacyjny trop: dla siebie i jednostek dyspozycyjnych. Podążając tym tropem, zauważymy, że w gifcie zdecydowanie częściej pojawiają się czasowniki w pierwszej osobie liczby pojedynczej. I tak, pomiędzy tymi dwoma zbliżonymi tematycznie książkami, tworzy się wyrwa. Krzywda u Kulikowskiej, chociaż uniwersalna, jest zawsze doświadczana przez bardzo wyrazistą, rozgniewaną jednostkę, natomiast u Dłubały wynikające z marginalizacji cierpienie obejmuje całą organizację społeczną. Ujawnia się tutaj siła poetyckiego projektu, który pokazuje, że krzywda, nawet jeśli odczuwana indywidualnie, zawsze uwarunkowana jest systemowo.

W samym środku zwrotu ludowego Dłubała nicuje fascynację wiejskim pochodzeniem i wywleka na wierzch podszywający ją abiekt. Nie ma tu miejsca na wrażliwość czy współczucie, wszystko sprowadza się do wykluczającego obrzydzenia. Wykluczenie to w tomiku jednocześnie przyczyna i skutek nędzy, bo wieś z głodu pożera swój własny ogon. Komunikacyjnie, ekonomicznie i politycznie odcięta od świata, zdewastowana kraina staje się więc polem poezji mówiącej, że było i jest źle, a będzie jeszcze gorzej. Pozostając uwikłanym w tematykę zwrotu ludowego, Dłubała jednocześnie zgłasza poważne wątpliwości wobec jego założeń. W żeby dawała schron chłopska tożsamość i wiejska opowieść o krzywdzie nikogo nie zbawi i nie zrobi tego, co mogłyby zrobić brakujące środki komunikacji publicznej, lekarze czy możliwości rozwoju zawodowego. Poezja Dłubały zręcznie balansuje na granicy pornografii cierpienia (ale jej nie przekracza) i przez swoją czystą negatywność wywleka na wierzch brak jakiegokolwiek pozytywnego programu dla polskiej wsi. To poezja mówiąca, że słońce sprywatyzowano i wywieziono do miast, do których nie kursują autobusy. To poezja potrzebna.

 

Bartosz Dłubała, żeby dawały schron, Wydawnictwo Kwadratura, Łódź 2025.

 

 

Amelia Pudzianowska

 

wyjątek

 

można policzyć na palcach

moje koleżaneczki

co szwendają się

z paznokcia na paznokieć

 

połykają powietrze

jakby przedłużało życie

chcą być jedyne

a nie wiedzą że

sporo jest nawet

liczb pojedynczych

 

 

fermentacja

 

to jest najgorsze bo to prawda

a prawda ma zawsze brzydką mordę

jak siostra która nie odkryła

zabiegów medycyny etycznej

siostra przyszywana

łata na krowę

by się z niej nie ulało

dylematy estetyczne

odkryte w wieku przejrzałym są serem tej ziemi

serem pełnym dziur

których czerń jest skończona

 

 

krąg

 

noszę tę myśl

jak ukołysane niemowlę

dobrze mu ze mną

noszę receptory komórki

neuroprzekaźniki

śpią we mnie myśli

proszę się rozejść

proszę się rozjeść

proszę się rozdziabać

proszę się rozdziobać

podobne zjada podobne

śpi we mnie niemowlę

ssie pierś powietrza

a ja się ulatniam

a ja się utleniam

a ja zasypiam

noszę się z tą myślą

 

 

flow

 

strumień świadomości

strumień świadomości

płyń światło

płyń światłowodem

płyń żyłą cywilizowanego świata

płyń przez gardło

niech się zachłyśnie

niech mlaszcze

strumień świadomości

zaklęcie chorych na wyobraźnię

 

 

Zuzanna Krakowska

BEZSTRATNA KOMPRESJA

Odbiór najnowszej książki Szymona Biry można zacząć od okładki. Widać na niej język, w środku istotną rolę również odgrywa język. Proste przesłanie bez niepotrzebnych dodatków. Naturalnie, nie mamy tu do czynienia z językiem w stanie surowym, lecz poddanym odpowiedniej obróbce. Oszlifowanym w taki sposób, by wydobyć z niego czystą funkcjonalność – tę podstawową, komunikacyjną rolę. Oznacza to skrótowość i stanowcze odcięcie tego, co w przekazie zbędne. 5 czytać można jako eksperyment, który poszukuje odpowiedzi na pytanie, jak bardzo można ograniczyć język, aby nie stracił zdolności do przekazywania treści?

Pisarz uczynił ze swojej poezji sztukę minimalizmu. Każde słowo zostaje tu dobrane z ogromnym namysłem, przetestowane pod kątem wagi, brzmienia i semantycznego tarcia z innymi wyrazami. Dominują wśród nich rzeczownikowe konkrety, które wypierają obrazowe epitety i metafory. Czytając tom, można odnieść wrażenie, że Bira nie pisze wierszy, tylko wytwarza je na drodze redukcji języka potocznego – pozwala odparować temu, co zbędne, aż zostanie tylko to, co istotne.

Książka wyrasta raczej z doświadczania przez poetę codzienności niż z jednego, konsekwentnie realizowanego wątku. Wiersze zawarte w 5 obejmują zarówno wydarzenia ze świata zewnętrznego, jak i prywatne przeżycia oraz refleksje autora. Bira sięga także po inspiracje z innych tekstów kultury (na przykład z Chamstwa Kacpra Pobłockiego, Gry w rasy Przemysława Wielgosza czy filmu Dahomej), traktując je jako materiał do dalszego przetworzenia. W skrócie, na tematykę jego twórczości wpływają rozmaite elementy otaczającej go rzeczywistości. Autor gromadzi je, a następnie kondensuje za pomocą prostego, ascetycznego języka. Wiersz działa trochę jak plik ZIP – treść jest w nim skompresowana do mniejszego formatu, uporządkowana i zapisana w postaci skrótu, który zachowuje pełnię informacji.

Co ważne, ta precyzyjna kompresja pozwala zachować wszelkie niuanse i wrażliwość obecne w perspektywie autora. Szczególnie wyraźnie ujawnia się to w momentach, w których Bira mierzy się z wydarzeniami o realnym ciężarze społecznym i historycznym, na przykład w utworze gambaga:

 

jak ułoży się kurczak może

decydować o losie wytracenia

mocy w oznaczonym

 

miejscu, chociaż niewiele

więcej wiadomo (od zawsze)

 

niż ile te kobiety pochowane są

– nic złego nie grozi w osadach

 

Tytuł wiersza odsyła do Gambagi w północnej Ghanie – jednego z miejsc, w których funkcjonują tak zwane witch camps, „oznaczone miejsca”, czyli obozy dla kobiet oskarżonych o czary. Ich historia opowiedziana została w formie skrótowej, bez publicystycznej dosłowności i uproszczeń. Ta charakterystyczna oszczędność w słowach nie prowadzi wcale do zubożenia treści. U Biry każde słowo po prostu musi udźwignąć jej więcej niż zwykle. Przy tak niewielkiej liczbie wyrazów rozkład sił staje się nierówny, a znaczenie zostaje zmuszone do kondensacji wewnątrz lapidarnych wersów. W tych właśnie miejscach stopniowo odsłania się brutalny mechanizm przemocy ukrytej pod gestami „porządku” i „ochrony”.

„Wytracenie mocy” nie oznacza jedynie straty zdolności magicznych, ale przede wszystkim odebranie sprawczości: prawa do decydowania o sobie, posiadania majątku czy bycia podmiotem. Być może bardziej naturalnym wyborem leksykalnym w połączeniu z „mocą” wydawałoby się „utracenie”. Bira jednak dobiera słowa w tak przemyślany sposób, aby objętość tekstu pozostawała skromna, ale zwiększał się obszar obejmowanej przez niego treści. Słowo „wytracenie” sugeruje proces stopniowy i zwykle występuje w fizycznym lub technicznym kontekście, ale może funkcjonować także w znaczeniu wyniszczenia, a nawet zagłady znacznej części danej populacji. Oba te tropy zdają się działać równocześnie w opowieści o tragedii kobiet w Ghanie.

Podobnie sprawa ma się z „pochowaniem” – z jednej strony słowo to oznacza ukrycie kobiet przed samosądem, z drugiej zapowiada ich śmierć w miejscu rzekomego schronienia. Podkreśla tym samym fikcję tymczasowości pobytu w takich obozach. Teoretycznie możliwe jest ich opuszczenie , w praktyce rzadko komu się to udaje.

Ostatni wers,– nic złego nie grozi w osadach, brzmi jak oficjalna formuła usprawiedliwienia. Ironia jest tu wyraźna i gniewna: bezpieczeństwo dotyczy nie kobiet, lecz społecznego porządku, w imię którego należy pozbyć się „problemu”. Zdanie to można odczytać jako echo języka władzy kolonialnej i patriarchalnej, w którym przemoc to konieczność, a wykluczenie stanowi przejaw troski.

Jak widać, Bira w swojej poezji ogranicza bezpośredni język emocjonalny, ale nie wyrzeka się przy tym samych afektów. Są one widoczne w subtelnych sygnałach, szczątkowych obrazach i napięciach, które między nimi powstają:

 

minka rzednie, tlen-

-wymus (zdaje się), przycina

 

ćwiczenia z niewiedzy

pamięci, cała rączka w

rozbiorze – a tylko

 

słodzisz

24.02.22

 

Data lokuje wiersz w dniu rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Jest oznaczeniem chwili, w której wiadomość o wojnie dociera do podmiotu i wywołuje niemal natychmiastową, cielesną i emocjonalną, reakcję . Urwany oddech, skurcz, zatrzymanie. To jeszcze nie jest złożona refleksja, na nią za wcześnie. Teraz pozostają tylko przymusowe ćwiczenia z niewiedzy / pamięci.

Obraz „całej rączki w rozbiorze” kondensuje sens polityczny i wymiar afektywny. Słowo „rozbiór” w kontekście historycznym oznacza oczywiście brutalny akt zawłaszczenia terytorium. „Rączka” już go dokonuje, już sięga po cudze, już jest umoczona w przemocy po sam łokieć. Jednocześnie można odczytać to jako kolejne odniesienie do reakcji ciała podmiotu: ręka w rozbiorze organicznym, rozłożona na części, pozbawiona funkcji motorycznych, rozedrgana. Nerwowe, poszarpane zobrazowanie objawów somatycznych zastępuje bezpośrednie wyrażenie strachu przed niewiadomą oraz opis stanu świadomości w momencie, gdy podmiot zostaje zmuszony do konfrontacji z tym, co miało być dawno „przerobione” i zapamiętane jako przestroga.

Takie „rozpakowywanie” treści z wierszy Biry wymaga wysiłku i aktywnego namysłu. Na szczęście poeta czasem zostawia czytelnikowi cenne wskazówki, takie jak daty, cytaty i tytuły, które ułatwiają orientację w tekście. Nie są one wprawdzie niezbędne do tego, by móc docenić mistrzostwo Biry w zdyscyplinowanym posługiwaniu się językiem, ale znajomość pewnych kontekstów niejednokrotnie okazuje się pomocna w zrozumieniu tej formy. 5 to wyzwanie, które nie każdemu sprawi satysfakcję. Gimnastyka wielu może zmęczyć, brak natychmiastowych efektów natomiast zniechęcić do dalszych prób. To zrozumiałe, choć w przypadku zderzenia z tak gęstą poezją dobrze jest uzbroić się w cierpliwość i dać sobie czas – pozwolić, by ciężkie wersy „osiadły” w głowie, a potem cierpliwie wracać do tekstu z nową perspektywą. Należy pogodzić się z tym, że ta książka nie jest lekturą jednorazowego kontaktu. Ale może to nawet lepiej, bo z Birą zdecydowanie warto zostać na dłużej.

 

Szymon Bira, 5, Fundacja na rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, Wrocław 2025.

 

 

Grzegorz Ryczywolski

 

[gdybyśmy nie rozbrajali min]

 

gdybyśmy nie rozbrajali min

to z całego pola mielibyśmy do dyspozycji

tylko kilka wąskich ścieżek

 

trudno byłoby oddychać

albo być wściekłym bykiem

oberwaniem chmury

czy tańczącym Śiwą

 

wychodzenie poza ścieżki boli

miny wybuchają

potem leczymy rany ale przynajmniej wiemy już

że mina tam jest

 

dawno temu sami ją tam zakopaliśmy

żeby coś ochronić

teraz możemy wrócić do tamtego momentu

i po trochu rozpuścić ją łzami

 

 

[moja głowa i ciało]

 

moja głowa i ciało

nie dobrały się najlepiej

 

głowa to sprinter

pędzi ile sił

kreśli plany szerokie jak horyzont

chce kończyć stuletnie wojny

wyciągać planetę z rowu

 

ciało z trudem łapie oddech

zwolnij już nie mogę

potrzebuję leżeć w hamaku

wąchać róże

 

pamiętaj sama

padniesz po stu metrach

 

poczekaj na mnie

znajdźmy wspólne tempo

a przebiegniemy maraton

 

 

[po latach okazuje się, że są ludzie]

 

po latach okazuje się, że są ludzie

którzy wcale nie chcą ogołocić mojej lodówki do czysta

a nawet coś do niej wkładają, kiedy zostawiam otwarte drzwi

 

oczywiście są też tacy, którym głód zakłada okulary

wykrywające i rozmazujące rysy twarzy

dla nich jestem tylko anonimowym korpusem bez głowy

więc moja lodówka wydaje im się niczyja

 

ostatnio nasmarowałem zawiasy

teraz dużo łatwiej jest mi ją na zmianę otwierać i zamykać

a nawet regulować to, jak szeroko jest uchylona

 

 

[trudno jest wyskoczyć z pędzącego pociągu]

 

trudno jest wyskoczyć z pędzącego pociągu

nawet kiedy widać, że nie wiezie nas w dobre miejsce

 

w pojedynkę to praktycznie niemożliwe

 

ten pociąg oczywiście chce jechać, po to został stworzony

dlatego w lustrach, którymi wyłożone są jego ściany

nie odbijają się włókna łączące nas wszystkich w sieć

 

pociąg dwoi się i troi, żeby utrzymać nas przy lustrach

wie, że kiedy odwrócimy od nich wzrok i dostrzeżemy te połączenia

będzie mógł tylko patrzeć, jak zaciągamy hamulec i wysiadamy

 

 

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Konstanty Famulski – publikował w „Dwutygodniku”, „Iglicy”, „biBLiotece” i w innych miejscach. Laureat I Gliwickiej Nagrody Literackiej za książkę Ten pies imieniem Rimbaud i inne metale ciężkie, laureat turnieju jednego wiersza „wiersze za 5 dwunasta” w ramach festiwalu Warszawa Wierszy. Mieszka po wschodniej stronie Wisły, w Warszawie.

Paweł Kałuża – pochodzi z Górnego Śląska. Student kultury i praktyki tekstu na Uniwersytecie Wrocławskim. Laureat konkursu na opowiadanie „Fikcja, fiksacja, mistyfikacja” organizowanego w ramach Festiwalu Góry Literatury 2025. Debiutował tekstem krytycznym w „Stronie Czynnej”.

Zuzanna Krakowska – studentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Pisze teksty krytyczne i eseje. Mieszka we Wrocławiu.

Amelia Pudzianowska – robi memy, rolki, frytki, a czasem nawet pisze wiersze. Ma na koncie kilkadziesiąt wygranych konkursów, kilkadziesiąt publikacji m.in. w „Dwutygodniku”, „Książkach”, „Helikopterze”. Reżyseruje, slamuje, prowadzi warsztaty, montuje, a jak potrzeba to i chomika nakarmi. Wydała w 2025 roku debiutancką książkę guzik prawda w Wydawnictwie Biblioteki Śląskiej. Książka została nominowana do 9. edycji Nagrody Literackiej Miasta Radomia.

Grzegorz Ryczywolski – wydał trzy tomy wierszy, ostatni to Wróciłem po miejsce, którego mógłbym ci ustąpić (2022). Aktywista, facylitator, animator kultury, tancerz, performer i terapeuta manualny. Członek kilku kolektywów twórczych. Z wykształcenia psycholog. Mieszka w Ursusie.

 

 

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:

Jakub Famulski, Kamil Figas

Kontakt: osmy.arkusz.odra@gmail.com

8 ARKUSZ. 2/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

PODSUMOWANIA I PROGNOZY

 

Nie tylko przełomy wieków, ale przecież także wejście w nowe półwiecze czy – tak jak w przypadku rozpoczęcia 2026 roku – zamknięcie ćwierćwiecza są zawsze dobrymi momentami, by sprawdzić, w jakim kierunku zmierza literatura. Dlatego w lutowym numerze „Ósmego Arkusza” przyjrzymy się temu, co miało miejsce w polskiej poezji ostatnich dekad, a także temu, co ciekawego wydarzyło się w 2025 roku w literaturze. Jakie zmiany, poetyki i tendencje przyniosło ćwierćwiecze XXI wieku? Co zostało z tych ponad dwóch dekad, czy można mówić o ciągłościach, tradycjach, kontynuacjach? O przeszłość i dalsze losy poezji polskiej zapytaliśmy Barbarę Rojek, Aleksandrę Małecką, Wojciecha Kopcia, Michała Memeszewskiego i Olgę Żyminkowską. Ponadto w części poetyckiej prezentujemy wiersz Anny Adamowicz z jej nadchodzącej książki Marne oraz zestaw wierszy Agaty Puwalskiej, która niedawno wydała swoją kolejną książkę Alis Ubbo. Na koniec przygotowaliśmy recenzję (pozornie) kontrowersyjnego tomu Kubek na tsunami Justyny Bargielskiej; z książką zmierzyła się Karolina Górnicka. Niniejszy numer Ósmego Arkusza jest zarazem ostatnim, który ukazuje się w obecnym składzie redakcyjnym. Dziękujemy autorkom i autorom, a także czytelniczkom i czytelnikom za dwa lata uważnych lektur i dialogu o najnowszej literaturze.

 

Sonia Nowacka, Adam Pietryga

 

fot. Maciek Bielawski

 

PODSUMOWANIA ÓSMEGO ARKUSZA

 

  1. Co ostatnie 25 lat wniosło do poezji polskiej? Czy zaszły w niej istotne zmiany, czy był to czas przestoju? Co przetrwało z poprzedniego wieku?
  2. Co zaskoczyło Cię w literaturze roku 2025?

 

 

Barbara Rojek

 

Trzy człony tego pytania mogłyby posłużyć za trzy części opasłego tomiska, w którym ktoś wystarczająco kompetentny zapewne byłby w stanie udzielić na nie syntetycznej odpowiedzi. Jego praca mogłaby posłużyć przyszłym studentom polonistyki jako podręcznik ćwierćwiecza. Sama chciałabym przeczytać taką książkę. . Stąd też w skromnej odpowiedzi w ankiecie trudno się nie załamać pod ogromem kwestii. Powiem więc krótko: z pewnością zaszły w niej istotne zmiany, gdyż wskazać można wiele nazwisk, bez których trudno wyobrazić sobie współczesną polską poezję. Są to nazwiska zarówno z przełomu wieków, z początku stulecia, a także z ostatnich lat. Jednocześnie wydaje się, że takie wyliczenie dykcji dałoby się w jakiś sposób uczynić kumulatywnym – wskazać, w jaki sposób stawki wcześniejsze pozwoliły na powstanie rozwiązań późniejszych. Dobrze widać to chociażby w zaproponowanej ostatnio przez Wojciecha Kopcia kategorii „postpułkowskiego modelu zaangażowania”, za pomocą którego autor podkreśla współczesną nierozłączność myślenia o stawkach politycznych poezji od kwestii wysokiej złożoności formalnej i samozwrotnej refleksji wiersza nad podmiotem, metaforą, stosunkiem do innych utworów z książki czy cyklu.

 

Z jednej strony jeszcze lepsze, świadczące o ciągłej rozbudowie projektów poetyckich kolejne książki rozwijających się poetów i poetek: Wojciecha Kopcia, Jakuba Sęczyka, Justyny Kulikowskiej, Krzysztofa Pietrali, Kaspra Pfeifera. Z drugiej strony niestety również brak zapadających w pamięć debiutów poetyckich. W obu przypadkach jednak nie można mówić o pełnoprawnym zaskoczeniu: wymienieni poeci należą do najciekawszych współczesnych twórców; brak wyrazistych debiutów zaś zdaje się bolączką wykraczającą poza ubiegły rok.

 

 

Wojciech Kopeć

 

Trudno w kilkunastu zdaniach scharakteryzować tak rozległy okres, wybiorę więc parę zjawisk, które uznaję za najciekawsze i najistotniejsze dla ostatnich dwudziestu pięciu lat.

Po pierwsze: zwrot polityczny. Pisano o nim już wszędzie i debatowano, więc nie ma się chyba co powtarzać – wiadomo, jaką miał swego czasu wagę dla polskiej poezji. Na tym polu szczególnie doceniłbym dykcje, które społeczne i polityczne problemy ujmowały w ramy językowych procedur i struktur: niech będzie Maciej Taranek, Justyna Kulikowska i Radosław Jurczak. Coś, co nazwałbym „postpułkowskim modelem zaangażowania” zostanie prawdopodobnie z nami jeszcze na dość długo, tym bardziej że co najmniej trzy (jedne z ciekawszych) poetyckie książki 2025 roku wciąż w jakiś sposób nawiązują do tej formy wiersza.

Po drugie: ogólnie ujmując, zdecydowanie większa obecność poetyk nawiązujących do historycznej awangardy. Chyba właśnie w XXI wieku polska poezja odnalazła wcześniej nieobecny za bardzo w niej surrealizm i dadaizm. Oczywiście moglibyśmy się spierać o terminologię, ale inspiracje te widać czy to w poezji z okolic Cyca Gada (zwłaszcza u Andrzeja Szpindlera), czy w książkach MLB, Ryby, czy w końcu w dokonaniach Rozdzielczości Chleba i Krakowskiej Szkoły Poezji. Oczywiście w parze z poetycką praktyką szło również wzmożone zainteresowanie awangardą na poziomie naukowym i teoretycznym – to już sprawa zwłaszcza ostatnich pięciu-sześciu lat. Z innej jeszcze strony: swoje ważne miejsce miały poetyki spod znaku konstruktywizmu. Zarówno te wyrastające z minimalistycznej formy, prezentujące często coś w rodzaju komunikacyjnego glitchu, ujmujące wiersze jako plany kompozycji (Natalia Malek, Ilona Witkowska, Szymon Bira), jak i te nawiązujące wprost do przedwojennego konstruktywizmu (Agata Puwalska).

Po trzecie: jak sądzę, dopiero w ciągu ostatnich dwudziestu paru lat wykształciła się formuła książki poetyckiej, która zawiera około trzydziestu wierszy i jest poświęcona jednemu zagadnieniu czy tematowi. Ta formuła miała swoje ciekawsze realizacje (jak choćby Animalia Anny Adamowicz) i mniej udane, w których tematy dają się sprowadzić do prostych haseł o tożsamości czy naiwnego literackiego aktywizmu. Bardzo szerokie zjawisko „powrotu do tematu” (pomysł na takie ujęcie podrzucił mi Radosław Jurczak – dziękuję!) mogłoby być reakcją na paradygmat poezji „niezrozumiałej” – twórczość Sosnowskiego, Pióry oraz autorów, którzy w pierwszej dekadzie XXI wieku pozostawali z nimi w twórczym dialogu (Tomasz Pułka, Marcin Czerkasow), ukształtowaną pod wpływem szkoły nowojorskiej.

 

2.

Zasadniczo niewiele (skoro głównym tematem ankiety jest polska poezja, to ograniczam się tylko do tego poletka). Te książki, wydane w 2025 roku, które uważam za szczególnie udane, nie zostały napisane przez debiutantów, ale poetów i poetki z co najmniej jednym tomem na koncie (Justyna Kulikowska, Jakub Sęczyk, Kasper Pfeifer, Agata Puwalska, Przemysław Suchanecki). Nawet jeśli wychodziły poza dotychczasowe ramy twórczości ich autorów, proponowały coś nowego, to każda z nich raczej kontynuowała ustaloną poetykę niż zrywała z nią. Jeśli chodzi o debiuty – pozytywnie zaskoczył mnie Gap Dominiki Filipowicz. Były też książki, które zaskoczyły mnie w negatywnym sensie. Ciekawił mnie poetycki powrót M.K.E. Baczewskiego, niestety Elegancki przedmiot na biurko okazał się zestawem bardzo przeterminowanych i oczywistych chwytów, które dałoby się sprowadzić do pustej elokwencji w służbie niekończącej się nigdy „gry z odbiorcą”.

 

 

Olga Żyminkowska

 

Od zawsze jest we mnie dziecinna radość z tego, że urodziłam się trzy miesiące przed rokiem 2000. Tak jakby ’99 wiązało mnie symbolicznie z dwudziestowieczną, w domyśle: lepszą generacją. I nawet jeśli tak jest, to przecież pytanie o dwadzieścia pięć lat polskiej poezji stawia mnie w kłopotliwym położeniu.

Myślę nad cezurą roku 2000. Wtedy to Nagrodę Nike otrzymuje Tadeusz Różewicz za tom Matka odchodzi. Wiek XX nie odchodzi jednak razem z matką, która jak wiadomo, zawsze siedzi z tyłu. Dwudziesty pierwszy nadal bawi się w fort-da, w swoim widmowym wykolejeniu. Umyślnie i może wymyślnie nawiązuję do Widm Marksa Derridy, książki z roku 1993. Drugie tysiąclecie nawiedza przecież nie tylko przeszłość, ale i to, co nadchodzi. I nie myślę tym razem o Marksie. Różne były przepowiednie na nowy wiek – odyseja kosmiczna, koniec historii, sztuki, człowieka, wreszcie poezji. Prowadzono rozmowy na koniec wieku i na nowy wiek. Niektórzy nawet, tak jak Thomas Bernhard, każdemu myślącemu człowiekowi radzili popełnić samobójstwo przed przełomem tysiącleci. Coś przecież musiało się zmienić i po cichu fantazjowali o tym wszyscy.

 

A jednak odeszli – dawni mistrzowie, fundatorzy nowych języków, powojenni mocarze. Od Miłosza (2004) przez Szymborską (2012), Różewicza (2014), Rymkiewicza (2022), aż do Miłobędzkiej (2025). Przyszli nowi, bez wojennego tobołka. Można by wyliczać, z pewnością wiele nazwisk na to zasługuje, ale takie litanie zawsze kończą się awanturą, towarzyskim faux pas. Można podzielić ich wszystkich na grupy, wepchnąć do szuflad, ot na przykład: poetki krajobrazu, niezmordowani awangardyści, młodzi neoszamani, slamerzy i performerzy, poeci barykadowi, wyznawcy szkoły z Mikołowa i Krakowa, niestrudzeni kawalarze, poetki powściągliwej frazy, kolorowe queery.

Długo by można na ten temat. Szaleństwo katalogowania to przypadłość literaturoznawców. Dolegliwość smutna, bo kiedyś trzeba postawić kropkę, wyczerpać zbiór, narazić się innym profesorom. Polska poezja, tak jak ją widzę, nie ma dziś głównego nurtu. Istnieją wpływy i nawiązania w obrębie wymienionych kategorii (zresztą tylko pokazowych), z którymi żaden poeta się nie zgodzi. Uszami wyobraźni słyszę już okrzyki sprzeciwu – uzasadnione zresztą, bo każdy broni wyjątkowości swojego idiomu. Nie zgadzają się ze sobą czasem nagrody literackie, których w XXI wieku znacznie przybyło, częściowo zastępując i rozleniwiając krytykę. „Klasycy” z Nagrody im. Gałczyńskiego nie zrozumieją werdyktów Silesiusa i Gdyni, i odwrotnie. Wielu narzekać będzie na Nike i jej głównonurtowe, „lewomyślne” wybory. Niektórzy zachwycać się będą slamami, upatrując w nich ożywczy napój dla rzekomo zblazowanej poezji. Każdy wierszowy potworek może mieć dziś swoich wyznawców, dowodem popularność tzw. open mike-ów. Nie trzeba specjalnej wnikliwości, by stwierdzić, że dzieje się w poezji sporo, nawet coraz więcej, bo i język przeobraża się z szaloną prędkością. Czasy takiej wielości mogą budzić chęć ucieczki, zamilknięcia, zgrywy albo radykalnej nowości. Nie namawiam bynajmniej do popełnienia samobójstwa na przełomie ćwierćwiecza. Może jedynie do wyobrażenia sobie widma ostatniego poety. Tego, który ziewa.

 

Cieszę się z małego powrotu polemik literackich (spór o łzy na łamach „Dziennika Literackiego”, awantura o „šalamunizm” w polskiej poezji czy utarczki wokół ostatniej książki Dawida Kujawy). To na ogół dobry barometr literackiego zeitgeistu.

Niezmiennie kibicuję tłumaczom, którzy przypominają świetne francuskie książki. W tym roku Tomasz Swoboda, Krzysztof Umiński, Mateusz Kwaterko, Jan Maria Kłoczowski – by wymienić tylko niektórych.

 

 

Aleksandra Małecka

 

Ze względu na brak specjalistycznych kompetencji kierunkowych w temacie historycznym zaprezentuję spojrzenie z perspektywy najsubiektywniej osobistej. W roku 2000 miałam 9 lat, wczesne lata dwutysięczne mogę rekonstruować jedynie z opowieści kolegów. Ja sama w okresie nastoletnim z poezji czytałam właśnie wiek XX,: np. Gałczyńskiego, Poświatowską, Barańczaka (obu panów też przekłady).

W kwestii wieku XX wydaje mi się, że sprawa jest prosta – kanon się nie zmieni, może ktoś jeszcze zostanie wygrzebany z zapomnienia (jak to było z Ginczanką) lub odczytany w nowym świetle. Z ciekawostek – wśród młodzieży podobno panuje teraz zajawka na ekstatyczne oblicze Miłosza (Czesława).

Na osiemnastkę (2009) mama kupiła mi wiersze zebrane Świetlickiego – który na pewno już się zapisał w historii literackiej – miałam w planach do nich zaglądać, ale jakoś nie było okazji. Potem jako studentka lingwistyki i amerykanistyki zapoznawałam się z kanonem anglojęzycznym i frankofońskim.

Moja osobista przygoda ze środowiskiem literackim zaczęła się w roku 2012. Wtedy wszyscy przeżywali śmierć Tomka Pułki (istotny, sądząc choćby po już powstałej monumentalnej jak na poetę z jego roczników bibliografii akademickiej). Ze strony Ha!artu pobrano wówczas 80 tys. pdf-ów z jego ostatnim tomem.

Jakoś tamtego lub kolejnego roku w Warszawie zajrzałam na festiwal Manifestacje poetyckie – tamto środowisko poetyckie zrobiło na mnie smętne wrażenie, nie wydało mi się nęcące. Interesowały mnie wtedy ewentualnie wybryki Rozdzielczości Chleba (zostanie jako istotna być może w niszy cyber, podpartej akademicko).

Osobista znajomość z piszącymi jest dla mnie cenna, dopełnia obrazu.

Pierwszym żywym poetą, którego poznałam (koło 2014?), był Konrad Góra, postać (choć jego samego, jak twierdzi, nie interesują recenzje jego osoby). Osobna twórczość Góry odhacza, że przestoju nie było.

Potem moją przewodniczką po krajobrazie środkowych lat nastych stała się Maja Staśko, którą jako reprezentantkę redakcji „Wakatu” (wówczas w pewnych kręgach bardzo modnego) zapoznaliśmy z mężem w Bydgoszczy na jakimś evencie czasopiśmienniczym, a śledziliśmy w sieci już wcześniej jako awanturnicę i mąciwodę.

Tu warto otworzyć nawias ogólnoliteracki: czas ten co do zasady przyniósł przemianę obyczajową w zakresie norm traktowania in personam młodych osób, w szczególności kobiet, ale nie tylko, w środowisku literackim. Przemiana na korzyść. Pewne zachowania, choć nadal niestety miewają miejsce, dużo mniej uchodzą.

Wkrótce po zadzierzgnięciu znajomości ze Staśko, wówczas doktorantką polonistyki, uknułyśmy projekt serii poetyckiej w Ha!arcie, pod modnym wówczas hasłem zaangażowania. Warto odnotować, że szał na zaangażowanie dość szybko się rozwodnił, bo okazało się, że taka zwykła tożsamościówka, jaka święci triumfy po dziś dzień, poetycko nie jest znowu aż taka interesująca, a zaangażowanie można rozumieć tak szeroko, że właściwie jak się dobrze przymierzyć, to każdą poezję można w jakieś zaangażowanie ubrać (przykładem nasza własna komunikacja nt. debiutu Kosendy jako zaangażowanego w dziwność).

Staśko miała świetne rozeznanie, jej typy, które pamiętam z rozmów w tamtym czasie (Pietrek, Janiak) przynajmniej z perspektywy na dziś okazały się trafne. Trzeba oddać jej też sprawiedliwość, że to ona upierała się emfatycznie, że trzeba wydać debiut Kulikowskiej.

Nawias drugi: wyrównała się reprezentacja, ułatwił się w ogóle dostęp do publikacji debiutu, zapewne za sprawą uwarunkowań materialnych – druku cyfrowego.

I nawias trzeci: projekty krytyczne polonistów dziś około trzydziestoletnich – zobaczymy, co z nich zostanie, ale wniosły dużo fajnej świeżości i odrodziły poniekąd koncepcję „projektu krytycznego”, która trochę przymarła jakoś w połowie omawianego ćwierćwiecza. To gra długoterminowa, rozpisana na dekady, ale niektórym obiecująco idzie – pewnie Ci, którzy wytrwają w akademii, mają lepsze szanse podtrzymać projekt.

W roku 2017 poznałam Miłosza Biedrzyckiego i Roberta Rybickiego, który rok wcześniej osiadł w Krakowie (obaj nadistotni!) – ta znajomość okazała się przełomem w moim rozumieniu poezji i poetów, trudno to zwięźle opisać. Stanowi to wycinek ich działań, jednak trzymając się perspektywy osobistej, odnotuję, że panowie włączyli się w różnych rolach we współpracę w Ha!arcie, jako autorzy, mentorzy, redaktorzy, konsultanci i przede wszystkim współuczestnicy życia literackiego, w którym w ich wykonaniu poezja i życie splatają się tak, że trudno wyszczególniać i rozdzielać.

Nawias czwarty: emancypacja kompetentnych poetycko redaktorów po okresie, jak mi się wydaje, bezhołowia z lat nastych, gdzie w wielu miejscach przeważnie jak sobie napisałeś, tak ci wydali, to kolejna warta odnotowania przemiana zaszła w tym okresie.

 

Zaskoczyło mnie jak momentami zabawna jest książka Bez znieczulenia Marcina Kąckiego. A propos – w moim osobistym postrzeganiu polskiej literatury dopełnia się postępująca od jakiegoś czasu emancypacja od oglądania się na gusty stołeczne, dociera do mnie, że to zupełnie inny obieg niż ten, który mnie interesuje. W jakimś sensie zaskoczyłam sama siebie tą przemianą, jeśli porównać, że jeszcze parę lat temu nie byłam wolna od przejęcia w tej sprawie.

Towarzyskie odkrycia tego roku to dla mnie para Łępicka-Kopeć i na powrót Górniak.

Największą ekscytację literacką w całym roku odczułam, czytając opowiadanie Prompt autorstwa anonimowego autora (Anon 77) nadesłane do czasopisma „Ha!art”. Miało taki flow, że już od pierwszych zdań wiadomo było, że to jest do wydania. Piękne uczucie, życzę go sobie jak najwięcej w przyszłości.

 

 

Michał Memeszewski

 

1.

Cóż, po pierwsze: urodziłem się ja, dla mnie to całkiem znacząca zmiana!

Mówiąc poważnie: wydarzyło się sporo rzeczy, ćwierć wieku to przecież w historii najnowszej strasznie długo (i nie wydaje mi się, by była to jedynie kwestia bliskiej perspektywy i niewyselekcjonowanego materiału). Trudno w adekwatny sposób ugryźć taki kawał czasu, tym bardziej nieobramowany żadnymi wydarzeniami, które moglibyśmy uznać za graniczne, wyodrębniające w periodyzacji te ostatnie dwadzieścia pięć lat. W przypadku roku 2000 można by jeszcze wskazać debiut Roberta Rybickiego Kod genetyczny, a 2025 – premierę Kubka na tsunami Justyny Bargielskiej, pierwszą książkę poetycką uznanej autorki napisanej we „współpracy” ze sztuczną inteligencją – ale pierwszy przypadek, choć oczywiście ważny, jeszcze nie stanowi o przełomie, drugi jest zbyt niedawny, by oceniać jego skutki.

Rzecz jasna, spojrzenie na dwie i pół dekady zawsze będzie fragmentaryczne, wybiórcze, ograniczone do wybranych wątków, z których perspektywy można śledzić kolejne sploty wydarzeń; samych tych wątków jednak wyliczyłbym całkiem sporo, a wyodrębnienie ich z grona pozostałych jest arbitralne: wszystko reaguje ze wszystkim. Dlatego ograniczę się do kilku dla mnie najciekawszych.

Po pierwsze: burzliwa trajektoria kategorii zaangażowania (czy szerzej: polityczności) od pojęcia problematycznego, kontrowersyjnego (wypieranego bądź eksponowanego), przez liczne dyskusje i wystąpienia (mam tu przede wszystkim na myśli publikację antologii Zebrało się śliny oraz towarzyszące jej debaty), po rozpowszechnienie, normalizację i krytykę jako zbyt łatwej łatki, za prostego wytrycha interpretacyjnego, pozwalającego ograć kolejne książki poetyckie, dla których polityczny wymiar gestu poetyckiego był nie naddatkowy, ale dla tegoż gestu integralny i oczywisty (od zaangażowania – ale nie polityczności – dystansował się w taki sposób Radosław Jurczak w opublikowanej w 2020 roku rozmowie, towarzyszącej premierze jego drugiego tomiku poetyckiego, Zakłady holenderskie). Zaangażowanie – kojarzone z nim dykcje, zabiegi, konwencje, retoryka – uległo w końcu utrwaleniu i jako takie jest łatwo reprodukowalne; dlatego właśnie poezja slamowa, jak celnie stwierdza Jakub Skurtys w opublikowanym w „Małym Formacie” podsumowaniu debiutów z roku 2024, w swoim politycznym wydaniu tak często wyciąga „średni[ą] statystyczn[ą] albo sam[ą] esencj[ę] literatury zaangażowanej”. Jako moment wyczerpania się kategorii zaangażowania widziałbym właśnie okolice roku 2020, co ciekawe przynoszące jednocześnie nasilenie wystąpień, które podkreślają związek problemów społeczno-politycznych z literaturą (jak antologia Jak długo będziemy musieli, zredagowana przez Ewelinę Krupską i Patrycję Sikorę, czy Dla moich dziewczyn Agaty Jabłońskiej, związane odpowiednio z zatrzymaniem Margot z kolektywu Stop Bzdurom oraz z drugą falą czarnych protestów po zaostrzeniu prawa aborcyjnego). Polityczność w typie „zaangażowanym” nie zniknęła – właściwie to powraca przy każdym rozruchu – ale jako kategoria znacznie straciła i na atrakcyjności, i na operatywności w odniesieniu do nowych dykcji; najbardziej użyteczna poznawczo wydaje się właśnie jako odniesienie do pewnego wykrystalizowanego już modelu, którego wpływy lub spóźnione pogłosy dalej są zauważalne.

Być może zaangażowanie/polityczność to wątek najbardziej wyrazisty, najbardziej wpływowy – to m.in. w zmianie podejścia do myślenia o polityczności literatury Paweł Kaczmarski widzi zjawisko na tyle ważne, by w artykule Jakieś dziwne przeczucie, jak przed świata końcem. Argumenty za nową cezurą zaproponować przesunięcie linii demarkacyjnej z roku 1989 na 2008.

Po drugie: cyfryzacja, restrukturyzująca obiegi i środowiska życia literackiego, przeniesienie części życia literackiego – grup warsztatowych i czytelniczych, czasopism, wydarzeń, zinów, antologii – do internetu. Zjawisko jednocześnie niepozorne (przynajmniej dla osoby, która w internecie spędziła prawie całe swoje świadome życie) i zaskakujące w skutkach. Przynosi bowiem większą decentralizację (ale i dalszy rozpad wspólnoty czytelniczej), nowe kanały i sposoby mówienia o literaturze i jej promowania (choćby Rafał Masny nagrywający serię relacji na Instagramie, na których czyta wiersze – wskazuję na ten przypadek przede wszystkim ze względu na jego surrealność; tiktoki Soni Nowackiej, edukujące w zakresie warsztatu poetyckiego i historii literatury, krytyczny bookstagram Zuzanny Sali czy profil na Facebooku +-1354, publikujący mniej lub bardziej regularnie wiersze oraz fragmenty prozy), większą dostępność do książek i periodyków (udostępnianych niekiedy za darmo), w końcu nowe narzędzia, z którymi eksperymentowali twórcy (chociażby zakurzone już zabawy z hipertekstem), czy nowe nurty poetyckie, które zaistniały przede wszystkim dzięki mediom społecznościowym (jak instapoezja, która ów związek z konkretną platformą sygnalizuje już w samej swojej nazwie). Nie da się opowiedzieć historii tych dwudziestu pięciu lat bez „Cyc Gada” (2005–2009), „Rozdzielczości Chleba” (2011–2018), „Małego Formatu” i „KONTENTU” (niestety tymczasowo zawieszonego; 2017), „Wizji” (już nieistniejących) i „Stonera Polskiego” (obecnie „Sobera Polskiego”; 2018), „Strony Czynnej” (2020) i „Zakładu” (2021), a zatem cyfrowych przestrzeni publikacji i rozmowy o literaturze.

Po trzecie w końcu: rehabilitacja awangard, zarówno tych przedwojennych, jak i powojennych – wbrew całemu rytowi pogrzebowemu, przeprowadzonemu przez Miłosza. Widzimy to nie tylko w przypominaniu zapomnianych twórców i stron historii polskiej literatury (jak w przypadku antologii Awangarda jest rewolucyjna albo nie ma jej wcale, zredagowanej przez Joannę Orską i Andrzeja Sosnowskiego, czy książki Aaa!… 111 wierszy Jarosława Markiewicza, wybranych przez Dawida Kujawę, Rafała Wawrzyńczyka i Jakuba Skurtysa), ale i wyraźnej inspiracji dykcjami dadaistycznymi i surrealistycznymi, konstruktywistycznymi i futurystycznymi; jawnych odniesień i bardziej subtelnych wpływów. Nie sądzę, by literaturę po roku 2000 dało się zrozumieć bez odniesienia do tradycji awangardy.

 

„Zaskoczenie” to dosyć problematyczna dla mnie kategoria, przynajmniej stwierdzanie nie na gorąco, a po fakcie – rozbłyskuje i zanika, pochwycone przez wtórną racjonalizację (zbyt często redukującą masę tego, co możliwe, jedynie do tego, co ostatecznie zostało zrealizowane). Najłatwiej zrekonstruować po czasie zaskoczenia negatywne i ambiwalentne. Dlatego jeśli musiałbym wskazać przynajmniej jedno zaskoczenie – to byłby to wspomniany wyżej Kubek na tsunami Justyny Bargielskiej. Nie tylko dlatego, że powstał we „współpracy” ze sztuczną inteligencją (służącej nie generowaniu wierszy albo ich fragmentów, ale jako rozmówca-terapeuta, w zamierzeniu autorki pozwalający jej na sprawniejszą pracę), ale przez recepcję (mówiąc eufemistycznie: mieszaną). Ale największym zaskoczeniem jest chyba to, jak zwykły to tomik. Nie przewrót sam w sobie, nie awangardowy eksperyment, nie trzęsienie ziemi. Wśród znacznego oburzenia, wypowiedzi krytycznych, napastliwych i defensywnych, po prostu chciałbym się zastanowić, czy do powstania najnowszej książki Bargielskiej w ogóle potrzebna była sztuczna inteligencja, skoro jej zastosowanie nie wprowadza znacząco nowej jakości. W najlepszym przypadku zwiększyło zasięgi przez status pierwszej polskiej książki poetyckiej powstałej przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji.

 

 

PRZEWIDYWANIA

 

Jakie tendencje/nurty/poetyki rozwiną się w poezji polskiej w kolejnych latach?

 

Aleksandra Małecka

– Sensualność/seksualność.

– Jednymi z najciekawiej piszących po polsku poetów są autorzy pochodzący np. z Ukrainy (Jurij Zawadski, Ivan Davydenko) – obecność takich postaci wyjdzie nam literacko, myślę, na dobre.

– Czas porządków, wyborów, poprawionych wydań, reedycji, przekształceń, przetworzeń, przepisywania samemu i przez innych – kuratorowanie masy (nad)produkcji z ostatniego ćwierćwiecza, rzeźbienie w niej. U nas ostatnio i wkrótce: Szaber II Natalii Malek oraz wybór z Edwarda Pasewicza (jeśli przyznają nam adekwatne dofinansowanie – w chwili, gdy piszę te słowa ogłoszenie wyników przez IK opóźnia się już przeszło dwa tygodnie). Fajnie, gdyby porządki i zaczepno-wnikliwy dialog międzypokoleniowy jak w pierwszym rozdziale Pocałunków ludu Dawida Kujawy kontynuowano też w krytyce.

– Mówi się o zwrocie polskim, ale co to dokładnie znaczy, jeszcze się wykluwa.

 

Michał Memeszewski

Tu znowuż narzuca mi się najnowsza książka Bargielskiej, która może stać się precedensem, ośmielającym do większych eksperymentów ze sztuczną inteligencją. Niezależnie od Kubka na tsunami, który przecież nie został wygenerowany przez model językowy, a był tylko psychologiczną pomocą dla autorki w trakcie procesu, prędzej czy później będzie trzeba zmierzyć się na naszym poletku z książkami wygenerowanymi w pełni przez AI, publikowanymi jako produkt sztucznej inteligencji otwarcie lub z pominięciem tej informacji, jako żart, prowokacja lub poważny eksperyment. Ciężko przewidzieć, jak potoczy się to w wypadku oficjalnych obiegów literackich; instapoezja niestety, jak sądzę, jest jednak skazana na śmierć przez utonięcie w generatywnej brei, choćby tylko i przez jej ilość.

Sądzę, że dalej będziemy obserwować rozwój i permutacje dwóch nurtów, zaznaczających się wśród aktualnych tendencji: poststoneryzmu (z braku lepszego określenia) i skupionej na ciele dziewczyńskości. Czyli odpowiednio poezji wynikłej z inspiracji twórcami z kręgu „Stonera Polskiego” oraz (często pośrednio) surrealizmem i dadaizmem, odmiennymi stanami świadomości, chłopackiej i cechującej się pewną wrażliwością na tematy społeczno-polityczne – oraz wierszy operujących na bardzo cielesno-fizjologicznym rejestrze, na płaszczyźnie tematycznej skupione na doświadczeniach młodych kobiet: na procesie upłciowienia, podporządkowania i wykluczenia, ale także tworzenia dziewczyńskiej wspólnoty, wychylającej się za granice opresyjnego systemu (Ola Lewandowska-Ferenc ze swoim debiutem Jesteśmy pierwszą ciemnością tego lata oraz opublikowanym w „Dzienniku Literackim” esejem Dziewczyńskość: ciało, podłości i inne śliczności byłaby tu jednym z bardziej oczywistych przykładów tej drugiej tendencji; przykłady wierszy poststonerowych z kolei najlepiej szukać na ten moment w periodykach, przychodzi mi na myśl choćby Paweł Konar).

 

Na pewno na popularności nie będzie traciła ekopoetyka ani poezja związana ze zwrotem ludowym; już teraz zresztą te nurty często się łączą (np. w książce Urszuli Sikory Trzynasty miesiąc albo książkach Małgorzaty Lebdy czy Urszuli Honek). Być może jednak docieramy właśnie do punktu krytycznego, w którym dochodzi już powoli do przesytu – już teraz obserwujemy wyciąg ze „średniej statystycznej”, stabilizację i reprodukcję typowych cech przypisywanych dykcjom zaliczanych do tych nurtów (czego chyba najlepszym dowodem jest zawsze parodia, w tym wypadku: książka-laureatka pierwszej edycji konkursu na najgorszą książkę  im. Timothy’ego Dextera, czyli Shmrodek. True Polish Eastern European Experience in the Shadow of the Class Trauma and the Story of the Struggle for the Class Advancement Filipa Matwiejczuka i Łukasza Żurka). Jeśli tak, to w konsekwencji ekologia i wiejskość nie znikną, ale będą musiały zostać opowiedziane w inny sposób, za pomocą innych narzędzi, innej estetyki (nie sposób nie wspomnieć interesującej przeciwwagi dla owej zasklepiającej się estetyki w postaci wyróżnionych w Nagrodzie im. Wisławy Szymborskiej żertw Antoniny Tosiek, również autorki głośnej pozycji Przepraszam za brzydkie pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet). I będąc szczerym – właśnie tego nam wszystkim życzę.

A resztę się zobaczy.

 

 

Barbara Rojek

 

Trudno udzielić w tym wypadku satysfakcjonującej dla czytelnika odpowiedzi, bo zdaje się, że owe „dykcje” są zazwyczaj owocem ewolucji idiomów już funkcjonujących lub pewnych przemian w rozkładzie wartości estetycznych. Przewidywania wskazujące na powstanie nowych „szkół” czy „nurtów” są tyleż efektowne, co mało prawdopodobne. Pozwolę sobie jednak na dwie prognozy – negatywną i pozytywną: być może pewien sukces Małgorzaty Lebdy we wprowadzeniu poezji do czytelniczego mainstremu za pomocą nieskomplikowanych form, powierzchowności kontemplacyjnego minimalizmu i estetyzujących obrazów stanie się przyczynkiem dla innych, podobnie mało interesujących, dykcji, które wypełnią jakąś rynkową lukę; być może kolejni poeci zaczną w swoich wierszach podejmować temat możliwości i osobliwości istnienia wiersza, a także gestu jego tworzenia, jako czegoś osobliwego w świecie wypełnionym towarami.

 

 

Wojciech Kopeć

 

Prognozy krytycznoliterackie mają często do siebie, że po kilku latach brutalnie weryfikuje je rzeczywistość. Pozwolę więc sobie zmodyfikować pytanie i odpowiedzieć, jakie poetyki chciałbym, żeby rozwinęły się w nadchodzących latach. Zatem, życzyłbym sobie (i czytelnikom), większej liczby książek ambitnych i pisanych z rozmachem. Używam tak szerokiego pojęcia, bo nie mam na myśli żadnej konkretnych poetyk – ani uchodzących za bardziej zaangażowane, ani bardziej „hermetycznych” czy wyraźnie tematyzujących jakieś zjawisko. Chodzi mi przede wszystkim o skłonność do ponoszenia estetycznego ryzyka, o książki, które nie tyle odpowiadają na „ważne problemy”, co je konstruują; dochodzą do nich i konfrontują z nimi czytelnika, a nie zadowalają się potwierdzaniem lekturowych oczekiwań (a co za tym idzie osobistych doświadczeń, emocji). Żeby nie być gołosłownym – parę nazwisk, które spełniają te oczekiwania z nawiązką: Matwiejczuk, Kulikowska, Domarus, Kaczanowski, Bartczak, Puwalska. Mam też nadzieję, że w najbliższych latach pojawi się w poezji więcej głosów polemicznych, krytycznych, zwłaszcza wobec poetyk modnych, a niezbyt interesujących estetycznie i poznawczo. Szlaki przetarł już Shmrodek Łukasza Żurka i Filipa Matwiejczuka. Życzyłbym sobie zatem: mniej sentymentalnej „ludowości”, nostalgii, chłopackości, banalnej ekopoezji i naiwnego zaangażowania.

 

 

Olga Żyminkowska

 

To pytanie o rozwój, z gruntu więc problematyczne – zakłada, że poezji czegoś chyba brakuje, skoro będzie się rozwijać. Podobnie buńczuczne są „tendencje/nurty/poetyki” – jakby przeznaczeniem poetów był jakiś marsz czwórkami, którego cel da się przewidzieć. Gdybyśmy wiedzieli, czego się spodziewać, moglibyśmy spokojnie czekać na arcydzieło, które będzie przypominać to, co już znamy. Takie, dajmy na to, drugie Życie na Korei. Albo Sezon w piekle vol. 2. Krytyk przewidujący „dalszy rozwój” poezji przypomina trochę anioła historii, który stoi tyłem do przyszłości. Z przodu ruina. A „dalej – dalej ”? „Patrzę w oko smoka. / I wzruszam ramionami”.

 

 

WIERSZE

 

Anna Adamowicz

 

Pensjonareczka:

 

Wokół mostu Szaławiły mgła taka, że kroić

ją nożem w pasma i kłaść na Zacnej – wyglądają jak rzewny

woal, jak łopoczące poły, jak twoja suknia, Zamario, jak ostry

smak twoich ust. Ach, nie, to nie twoje usta, to tylko sukcymer,

który ojciec kazał mi rano wypić, zanim zaplótł mi warkocze,

zanim wyszłam z domu z Bażantem Stróżem, ostrożnie po schodach, bo głupio łamać

 

nogę w tak piękny mglisty dzień. Spójrz, Bażancie Stróżu, jak Zacnej łatwo łamać

barwy ruchliwą taflą, jak łatwo kotłować, wić się, kroić

Marne na lewy brzeg i prawy brzeg. Fale jak rozplecione warkocze,

puszczone luzem sznurki łez w rzewnym

płaczu nad Wiwarium i Lapidarium, jak strugi sukcymeru

przelewane nad Ossuarium i Kolumbarium. A tam już ostry,

 

dźwięczny chrzęst szkła, a tam ostry

stukot obcasów: hutnicy idą w łamanym

szyku do Chryzopraza, jeszcze dopijają poranny sukcymer.

Spoza ich pleców nad Ogrodem Chemicznym nagły ruch kroi

niebo od brzegu do brzegu. Co to, co to?! To kometa mknąca jak rzewna

łza! Patrz, Bażancie Stróżu, kometa ma warkocze

 

(zdają się ciągnąć od Plisy do Lichego) i ja mam warkocze

(choć nie tak okazałe). Kometa gna nad Krainą Podłyżkową, ostro

skręca nad smardz Syrojeżki, która, gdyby nie spała, westchnęłaby rzewne

jaja, rzewne jaja, nomen omen, serce się łamie.

Kometa leci dalej, ku Pałacowi Ofiar Batrachomyomachii, serce się kroi,

na taką kometę nie pomoże żaden sukcymer.

 

Wiadomo, od czego innego jest sukcymer,

od pochwycania cząstek promieniowania w warkocze,

chociaż nie, bardziej w pierścienie! Idealnie skrojony,

tak słyszałam, środek chroniący przed ostrą

chorobą popromienną, która mogłaby złamać

życie niejednej szklarskiej rodziny. Pożywny sukcymer jak rzewny

 

śpiew komety – leci dalej, odbija się w lśniącym, rzewnym

błocie Zacnego Łęgu; czy tamtejsze zwierzęta też piją sukcymer?

Czy sukcymer płynie w żyłach Zacnej? Czy wszystko się kiedyś załamie

jak pokal z defektem, czy wszystko oplotą ogniste warkocze

Plejad Włosażar – nie wiem, choć jeden obraz jest ścichapęk ostry:

najwyraźniej nad Marnem coś się kroi.

 

Na miarę jak łopoczące poły skrojona, choć przedziwna rzewność,

która złapała mnie rano nad ostrym smakiem sukcymeru.

Ojca łamało w kościach, kiedy plótł mi warkocze.

 

 

Tekst pochodzi z powieści wierszem o roboczym tytule Marne. Jest to projekt realizowany w ramach Stypendium artystycznego Prezydenta Wrocławia.

 

 

Agata Puwalska

 

stajnia jednorożców

Widziałam kwiaty głodne mięsa

                                                                                                              Mila Elin, Pogodzenie

 

okrywanie powiek oddzielanie twarzy od widoku

rytm z krzeseł podpełza pod łokcie

bąble z trawy unoszą

 

trwanie przesunięcia w zakresie zegara

ucho staje się różową jaskinią

o parametrach wystarczających by odpocząć

spocząć na nim

 

to tylko tak tyka

 

flakon prowadzi do wybuchu

kwiat wyciąga swój język

unicestwić białe

 

powieki skropić miękko rozciągnąć

choć wskazówek brak

 

 

świadomość mgławicą

 

czy odmienność wyklucza

samotność ciążenie do środka

drugi plan księżyc jak łezka nitka melancholii (zerwać

jak najszybciej)

 

wzdłuż ulicy karłowate drzewa ludzie wciśnięci

w kurtki bo wiatr ukryte strategie (byle

nie nadużywać) nasłuchiwanie syren

 

prowokowanie strun rozwijanie dźwięków

chociaż nie prowadzą

zadurzenie w tym jednym (kaprys!)

 

który utkwił w ukryciu w małżowinie skały

w podsłuchu wydmy

 

 

sen znów jest nic nas nie złamie

 

oczy różne rodzaje:

 

prostokąty małe cętki wielkie talerze albo poziome

kreski podłużne łodzie canoe

zanurzone w twarzy

 

każda para organizuje pustkę opowiada

osadzone blisko

zlewają się w jedno

 

więc w oczach wschód ta delikatność

która pozwala odepchnąć się od ziemi

wejść w życie

 

zajrzeć prowokując:

to było takie na wyrost

to ciągłe sięganie w przestrzeń po to

co się wydarzy

 

uwięzienie w czasie nie doskwiera gdy najpierw

robi się wszystko co wymaga lat

tylko po to by potem

zająć się tym co ogranicza wiek

 

 

RECENZJA

 

Karolina Górnicka

 

W skali Bargielskiej

 

Współczesna poezja polska byłaby w zupełnie innym miejscu, gdyby nie Justyna Bargielska. To niewątpliwie jedna z ważniejszych postaci literackich, która przyczyniła się do zmiany myślenia o słowie pisanym w obliczu przeobrażeń otaczającego świata, ludzkich potrzeb i pragnień. Poezja po Bargielskiej jest bliższa doświadczenia (szczególnie kobiecego). Poetka konsekwentnie rezygnuje z patosu i wzniosłości na rzecz humoru, nawet gdy w wierszach omawia rzeczy ostateczne, obnaża podmiotki, pozwalając im na bycie słabymi, obśmianymi, bezradnymi. W miejscu, z którego przemawia poetka, nikt nie chciałby stać, a jednocześnie stał tam każdy – skazany na porażkę wobec traumy, śmierci, rozpaczy. Bargielska stworzyła własny dyskurs, który łączy okrucieństwo z niewinnością, katastrofę ze śmiechem, eschatologiczną grozę z dziecięcą infantylnością. To eksperymentalne zacięcie warszawskiej poetki wyrażane było nie tylko w sposobie opowiadania o stracie, cierpieniu, lecz także w geście strącania wielkich, ważnych idei z piedestału, pomiędzy codzienne czynności, prozaiczne przedmioty.

Myśl, że pisanie to przekraczanie uwidacznia się również w przypadku najnowszego tomu Kubek na tsunami, nad którym Bargielska pracowała z AI, co od początku wzbudzało niemałe kontrowersje w świecie obrońców poezji czystej. Trudno wyobrazić sobie bardziej bargielski eksperyment niż ten: gdy wybebeszono już podmiot, zrezygnowano z integralności jego istnienia, przekroczono wszelkie granice intymności i opisano (lub przemilczano) każdy stan człowieka, naturalnym krokiem jest przekroczenie granicy humanizmu. W obliczu możliwości dużych modeli językowych, algorytmów, generatorów treści, a także wszelkich moralnych pytań i wątpliwości związanych z ich wykorzystywaniem, szczególnie intrygujące wydaje się zderzenie tego, co dokładnie wykalkulowane z tym, co odczuwane. Należy jednak zaznaczyć, co w wywiadzie z Arturem Bursztą podkreślała sama autorka, że AI nie napisała ani jednego wiersza, ani nawet pojedynczego wersu tej książki. Bargielska pracowała z ChatemGPT na zasadzie rozmowy, z pełną świadomością, że to co otrzymuje, jest jedynie odbiciem jej własnych promptów, propozycji, pomysłów, a sama idea współpracy była dla niej pokrzepiająca. Warto już w tym miejscu powiedzieć, że eksperyment się udał, a Kubek na tsunami jawi się jako Proof of Concept dowodzący, że tego rodzaju praca poetycka jest wykonalna, a nawet wyzwalająca.

Najnowszy tom poetki to oko cyklonu, które wciąga do wewnątrz wszystko, ustanawiając reguły tak powołanego świata: łączy się tu rozpacz, miłość, paczka chipsów, poręcz, komputer, umieranie, jeżdżenie windą. Bargielska przejmuje funkcję serwera proxy, pośrednika między materią nieożywioną a wszystkim, co żywe, zacierając granice uznawane dotychczas za niemożliwe do przekroczenia. Jej sposobem na usunięcie tej immanentnej różnicy jest nadpisywanie (nadpisywanie jest wymazywaniem) – autorka tworzy współczesny palimpsest, którego kolejne warstwy zastępują to, co było pod spodem. W przeciwieństwie do twórców z minionych epok, Bargielska może nadpisywać w nieskończoność – nawet jeśli de facto tego nie robi, sama świadomość nieograniczoności procesu zmienia jego odbiór. Reguły tego świata zostają czytelnikowi przedstawione w otwierającym tom wierszu Jesteśmy kanonem, a to jest nasz fandom, w którym podmiotka zdecydowała zostanę bogiem nowego świata. Trudno jednak uznać tę deklarację za genesis: to raczej deewaluacja aktu stworzenia, porównanego do nowego sezonu serialu, targanego wiatrem liścia, spoglądania przez szybę pociągu nocą. Świat według Bargielskiej traci w ten sposób immanencję – okazuje się, że wcale nie jest czymś stałym, wiecznym, trwającym pomimo istnienia bądź nieistnienia ludzi, zwierząt, roślin. Dopuszczenie do siebie myśli, że nawet to, co powinno być wieczne i niezmienne takie nie jest, pozwala zrzucić egzystencjalny ciężar i spojrzeć z dystansu, z nutą ironii i lekceważenia. Dlatego tymczasowy świat się dopasował, i oddał nam czipsy, a na deklarację podmiotki odpowiedział jedynie meh, czemu nie.

Idiom Bargielskiej zestawia ze sobą nieprzystające porządki – łączy codzienność z metafizyką, często celowo mieszając rejestry służące do opisywania tych zjawisk. Kanon, który ma swój fandom to tak naprawdę deklaracja zainteresowania regułami, zasadami rządzącymi nowym światem, a nie nim samym – stoicka fun machine, dziwna vending machine, token przywiązania są jedynie promptami aplikowanymi algorytmom, wersjami testowymi wszechświata, wobec których zostaje jedynie powiedzieć „ok”. Podmiotka wyznaje: gdy mówię »niech mi się stanie według słowa twego«, / mam na myśli »YOLO, niech lecą konsekwencje«, / a nie, że ci ufam”, co wskazuje nie tyle na brak sprawczości człowieka wobec biegu wydarzeń („stanie się” bez względu na zgodę lub sprzeciw), co rejestruje klęskę języka w ironiczny sposób. Osoba mówiąca w wierszu wie, że jutro nie nadejdzieinnego końca świata nie będzie – to w codzienności czai się śmierć, nie w biblijnej wizji apokalipsy. Warto przy tym zwrócić uwagę, że Bargielska nie próbuje wyzwalać języka, a jedynie bada, w jaki sposób przejawia się jego zniewolenie wobec rzeczywistości – stawia tezę, że podobnie jak algorytmy sztucznej inteligencji jest zaprogramowany i istnieją luki w jego integralności. W Kubku na tsunami język laguje, wywala błędy i halucynuje, co odpowiada cechom języka w ogóle – nietrudno przecież wyobrazić sobie i przywołać (choćby na podstawie twórczości Bargielskiej) sytuacje, zdarzenia, emocje, na które brakuje słów. Tezę tę można pociągnąć dalej, stwierdzając, że nie tylko język jest zaprogramowany (a przez to błędogenny), lecz także cały wszechświat, łącznie z naturą i ludźmi. Potwierdzają to wersy z utworu Operacja „Płatki wstydu”: Oszukane są łososie z tym salmon urge płynięcia w górę rzeki, / by tam wykonać salmon rytuał. Tymczasem giną pod autem na zalanej szosie; wskazują, że natura programuje łososie tak jak komputer, a świat opiera się na arbitralnych, sztucznie ustanowionych zasadach. Nie ma więc podziału na naturalne i sztuczne, realne i wyobrażone, istniejące i nieistniejące – jest tylko to, co zaprogramowane. Kwestią sporną pozostaje jedynie twórca kodu.

Mimo hiperświadomości podmiotki w kwestii braku sprawczości i kontroli nad wydarzeniami doszukuje się ona w tym stanie pewnego rodzaju wyzwolenia: kiedy jedyną odpowiedzią pozostaje akceptacja, nie ma konieczności tłumaczenia się. Tym sposobem śmierć staje się jedynie kolejnym etapem reakcji łańcuchowej, metaforycznym martwym ciągiem, który łączy w sobie ciężar istnienia z brzemieniem nieistnienia, a działaniom tym przyświeca zasada żeby zasnąć, trzeba się obudzić. Zostaje ona wyjątkowo wyjaskrawiona w wierszu Tren, kurwa:

Siedziałam i się kładłam, i znowu siedziałam,

patrzyłam za okno, śniegu masa spadła,

wszystko pod nim znikło. Zastrzyki dawałam,

 

starałaś się wyrwać, noc powoli bladła,

wiedziałyśmy obie: jutro nie nadejdzie,

i kiedy przysnęłam, ona się zakradła.

 

Dzisiaj tuż za tobą ustawiam się w rzędzie,

nie bardzo się boję, choć klamka zapadła,

bo mnie nauczyłaś: co będzie, to będzie.

 

Żeby umrzeć, trzeba żyć, a i życie git, tylko szkoda, że nie jest sami wiecie czym mówi podmiotka w swoistym antytrenie. Poza klasyczną, regularną formą nie zgadza się w nim nic: brak tu opłakiwania, wyliczenia zasług, pocieszenia czy napomnienia, a jednak wiersz w dobitny sposób mówi o stracie w wymiarze niewyrażalnym słowami, o czym świadczy tytułowa „kurwa” oraz cicha rezygnacja w zamykających utwór wersach. Śmierć zdaje się tu przemilczana, okrążona, a w pozbawionym emocji pogodzeniu się z losem tkwi zrozumienie reguł panujących w świecie.

Choć na przestrzeni tomu podmiotka próbuje dociekać, przeformułowywać te zasady, uznaje swoją porażkę wobec niewzruszonego kodu wszechświata:

Chciała wiedzieć natomiast, dlaczego nie mówi się „nieżyjący”

zamiast „nieżywy” czy wręcz „martwy”. Taka drobna zmiana,

a przecież mogłaby zrewolucjonizować nasze podejście do śmierci.

Przecież chcemy zrewolucjonizować nasze podejście do śmierci?

Ale nikt jej nie odpowiedział, a kolejka wciąż jeździ.

 

Po raz kolejny u Bargielskiej katastrofa czai się w szczelinach, pęknięciach, niepozornych czynnościach i przedmiotach, które są nie tylko świadkami, lecz także uczestnikami zagłady. Okazuje się, że rewolucja w podejściu do śmierci nie jest potrzebna, choć może lepiej powiedzieć – nikt nie jest nią zainteresowany. Z pytaniem rzuconym w eter zostaje kolejka, która, podobnie jak inne sprzęty i przedmioty: kubek zmywarka, winda, pilot do szlabanu, zachowuje wobec niego zaprogramowaną obojętność. Nietrudno więc dojść do wniosku, że rzeczy w Kubku na tsunami istnieją na równi z ludźmi – nie jest to jednak forma antopomorfizacji czy przejaw ekokrytyki – to stwierdzenie faktu, że świat materii nieożywionej nie potrzebuje człowieka. Jest wprost przeciwnie: to człowiek uczynił z rzeczy bogów swojej codzienności, co potwierdzają fragmenty Kubek sam wraca na podstawkę. / Nie mów, że widzisz w tym cośkolwiek dziwnego, kontempluj stos martwych pikseli, Zmywarko, zmywareczko, powiedzże mi przecie. / Nic ci więcej nie powiem, idźże spać, krakenie, To woda dla boga zlewu – mówisz.

Nierozerwalnej więzi człowieka z jego przedmiotami nie zniszczy nawet śmierć, bo ich losy powiązane są na poziomie emocjonalnym – rzeczy cieszą, smucą, sprawiają cierpienie, pozwalają spełniać marzenia, wywołują choroby – zakres ich sprawczości znacznie przekracza sprawczość ludzką. Potrafią też zmieniać, bo piekło to innych / sieć neuronowa i narastać we wstydliwych stosach. Przedmioty u Bargielskiej dominują świat, tak jak niegdyś ludzie zdominowali zwierzęta i rośliny, wprowadzając go w nową erę ewolucji. Stają się niemymi uczestnikami tragedii codzienności, dowodząc, że koniec świata to dzień, który trzeba jakoś przeżyć. Choć dla innych to tyle co nic, Bargielska pokazuje, że mała katastrofa może wyjebać skalę. I to też jest ok.

 

Justyna Bargielska, Kubek na tsunami, Biuro Literackie 2025, s. 44.

 

 

 

 

 

 

 

 

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Barbara Rojek – krytyczka literacka, redaktorka „Małego Formatu”, redaktorka „Twórczości”. Studiuje filozofię.

Aleksandra Małecka – ur. 1991, redaktorka związana z „Ha!artem” (od 2012 roku), krakuska. W wydawnictwie inicjuje, prowadzi i redaguje. Sama niekiedy tłumaczy z języków angielskiego i francuskiego (życzy sobie więcej tłumaczyć poezji i być może więcej redagować poezji w tłumaczeniu).

Wojciech Kopeć – ur. 1998, poeta, redaktor wydawnictwa KONTENT, krytyk literacki. Publikował m.in. w „Czasie Kultury”, „Twórczości”, „Małym Formacie”, „Odrze”, „Więzi”, „Zakładzie”. Autor trzech książek poetyckich: przyjmę/oddam/wymienię: (2021, tom wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Literackim „Złoty Środek Poezji” oraz w Ogólnopolskiej Nagrodzie im. Kazimiery Iłłakowiczówny), jest taki konik (2023, tom otrzymał Nagrodę Literacką Gdynia) oraz Klif, dywiz i sestyna (2024).

Olga Żyminkowska – doktorantka filozofii w Szkole Doktorskiej Nauk Humanistycznych UAM. Autorka książek Milana Kundery filozoficzna koncepcja postawy lirycznej, dramatycznej i powieściopisarskiej (Universitas, 2022) oraz Sartre i sztuki wizualne (Universitas 2026). Laureatka Nagrody im. Leszka Kołakowskiego, Stypendium Ministra Edukacji Narodowej i Stypendium im. dr. Jana Kulczyka.

Michał Memeszewski – z Bydgoszczy, w Krakowie. Na UJ, po edytorstwie, na krytyce literackiej. Publikacje w różnych miejscach. Zaimki: on/jego, ona/jej.

Anna Adamowicz – urodziła się w 1993 roku w Lubinie, mieszka i pracuje we Wrocławiu. Diagnostka laboratoryjna, poetka, autorka sześciu tomów wierszy (Wątpia, Animalia, Nebula, zmyśl[ ]zmysł, Stłuc, Jaw). Nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia, Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, międzynarodowej Nagrody Václava Buriana. Wyróżniona Nagrodą im. Wisławy Szymborskiej oraz Nagrodą-Stypendium im. Stanisława Barańczaka. Publikowana w czasopismach. Tłumaczona na języki, obrazy, dźwięki.

Agata Puwalska – poetka, autorka tomów wierszy haka! (Biuro Literackie 2021), PARANOIA BEBOP (KONTENT 2022), Funky Forest (SPP, Oddział w Łodzi 2024), otwarte światy (Katalog Press 2024), Alis Ubbo (Biuro Literackie 2024). Dwukrotna laureatka Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO, za tom otwarte światy otrzymała nominację do Nagrody Literackiej Gdynia (2025).

Karolina Górnicka – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Publikuje w czasopismach „KONTENT”, „Strona Czynna”, „Stoner Polski”. Mieszka we Wrocławiu.

 

 

8 ARKUSZ. 1/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

ZJAWY CODZIENNOŚCI

 

W styczniowym Ósmym Arkuszu, zamiast kminić postanowienia noworoczne, zwracamy się ku przeszłości, a raczej z samej przeszłości zjawiają się ku nam rzeczy. Arkusz otwiera recenzencki dwugłos dotyczący Jawu Laury Osińskiej/Anny Adamowicz. W szkicu Natalii Kosteckiej zaskakuje pojawianie się widm młodopolskich erotyków jako kontekstu dla lektury wierszy Adamowicz, zaś Agnieszka Sokołowska wyjawia, w jaki sposób Osińska przeszczepia na polski grunt amerykańską tradycję poezji lesbijskiej. Dlaczego raz Adamowicz, a raz Osińska – o tym przekonacie się w samych tekstach.

Chociaż wiersze Miry Król erotykami nie są, gdzieniegdzie się do nich zbliżają, lecz na zupełnie innych zasadach niż u Osińskiej. Prezentowany w Arkuszu zestaw to przede wszystkim strumienie wszelakich zjawisk codzienności, próby uchwycenia ich i towarzyszących im lęków. Podobny cel przyświeca dwóm prozom Cypriana Hirscha, ale tutaj w teraźniejszość wjawia się nieustannie trudna przeszłość. Napiszemy jeszcze tylko, kończąc tym samym zarówno zajawkę, jak i naszą autotematyczną grę, że jawi się nam ten numer bardzo ciekawie, a wszystkich zapraszamy do (zjawiskowej?) lektury.

Jakub Famulski, Kamil Figas

Redakcja Ósmego Arkusza

fot. Maciek Bielawski / maciekbielawski.pl

 

Natalia Kostecka

 

Jedno ciało, jeden żuk

 

{          }

ależ ja bym chciała mówić w imieniu wielu,

ależ ja bym chciała manifestować, zabiegać,

wygłaszać, udzielać głosu czy oddawać głos,

tyle razy próbowałam, udawałam, markowałam,

ale wiem, że mam tylko to jedno ciało, jednego żuka w jednym pudełku

                                                                                                          (s. 5)

Przytoczony wiersz otwiera najnowszy tom Anny Adamowicz pt. Jaw, który tak jak zmyśl [] zmysł, został podpisany heteronimem Laury Osińskiej. Zawarte w nim utwory można by odczytywać niezależnie, jednakże sięgnięcie do całej twórczości poetki (zarówno tej sygnowanej własnym nazwiskiem, jak i podpisanej pseudonimem) pozwala na umiejscowienie ich w szerszym kontekście. Pokazuje także, jak różnorodne są środki wyrazu używane przez Adamowicz. W tych wierszach dominuje zapis intymny, a jednocześnie prozaiczny, silnie kontrastujący z opublikowanym zaledwie parę miesięcy wcześniej Stłuc. Kręgosłup Tytanii Skrzydło. Tym razem pozbawiona skrzydeł Tytania schodzi na ziemię, by opowiedzieć o sprawach na pierwszy rzut oka prostszych, ale równie ważnych.

Debiutancka książka Wątpia z 2016 roku była zanurzona w obrazach rozcinanych ciał, tkankach kostnych i szpitalnej bieli. Późniejsze Animalia uzupełniły stworzony przez absolwentkę analityki medycznej obraz o wiwisekcje. Nebula przekierowała językową soczewkę z animalistycznych sekcji wnętrzności na polityczną aktualność i pytania o przyszłość świata, w którym funkcjonujemy. U Adamowicz nastąpiło wyraźne zerwanie z barokową poetyką, a przynajmniej – jej chwilowe zawieszenie. Nie sili się już na misterne zdobnictwo, konceptyzm, turpizm, konflikt tragiczny między ciałem a duszą, pascalowską metafizykę. Nie pragnie rozbudowanego poematu na miarę Stłuc. Kręgosłup Tytanii Skrzydło, roztaczającego przed odbiorcami skomplikowaną wizję choroby, szukającego coraz śmielszej metaforyki dla oddania ogromu fizycznego cierpienia. Zamiast tego łaknie profanum, z nadzieją rozgląda się za autentyzmem. Jednak to tomowi zmyśl [] zmysł najbliżej jest do utworów z 2025 roku, co być może wiąże się z różną atrybucją autorstwa poszczególnych książek. W Jawie wracamy do niewinnej codzienności, delektujemy się miłością i szukamy nowych, przystających do współczesności sposobów, by to uczucie stekstualizować.

W cytowanym na wstępie wierszu podmiotka wyraża chęć mówienia „w imieniu wielu”, lecz ze smutkiem stwierdza, że w zastanych realiach taka wypowiedź jest niemożliwa. Każda próba kończy się fiaskiem, każda manifestacja – nędznym udawaniem. Gdy kurz owego dyletanckiego theatrum mundi opada, gdy maska aktorki znika, pozostaje zaledwie jedno ciało, jeden żuk w pudełku. Na nim Adamowicz skupia się w całym tomie. Wielkie prorocze narracje zawodzą (język karleje, język się rozpada, s. 7), dlatego należy porzucić romantyczny i modernistyczny patos. Poetka odtąd będzie zabierała głos jedynie w swoim imieniu.

Autorka Jawu posługuje się konwencją erotyku, dobrze znaną i chętnie wykorzystywaną w polskiej tradycji literackiej, a zatem nasuwającą skojarzenia z chwytami charakterystycznymi dla poezji miłosnej poprzednich epok. Jednakże twórczyni zdecydowanie oddala się od egzaltacji właściwej liryce Młodej Polski. Unika zarówno dekadentyzmu Kazimierza Przerwy-Tetmajera, jak i symbolizmu Bolesława Leśmiana. Jej erotyki stronią od metafizyczno-filozoficznych rozważań. Nie mają traktować o niespełnieniu, melancholii, przekraczaniu granic bytu, cierpieniu i śmierci. Nie są także baśniowe ani teatralne.

O czym zatem opowiada nam Adamowicz? O miłości do ukochanej, o meblach, o zapachach. Wiele w tym jest ironii i lingwistycznej autorefleksji, jak np. w utworze opatrzonym incipitem pustostan ogarnięty… (s. 8) – strywializowane określenia charakterystyczne dla sentymentalnych erotyków (liliowe zauroczenie, drobne krople zaschniętej farby) zostały wzięte w nawias, gdyż na liryczne banały nie ma już miejsca w antropocentrycznej rzeczywistości.

Jaw obfituje również w odważne queerowe manifesty, zbliżając się niekiedy do innych głośnych poetyckich protestów ostatnich lat. Podejmuje tematykę wykluczenia tak jak Instrukcja dla ludzi nie stąd i Wszyscy o nas mówią Patrycji Sikory, z tym że mniej w nim nieskrywanej złości. Sprzeciw wobec opresji osób nieheteronormatywnych wyrażany jest bez agresji czy wulgaryzmów, delikatniej niż u Sikory – co nie oznacza, że mniej dobitnie. Niezgoda na patriarchat i represyjne praktyki Kościoła katolickiego w Polsce wielokrotnie wraca w całym tomie. Księża nie szerzą wśród wiernych tolerancji dla różnorodności, toteż pieśni pasyjne podmiotka nuci podczas mycia zębów, a nie podczas mszy. Skrawki sfery sakralnej (witraże, święty Sebastian, kadzidła) przedostają się do życia kobiety, lecz tylko dlatego, że atakują w losowych momentach (s. 31), despotycznie zawłaszczając myśli. Osobę mówiącą oburza ostracyzm wobec lesbijek zarówno w przestrzeni religijnej, jak i w sferze konsumpcjonistycznej – w instrukcji składania elementów wyposażenia znajduje tylko nagie sylwetki mężczyzn i kobiet. Miłość par homoseksualnych przemysł meblarski ostentacyjnie przemilcza.

„Zakazana” miłość saficka bezpretensjonalnie objawia się wspólnym siedzeniem w niedzielne popołudnie (moja dłoń przy twojej stopie, s. 10), pocałunkami gorszącymi przedszkolaki, spaniem w koszulce partnerki, ale też przeżywaniem śmierci kotki Miśki. Relacja opiera się zatem na skromnym rytuale trwania, z całym jego dobrodziejstwem i okrucieństwem. Wzruszające wsparcie wyrażane jest we wzajemnej opiece, nawet jeśli polega ona na czymś tak prostym jak smarowanie zmęczonych stóp swej kochanki żelem aloesowym. Czasem ta prozaiczność wykorzystywana jest z ironią, jako pretekst do zwrócenia uwagi na jakiś palący problem społeczny, tak jak w wierszu moja dziewczyna pachnie świeżym chlebem… (s. 33), w którym podmiotka mówi o wycieńczającej pracy w piekarni za najniższą krajową.

Odarta z niepotrzebnych ozdobników materia dnia powszedniego służy Adamowicz także do ukazania uczuć rodzicielskich. Wiersze o mamie i tacie wplata zręcznie między wiersze o innych miłościach (s. 22, 41). W pierwszym z nich kreśli obraz dziecięcego bólu z powodu wyrzynających się zębów, a w drugim prostą scenę nauki alfabetu. Nie ma w nich azjanizmu ani afektacji, a jednak czytając je, można poczuć szacunek i oddanie zamknięte w familiarnych miniaturach poetyckich.

W tomie nieustannie powracają porównania. Zapach dziewczyny podmiotki zestawia się z zapachem różańca, trybularza, katedry; intymność między kobietami – z bliskością bloków w piramidzie; samą partnerkę – z kociakiem, przypływem, słonecznymi blikami na tafli jeziora, słonym Adriatykiem, krętą Wenecją. Bogactwo skojarzeń charakteryzuje Jaw, a jednak Adamowicz podkreśla, że miałkim jak pył językiem (s. 25) nie można w pełni opisać przywiązania, jakie żywi do ukochanej. Być może dlatego świadomie rezygnuje z nadawania tytułów swoim utworom. Mowa spłaszcza wszystko jak chromy walec (s. 35), zatem jej niewystarczalność zawsze będzie dręczyć ludzi. Doświadczenie zapośredniczone nigdy nie zrówna się z rzeczywistym, gdyż – jak trafnie zauważył już Mickiewicz – w żyjących języku nie ma na to głosu.

Agnieszka Sokołowska

 

Jak sen na jawie

 

Jaw to druga książka poetycka Laury Osińskiej – „mąciwody”, „awatarki” i „maski”, za którą kryje się Anna Adamowicz. Podobnie jak pierwszy zbiór, zatytułowany zmyśl[]zmysł, najnowszy tom składa się przede wszystkim z erotyków. W Jawie Osińska zawarła wyznanie miłosne dla ukochanej, wplatając w nie także „wiersze o innych miłościach”: o wdzięczności dla rodziców, przywiązaniu do ulubionych miejsc, dawnych kochankach czy też o epikurejskiej pasji życia. Tak skomponowana książka wydała mi się mniej intrygująca niż poprzedni tom, który w nowatorski sposób opowiadał o związku lesbijskim oraz nieszczęśliwym rozstaniu. Zarazem lektura Jawu sprawiła mi przyjemność właśnie dlatego, że tym razem wiersze dotyczą miłości szczęśliwej i spełnionej.

Adamowicz o autorce zmyśl[]zmysł i Jawu mówi w trzeciej osobie, a sama pojawia się na kartach tytułowych jako edytorka, która dokonała wyboru wierszy. Dzięki zapośredniczeniu (charakterystycznemu dla twórczości queerowej) poetka oddziela od siebie tę część, która pisze o miłości. Paradoksalnie, rozdwojenie pozwala jej zachować zarówno dystans, jak i swoisty autentyzm opowieści – istniejąca wyłącznie w języku Osińska może być zarazem autorką, bohaterką i podmiotką liryczną wierszy. Jest w stanie pisać autobiograficzne teksty o seksualności i uczuciach, ze szczerością, a niekiedy z dozą naiwności czy sentymentalizmu, właśnie dlatego, że tak naprawdę jej nie ma. Dynamika między Osińską a Adamowicz polega na zderzeniu siły wyrazu zakochanej dziewczyny z językową i stylistyczną precyzją doświadczonej poetki.

Dla współczesnej twórczości lesbijskiej przełomową rolę odegrało pisarstwo Adrienne Rich. W zmyśl[]zmysł Osińska wprost przyjęła matronat amerykańskiej poetki i feministki, obierając jako motto frazę z 21 wierszy miłosnych. Ten słynny cykl erotyków Rich stanowi świadectwo głębokiego uczucia do ukochanej i konstytuuje jeden ze sposobów mówienia o „egzystencji lesbijskiej”. Krytycy literaccy podkreślają, że u Osińskiej, która przeszczepia styl Rich do polskiej poezji najnowszej, należy w szczególności docenić pracę w języku, pozwalającą wyrazić i uobecnić kobiecą miłość homoseksualną. W Jawie autorka ponownie podejmuje wysiłek tworzenia adekwatnej dykcji, chociaż ma świadomość niewypowiadalności niektórych doświadczeń i niewystarczalności słowa.

Osińska tworzy zmysłowe obrazy poetyckie, które koncentrują się zarówno na cielesnym, jak i duchowym wymiarze miłości. Nawet o najbardziej osobistych przeżyciach pisze z niezwykłym wyczuciem i delikatnością. Wyznanie miłosne często opiera na grach lingwistycznych albo pięknej frazie czy lirycznej apostrofie: jesteś perłowa i perlista / rozpięta na obojczykach żebrach kolcach biodrowych / sprężysta jak miąższ nieuchronna jak przypływ. Poetka, w duchu barokowego konceptyzmu, czerpie też z metaforyki religijnej: miłość jest dla niej niczym misterium, pocałunek to komunia, a ciało ukochanej pachnie jak różaniec, trybularz i katedra. Właśnie za pośrednictwem tego ciała może doświadczyć epifanii oraz przeniknąć sacrum.

Jaw jest swego rodzaju dwugłosem, naznaczonym zarówno obecnością podmiotki, jak i adresatki wierszy. Adamowicz w rozmowie z Martyną Szypiło odwoływała się do relacji głównych bohaterek z filmu Portret kobiety w ogniu w reżyserii Céline Sciammy. Proces twórczy, przedstawiony w kinowej produkcji oraz w książce polskiej poetki, opiera się na pełnej napięcia grze spojrzeń. Zaciera się podział na stronę aktywną i bierną, malarkę i modelkę, pisarkę i czytelniczkę, gdyż obie kobiety obserwują się, konfrontują i odbijają swoje wizerunki. Osińska pisze o tym uwikłaniu dwóch tożsamości: „przymierzam nas do siebie szukając lustrzaności”. Znaczący jest fakt, że w ostatnim wierszu podmiotka zastanawia się nad sytuacją przeciwną – co by było, gdyby to jej ukochana komponowała zbiór poezji miłosnej: „powiedz jak pisałabyś tę książkę / gdzie ubrudziłabyś się tuszem”.

W Jawie słyszę nie tylko wyraźną inspirację poezją Rich. Kiedy czytam drugi utwór w tomie, rozpoczynający się od słów być z moją dziewczyną, mimowolnie myślę o sławnym Having a coke with you Franka O’Hary. Erotyki Osińskiej w luźny sposób nawiązują do personistycznej poetyki mówienia o miłości, zgodnie z którą miejsce wiersza jest między dwiema osobami. Pisarstwo Laury dąży do konkretu, wydarza się w teraźniejszości, a zakochanie wpisuje w ramy banału i codzienności. Teksty przyjmują formę szkicowych zapisków, wyimków ze zwykłego życia albo lapidarnych pocztówek z wakacyjnych wyjazdów. Tak jak 21 wierszy miłosnych Rich, utwory polskiej autorki układają się w poetycki cykl o życiu w stałym związku, opartym na partnerstwie, akceptacji i bliskości. Dotyczą stabilnej relacji, gdy już minęło pierwsze zauroczenie, a chęć zrobienia wrażenia przechodzi w chęć zrobienia owsianki. To, co w zmyśl[]zmysł było traktowane jak niemożliwa do zrealizowania fantazja – two women live peacefully in long-term relationship – w Jawie stało się rzeczywistością: „pustostan”, którym było ciało i serce podmiotki po poprzednim rozstaniu, został „ogarnięty”.

W tomie wyraźnie zaznaczona została problematyka formy. Osińska (chociaż przyjęła imię adresatki słynnych sonetów Petrarki) z ironią dystansuje się od męskiego kanonu poezji erotycznej:

myślałam, żeby ubierać historie w sonety:

[…]

a moja dziewczyna jest jak sto razy

te wszystkie średniówki tych soneciarzy,

jak tam, soneciarze, jak zdrowie, jak korzonki.

Autorka wie, że od dyskursu pisania o miłości nie da się odciąć, ale należy go rozszczelniać i modyfikować. Być może dlatego jeden z wierszy w Jawie jest „zamaskowanym” sonetem, w którym regularny podział na kwadryny i tercyny został zaburzony za sprawą dodatkowych komentarzy, ujętych w nawiasach i umieszczonych między strofami. Ten „włoski sonet” nawiązuje do tradycyjnej liryki miłosnej również dzięki zastosowaniu porównania, paralelizmów oraz inwersyjnego szyku zdania: wracam do ciebie, jak Adriatyk słonej, jak Wenecja krętej.

Wzorując się na postawie Rich, Osińska transcenduje niepewną opozycję tego, co prywatne, oraz tego, co polityczne. Chociaż znajdziemy w Jawie odniesienia do niezadowalającej sytuacji społecznej, najistotniejsza jest więź między dwiema kobietami. Niejako z konieczności żyją one w duchowym odosobnieniu od świata, w którym nigdy nikt nie zwracał uwagi. Poetka wyjaśnia koncentrację na osobistym doświadczeniu w utworze otwierającym tom. Blisko jej do twórczości zaangażowanej, ale ma tylko to jedno ciało, jednego żuka w jednym pudełku – czyli jedno serce. Dlatego zamiast manifestu wybiera lirykę konfesyjną. Witalna siła miłości i erotyzmu sama w sobie ma potencjał zdolny odmienić rzeczywistość i uwrażliwić innych na doświadczenie wykraczające poza heteronormatywne schematy: moja dziewczyna jest naraz rewolucją / notatką do rewolucji / przypisem do rewolucji.

Osińska nie nazywa żadnego ze swoich wierszy, zaś w miejscu tytułu umieszcza dwie klamry: { }. Puste nawiasy pojawiały się już w zmyśl[]zmysł jako symbol przemilczenia i tabu. W Jawie funkcjonują raczej jako minimalistyczny idiom, sygnatura autorki. Za sprawą szczeliny, utworzonej z symetrycznych znaków pisarskich, wiersze otwierają się przed czytelnikiem, tak by mógł podglądać to cudze życie – celem tomu jest przecież ujawnienie związku lesbijskiego w społeczeństwie i języku. Mamy do czynienia z wiarygodnym zapisem indywidualnego doświadczenia, któremu poetycka soczewka Osińskiej nadaje onirycznego liryzmu, ale nie ujmuje autentyczności, godząc w wierszach prawdę i zmyślenie. Nie ma tu sprzeczności – wszak spełniona miłość jest jak sen na jawie.

Mira Król

 

.2 zgony na sekundę.

mówiłam: chcę

                         kolorowe koraliki na szprychach

                               i żeby się świeciły jak raspberry disco ball

                                              mam syndrom niespokojnych nóg

                                                                             daleko nie ucieknę

za garażem palą śmieci

                           palą

                                   śmierci

smród taki że nie da się oddychać

gęsty dym hula po synapsach jak halny

       wszyscy mamy tu SAD

       dziewczyny idą na solarium

       chłopaki na siłkę

       na kierownicy stawiam maneki neko

                                              i  bądź zdrów

terapeuta mówi:

                           zamknij oczy i policz do dziesięciu

                                               a ja boję się że się schowa

                                               i go nie znajdę

                muszę wyjść inaczej ktoś zginie

na całym świecie oczekuje się 4,3 urodzeń i 2,0 zgonów na sekundę

wyświetlacz odpala się jak raca

nie widzę ich ale wiem że są

                  z gelato i chata gpt

                                        ja mam pod żebrami śnięte ryby

                                                     na żebrach handpoke żyj teraz

                                                               jak żebrak robię kołyskę z dłoni

                                                                                    i wchodzę w tryb snu

mówiłam:

                               life is not a funny game bitch

                                               neverending rave

                                                                            road

                                                                                       rout

                                                            mówisz: znowu zgubiłem cię w gabinecie luster

                                                                                         to było wtedy

                                                                                                     mówiliśmy jednym

              językiem

podając go z ust do ust

                        nizialiśmy koraliki

byle do jutra

przywołuję ludzi, klientów i szczęście.

tyle znaczy moje imię

maria magdalena

z wieży ryb

                    lew który połknął poskramiacza

                  poskramiacz który połknął lwa

zarzekał się że chce tylko iść z nim na pięści

zmierzyć się

               mierzyć do

namie-

rzyć

                                                                   żyć                                                               

dzwoni mi w uszach

proszę pilnować swojego zwierzątka

bo może zostać odstrzelone

słucham?

halo?

przepraszam nie mogę teraz rozmawiać nagraj się po sygnale

I wtedy przychodzi ta śmieszna wiadomość. Jezus wyrzucił z ciebie siedem złych duchów! I nie wiesz co z nią zrobić. I jesteś Butch Cassidy. Delete. Rzeźnik. Delete. Kradniesz dżinsy. Delete. Kradniesz konie. Delete. Rabujesz pociągi w Grand Junction.

                                                  Delete.

                                                                Po 30 dniach plik zostanie usunięty

                             na zawsze.

a ty przeczytasz mnie mojej śmierci

tylko uwiąż myśli na łańcuchu

język trzymaj za zębami

                                                        palec na spuście

to dziki zachód

inkubator nocy

wczoraj zwierzyna

jutro mięso armatnie

hole in the wall

pif paf

.żywe/martwe.

powiedzieć uwiera

     to

        nie powiedzieć

            nic

                          jak powiedzieć

                                     wszystko

                                                       jeśli

                                               nic i wszystko

                                        to bezkształtne masy

                                         ścierające się na macie

                                       hałas kostki obijającej się o kostkę

i uwiera mnie myśl o

                                uwieraniu

                        ciśnie gryzie obciera

                          targa rwie szczerbi

                                                 i  swędzi jak kiedyś

                                            ból wchodził i wychodził

                                                       porami skóry

                 rytmicznie

                                       drapałam do krwi

                                            żywy strup

                                        na żywym mięsie

A wystarczy położyć dłoń na stygnącej piersi i czekać. Czekać aż wszystko zgaśnie. Ciepło uchodzi jak powietrze z przekłutego balonika. A neony napierdalające światłem ze wszystkich stron sfajczą się i roztrzaskają na miliardy przezroczystych słońc,

które niczym Kajowi szkiełko- wpadną do oka

do serca

do mięsa.

dopiero wtedy na tej suchej ziemi,

po której nie wolno nam chodzić boso,

                                                 wzejdzie cisza

                                       soczysta i słodka jak owoc

                                         wilgotna i dobra jak glina

i znowu zaczniemy się dotykać

                                                 bez lęku

                                           lepić naczynia

                                                                    ciała

                                                            miękkie i ciepłe

Cyprian Hirsch

 

Ten Sezon

 

Jutro stąd wyjdę. Dziś sobie tu leżę i się nie ruszam, bo mi wygodnie, ale mam prawo, bo wychodziłem stąd już wiele razy. Ale jutro wstanę wcześniej i wyjdę stąd, chwytając się opuszkami palców szczerba po szczerbie.

Pamiętam ból zeskrobywanych paznokci, gdy wcześniej zjeżdżałem po tej ścianie.

Wiem, że dużo jest takich dołów z ludźmi w środku. Leżymy sobie wspólnie w dołowej, zbiorowej nieświadomości.

***

Fajnie byłoby usłyszeć jakiś głos, może taty, nawet kosztem jego przekonywań o tym, że jego klub w końcu, po dwudziestu latach, zdobędzie mistrzostwo kraju.

Wiem, jak kolejny raz tu dotarłem. Kilka dni z rzędu nie obudziłem się przed siódmą rano.

Spóźniający się ja to nie ja. Może tamto ja zostało na górze.

***

Trochę za długo tu jestem. Przydałaby się lina. Jeśli nie czyjaś, to chociaż czegoś, jakiegoś stoicyzmu, cynizmu, optymizmu. Izmy też mogą rzucać linę.

***

Mówią, że boli mnie nieposiadanie konkretnych, autentycznych ambicji. Bo myślę, że moje marzenia były jedynie skokami marzeniowymi.

Skoki marzeniowe, co to za określenie. Po prostu chwilowe ekstazy spowodowane specyficznym połączeniem pozytywnych impulsów.

Chwytanie się tych drobnych paramarzeń, jeśli okoliczności były względnie sprzyjające, powodowało utrzymanie się ostatnim sumptem na powierzchni na poziomie zero. I to dużo mówi o świecie. To wszystko, całe to stąpanie ponad dołami jest właśnie tak kruche, jak paramarzenia.

Ale nawet nie marząc niepoprawnie, a marząc racjonalnie, lub w ogóle, można natknąć się na kruchość. I nawet nie wpaść w żaden dół po drodze, a paść na poziomie zero.

Tu w tym dole, jakby nie było, nie jest krucho. Kruche jest wszystko inne.

Po co wracać na powierzchnię tak kruchą, że nieważne, ile razy przeskoczy się dół, można się roztrzaskać na kawałki?

Gdybym usłyszał choćby powitanie kogoś, kogo lubię, poczuł zapach ulubionego dania czy zobaczył skrawek ładnego budynku.

I słyszę.

– Człowiecze, co tam robisz? – dziwi mi się jakiś pan u góry.

Czuję, że nie zna tego uczucia. Nie został zmuszony nigdy do błąkania się po swoich myślach, bo każdej sekundy myśli był świadom siebie i chwili. I teraz pyta mnie, co ja tu robię, tak jakby moje nadmierne myśli były wyrazem jakiejś głębszej głupoty.

– Tam nie jest dobrze, martwię się!

Znam go. Mijał mnie wielokrotnie. Dużo mówił. Nie podejrzewałem go o empatię.

– Wyjdę stąd niedługo. Będzie dobrze – odpowiadam automatycznie, bez przekonania.

Chyba chwilę tam stał i się zastanawiał. Potem poszedł. Ciekawe, czy długo o mnie myślał.

***

Wychodzę. Ale nie sądzę, że na długo.

***

Znów spadłem.

Sypialnia kojarzy mi się z dźwiękiem połączenia przychodzącego na teamsach.

Mamy tu łóżko dwieście na dwieście, dwa stoliki nocne, kufer, biurko z komputerem, skórzane krzesło obrotowe, dużą szafę typu komodor, taboret.

Dzwoni tata.

Opowiada, żebym kiedyś do niego przyjechał, bo musimy się wybrać na mecz. Mówi jak zawsze, że to ten sezon. Z pewnością, odpowiadam, unikając choćby cienia przekąsu w głosie.

Wychodzę na chwilę z dołu i wdrukowuję uśmiech na twarz. Znów skaczę między kraterami.

W salonie odbywa się dzień właściwy, odrębny od dnia sypialnianego. Dobiegają mnie rozmowy wszelakie córko-matczyne.

Ich uśmiech utrzymuje mnie tu, pozwala czasem unieść się nad takim kraterem mimo – wydawałoby się – wciąż działającej grawitacji. Nie słyszę go jednak wiecznie, nie odbija się on echem przez piętnaście godzin, widocznie mam przepełnioną głowę.

Wstyd mi przed własnymi myślami, więc zakopuję je zawczasu. Wstyd goni znów wstyd, gonitwa wstydu. Wstyd przed płaczem, wstyd przed myśleniem. Wstyd przed myśleniem o wstydzie. Wstyd przed samym sobą z niezrozumienia tej całej gonitwy.

***

Piwo, pub, kolega, z którym się nie widziałem pół roku.

Nie pamiętam początków tej rozmowy. Mówi nagle:

– Znajdź mi kogoś, kto rozmawia z kimś tak jak sam ze sobą. Pewnie ty też nie rozmawiasz ze mną tak jak sam ze sobą.

– Wiadomo, że nie.

– Ale chciałoby się, co nie?

Łyk.

– Może i tak, pytanie co by z tego gadania wyszło.

– Pewnie jakieś pieprzenie.

Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale zamilkłem. Łyk.

Mówi:

– Czasem trzeba się ugryźć w język. Chcesz powiedzieć więcej, a nie ma to sensu.

– Tak jak teraz.

Łyk.

Wylewa mi się coś z ust nagle.

– Zbyt ckliwi na cyników, a zbyt cyniczni na romantyków.

– Co?

– A, nic nic. Głośno myślę.

Łyk.

Znowu wylewa się jakaś nieprzygotowana nagła myśl:

– O nas nikt książki ani nawet opowiadania nie napisze. Bo jeden czytelnik by chciał cynika, a drugi romantyka. Nikt takiego pół na pół.

– Mądre, ale obawiam się, że nikt cię nigdzie nie zacytuje.

Łyk. Długi łyk. Cisza, spojrzenie na lewo w poszukiwaniu znajomych.

Rozpoczynam kolejny wątek. Mózg nie nadąża za narządem mowy:

– Mam taką myśl, nie wiem skąd. Nie mogę się znowu doczekać tego poczucia, że mogę wszystko. Znasz to?

Zapada dłuższa cisza. Odpowiada.

– Nie znam.

Dwa łyki.

Kontynuuje.

– Moja złota zasada. Oczekuj nieco więcej, ale zawsze doceniaj to, co masz. Kawa nie wyklucza herbaty. Balans.

Robi pauzę. Mówi dalej:

– Podnosisz cały czas poprzeczkę do góry. Minimalnie, ale podnosisz. Jak się zatrzymasz, to później trudno ruszyć.

Łyk.

Idzie w to, wiedząc od jakiegoś czasu, że jego myśli pozbawione są sensu. Ale rzuca metaforą, która daje mi do myślenia.

– Im bardziej człowiek staje się dachowcem, tym mniej chce mu się wyjść na ogródek, a im bardziej jest dziki, tym trudniej mu się osiedlić.

– Tak. Balans – odpowiadam bez przekąsu.

Przestał już mówić. Stwierdziłem, że pewnie właśnie dlatego.

***

Dzwoni tata jednego z tych późnojesiennych dni, w które się siedzi cały czas w domu.

No cześć młody, w końcu się słyszymy, nie piszesz nic, nie dzwonisz, jak tam, zdrowy? Laura to wiem, rozmawiałem z nią, często pisze, dobra wnuczka z niej.

A fakt, cześć tato, tak jakoś, wybacz zapracowany jestem, zdrowy, zdrowy. No tak, jak to mówi Tomek, trzeba napierdalać, cytuje szwagra tata. Odpowiadam, że szwagier zawsze w samo sedno.

A powiedz mi, bo matka pyta, kiedy przyjedziecie.

Myślę. Zapomniałem. Laura prosiła, żeby się wybrać któregoś dnia do dziadków. Kompletnie zapomniałem, ale tego nie mówię.

Po chwili odpowiadam tacie, że nie ustaliliśmy, ustalimy, damy znać

Nowy temat.

Pyta czy oglądałem mecz.

Ledwo mówię, że nie, a już słyszę kolejne zdanie, tak jakby moja odpowiedź nie miała żadnego znaczenia. Ale w gruncie rzeczy mnie to bawi.

Rozwalili ich, po prostu rozwalili, czuję, że to ten sezon, obejrzyj skrót, jest na jutubie. Obejrzę, odpowiadam. To dawaj znać, trzymajcie się i zadzwoń czasem do starego ojca.

***

Jednego z tych jesiennych dni wychodzę z sypialni, zabieram rower.

Na wstrzymanym wdechu zmuszam się do jazdy. Boję się, że jak wypuszczę oddech, to mi się odechce.

Mijam drzewa. Teraz sosnę, która wygląda jak tysiąc wcześniej już przeze mnie miniętych, ale jestem pewien, że nigdy jej nie widziałem, bo przyjeżdżam tędy pierwszy raz w życiu.

Może to ten sezon.

Zakaz gry w piłkę na osiedlu

 

Litery w nazwie mojego miasta nie były ani najczęściej, ani najrzadziej występującymi literami w języku polskim. Mułuj był przeciętny nawet z nazwy. Szerokość geograficzna 52°06′52.21″ na północ i 19°25′24.82″ na wschód. Średnio wysokie bloki, średnia liczba mieszkańców, średnie bezrobocie. Knajpy średnie, restauracje średnie, kluby średnie.

Co wtedy się robiło? Dobre pytanie. Strzelało do czasu pistoletem na kulki.

Było świecenie laserami takimi małymi, które po prostu świeciły skupionym światłem. Podobno nie można było świecić nimi w oczy, bo groziło to utratą wzroku.

Było stawanie w tunelu zjeżdżalni wodnej i obijanie nóg stawaczom. Raz ktoś mnie tak obił, że upadłem na brodę z łoskotem i poczułem, jakby mi krew z uszu leciała, a szczęka wypadła z zawiasów.

Było rzucanie się mułem z jeziora. Raz dostałem nim prosto w oko. Wyjmowałem ten muł przez następne cztery godziny. Myślałem, że stracę oko.

Miałem łóżko piętrowe. Czasem zeskakiwaliśmy z niego z kolegami. Raz Karol po zeskoku akurat wylądował na skraju dywanu, poślizgnął się i wylądował przodem głowy na parkiecie. Stracił przytomność na pięć minut.

Innym razem, też Karol, kiwał się na murku tak, że przechylił się za bardzo w tył i rozbił sobie głowę o kant cegły.

Karol miał tak twardy łeb, że później jak się bił, to walił czasem z byka w klatkę piersiową, jak Zidane w 2006. Później został nawet piłkarzem. Miał metr siedemdziesiąt w kapeluszu, a przez jakiś czas grał jako napastnik w czwartej lidze. Wsadzał głowę tam, gdzie niektórzy bali się wsadzać nogi.

Obijaliśmy podbalkonie parteru, które w rzeczywistości było ścianą zewnętrzną piwnicy.

W dzisiejszych czasach deweloperzy zrobiliby tam suterenę. Nawet dzisiaj, dwadzieścia lat później widać tam ślady po podrabianej piłce, która miała udawać Roteiro,

Było to na dziedzińcu bloków, takich już nie robią. Osiedle z lat dziewięćdziesiątych. Trawa, wierzba, trzy olchy, pośrodku krąg krzewów.

Później graliśmy małą piłką, tak zwaną trójką, na parkingu, albo w przypadku braku sił mentalnych i witalnych, na tak zwanych ławkach. Jedna osoba stała i musiała trafić w przestrzeń pod ławką, między jej betonowymi słupkami. Druga osoba siedziała na ławce i broniła tej przestrzeni między słupkami.

Mieszkał w naszym bloku taki jeden najbardziej odwalający kolega, którego każdy kiedyś miał. Dziś zdecydowanie dostałby diagnozę zespołu nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi.

Często z nudów wchodził na będący wejściem do bloku wiatrołap, którego cała dachówka była ogówniona gównem ptaków, tynk odlatywał od ściany, a na chropowatym kloszu lampy wylegiwało się robactwo. Wszyscy się brzydzili tego miejsca, a on miał to gdzieś.

Innym razem widziałem go na dachu bloku, albo tańczącego breakdance na kawałku linoleum rozwiniętym na chodniku.

Raz, kiedy graliśmy w piłkę na ławkach, przechodził obok nas Buda, postrach młodszonastoletniego Mułuja. Świadomego, ale nie do końca. Podobno był w stanie zbić młodziaka, jak widział, że ten na niego spojrzał, choćby ukradkiem.

Pochodził z wielodzietnej rodziny, miał lat czternaście i ziemistą karnację. Jak widziało się go z braćmi na otwartym basenie, lepiej było się zawczasu zwinąć. Przynajmniej tak wszyscy myśleli. Mojemu koledze raz wyrwał portfel ze wszystkimi kieszonkowymi.

No ale ten Buda akurat nas mijał i nie było gdzie uciec. Wzrok w dół.

Zrobiłem to chyba za późno.

Ścisnął mi się żołądek. Słyszałem tylko:

– Co się gapisz? Ty, młody!

Bałem się najgorszego. Nigdy z nikim się nie biłem.

I akurat z klatki schodowej wychodził Klopek, ten z zespołem nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi. Nie był typem kumpla-starszego brata, co obroni przed starszymi typami, ani gościa, na którego wiesz, że możesz liczyć. Bardziej to był typ starszego kuzyna, z którym w ogóle nie gadasz i przez całe życie pamiętasz go z takiej jednej sytuacji, w której ci pomógł.

Zauważył, że Buda nade mną stoi, więc podszedł, zagarnął bez słowa piłkę nogą, dając sygnał, że chce z nami zagrać. I Buda jak rażony piorunem po prostu sobie poszedł. Wtedy pomyślałem, że pewnie Klopek był w gimnazjum bardzo poważany, a dzisiaj mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że moja wyobraźnia zaszła za daleko. Buda chciał mnie tylko nastraszyć. A tamtemu koledze niedługo później zwrócił ten portfel w nienaruszonym stanie fizycznym i finansowym.

A Klopek? Zwykły gość. W naszym wieku był pewnie taki sam jak my. A że wtedy, w tej sytuacji z Budą był starszy od nas i od samego Budy, do tego pozbawiony baśniowego widzenia świata z Budą w roli złego charakteru, pewnie nie było mu trudno zareagować. Może nawet nie wiedział, że robi coś dla mnie w tamtej chwili ważnego.

Co jeszcze pamiętam?

Jak raz na balkonie Karola z innym dzieciakami z klatki, maczałem właśnie śląską w zielonym keczupie. Trawa pod balkonem była odciśnięta od namiotów, a wszędzie jako żywe rosły drzewa.

Na co bądź występujące badyle sadzonek ktoś wkładał butelki po tymbarkach. Niektórzy łapali chrabąszcze do słoików, a wszyscy zajadali się bezami z pobliskiej piekarni za pięćdziesiąt groszy. Zrzęda wypalał napisy na murku za pomocą lupy z grubą soczewką.

Po tym lecie już było inaczej.

Karol wylądował w szpitalu, robili mu jakiś zabieg. Opowiadał nam, że po zabiegu leżał w łóżku z cewnikiem i nie rozmawiał z żadnym dzieckiem. Udawał, że śpi. Pytaliśmy, jakie to uczucie. Mówił, że dziwne, jakby cały czas się chciało, ale nie mogło wysikać. Później jakiś chłopiec go spytał, co to za woreczek, to mu odpowiedział, że na siki, już się nie odezwał, miał spokój.

Opowiadał, że bardzo go bolało. Najpierw podczas zdejmowania wenflonu, a potem podczas wyjmowania cewnika.

Mówił też, że podczas wyciągania cewnika na sali z lekarzem były jeszcze dwie stażystki-pielęgniarki, a jedna z nich taka ładna, że Karol zmuszał się, aby nie zesztywnieć tam na dole. Po chwili obrzydzenia wszyscy się śmialiśmy.

Jak wrócił ze szpitala było jakoś inaczej.

Zauważyliśmy, że nie mamy już gdzie grać w nogę, bo wszędzie były tablice „Zakaz gry w piłkę na osiedlu”.

Tata, pierwszy raz odkąd pamiętam, przyszedł pijany do domu.

Klopek zainstalował u nas w bloku internet radiowy.

Nigdy potem nie słyszałem, żeby ktoś sobie roztrzaskał łeb albo prawie stracił oko.

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Natalia Kostecka – studentka filologii polskiej na specjalności krytycznoliterackiej na Uniwersytecie Wrocławskim, miłośniczka kina i literatury pięknej. Publikowała w „artPapierze”.

Agnieszka Sokołowska – studiuje sztukę przekładu oraz prawo na Uniwersytecie Wrocławskim. Publikowała teksty krytycznoliterackie w „Odrze”, „Soberze Polskim”, „Zakładzie”. Lubi poezję i góry. Mieszka we Wrocławiu.

Mira Król – osoba pisząca, urodzona. Mieszka na mazowieckiej wsi. Publikowała w „Migotaniach”, „Afroncie”, „Drobiazgach”, „Stronie czynnej”, „Helikopterze”, „Szajn”, „Składce”, „Trytytce”, „Zakładzie”, w „Pocztówkach literackich Karola Maliszewskiego”, „Tlenie literackim”. Gdy ktoś pyta, co aktualnie robi, odpowiada: Szwendam się. Na deficyt zieleni poleca: pola, łąki, lasy i rower.

Cyprian Hirsch – twórca poezji i prozy z doświadczeniami dziennikarskimi, okazjonalny biegacz, jednokrotny półmaratończyk.

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:

Jakub Famulski, Kamil Figas

Kontakt: osmy.arkusz.odra@gmail.com

8 ARKUSZ. 12/2025

Słowa pobierane z ziemi

 

Zostało mi niewiele znaków, streszczam się, bo wiersze są ważniejsze; nawet gdy niedoskonałe, są lepsze od gadania o nich. Mają to coś – za każdym razem inne. Nie chodzi o temat, raczej o sposób pobierania słów z życia. Nawet gdy doświadczenie wyimaginowane, to słychać kogoś, kto obstaje za swoją prawdą. Znaki mi się kończą, poczucie prawdy zostaje. Wszystkim korespondentom dziękuję za ten rok. Chwilami człowiek jest zmęczony, ale potem się cieszy.

Karol Maliszewski

 

 

 

Barbara Bajor        

 

Jutrznia

 

Pierwszy oddech otworzył moje żebra

jak okiennice. Ale nie otworzył

moich warg. Wahadło słońca

kołysze się nad miastem

i nie jest jeszcze za późno

Nie powiedziałam ostatniego słowa

ni pierwszego

A moje ciało przez chwilę jest wieczne

Tak, jakby było jeszcze przed wygnaniem,

przed listkiem figowym

Dachy pod śniegiem jak meble przykryte

prześcieradłami w opuszczonym domu

Może to tylko na czas przeprowadzki?

To dobry moment, by puścić w niepamięć

tatuaż z literówką,

wiersz z wadą wymowy,

owoc z pieczątką linii papilarnych

Ślady na śniegu dowodzą, że jestem

Ktoś mówił mi, że to wystarczy

 

 

Grzegorz Borowiec

 

Niedozatrzymania

 

Wspinam się po cegłach mokrych

rękami zrobionymi z mchu

zacinam się rozrywam

rozpadam przy każdym stopniu

 

Wyrzucam słabości

część zaopatrzenia i nazbierany pył

tam na górze przecież jest potrzebne

tylko nic

 

Biję w deski w ziemię

w nagromadzone kwiaty

i krzyż bez krwi

bez kości wychodzę

 

 

Martyna Antonina Cicha

 

Gałęzią

 

Pasłam smutne osły na obrazach,

przesmykiwałam się szeptem przez

popękane oddechy vermeerów.

Jadłam suche okowy, trociny rzeczy.

Szłam i spadałam, wpadłam swojemu

chodzeniu pod pięty,

sepleniące

kamienie zbutwiały.

Wszystko to po to,

by zakopać twoje imię

w nieznanym,

między podczerwienią

a nadfioletem,

w naderwanej kontynuacji znanego.

 

 

Katarzyna Dominik

 

Oko

 

Niebo zwisa

z zardzewiałego świtu,

korona jesiennego deszczu.

 

Niweczeje wieża z cegieł.

Kruszy się

ciężka od milczenia

Wrota

ukazują twarz.

 

Widzi

 

ostro,

na wskroś to tu i to tam.

Szuka,

czy tylko zadaje pytania,

które nie mają treści?

 

Budowla drży.

Ona nie drgnie.

Jest granicą,

dziurką od klucza prowadzącą donikąd.

 

 

Jakub Fornagiel

 

***

 

Język odzyskał kolor

Nie nosi znamion blizn

Nawet draśnięcia

Po ataku

Tyle że to przez brak słów

Oczy łypią zewsząd

Codzienne czynności zyskały rangę questów

Napycham uszy ciągami liter

przyspieszyła kukułka wraz z dźwiękiem

Nie odczuwam prędkości światła

Bo patrzę nie widząc niczego

Wprost przed siebie

Z głupim uśmiechem

Jak figurka z kiwającą głową

Ściszonym głosem

Próbuję złożyć puzzle

Gdy notorycznie uciszano mnie w Polsce

Tu mi wpychają w usta słowa

I nieustannie zmuszają by je wypluwać

 

 

Tomasz Gos

 

Jad

Z prostokątnej szybki
w twojej dłoni
sączą się gigabajty jadu.
Sztuczna inteligencja
prowadzi cię na świętą wojnę
z nieistniejącym wrogiem.
Zalogowałeś się do świata,
którego nie ma.
Prawda jest bez znaczenia.
Tajpan pustynny zdycha w kałuży
z ludzkiej śliny.

Honor.

Horror.

Error.

 

 

Natalia Górecka

 

Złodzieje traw

 

Przyszli, pod sam dom przyszli.

I las ogromnieje. Dotyka murów. Wchodzi w okna.

W przedświcie kiedy niebo pęcznieje jeszcze gwiazdami.

Psy pozostały ciche. Polują w konstelacji Artemidy.

Czujne, złapały trop.

Pomiędzy bezdechami ziemia i liście, mech i ciepły, pulsujący zapach.

Umyka w życie, a ziemia je wykarmi.

I nie będzie wiedzieć, że w tym dniu nie umarło.

 

A oni sierpami rżną strumienie powietrza, a ciała uginają się jak kłosy.

Było w nich ziarno. Wyda plony.

Drobne nitki chłodu wiążą w supły oddech.

Kolory będą niedługo słać się posłusznie na skrzyżowaniu nieba i ziemi.

Z oka Opatrzności zacznie się sączyć czerwienią i purpurą.

Horyzont zajmie się ogniem i pożre ciemność.

 

Psy już nie śpią. Wracają znużone w bezczynność dnia na łańcuchu.

Las odstępuje, kurcząc się pod spojrzeniem, a nie ma przy tym dźwięku.

Płynną miedzią zalane łąki zastygają tuż przed stopami.

Silne ręce wiążą snopki.

Ujdą cało. Uniosą. Złodzieje traw.

I nie będą wiedzieć, że w tym dniu, nie umarli.

 

 

Natalia Grudzień

 

***

 

Będziemy się kochać

w mikrokawalerce

na ziemi

 

na łóżku nie będzie miejsca

ledwo zmieści się tam twój pies

 

zanim mnie rozbierzesz

potkniesz się trzy razy

o suszarkę na ubrania

zwalisz kubek z wodą

krzykniesz kurwa

 

i wyjdziesz

po wszystkim

 

pan polityk

napisze na x

że rodzi się za mało dzieci

wszyscy chcą mieć psa

 

a przecież twój bursztyn

wcale nam nie przeszkadzał

 

 

Beata Gruszecka-Małek

 

Komukolwiek

 

Kimkolwiek jesteś, ja też jestem

kimkolwiek. I nie mogę zrozumieć,

czemu nie mogliśmy się spotkać,

jeśli jesteśmy w tym tacy podobni.

 

 

Karolina Hofman

 

czterolistny

 

kot mi umarł w tamtym tygodniu

od kilku dni rozkłada się na betonowym

wyłożonym sztuczną trawką balkonie

najchętniej wsadziłabym go

do zamrażarki i wypchała

zawieszona na kółku od klucza tylna łapka

kto mi będzie zabijał pająki

miał mnie zjadać po kawałku

 

 

Daria Juskowiak

 

Po terminie

 

Ofiary z czwartego roku wojny,

to już nie te, nie te, co z pierwszego.

 

Tak, to jest straszne, ale.

Tak, trzeba współczuć, ale.

 

Ofiary z czwartego roku wojny

muszą przyjąć do wiadomości:

 

że mecz, że wybory, że pogoda,

że jeszcze nasz kraj, że ileż można.

 

 

Dagmara Kacperowska

 

reszty nie trzeba

 

wszyscy jesteśmy tylko trochę

i na chwilę.

w pośpiechu rozmieniamy się

na wszelkie możliwe apki i zdrapki,

których nazwy brzmią równie dekadencko,

jak kredyt hipoteczny, czy konsolidacyjny

(choć podobno ktoś miał na myśli

zrównoważony rozwój dla niezrównoważonych).

w pośpiechu mijamy się, nadajemy dzieciom

imiona i pozwalamy im zjeść

ostatnią mrożonkę.

aż może ktoś w końcu zapragnie

stać się prawdziwym człowiekiem

i jak Chrystus zawołać z dachu wieżowca:

keep the change,

brachu!

 

 

Monika Karbowniczek

 

Oni

 

Bez niego nie będzie
czekać, by światło
zmieniło się na zielone.
Rytm odmierza serce.
Rzepak kwitnie na żółto,
skoszona trawa pachnie
utraconym życiem.
Mały domek
ma kształt pudełka.
Można zaszyć się w nim
grubą, ciepłą nicią.
Idealnie na zimę.
Oplatają swe serca
słowami,
dotykają umysłów.

 

 

Agata Lopez Kornacka

 

broszka

 

nauczyłem się na pamięć

czego miałem się nauczyć

 

wyobrażenie ostatniej wojny

noszę teraz w jednym palcu

 

nigdy nie piszę kto wygrał

a kto nadaje się na broszkę

 

w donicach ulepionych

z własnego żebra

uprawiam hegemonię

 

wierzę w urzekanie roślin

i słowa pobierane z ziemi

 

 

Beata Mączka

 

Ciemność

 

(Do L.G.)

 

mówi, że przyszła na świat by pokochać ciemność

poetki też prężą muskuły

słowami wypychają stanik

Przychodzimy tu z nagą misją

nikt nas nie pyta o zdanie

krytycy skreślają nam sensy

redaktorzy łagodzą łuki

Piszę, skoro przyszłam

piszę, więc jestem

piszę, żeby nie być

akapitem

marginesem

przypisem do ciemności

 

 

Matt Mordarski

 

bezdomność

 

pachnie

starą szopą
zagrzybiałym dworcem
bezokiennym pustostanem
obsikaną wiatą przystankową

przysypia okryta zawilgłymi kartonami

oddycha denaturatem

opala się na ławce w parku

chowa dłonie w przydługi rękaw
nigdy się nie spieszy
nocą liczy gwiazdy odbijające się od szyb budynków

czasami w jej stronę

rzuca się drobne, czasami soczyste spierdalaj

 

nie ma imienia, meldunku

nie ma ojca ani matki

 

żyje na krawędzi chodnika
na dnie puszki dwunastoprocentowego foxa

w stop-klatce ulicznego monitoringu

 

kłaniają się jej tylko ulice miasta

ponoć to przypadek ją tu przygnał

 

 

Fatima Musahi

 

Tysiąc deszczowych dni

 

poza mglistą krawędzią smutku

syreny w cardiff wciąż żałośnie wyją

 

blade lampiony na wietrze

kołysze tysiąc deszczowych dni

wraz z twoim przypływem

nabieram skłonności do

kołysania się razem z nimi

 

skrzą się w matowych

oczach topielców rybie łuski

wraz z twoim przypływem

nabieram skłonności do

pływania razem z nimi

 

poza mglistą krawędzią smutku

syreny w cardiff wciąż żałośnie wyją

 

prawdę powiedziawszy

nabieram skłonności do

wycia razem z nimi

 

 

Kamil Pilichiewicz

 

Smuga

 

Tym razem nie zastyga zlepiony z gazetą

zgarbiony w podkoszulku w binoklach

z uszami słonia

Tym razem trzęsąc zwisającą z ramienia

galaretą glansuje uparcie okienny tryptyk

aby nie było tych cholernych smug

aby do środka wpadało więcej słońc

śmiejących się gęb łusek deszczu

ołowianych żołnierzyków

i gazeta bardziej czytelna

żeby była

żeby była

 

 

Joanna Wicherkiewicz

 

trudno oszacować kiedy

 

staliśmy się stadem drobiu

z wolnego wybiegu

materiałem badawczym
mięsnym wkładem

w struktury świata

 

gdakaliśmy w narzucony

wyuczony sposób

ko ko ko – koniecznie

ko ko ko – komfortowo

ko ko ko – kolektywnie

aż do makabrycznego

ko ko ko końca

z ko ko ko korzyścią dla matki ziemi

 

pewnego dnia potwierdzono

pierwsze od dawien dawna ognisko rzekomego pomoru

konieczna była likwidacja miliardowego stada

 

 

Anna Wąsowicz

 

język

 

mówię ci o matce i o rebecce i o noemi i o miriam

mówię ci o miriam o noemi o rebece i o matce

mówię bo język jest jak snop światła w Jeruszalaim

tuż po świcie. nocą. kiedy zamknięto mi usta

i cała pamięć stała się czarnym mlekiem poranka które piłem

co dzień i co noc i w świątyni i w kazamatach i nawet

ty jedna o mnie zapomniałaś

w azylu żyłem

w szczelnie zamkniętej kuli pamięci

z roszadą ale nie życia już a śmierci

z bogiem utkwionym w źrenicy oka

w testamencie chciałem zapisać niebo dla jednej

pindy.

 

 

 

8 ARKUSZ. 11/2025

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

POEZ(YA)

Rynek książki od lat opanowuje literatura Young Adult. Choć narracje o dojrzewaniu, romanse dla nastolatek_tków, opowieści o problemach czasu adolescencji były zawsze obecne w literaturze, to za sprawą bookmediów i bookfluencingu w ostatnich latach biją rekordy sprzedaży. Poezja tymczasem wydaje się nie pozostawać obojętna na tendencje, które uobecniają się w mainstreamowej prozie. Czy możemy zatem mówić o poezji Young Adult? Czy taki nurt mógłby się pojawić, a może już jest obecny w młodej polskiej poezji? Zapytaliśmy o to w ankiecie: Alicję Bagińską, Michała Kozę, Mateusza Mazura i Emilię Konwerską, a szkice o książkach Oli Lewandowskiej i Anouk Herman napisały Weronika Pastwa i Agata Puwalska. Na koniec, już poza tematem numeru, przedstawiamy najnowszy zestaw wierszy Łukasza Krajewskiego.

Redakcja Ósmego Arkusza

Ilustracja Paweł Król

ANKIETA ÓSMEGO ARKUSZA

 

 POEZJA YOUNG ADULT

  1. Czy można mówić o poezji Young Adult oraz jakie mogłyby być jej wyróżniki?
  2. Skąd może wynikać potrzeba odwoływania się do konwencji YA? Czy w ostatnich latach w poezji można zaobserwować zmiany w podejmowaniu wątków związanych z problematyką adolescencji?

 

Michał Koza

  1. Oczywiście to zależy, a problem jest złożony :> Wydaje mi się, że w szerszym poetyckim obiegu książkowo-wydawniczym w Polsce to dzisiaj mało użyteczne określenie. Kategoria Young Adult w świecie prozy opisuje nie tylko typ doświadczenia, do jakiego się odwołuje (i związaną z tym mniej lub bardziej dookreśloną cezurę wiekową), ale raczej wycinek pola literackiego, zakładający istnienie żwawych, intensywnych kanałów komunikacji oraz obopólnego zaangażowania w nie autorów i publiczności. Tylko w takiej postaci i w takim układzie widzę sens odróżniania jej od „młodej twórczości” albo „literatury młodzieżowej” jako ukierunkowanej na odbiór adolescenckich podmiotów, bohaterów, tematów, treści i przesłań przez czytelników, ale już nie na ich podmiotowe działanie i rezonans w przestrzeni komunikacyjnej.

W przypadku poezji, ze względu na wiele uwarunkowań historycznych i systemowych zaniedbań (zniechęcających do poezji w ogóle), o wiele łatwiej o taki układ twórczości i zaangażowania poza obiegiem książkowym, w towarzyskim, koleżeńskim albo socialmedialnym wymiarze. Najświetniejsze czasy Rupi Kaur i poetyckiego Instagrama wprawdzie już minęły, ale jego rolę skutecznie przejął TikTok, gdzie konta publikujące wiersze rzeczywiście potrafią zdobywać miłość młodych ludzi, uzyskując dziesiątki albo nawet setki tysięcy odsłon (warto rzucić okiem pod kątem zaangażowania na przykład na wiersz Nastolatki z konta @szalonatrucizna). Pojawia się tutaj jednak kolejna zasadnicza różnica w stosunku do prozy, utrudniająca potencjalny rozwój poezji YA: o ile zdolność powieści do oddawania problemów i fantazji interesujących i lubianych przez młodzież, a nie sprowadzających się do autobiografizmu, jest czymś szeroko znanym i zrozumiałym (wszak najbardziej znane serie YA to czysta fikcja, bez pozorowania zakorzenienia w życiorysie), to w przypadku poezji powszechniejszy jest stereotyp wiersza jako egzaltowanego wylewu stosunkowo wąskiego wachlarza osobistych uczuć, a w najlepszym razie doświadczeń pokoleniowych.

Z bardziej analogowych, spokenwordowych zjawisk potencjalnie wchodzących w zakres poezji YA przychodzi mi natomiast do głowy Szlam poetycki, wydarzenie ze wszech miar kameralne. Uczestniczą w nim młodzi, chociaż nie ci naj-najmłodsi ludzie (skoro już „angielszczymy” – new adults?) spotykający się w Pięknym Psie na krakowskim Kazimierzu. Przy omawianiu poezji dominuje tam skupienie na tematach i aurze emocjonalnej wierszy (co ma oczywiście swoje ograniczenia i mankamenty), często obracających się wokół wychodzenia z nastoletniości i wchodzenia w dorosłość. Rzeczywiście rozmowa od poezji przechodzi tam do kwestii życiowych i z powrotem, toczą się dyskusje i egzystencjalne rozkminy, a w takim dość intensywnym, rezonującym układzie mówienie o poezji Young Adult wydaje mi się już bardziej uprawnione. Tak jak przełomowe powieści YA miały swój początek w dyskusjach z czytelnikami na Wattpadzie (oczywiście dzisiaj to znacznie bardziej uregulowane przez komercję zjawisko), tak do wiersza, by zasłużył na to miano przy publikacji w szerokim obiegu, warto byłoby w pakiecie dorzucić uprzednio zaangażowane w niego grono młodych dorosłych. Zresztą na tym opierają swoją strategię wydawnictwa w prozie.

  1. Zmianą jest na pewno rosnąca popularność tego trendu – i samej refleksji nad kategorią, o której użyteczność coraz częściej pytamy, a która dzisiaj wydaje się oczywistym składnikiem życia literackiego, chociaż umościła sobie w nim miejsce stosunkowo niedawno. Wydawcy poezji pewnie tęsknie patrzą na wyniki finansowe prozy YA oraz oglądalność tiktokowych wierszy, podobnie jak być może życzyliby sobie, by któraś z osób u nich wydających została tak publicznie zaetykietowana – to ciśnienie ze strony innych obiegów, gdzie YA skutecznie się zaszczepiło, będzie rosło. Jednak w przypadku samych książek poetyckich określenie „Young Adult” póki co tylko promocyjnie markowałoby w polskich warunkach nowość, bo fakt wydania takiego tomu nie tworzy jakiejś intensywnej sytuacji komunikacyjnej, nie zbiera czytelników (nawet na zasadzie wspólnoty doświadczenia) wokół problemów związanych z dojrzewaniem. Co nie znaczy, że nie mamy poetów młodzieżowych – tych nie brakuje, a młodym ludziom niezmiennie zdarza się wybierać wiersz jako formę wypowiedzenia o sobie i o świecie, co na przykład udowadniała przez lata popularność Ogólnopolskiego Konkursu Młodej Poezji w Krakowie.

Ale to nic nowego. Podobnie jak niezbyt szczęśliwa, ale wspierana przez emocjonalny kapitalizm izolacja tego, co młodzieżowe, nastoletnie, od tego, co krytycznie wykracza poza walor ekspresji jednostkowego przeżycia. Myślę, że warto jednak wspierać, gdzie się da, przekraczanie tak rozumianego autobiografizmu, i powalczyć o możliwość krytycznego namysłu nad swoim pisaniem, możliwościami języka, by młodzi ludzie tworzyli lepsze wiersze i mieli z tej praco-zabawo-gry jeszcze więcej satysfakcji, nadając jej również jeszcze więcej sensu. Dlatego ogromnie doceniam na przykład, że właśnie na TikToku na rzecz rozpraszania obaw przed profesjonalizacją artystycznego warsztatu działa Sonia Nowacka – a może da się takie działania nawet nazwać youngadultową krytyką?

Najbardziej uchwytną w obiegu książkowym zmianą aktualizującą to, co w literaturze i twórczości najlepsze, jest moim zdaniem wzięcie realności zjawiska Young Adult na serio wraz z towarzyszącymi temu nurtowi konwencjami, schematami – i zajęcie się nimi jako konwencjami właśnie, na zasadzie materiału do obróbki, do skrytykowania, do rozwinięcia, zabawy, dekonstrukcji, prześwietlenia lub rozebrania na części pierwsze. Czasami to się dzieje: tym tropem prowadzi nas niekiedy Anna Adamowicz jako Laura Osińska, tym również w niektórych swoich wierszach zajmuje się Anouk Herman (znaczące, że nawet u niego etykieta Young Adult najczęściej pojawia się w związku z prozą). Nawet jeśli nie mamy poezji YA w szerokim obiegu artystyczno-krytycznym, to sam trend jako taki wciąż może stać się materiałem poetyckiej twórczości.

 

Alicja Bagińska

  1. Myślę, że można by było mówić o poezji Young Adult, ale w innym znaczeniu niż w kontekście prozy. Trudno na przykład wyobrazić sobie tom poetycki targetowany na odbiorców w wieku 12–18 lat, konstruowany na podstawie trendów i badań zainteresowań grupy docelowej. Dzięki względnej niepopularności poezji, rynkowe sukcesy i patologie odnotowywane w prozie YA raczej jej nie grożą. Może w ogóle próżno szukać poezji YA w książkach, a nawet czasopismach? Poezja będąca najbliżej gatunku YA wydarza się bowiem poza głównym obiegiem, wszędzie tam, gdzie oddolnie zawiązują się małe społeczności nastolatków piszących i czytających wiersze. Kilka lat temu (kiedy sama byłam nastolatką i ochoczo brałam w tym wszystkim udział) przestrzenią dzielenia się wierszami był Instagram, teraz podobne rzeczy dzieją się na TikToku, na slamach i open micach. Tej instagramowej/tiktokowej/slamowej poezji można oczywiście wiele zarzucić, ale często jest ona pierwszym przystankiem na poetyckiej drodze i warto ją za to doceniać.
  2. 2. W ostatnich latach pojawiło się kilka głosów poetyckich, które w większym lub mniejszym stopniu skupiają się właśnie na opisywaniu doświadczeń z okresu dojrzewania, warto wymienić chociażby right into pod tramwaj Anouk Herman i Jesteśmy pierwszą ciemnością tego lata Oli Lewandowskiej. Sądzę też, że dla wielu poetów adolescencja staje się perspektywą patrzenia w wierszu, sposobem na wyostrzanie wyobraźni i ekspresję poczucia nieprzystawalności do świata – jest tak na przykład u poetów Iglicy.

Mateusz Mazur

  1. 1. Czy poezja YA istnieje? Myślę, że tak. Dowody? Po pierwsze, wystarczy spojrzeć na poetycki sektor self-publishingu. To właśnie w tym nieoficjalnym obiegu najobficiej rozwija się poezja YA, która w żadnej mierze nie dociera do głównego obiegu krytycznego. Stąd o wielu tomach, które można by łatwo zaklasyfikować do tej kategorii, nikt z nas nigdy nawet nie słyszał i pewnie nie usłyszy. Trudno się temu dziwić, jeśli polska krytyka literacka nie sięga nawet po prozatorskie YA, więc jak miałaby dotrzeć do trudno dostępnej poezji publikowanej nieoficjalnymi kanałami dystrybucji? Niech ta odpowiedź na ankietę będzie również apelem o zajęcie się tym pustym polem polskiej literatury. Krytycy i krytyczki, zaczerniajcie papier o prozatorskim i poetyckim YA. Po drugie, nawet krótkotrwała obecność na slamach i innego rodzaju tego typu spotkaniach poetyckich czy szybki przegląd efemerycznych zinów tylko anegdotycznie może potwierdzić rosnącą popularność poezji Young Adult. Po trzecie poezja YA pojawiła się również w oficjalnym polu poetyckim. Pierwszymi jaskółkami tego zjawiska w głównym obiegu poezji pozostaje dla mnie poezja Anouk Herman, Oli Lewandowskiej-Ferenc, Kingi Skwiry, Adrianny Olejarki czy debiut z tego roku Karoliny Czarneckiej. To wyliczenie ujawnia już istotną cechę poezji YA – szeroko pojętą dziewczyńskość, również z domieszką queerową. Większe problemy z zaklasyfikowaniem do takiej kategorii miałbym z ostatnimi przykładami poezji ,,chłopackiej” (Jakub Grabiak, Alan Skóra). W tym momencie nie przychodzi mi do głowy żadna ,,chłopacka” próba poezji YA. Skąd takie genderowe zróżnicowanie? Sama proza YA pozostaje zdominowana przez perspektywę dziewczyńskości, w tym tej queerowej. Tym samym konwencja YA w samym swoim DNA posiada perspektywę dziewczęco-queerową.

Teraz najtrudniejsza zagwozdka – czym jeszcze miałaby się cechować ta tajemnicza kategoria? Na pewno daleki byłbym od traktowania poezji Young Adults jako objawu nowego pokolenia poetyckiego. Trafniejsze wydaje mi się traktowanie tej kategorii jako pewnego kostiumu literackiego czy obecności pewnych rekwizytów w poezji, które odsyłają do pewnych schematów literackich czy filmowych. Jakie byłyby jej wyróżniki? Tematyzowanie cielesności, poetyka drogi, sięganie do erotycznej/melodramatycznej konwencji, nowohumanistyczne inspiracje (queerowy feminizm, ekofeminizm), problematyzowanie dziewczyńskości, traumy i przemocy, komunikatywność, poetyka konfesyjna (choć tutaj pojawiają się próby wykroczenia poza np. u Oli Lewandowskiej Ferenc czy Anouk Herman). Co ciekawe poezja YA zdaje się najczęściej mocniej artystycznie opracowywać (zaprzęgając je nawet w awangardowy eksperyment) i podbijać stawkę konwencji wyciągniętych z prozy, uciekając od jej największych grzechów: romantyzacji czy banalizacji przemocy.

PS: Ważne dopowiedzenie dla likwidatorów poezji YA, którzy na pewno się pojawią (zachęcam do pokłócenia się!) – poezja YA w Polsce, jeśli już istnieje, a uznajmy, że tak właśnie się dzieje, występuje obecnie jako zjawisko inicjalne. Czy to chwilowy trend literacki, czy początek szerszego nurtu? Na to pytanie odpowiedzą historycy z 2050 roku. Notabene – wartościowe wydaje się zbadanie, czy podobne zjawisko występuje na gruncie amerykańskim – kolebce YA.

  1. Mam pewien problem z wskazaniem potrzeb, które zdają się stać za indywidualnymi wyborami literackimi, których nie jestem w stanie w żadnym razie odgadnąć. Trafniejsze wydaje mi się wskazanie bardziej ogólnych przyczyn odwoływania się do konwencji YA, które dostrzegam. Po pierwsze transmisja schematów literackich z prozy YA do samej poezji. Najdobitniej zaświadcza o tym twórczość Anouk Herman, które w swoim dorobku posiada powieść YA Nigdy nie będziesz szło samo czy pisało z perspektywy krytycznoliterackiej o tego typu literaturze. Potwierdzeniem tego zjawiska pozostaje również nadawanie tomom tytułów w języku angielskim (Silesian Gothic Herman czy resident angel Czarneckiej), które pozostają typowe dla prozy YA, tłumaczonej na język polski (o co często wybuchają dramy na Booktoku czy Bookstragramie). Jednocześnie mam nieśmiałą intuicję, że równie silnym, jak nie mocniejszym źródłem inspiracji dla pozostałych wymienionych przeze mnie poetek pozostają dziewczyńskie filmy coming of age (zwłaszcza w poezji Skwiry czy Lewandowskiej-Ferenc). To właśnie pewne ujęcia wyjęte wprost z kinowego ekranu zdają się powracać w obrazowaniu poezji YA.

Inną przyczynę sięgania do konwencji YA wskazałbym w rosnącej popularności szeroko pojętej nowej humanistyki, w tym szczególnie girls studies, queerowego feminizmu czy ekofeminizmu. Anouk Herman w swojej pracy akademickiej odwołuje się do narzędzi tych teorii humanistycznych. Tropy hydrofeministyczne z łatwością odnaleźć można w poezji Oli Lewandowskiej Ferenc czy Kingi Skwiry, która w swoim ostatnim tomie próbuje przepracować temat lęku przed katastrofą klimatyczną, a więc ,,ekotraumy”. Konwencja YA okazuje się niezwykle przystępnie ,,przylegać” do ustaleń i idei nowej humanistyki. Osoby autorskie, czerpiące z niej inspiracje, mogą decydować się na taki kostium literacki, by najdobitniej przekazać fascynujące ich idee i konstrukty teoretyczne.

Zaprzęganie konwencji YA do poezji może wynikać również z hegemonii kultury terapeutycznej. To właśnie w prozie YA trauma i próba uporania się z jej doświadczeniem pozostaje najczęstszą dominantą tematyczną powieści. Bohaterka, doświadczająca przemocy, musi sobie z nią poradzić. Ten emancypacyjny schemat narracyjny pozostaje idealnym narzędziem dla poezji konfesyjnej, czerpiącej najczęściej z autobiograficznych doświadczeń. Twórczość Adrianny Olejarki czy Karoliny Czarneckiej zdaje się zbudowana na tego rodzaju projekcie intelektualnym, w którym polityka tożsamości staje się tą dominującą.

Byłbym daleki od ferowania wyroków historycznoliterackich, że jesteśmy świadkami jakiegoś tąpnięcia w obrazowaniu adolescencji. Jeśli już można zaobserwować jakieś zmiany, to te wynikające z opisanych przeze mnie powyżej zjawisk. Obecnie problematyka dojrzewania w poezji pozostaje głównie przefiltrowana przez popkulturowe wyobrażenia, nowohumanistyczne teorie oraz kulturę terapeutyczną. Najistotniejsze wydaje się, że adolescencja w ostatnich latach pozostaje przede wszystkim przedstawiona z perspektywy dziewczyńskiej i queerowej. Jakub Skurtys w podsumowaniu debiutów 2024 roku w kontekście debiutu Lewandowskiej-Ferenc pisał: […] istnieje niebezpieczeństwo: niedojrzałości, infantylizowania doświadczenia, wygaszenia realnych konfliktów społecznych. I tego realnie można się obawiać, dlatego tym bardziej powinniśmy uważnie przyglądać się poezji YA, by uniknęła podobnych pułapek w przyszłości.

Emilia Konwerska

How to have sex Molly Manning Walker wspaniale oddaje niejednoznaczność emocjonalną pierwszych doświadczeń młodych dziewczyn. Bohaterki wypełnione są sprzecznościami, lęk i smutek towarzyszą nadziei i radości. Przemoc, która pojawia się w tym świecie, ma to do siebie, że można ją z czymś pomylić. Na przykład z miłością.

Te młodzieńcze stany płynności, zdania kończące się znakiem zapytania i momenty zawieszenia są idealną materią dla poezji. I to widać, bo fascynujących debiutów młodych autorek jest dużo, może coraz więcej, stają się widoczne, opowiadają o pierwszych dniach lata, jedzeniu, dotyku, ulicach i nocy. Staromiejski Dom Kultury, poznańska Slamka, Girls and Queers to the Front to ciekawy, głośny poetycki wielogłos, który inspiruje, niesie się echem.

Agata Puwalska

 

Śmietanka, krew i węgiel

 

prolegomena

I tym razem jest róż, choć nie tylko, bo przełamany bielą i czernią. I tym razem jest rytm i melodia, queer i żart, ale to już inne opowieści niż „right into pod tramwaj”. I nie chodzi tylko o to, że tramwaj został zastąpiony schoolbusem.

Nowa książka Anouk Herman Silesian Gothic, nagrodzona Nagrodą Literacką Gdynia i nominowana do Silesiusa (w chwili, gdy piszę ten tekst, nie ma jeszcze rozstrzygnięcia), to brawurowa, trzyczęściowa podróż przez dojrzewanie, umieszczone w śląskiej scenerii, doprawione gotykiem i rysunkami rodem z mangi. To podróż, w której plany czasowe nakładają się na siebie, współczesności towarzyszą persony i rekwizyty rodem z PRL-u, a budowle bądź miejsca swobodnie sobie dryfują, uniezależniając się od ich geograficznego położenia, by na końcu trafić do Słowniczka.

To podróż, w której towarzyszą nam lody McFlurry i generał Ziętek, Lana Del Rey i Major Tom, brokat i węgiel; a przestrzeni w niej nie zabrakło zarówno dla starego dziada, jak i kosmicznej seksturystki, zaś napięcie w tomie rozciąga się między „tidy role models” a „ghosts in the monocrystalline silicon shells”.

Jak każda podróż, również i ta ma swoje etapy, które znajdują odzwierciedlenie w kolejnych trzech częściach książki. Część I zatytułowana Przed opowiada o okresie nastoletniości, mamy tutaj igrającą ze stereotypem niewinności biel kartek, na których pojawiają się wiersze i rysunki. Część II W trakcie została zdominowana przez czerń i mrok, przy czym część ta zawiera zaledwie dwa wiersze, w tym jeden z nich zatytułowany solstiti, czyli przesilenie. Z kolei Część III Po – dla mnie chyba najbardziej zaskakująca – jest pozornym finałem całej podróży, nasyconym dziwnymi budowlami retro – począwszy od modernistycznego, strzelistego hotelu Zlatibor poprzez „kosmiczną” willę w Jastrzębiu i pływającą restaurację „Arizona”, a kończąc na hali Kapelusz. Ta część podróży to też swoisty kalejdoskop minionych postaci, dygnitarzy i architektów. Herman wznosi i dekonstruuje kolejne budowle, dokonuje wyłomu w czasie, to, co minione, staje się obecne, istnieje obok siebie na różowej mgle kartek, które stawiają pytanie: na ile to wszystko dzieje się naprawdę? W jakim stopniu Po jest rzeczywiście po, a w jakim jeszcze trochę w trakcie a może i przed? Herman zapowiada: „będziemy wędrować w czasie, / spać po resortach byłej jugosławii: kosmiczny / kwasowy komunizm, ale to polska, ale to / retroprzyszłość, to sosnowiec gierka, zielone / połacie wpkiw, wieża szklarniowa, / herman–jetsonowie”. Nie jest to jednak koniec, mimo że „dokończeniem” się kończy, bo prawdziwym finałem tej podróży jest jednak słowniczek, w którym budowle, miejsca i niektóre skróty – o raczej architektonicznym rodowodzie – zostały skrupulatnie opisane. Czy rzeczony słowniczek rzeczywiście jest jedynie słowniczkiem? Do tego jeszcze wrócę, ale najpierw – czytając – udajmy się w podróż.

W rozpoczynającym Część III wierszu anouk mówi do kany radevic, architektki, autorki projektu hotelu Zlatibor: wyobraź sobie, że nie jestem dzieckiem, a dyplomatą i otrzymuje odpowiedź: „kana: / anouk architekt, anouk urbanista, anouk prezydent wielotysięcznego miasta, / anouk delegat, anouk edward gierek, anouk jerzy ziętek, anouk stary dziad”.

Pójdę więc tropem kany, podążając za wyliczanką możliwych wcieleń anouka, uprawiając – jak Herman „skoki po liniach czasu, czytając nie tylko częściami, ale i nieco w poprzek, zastanawiając się dlaczego w sumie jadę schoolbusem? i czemu to nie jest / zwyczajny bus?”

anouk delegat

Czyje interesy reprezentuje ten delegat? W imieniu kogo mówi?

W pierwszym wierszu książki, który jest swoistym wstępem do tej historii, jej otwarciem, prologiem (wszak jego tytuł to prolegomena), Herman pisze: „oto jest dziursko, kanion, mózg nastoletniej / dziewczynki. rzeki, które go znaczą, to strugi / mcflurry – słodki ulepek śluzu i krwi. Żegluga / odbywa się w akcie śródlądowym, a spławić od / sprawić różni jedynie ł albo r” i tym samym w roli bohaterki czy też bohaterek pierwszoplanowych sytuuje od razu nastoletniość i nastoletnie dziewczynki. Wydaje się niegroźnie, więcej: zabawnie, śmiesznie, a nawet troszkę prześmiewczo – zamiast mózgu dziursko i lody mcflurry, a jednak już w tej pierwszej strofie pojawia się dysonans. Po pierwsze, pada słowo krew, które nie ma przecież słodkich konotacji, może kojarzyć się zarówno z czymś trudnym, groźnym, przerażającym (np. przemoc czy choroba), ale z drugiej strony przywołuje na myśl też samo życie – jego puls i intensywność, jego niejednoznaczność i nieobliczalność. To słowo może wprowadzać zarówno niepokój, jak i głębię – doświadczenie nastoletniości, o którym pisze Herman, nie jest więc tak jednoznaczne, słodkie i jasne, jak mogłoby się wydawać. Po drugie, dysonans związany jest też z językowym żartem, dzięki podmianie literki ł na r w słowie „spławić” poeta zamienia lekceważenie i ignorowanie potrzeb w sprawczość.

Czy zatem rzeczywiście jest delegatem – reprezentantem swoich bohaterek? „[T]a nastoletniość, którą mam w sobie, chce śmietanki i krwi” pisze Herman, i chyba w tej wypowiedzi pada wyraźna sugestia, że utożsamia się z doświadczeniem nastoletniości, że mówi w imieniu swoich bohaterek, że swoje poetyckie wypowiedzi kształtuje z ogromnym wyczuciem, zachowując lekkość i fun tego doświadczenia, ale też jego smutek i ciężar, które często bywają pomijane.

Myślę, że w tym snuciu kolejnych, zamkniętych w wierszach opowieści, pobrzmiewa nie tylko chęć nazywania tego, co trudne, ale też konieczność pewnego domknięcia sytuacji, przepisania jej w taki sposób, który to domknięcie zapewni: „umiemy nazywać to, co nas / spotyka, ale trudno jest nam się od tego odciąć”. Herman pyta „nie boisz się ubrudzić, zmęczyć i zakrwawić?”, by od razu dodać: „wezmę / twoje dłonie i obwiążę wstążką”. Nie chodzi więc tylko o samą opowieść, ale i o pewien opiekuńczy gest, gest opowiedzenia się po określonej stronie – mówienia w imieniu.

A przecież to ryzykowne i Herman dobrze o tym wie, przesuwa więc punkt ciężkości wypowiedzi – już nie mówi zamiast, lecz ze swoimi bohaterkami, kreując absurd sytuacji i ironizując: „słuchałyśmy lany w ławce w kościele, jakoś na miesiąc / przed bierzmowaniem, poszło nawet echo. czyj to / był telefon, czyj był brak słuchawek? i kto wymyślił, /żeby nas bierzmować?”

Czy bierzmowanie to rzeczywiście inicjacja, ten rytuał wtajemniczenia, którego potrzebują bohaterki? Czy brak słuchawek jest przekornym brakiem wysłuchania czy słuchania? I która strona nie słucha?

anouk edward gierek, anouk jerzy ziętek, anouk stary dziad

Ale czy są tu w ogóle jakieś strony? W pierwszej chwili wydaje się, że tak, że istnieje opozycja między nastoletniością a tym, co tę nastoletniość tłumi, próbuje oceniać, formować, kształtować podług określonego schematu: „czy zetkin mogła karać luksemburg za umawianie się / z mężczyznami? nie wiem, i chyba nigdy tego nie / zrobiła, i ja też ci już tego więcej nie zrobię. bo jesteś / równie bystra, co silna, równie moja, co ode mnie inna. / i nie mam prawa cię rozliczać. jak szkoła, marks, /engels, rodzina”.

A jednak Herman nie podąża tą prostą ścieżką, skręca w bok: może strony, role są tak ciasne, że czas je rozszczelnić? anouk to nie kawafis, nie potrzebuje barbarzyńców, prostej opozycji do samego siebie, raczej szuka przygody. Cóż więc pozostaje? Wyśmiać krytykę, trollować oceny, wykrzywić opinie i rozdąć je do takich granic, że umykają, wydają się absurdalne: „ależ byłaś chujowa, swawolna, debilka z debilowa, / bogate dziecko, sęp. to jednak dobrze, bo lubię, jak / czasem mówią o nas źle”.

Albo inaczej, sięgnąć po narzędzie starego – na przykład cytat z Houellebecqa, który się odpowiednio rozwinie i celebrować „przytułki bólu, ciemne zakamarki / najebane kąty i brudne przedproża / (…)zapuszczać się we wstydliwe miejsca / obserwować z wyższością ich obywateli”.

A może przebrać się za generała, wcielić w jego rolę, odwiedzić restaurację, która „powstała / w roku 1953, / a jadał w niej / sam generał / jerzy ziętek okiełznać lęk i zostać dygnitarzem. Bo w końcu gdy pierwszy sekretarz postawił wodę. my, jego / towarzyszcza, pijemy słabą czarną z dwiema / łyżkami maltitolu”.

Herman daje swoim bohaterkom „w prezencie słodkie opowieści / plotki rozpuszczalne jak cyjanek w wodzie, i choć wie, że będą szeptać o tym później pod konfesjonałem”, to przecież nikt tu nie szuka rozgrzeszenia: „istnieje spowiedź online i zrzuta na świata wielkie odpusty / wejdź na xvideos → dostań rozgrzeszenie / olej rozgrzeszenie → wejdź na xvideos”.

 

anouk urbanista

Czego szuka się więc w Silesian Gothic? Jeśli nie rozgrzeszenia, to może jakiegoś przejścia, cudownej inicjacji albo objawienia? Raczej nie jest nim bierzmowanie. anouk jest urbanistą, anouk planuje rozwój i zagospodarowanie przestrzeni wewnętrznej, w jaki sposób ten rozwój, przeistoczenie się dokona? I czy w ogóle? Witamy w przesileniu.

Już w Części I Przed pojawiają się pewne sygnały, zwiastuny świadczące o poszukiwaniu: „(a my tu wszystkie mamy / fioła na punkcie obróbki metali i transmutacji / z cynku w złoto, ze złota w cudowny medalik)”.

Transmutacja wydaje się nielogiczna. Przeczy prawom fizyki, chemii i właśnie z tego powodu jest tyleż cudowna, co absurdalna. Z tego powodu jest też pożądana i właściwa dla nastoletniości, bo zdaniem Herman, niektórych objawień można tylko wtedy doświadczyć, kiedy „poprzeczki wiszą strasznie nisko”: „są epifanie właściwe dzieciakom, / które nie znają ani ździebka życia. nasze poprzeczki / wiszą strasznie nisko, więc dajcie nam wszystko, same / trudne rzeczy. cyborium. mirrę. mszalne tokaje. / reszta przyjdzie potem. teraz jest żałośnie, wraz / z potrzebą magii wślizgną się zawody. Proboszcz / w nas nie wierzy (ani nawet starzy)”.

Potrzeba magii i cudu jest na tyle silna, że nawet brak wiary ze strony dorosłych, brak wiary nie tylko w cud, ale też w same bohaterki niczemu nie przeszkadza, nie stoi na drodze do odprawienia swoistego rytuału, już na innych zasadach, bez udziału tych, którzy nie wierzą: wkurzony zakrystian pogasił kinkiety. kazał nam już / spadać, ale my zostałyśmy. w każdym tkwi potrzeba / doświadczenia cudu. Ta potrzeba doświadczenia cudu – przemiany o pokaźnym ciężarze gatunkowym, a nie zwykłej zamiany ról, typowej społecznej przebieranki świetnie współgra z całym gotyckim sztafażem, z podjętą przez Herman grą ciemnością, ekspresją i lękiem, w celu przełamania tegoż ostatniego. W końcu bohaterki to czarownice z wełnowieckiej hałdy, która jest dla nich tym samym, co dla ich koleżanek po fachu Brocken i Ślęża. To tu odbywają się sabaty, w cieniu rzeźni i skrzypiącej formy Robstal. Lęk przełamuje się humorem, śmiechem, absurdem, bo „silesian gothic” to gotyk, w którym nagrobki chowają łebki za płot.

A jednak, pomimo śmiechu i żartów, wbrew lękowi, bohaterki całkiem poważnie pragną inicjacji i to na swoich warunkach: „czas porzucić dotychczasowe bredzenie. to / znaczy: zostawić za sobą żwir dziecięctwa, / oddane pięknosłowie, tak jak gruzy, / osiedle-pstrąże, osiedle-kupari”.

I w tym miejscu robi się poważnie, czerń kartek podkreśla mrok przesilenia, bo inicjacja wymaga ofiary, porzucenia i pozostawienia. anouk urbanista, żeby zaplanować rozwój, pewne okolice musi zostawić niezamieszkane, zapomniane, popadające w ruinę, musi pozwolić, by czas pokrył je patyną, tak jak poradzieckie osiedle Pstrąże czy znajdujące się w pobliżu Dubrownika osiedle Kupari, zwane „zatoką umarłych hoteli” (bliską mi również poetycko, w nieco inny sposób).

I choć cały czas anouk urbanista obawia się, jakie skutki ta przemiana wywoła, do czego doprowadzi, pomimo że cały czas obawia się utraty części siebie: „nie chcę marzyć o jedzeniu i prądzie, kana, / będę marzyć o rzeczach, których nie było, w miejscach, / które nie miały miejsca, w czasach, z których / podobno każdy wyrósł, jak podlot, / który spadł w krzak” to jednak solstiti (przesilenie) się dokonuje, bo trzeba wydobyć „zamknięte w procesorkach duszki: ghosts in / the monocrystalline silicon shells” z ich skorup, trzeba je wydostać na zewnątrz, pozwolić im zaistnieć.

anouk architekt

Czy jest to zatem bildungsroman? Poetycka opowieść o dojrzewaniu, o formowaniu się? Czy wydarza się cud, a anouk architekt wznosi jakąś stabilną budowlę?

W Części III Po, która następuje już po przesileniu, aż roi się od architektonicznych inspiracji. Herman funduje czytelnikowi prawdziwą podróż po najdziwniejszych budowlach, budynkach, konceptach. Wydawałoby się, że im dziwniej, tym lepiej, im mniej realnie, tym bardziej dana budowla pasuje do opowieści. Im absurdalniej, tym prawdziwiej. Większość tych budynków ma też oprócz wspomnianej dziwności, oprócz wystającego z nich na każdym kroku weirdu, jeszcze jedną wspólną cechę. Są nieco zapomniane lub porzucone, w remoncie albo przestarzałe, chimeryczne, chwilowe, w momencie, w którym powstawały – nowe i rewolucyjne, ale ich rozbłysk zdążył przygasnąć i trochę jest tak, jakby nie zdały egzaminu ze swojego istnienia.

Czy więc możliwa jest konstrukcja, która przetrwa, stabilna i jednorodna? Czy człowiek może stać się taką konstrukcją? Czy tym właśnie jest cud, którego szuka się w Silesian Gothic? Herman pisze: „nie rozpaczaj, rakieto, (…) nie / zamarzysz już wcale o wodzie i prądzie. / pieniądz-zaskórniak też cię nie zaskoczy, / ani ziętek robiący nad ranem paznokcie. / bierzmowanie cofnięto, jesteś całkiem / wolna, idź popływać statkiem, / idź podpalić hotel” i okazuje się, że objawienie następuje, ale cud wydarza się gdzie indziej. Nie jest zamknięty w jednorodnej konstrukcji, lecz tkwi w ruchomości, w oderwaniu, a nawet w zniszczeniu. Herman wywraca bildungsroman do góry nogami, trochę z niej żartując, jak wtedy, gdy w wierszu spandau pyta przekornie: „czy ci, do których / przyleci kosmiczna seksturystka, wygrają / wyścig zbrojeń?”, albo wtedy, gdy w wierszu wacław zalewski, którego tytuł to nazwisko architekta, autora projektu nieistniejącego już dworca centralnego w Katowicach, jako schedę po wyburzonym budynku wspomina jedyny zachowany artefakt, niepotrzebne nikomu wsparcie konstrukcji – filar o kształcie kielicha: „tak się pięknie mienisz, za nic / mając schedę, którą ci tłumaczę. a powtarzam ciągle: / kielich kielich kielich”.

 

anouk prezydent wielotysięcznego miasta

Kielich z dworca, oderwany element charakterystyczny budowli, która nie przetrwała, byłby poszukiwanym Świętym Graalem? Skoro pożądany cud, epifania leżą gdzie indziej niż w stabilnej konstrukcji, bo dotyczą świadomości, że form jest wiele, wiele rozmaitych budowli, że przeistaczanie się i transformacja następują ciągle, a tożsamości bywają płynne, to anouk staje się prezydentem wielotysięcznego miasta, powołanym do tego, by tymi formami żonglować jak piłeczkami: „na tym podwórku to zwykłe ja i żebrzę / o piłkę marzeń. jak idę na drugie, to mam / wszystkie piłki, żadnej wam nie pokażę”.

Sztuka polega na tym, by wyważać, które formy pochodzą z kielicha, ze stałego i niezmiennego elementu (być może gdzieś głęboko istnieje), a które są tylko odbiciem tego, co pochodzi z zewnątrz: spójrz: te lustra nadal chcą chłonąć odbicia. Herman pisze: „to co jest / gwarantem / przeżycia na / jednej dzielnicy / może okazać się wkupieniem / w łaski śmierci / na drugiej” pokazując, że zmiana może wiele kosztować i być zmianą pozorną, stanowić kolejne przebranie, zaledwie maskaradę społeczną: „jedna zmiana przed / lustrem, a druga w zakładzie, trzecia zmiana w domu, / czwarta zmiana porno”.

A przecież wciąż istnieje w anouku nastolatka i inne pragnienie, bynajmniej nie takie dziecinne, pragnienie głębi i dotarcia do jakiegoś sedna: „ta nastoletniość, którą mam w sobie, chce śmietanki i krwi / mieszania się węgla i farbek w blenderze / i chce obgryzać skórki – warstewka po warstewce / aż z palca uchowa się jedynie skrawek”.

Czy to pragnienie kiedykolwiek uda się zaspokoić? W ostatnich wersach Herman robi się poważna i pisze: „mam posmaczek gorzki / na końcu języczka, / opowiem wam o nim / potem”, być może nie chce więc niczego przesądzać, woli zostawić czytelniczki w zawieszeniu, w tym fascynującym „przed”, kiedy jest się „dziełem przypadku i wróżeniem z oczu”, bo być może ta podróż przez dojrzewanie tak naprawdę nigdy się nie kończy… A być może jest to swoiste poetyckie „to be continued” i trzeba nam poczekać na kolejną zaskakującą i barwną opowieść autorstwa Herman.

dokończenie

  1. W całym moim tekście starałam się rozróżniać między autorem, poetą, czyli Anoukiem Hermanem (pisząc o nim, posługiwałam się wyłącznie nazwiskiem Herman), a postacią literacką, która funkcjonuje w książce jako anouk (do niej odnosiłam się używając imienia zapisanego kursywą). Jest jeszcze w książce Słowniczek, wykaz przewijających się w całej książce budynków, budowli, miejsc, z krótkimi wyjaśnieniami na ich temat.

Wydaje mi się, że Słowniczek funkcjonuje raczej jako swoista rekwizytornia, skrzynia w której być może zamknięto emocje i wspomnienia, a nawet porzucone elementy tożsamości. Nie przesądzając jednak o jego roli, jest to wykaz, który z pewnością nie tylko ułatwia podróż po „Silesian Gothic”, ale wkłada czytelniczce na oczy specyficzny filtr, który umożliwia spojrzenie z perspektywy anouka.

 

Anouk Herman, Silesian Gothic, Girls and Queers to the Front oraz Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, Warszawa 2024, s. 48.

Weronika Pastwa

Estetyka dziewczyńskości

Białe podkolanówki, krótkie dżinsowe spodenki, siniaki na kolanach i Lana Del Rey na słuchawkach – tak wygląda bycie dziewczyną w jesteśmy pierwszą ciemnością tego lata Oli Lewandowskiej. Autorka chce jednak pokazać, że za tymi rekwizytami kryje się coś więcej, a dziewczyńskość wiąże się nie tylko z Summertime Sadness, ładną sukienką i tlącym się papierosem, ale także z doświadczeniem przemocy, strachu i niepokoju. To na przecięciu tych dwóch porządków usytuowane zostały bohaterki debiutanckiej książki Lewandowskiej. Ta estetyka niemalże z Tumblra z 2014 roku za bardzo podporządkowuje sobie jednak tematy poruszane w tomie, przez co w konsekwencji otrzymujemy książkę, w której autorka łączy wszystkie elementy w dość arbitralny sposób.

Nadrzędną kategorią, organizującą całą książkę Lewandowskiej, jest dziewczyńskość. Autorka wpisuje się tym samym w panującą obecnie modę na poezję brokatową, dziewczęcą (myślę o takich tytułach jak Ufoporno Opal Ćwikły, gorączki Adrianny Olejarki, Nie chciałam coli Oliwii Stępień) a jeszcze szerzej – w nurt girlhood studies (jak zauważa Agnieszka Waligóra w swojej recenzji zamieszczonej na stronie Biura Literackiego).

Z tomem Lewandowskiej mam sporo problemów, największym z nich jest jednak właśnie bycie dziewczyną sprowadzone wyłącznie do estetyki. Można by zaryzykować stwierdzenie, że w jesteśmy pierwszą ciemnością tego lata jest parę momentów, które przypominają tworzenie moodboardu na Pintereście, czyli zestawiania ze sobą zdjęć na podstawie ich waloru estetycznego, w celu wytworzenia określonego nastroju: „nights in white satin smakują najlepiej po whisky sour / wtedy zawsze odsłaniasz pępek podzielony linią od rajstop” (s. 17); „młode kości pachną lodami śmietankowymi; dżinsowe / spodenki odsłaniają cierpkie – pokryte gęsią skórką od słońca” (s. 16); „nikt się z nami nie równa w summertime sadness // (…) / nieruchoma ściana podwórka, poplątane włosy / wieczory zachodzą sińcami. rośnie w nas niepokój” (s. 10). Lewandowska próbuje ten nadmiar rekwizytów nastoletniości maskować/usprawiedliwić poprzez wplatanie wątków doświadczania przemocy: bolesnej inicjacji seksualnej, byciu obiektem oglądanym przez chłopców i poczuciu strachu związanym z dorastaniem. Nie widzę w tych wierszach uzasadnienia dla zastosowania tego rodzaju obrazów. Moim zdaniem mają one po prostu odsyłać do samej otoczki bycia dziewczyną, stwarzać nastrój, vibe.

Próby wywołania vibe’u generują jeszcze jedną poważną wadę w tej książce – to, jak Lewandowska przedstawia przemoc, której doświadczają dziewczyny. Zastanawiać może także jej natężenie czy liczba wierszy oparta przynajmniej częściowo na jej ukazywaniu, tak jak w poniższych fragmentach: „kim jesteśmy bez patrzenia? ciało pyta – / prosi o spokój; ciało wie i bulgocze // ściśnięcie / nosimy napięcie, które podchodzi blisko” (s. 8); „mirka rodzi martwe córki tuż za śmietnikiem / gardło w brzuchu mówi: będzie bolało / czekamy w krzakach, a mirka / wysuwa je z siebie jak drzazgi” (s. 13); „rozgryźć wreszcie język czerwony od zagryzania, zanim ławcia ust / przejęła mowę, byłyśmy tam / jak przecinki – kropki – wykrzykniki” (s. 26).

To tylko kilka przykładów. Przemoc u Lewandowskiej ma jednak dość niejasny status. Jest wszechobecna, dziewczyny doświadczają jej codziennie, pomimo to jesteśmy pierwszą ciemnością… zawiera bardzo ograniczony zestaw rozpoznań tego problemu. Znamy przejawy przemocy widoczne głównie w zachowaniu młodych chłopców: „o zachodzie od strony drzew maszerują gangi wąskobiodrych / chłopców; ich cienie podchodzą pod same drzwi” (s. 16); „kiedy chłopcy ćwiczą przejmowanie podwórka / wbijają nas w glebę jak słupy” (s. 28). Oprócz tego dowiadujemy się, że jest uwewnętrzniona, bo otrzymanie pomocy nawet od innej kobiety może okazać się niemożliwe: „matki słuchają, o czym mówimy; chowają się w reklamówkach” (s. 30). I oczywiście, tak jak w książkach tego rodzaju, może być przechwytywana i obracana przeciwko źródłu opresji, tym samym ostatecznie dając sprawczość i siłę: „chłopcy z blokowisk odwracają wzrok; śmiejemy się // z ich spuszczonych głów” (s. 9). Autorka tematyzuje ją przy użyciu różnych zabiegów, często operuje tropami (jest to np. Mirka, o której więcej w późniejszej części recenzji) lub metonimiami – dla bohaterek chłopcy to uosobienie wszelkiego zła.

Lewandowska bardzo często używa także metafor cielesnych lub sensualnych. W wierszu syreny (II) (s. 23) bohaterki wyczuwają „zapach chłopców”, który powoduje strach, a w story osiedlowym (II) mowa o „wypychaniu z brzucha smutnych wierszy” (s. 19), przyrównanym do rodzenia dzieci. Widzę tutaj próbę oryginalnego potraktowania tematu opresji kobiet, natomiast często zabiegi te albo niepotrzebnie infantylizują temat albo wydają się wręcz groteskowe w wydawałoby się niekoniecznie zamierzony sposób. Lewandowska czyni z przemocy główny temat książki, jednak wnioski, do których dochodzi, są w gruncie rzeczy mało interesujące. Powyższą charakterystykę można bowiem dopasować właściwie do każdej formy przemocy, dlaczego więc ta, której doświadczają dziewczyny, miałaby być inna? Oczywiście nie oczekuję od poezji pełnej naukowej analizy patriarchatu. Natomiast to odłączenie przemocy od jej właściwego (systemowego) źródła, a raczej szukanie go w chłopcach z podwórka jest dokładnie tym, co skazuje na porażkę wszelkie próby dobudowania do vibe’u udanej opowieści (przy założeniu, że opowieść dobudowana do vibe’u może kiedykolwiek być udana).

Żeby zastanowić się na poważnie nad opresją, której doświadczają dorastające dziewczyny, trzeba by zdjąć chłopcom maski the bad guys, przestać robić z nich metonimię całego zła, którego doświadczają nastolatki i zastanowić się właśnie nad systemowymi przyczynami opresji. Jest jednak jeden konkretny powód, dla którego Lewandowska nie może tego zrobić – postawienie w centrum tomu wcześniej wspomnianej kategorii dziewczyńskości. Dziewczyńskość i chłopackość to kategorie, które znajdują się na przeciwległych biegunach. Pomimo że obie odnoszą się do tematu adolescencji i ostatecznie mogłoby je wiele łączyć, są wobec siebie antytetyczne. Chłopaki nie mają dostępu do naszych dziewczyńskich spraw, a dziewczyny nie mają dostępu do chłopackich.

Lewandowska, gdy próbuje pokazać, skąd bierze się główny antagonizm napędzający jej książkę, ostatecznie kończy na konstatacji, że skoro chłopcy są sprawcami przemocy, to dziewczyny w odpowiedzi mogą próbować mścić się po cichu: „kiedy chłopcy ćwiczą przejmowanie podwórka / wbijają nas w glebę jak słupy / nie wiedzą, że przejmujemy ten obraz / rozbijamy o biodro / nasz kolor? Fuksja, tkanka, skrzep” (s. 28).

To wysyła nas jednak z powrotem do problemu wyjściowego: u Lewandowskiej przemoc, której sprawcami są chłopcy, może równie dobrze wynikać z ich złej natury. Opresja zostaje zatem oddzielona od źródła – koło się zamyka. Jedynym wyjściem z tej sytuacji, moim zdaniem, byłoby sproblematyzowanie tak samo kategorii dziewczyńskości, jak i kategorii chłopackości. Zastanowienie się nad rekwizytami i symbolami, z którymi łączy się obie te grupy. Namysł nad wewnętrznymi dynamikami, niespójnościami. Ostatecznie refleksja nad tym, do czego te kategorie są w ogóle potrzebne i jak zwykło się nimi operować.

U Lewandowskiej żadna z tych kwestii nie jest rozważana, przez co czytelnik zostaje tylko z prostą opozycją chłopcy kontra dziewczyny. Oni niezmiennie i samoistnie źli, one, jeśli są złe, to zawsze z ich powodu.

Zastanawia mnie jednak powód tak silnego przywiązania Lewandowskiej do estetyki i vibe’u debiutanckiej książki. Dla wielu z rekwizytów czy symboli dziewczyńskości nie znajduję bowiem żadnego poważnego uzasadnienia. Sądzę, że po prostu umożliwiają one czytelniczce odnalezienie siebie w tej opowieści i utożsamienie się z jej bohaterkami. W końcu taką funkcję zazwyczaj pełnią rekwizyty – pozwalają na szybkie rozpoznanie, kto jest „swój”. W tomie Lewandowskiej natomiast są one jakby wymieszane: z jednej strony mamy białe podkolanówki i pierwszy stanik, które odsyłają do bardzo szkodliwego school girl trope, czyli fantazji o nieletnich uczennicach ubranych w skąpe mundurki szkolne; z drugiej natomiast – Lanę Del Rey, krótkie spodenki i posiniaczone kolana rodem z estetyki Tumblra z 2014 roku. Te nawiązania czy odniesienia nie wskazują zatem na jedną konkretną kulturę – mają się na bardzo ogólnym poziomie kojarzyć z byciem dziewczyną. Wrzucenie wszystkiego do jednego wora sprawia, że jesteśmy pierwszą ciemnością… jest po prostu relatable. W tom Lewandowskiej wpisane zostało moim zdaniem zainteresowanie zbudowaniem wspólnoty doświadczeń. I nie chodzi mi nawet o tę grupę dziewczyn, która funkcjonuje jako podmiot zbiorowy. Mam na myśli gesty wyciągania ręki do czytelniczki, próby zbudowania więzi z nią. Taką funkcję mają moim zdaniem odwołania popkulturowe: nawiązanie do filmu Virgin suicides (Przekleństwa niewinności) Sofii Coppoli i przede wszystkim do Lany Del Rey – artystki, której muzyka ukształtowała całe pokolenie dziewczyn urodzonych we wczesnych latach dwutysięcznych. Właśnie w tym wierszu, w którym pojawia się tytuł jej utworu – Summertime Sadness – zaznacza się tęsknota za odnajdywaniem się w wytworach kultury: „nikt się z nami nie równa w summertime sadness / z gardła do gardła. my dziewczyny myślimy o tym / co na nasze podobieństwo”.

Być może tego, że nie jest to wyłącznie książka o dziewczynach dla dziewczyn miała bronić postać Mirki. Co warto zauważyć, jest to jedyna znana nam z imienia bohaterka, która powraca co jakiś czas w kolejnych wierszach, a jej obecność zawsze wiąże się z bólem, np. gdy „rodzi dzieci za śmietnikiem” (s. 13), „nosi w sobie śmieci” (s. 25). Wydaje się, że utwory o Mirce mają być tymi, które będą jakoś wytrącały z toku lektury, może będą szczególnie przerażały lub poruszały (tak postrzega je Waligóra we wspomnianej wcześniej recenzji). Wypadają one jednak groteskowo poprzez hiperbolizację cierpienia kobiety. Z postacią Mirki jest jednak jeszcze jeden problem. Jest ona dość tajemnicza i jakby z innego świata. Dowiadujemy się tego, gdy w wierszu story osiedlowe (II) stawia horoskopy i wieszczy: „mirka w kuchni stawia horoskopy: // będziecie wypychać z brzucha smutne wiersze / kłaść jeden po drugim”. Postać ta ma być z jednej strony elementem doświadczenia dorastania na blokowisku, a z drugiej – dodatkowym komponentem komplikującym fabułę. Jej magiczność pozostaje jednak niewyjaśniona i niesproblematyzowana w książce. Ostatecznie więc z tego połączenia nie wychodzi nic konkretnego – Mirkę można sprowadzić po prostu do realizowania tropu dziwnej kloszardki, która wtajemnicza główne bohaterki w arkana bycia kobietą. Nadanie takiej funkcji tej postaci jest wyraźnym gestem w stronę czytelniczki. Odsyła bowiem do ogranego już rozwiązania fabularnego i wskazuje odbiorczyni, że teraz „się opowiada” o dobrze znanym zagadnieniu – mrocznej, jakby magicznej i dysfunkcyjnej kobiecości.

Nie twierdzę, że Lewandowska pisała swoją książkę z zamiarem wykorzystania panującej obecnie mody na dziewczyńską poezję. Widzę natomiast powody, dla których bez problemu można wpisać jesteśmy pierwszą ciemnością… w ten trend. Chodzi tu przede wszystkim o opowieść o wspólnocie dziewczyn, która ma pewne cechy i kody, wyraźnie oddzielające ją od innych grup. Myślę też, że wciąganie czytelniczki do tej wspólnoty to po prostu konsekwencja przyznania prymatu vibe’owi. Zdecydowanie zastąpił on kwestie dużo istotniejsze, a przede wszystkim problematyzowanie kategorii dziewczyńskości.

Gdyby bowiem Lewandowska chciała to zrobić, musiałaby zrezygnować z fundamentalnej opozycji dziewczyny vs. chłopcy, nasze vs. ich. Już wtedy nie wystarczyłoby mówić o białych podkolanówkach i Lanie Del Rey, nie można byłoby uczynić z vibe’u głównej osi opowieści. W związku z tym ta książka w ogóle nie mogłaby powstać albo musiałaby być o czymś innym. Mechaniczne wręcz przyjęcie tej kategorii, jako estetyki i pewnej kultury to dokładnie to, co umożliwia jesteśmy pierwszą ciemnością… istnienie. Gdy bierzemy tak ogólnie zdefiniowane pojęcie za pewnik i robimy z niego podstawę, bardzo łatwo wpaść w opowiadanie pozbawionej głębi i wewnętrznych napięć historii.

Ola Lewandowska, jesteśmy pierwszą ciemnością tego lata, Biuro Literackie, Kołobrzeg 2024, s. 40.

Łukasz Krajewski

Tam

Pytanie jak się czujesz i jego wymowa, kiedy pożar

dotarł już na piąte piętro. Łydki mi drżą, a fala

drżenia z ciała przenosi się na głos. Nogi mi drżą,

gdy patrzę ci w oczy, a nasze oczy trą o siebie jak ręce i jak pożar

Niosą ogień pod niebo i ciekną z nich łzy. I widać w nich pożar,

choć przecież są mokre. Ogień jeszcze nisko, ale pod stopami. Łzy drżą,

niosąc opór silniejszy niż lament. Idzie po nas ogień i ważą

się losy, ta głupia mądrość niczego nie ułatwia. Jeszcze raz napiszę: pożar

I chyba się zrzygam. Widmo katastrofy przyspiesza koalicje, spadamy stąd.

Determinacja napędzana troską, hasłami: teraz, wbrew, wymianą

spojrzeń, trzymaniem się za ręce. Dostrzegam szansę w cieple wspólnego oporu,

Od dziś nie powiem już: ja, od dziś gramatyka zna tylko: nasze, my, spadamy stąd.

A więc to wytrych językowy stanie się paliwem tej straceńczej eskapady – prosto w ogień,                                                                                                                                          [tam,
gdzie lament ulega hibernacji (lub podnosi głowę), w cieple wspólnego oporu dostrzegamy szansę,

ocieramy łzy, grzebiemy lament i spadamy stąd.

ŚCIANA (DV METAL)

 

Bez dachu, bez ścian, o które można by było tłuc

głową, móc, z rozpaczy, można by, tak, to jest moc:

MOCY TŁUCZENIA GŁOWĄ W ŚCIANĘ NIKT MNIE NIE POZBAWI,

MOCY TŁUCZENIA GŁOWĄ W ŚCIANĘ NIKT MNIE NIE POZBAWI,

litania pisana śliną i zębami wyrysowana na byle czym pod nieobecność

ściany, moje oczy otwarte są i na baczności tylko dzięki niej.

DAJCIE MI ŚCIANĘ, BYM MÓGŁ W NIĄ TŁUC GŁOWĄ,

DAJCIE MI ŚCIANĘ, BYM MÓGŁ W NIĄ TŁUC GŁOWĄ,

ścianę w Oklahomie, ścianę w Erytrei, ścianę na bezpańskim pasie między zasiekami.

Na prawach decorum mam prawo do ściany, do ściany,

do podstawowej jak chleb dekoracji, choćby sprutej,

choćby zagrzybionej, ściany, o którą się oprę albo na którą

będę tylko patrzeć.

Widzenie w Narwi

 

I wtedy tłum skanduje wolna Palestyna scena ścięta

            ciszą, skul głowę przed prawdą lub milcz i spadaj,

lambadziaro, spokojnie kurwa, z patologią w kolejce nie

            będę czekała, ja stoję i czekam do kibla, mija mnie

osoba sprzed lat i znów nagle idę pierwszy raz do szkoły,

            słyszę, jak rodzina jego cała jest popierdolona

a obok trwa piknik, Paweł i trzy Somalijki, Etnofestival

            Czeremcha ich nie porwał, słuchaj, koleś z otwar-

tego chciał ściągnąć resztę rodziny z Afryki do Białego-

            stoku, poliglota i operatywny ogólnie typ, ale

skarży się, że mu nie odpisują, to mówię pokaż tego

            maila do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka,

to pokazuje, tam tylko dwa słowa: Hi Bro, teraz wchodzi

            rap o Podlasiu, na którym czas się zatrzymał, i że

tutaj pieniądz nie ma powabu i władzy, myślę o frazie

            jak dawniej, jak dawniej, to taki, że dobry, swojski,

że nasz i bez chemii, znasz tych sprzedawców i ufasz im

            od lat, jak dawniej, jak dawniej, rozjeżdża ci się

wzrok i lądujesz w cyberpunkowym PSS Społem, fol-

            kowy akcelerator rozgrzewa się bezgłośnie,

w spoconym lusterku wstecznym dostrzegam zzieleniałą z neo-

            młodości futurystyczną pleśń na chlebie z łopaty,

a wszystko to w ramach incydentu znanego nikomu za 2000

            lat jako Łukaszowe widzenie w Narwi.

 

 

 

 

 

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Michał Koza (ur. 1987) – doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Katedrze Krytyki Współczesnej Wydziału Polonistyki UJ, kierownik kierunku krytyka literacka. Razem z Katarzyną Trzeciak prowadzi podkast Transmisje Krytyczne.

Alicja Bagińska – pisze teksty krytyczne i wiersze, pracuje w muzeum, mieszka w Warszawie.

Mateusz Mazur (ur. 2002) – student krytyki literackiej na Uniwersytecie Jagiellońskim, przewodniczący Koła Literatury Najnowszej UJ, związany z wydawnictwem KONTENT.

Emilia Konwerska – poetka, literaturoznawczyni, publicystka, kuratorka. Autorka dwóch książek poetyckich: 112 i Ostatni i pierwszy kajman. Dwukrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia. W tym roku nakładem wydawnictwa ArtRage ukazał się zbiór jej opowiadań pod tytułem Rzeczy robione specjalnie. Mieszka we Wrocławiu.

Agata Puwalska – poetka, autorka tomów wierszy haka! (2021), PARANOIA BEBOP (2022), Funky Forest (2024), otwarte światy (2024). Dwukrotna laureatka Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO, za tom otwarte światy otrzymała nominację do Nagrody Literackiej Gdynia (2025).

Weronika Pastwa (ur. 2005) – studiuje polonistykę. Członkini zarządu Kwadratu Poezji Najnowszej oraz Koła Krytyki Literackiej na UW. Mieszka w Warszawie.

Łukasz Krajewski – pisze, redaguje, tłumaczy. Autor tomu Miłuj diabelskie pisklę, które wyszło z jajka zepsutego (2025). Laureat Nagrody Głównej w XXX edycji Konkursu im. Jacka Bierezina. Urodzony w Białymstoku, mieszka w Warszawie.

 

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:

Sonia Nowacka, Adam Pietryga

Kontakt: 8.arkusz.odry@gmail.com

Przejdź do treści