Udostępnij:

Dodano:

29.05.2017 11:13

5/2017: MAKUSZYŃSKI. Akademik przed wielką bramą

Mariusz Urbanek

MAKUSZYŃSKI: AKADEMIK PRZED WIELKĄ BRAMĄ

 

Nie wszyscy byli przekonani co do wychowawczych wartości książek Kornela Makuszyńskiego. Redemptorysta ojciec Marian Pirożyński ogłosił w Krakowie w 1932 roku podręcznik Co czytać. Poradnik dla czytających książki. Zawierał on listę autorów i książek moralnie podejrzanych, których katolicy nie powinni brać do rąk. Na liście znalazł się także Kornel Makuszyński: Szczególną abominację objawia w stosunku do cnoty czystości, stara się ośmieszyć ją na każdym kroku – napisał Pirożyński, ale nie wyjaśnił, o co mu chodzi.

 

Na indeks trafiły zwłaszcza te dzieła, których autorzy opisywali akty „nieczystości cielesnej”, a bohaterowie łamali szóste przykazanie bo i ojciec Pirożyński łatwiej wybaczał zbrodnie niż cudzołóstwo. Jednak towarzystwo było niezłe. Antoni Czechow – autor niemoralnych opowiadań, pisarz niezdrowy i cyniczny. André Gide – opętany od diabła propagator ateizmu, siewca fałszu i zepsucia moralnego. Johann Wolfgang Goethe – za młodu hulaka i rozpustnik, który narobił wiele złego swoimi Cierpieniami młodego Wertera. Julian Tuwim – satanista spoufalający się z Panem Bogiem, a także rasowego tupetu mu nie brak. Niezrównoważony duchowo, opanowany przez wybujały erotyzm Stefan Żeromski. Witkacy: autor utworów złych, ordynarnych, zmysłowych, pornograficznych.

Ci, którzy po lekturze poradnika redemptorysty mieliby jeszcze wątpliwości, czy Makuszyński to zaledwie pozbawiony większych literackich ambicji dostarczyciel rozrywkowej literatury, czy też może jeden z głównych winowajców upadku moralności w Polsce, mogli sięgnąć do wydanego w Poznaniu w 1935 roku przez Naczelny Instytut Akcji Katolickiej Przewodnika po beletrystyce autorstwa Czesława Lechickiego. Lechicki, kolejny orędownik czystości w literaturze, wątpliwości nie miał. Apologeta pijaństwa czuje się najswobodniej w atmosferze nieczystości. Cnota spędza mu sen z powiek; rozpusta, kłamstwo i oszustwo to wedle niego składniki życia codziennego nieuniknione i nieocenione – pisał o Makuszyńskim. Owszem, oddawał mu sprawiedliwość, to najpopularniejszy współczesny polski humorysta. Jednak w jego przypadku  zakrawałoby na ironię mówienie o jakimkolwiek światopoglądzie i przekonaniach religijno-moralnych. Wciąż „hecuje”, „pozuje na dudka” i w ogóle jest ideologicznym kameleonem. Nie ma w Polsce drugiego autora – no, może poza Boyem, zastrzegł Lechicki – bardziej pod względem moralnym dwuznacznego i straconego dla przyzwoitego życia. Ale Boy przynajmniej jest konsekwentny, zajął się rewolucyjną publicystyką, a Makuszyński od lat pozostaje wyłącznie tym, kim był zawsze: bawidamkiem. Drwiącym ze wszystkiego, kokietującym i mizdrzącym się do czytelników z minoderią salonowej lwicy. A przecież kto raz nauczy się odpowiadać na grzech i demoralizację śmiechem, ten jest stracony dla rzetelnego poczucia moralnego.

Lechicki, który kilka lat później porzucił katolicyzm i został ewangelikiem, nie patyczkował się także z innymi autorami. Sensem życia hetery, czyli Gabrieli Zapolskiej, był seksualizm, bogiem Ireny Krzywickiej jest fallus, Adam Grzymała-Siedlecki ma słabość do tęgiej samczości, Wacław Grubiński to syty burżuj i niedouczony megaloman, a Kaden-Bandrowski – dekadent niezdolny do etycznego życia. Słonimski to kosmopolityczny nihilista, zaś chorego psychicznie Stanisława Przybyszewskiego należy raczej umieścić w zakładzie, niż krytykować.

W obronie obrażanych pisarzy stanął w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym” felietonista dziennika Zygmunt Nowakowski: Makuszyński szuka w ludziach dobra, p. Lechicki doszukuje się w człowieku przede wszystkim zwierzęcia – pisał. Pierwszy cieszy się, widząc rzeczy dobre i piękne, drugi odczuwa zmysłową wręcz satysfakcję, wynajdując zło. Także tam, gdzie go nie ma. „IKC” zilustrował felieton rysunkiem Karola Ferstera (Charliego) Literaci polscy w oczach Lechickiego… Widać na nim wyraźnie pijanego Makuszyńskiego leżącego na podłodze w przekrzywionym meloniku i z flaszką w dłoni. Nie mogło być wątpliwości: apologeta pijaństwa w atmosferze nieczystości.

Makuszyński na atak Lechickiego jak zwykle nie zareagował. Albo uznał, że nie warto, bo kogoś tak zacietrzewionego jak autor Leksykonu i tak nie przekona, albo był zbyt zaskoczony atakiem ze strony bliższej mu przecież ideowo niż lewicujący skamandryci z „Wiadomości”.

Był zdeklarowanym tradycjonalistą. Chciał świata uporządkowanego, który nawet po chwili szaleństwa wraca w koleiny dawno rozpoznane i zaakceptowane. Kiedy poproszono go o wstęp do Dekameronu Giovanniego Boccaccia, opublikował w „Wiadomościach Literackich” esej Pochwała Bokacjusza, który wszedł potem do książki wydanej nakładem Biblioteki Arcydzieł Literatury.

Ojciec Pirożyński nie miał wątpliwości, Dekameron to zbiór nowel, jedna sprośniejsza od drugiej, a Makuszyński zaczął od żartu. Wedle pobieżnych obliczeń, pisał, jedna trzecia nieszczęśników smażących się w ogniu piekielnym trafiła tam po przeczytaniu właśnie Dekameronu. Książki czasem tkliwej i sprośnej jak młoda czarownica, a czasem rzewnej jak nieszczęśliwa miłość. Niekiedy jurnej jak spasiony mnich, a bywa, że kląskającej jak słowik w maju. Książki budzącej dreszcze grozy, napiętnowanej klątwą i siejącej przerażenie wśród napęczniałych cnotą poczciwców. Z której wiał taki piekielny żar, że od samego dotknięcia świętoszek mógł stracić zbawienie duszy, a dziewica znaleźć się w stanie błogosławionym. Ale właśnie dla tych budzących największe emocje opowieści księgę Boccaccia się dotąd czytało. Potajemnie, z wypiekami na twarzy, wybierając co bardziej pikantne i zakazane fragmenty i sprowadzając w efekcie Dekameron do zbioru sprośnych dykteryjek.

Makuszyński przekonywał czytelników, że to książka niezasłużenie traktowana jak biblia bezbożników i libertynów, niesłusznie zakazywana i krytykowana. To raczej hymn na cześć miłości, szczęścia, słońca, muzyki, wina i poezji. I zamiast Dekameronu zakazywać, należałoby raczej oprawić go w żelazo, by tym łatwiej można było nim zabić fałszywego cnotliwca, który by …chciałby go wpisać na listę ksiąg zakazanych. Zwłaszcza współcześnie, pisał Makuszyński, gdy świat zalewa ohyda plugawych piosenek, kiedy nagość stała się przykazaniem, a chamstwo wypełza z nor, jakże wielki i czysty jest Bokacjusz i tacy jak on.

Był konserwatystą. Nie miał zrozumienia dla jazzu wdzierającego się coraz powszechniej na parkiety Warszawy i, choć dużo wolniej, innych miast. Nie był zresztą odosobniony. Jazz, jazzmanów, jazzbandy, czyli – jak pisano w periodykach muzycznych i nie tylko – „jazzbandytyzm” uprawiany przez „białych murzynów” krytykowano i próbowano zwalczać, zarzucając niszczenie narodowej kultury. Bezskutecznie. Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych można już było w Polsce słuchać muzyki jazzowej i tańczyć przy rytmach granych przez „jazzbandytów” bez najmniejszego problemu. Ale i tak Makuszyński jeszcze w 1934 roku wyciągnął muzyce jazzowej wszystkie grzechy, które zarzucano jej na początku lat dwudziestych. Że zagłusza, że nie słychać niczego poza wyciem jazzbandu: bekiem saksofonu, jazgotem skrzypiec i hukiem bębna. Wyje, ryczy i grzmi głosem tak natarczywym, rozzuchwalonym, bezczelnym i aroganckim, że potrafi zagłuszyć huk strzału – pisał w jednym z felietonów. W dodatku nie można od rozwrzeszczanych głosów jazzbandowych śpiewaków uciec ani się schronić, bo wdarły się już nawet do radia, które zbyt często ciska w przestrzeń wrzask jazzbandu i jego „poezję” o złamanych sercach, chorych z miłości na skręt kiszek i uczciwej polszczyzny.

Ale, pocieszył czytelników, nie wszystko stracone. Jazz jest wszędzie, jak wszędzie był potop, i w tym właśnie nadzieja. Kiedyś przeminie tak samo, jak skończył się potop. Zniknie jak King-Kong, krwawa małpa pożerająca dziewice, który przecież też w końcu zdechł. Zakończy się jazzowy obłęd, który ogarnął ludzkość. Tym razem prorokiem okazał się kiepskim, choć nie zawsze tak było.

W 1936 roku opublikował felieton Panny niewidzialne, w którym z żalem żegnał pracownice telefonicznych łącznic. Nie były już potrzebne, bo zaczęto właśnie, najpierw w Warszawie, a za chwilę w innych częściach Polski, wprowadzać centrale automatyczne. Postęp i nowe technologie poślą na bruk panny pracowite, wrażliwe i o miłych głosach, pisał. To losy, który prędzej czy później dotknie wszystkich ludzi, których bezwzględna maszyna weźmie za kark i wygna na uliczny bruk. A przy okazji przewidział… telefony komórkowe: Jutro telefon bez drutu zgruchoce automat telefoniczny, a potem Lucyfer wymyśli taką maszynę, którą będziemy nosili w kieszonce kamizelki; kupiec z Gęsiej ją naciśnie, a kupiec z ulicy Piotrkowskiej w Łodzi odpowie: –  Nu? Co jest?.

W połowie lat trzydziestych ukazały się trzy książki, które pokazały nowe oblicze Makuszyńskiego. W Skrzydlatym chłopcu (1933), Uśmiechu Lwowa (1934) i Wielkiej bramie (1935) nie chodziło już tylko o dostarczanie czytelnikom rozrywki. Piętnaście lat po odzyskaniu niepodległości przyszedł czas na podsumowania dorobku odrodzonej Polski. Makuszyński dołączył do tych, którzy byli z tego dorobku dumni. Chciał, żeby dumni byli także młodzi Polacy.

Skrzydlaty chłopiec, historia bezdomnego gazeciarza, któremu udaje się spełnić wielkie marzenie o lataniu, to jednocześnie opowieść o lotnictwie II Rzeczypospolitej. Powstawało razem z odradzającą się Polską, a już po kilku latach dochowało się takich asów jak Stanisław Wigura i Franciszek Żwirko, bijących rekordy w wysokości i długości przelotów (obaj zginęli w 1932 r.). I jak Bolesław Orliński, który przeleciał w 1926 roku z Warszawy do Tokio (ponad dziesięć tysięcy kilometrów) z pękniętym śmigłem i obciętymi częściowo skrzydłami, a potem wrócił tą samą drogą do Polski. Kolejnym był Ignaś Olecki, bohater książki Makuszyńskiego. Skrzydlaty chłopiec więcej zrobił dla propagandy polskiego lotnictwa niż powołana w 1928 roku Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej, chwalili książkę krytycy.

Zajęcie się tematyką marynistyczną podpowiedział Makuszyńskiemu wydawca większości jego przedwojennych książek Jan Gebethner. Podczas jednej z wizyt w oficynie pisarz poskarżył się, że nie ma pomysłu na następną powieść. Gebethner zaproponował, żeby napisał coś o porcie w Gdyni, najważniejszej obok Centralnego Okręgu Przemysłowego inwestycji II Rzeczypospolitej. Temat był gorący, bo o budowie nowego polskiego portu mówili wszyscy. Zasiadł do pisania i w niedługim czasie przyniósł nam rękopis książki Wielka brama – wspominał wydawca.

Makuszyński zachwycił się błyskawiczną przemianą maleńkiej rybackiej wioski w wielkie miasto. Spełniło się marzenie wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego, który rzucił pomysł budowy gdyńskiego portu. Gdynia stała się najpiękniejszym słowem polskiej mowy – pisał.

Kilkudziesięciostronicowym Uśmiechem Lwowa pisarz złożył hołd miastu swojej młodości. Osierocony w wieku czternastu lat Michał Korecki z Warszawy niespodziewanie dostaje list wzywający go do leżącego na wzgórzach tajemniczego miasta z lwem w herbie. Do listu dołączone są pieniądze. Namówiony przez opiekunów rusza do Lwowa. Ale szarada ukrywająca nazwę miasta to był dopiero początek zagadek, rebusów i łamigłówek zawierających kolejne wskazówki z nazwami ulic, pomników, gmachów, kościołów i parków. Rozwiązując kolejne zagadki, chłopiec wędruje przez Lwów, poznaje miasto (najdumniejsze w świecie), jego mieszkańców (ludzi najbardziej życzliwych i uśmiechniętych) i najpiękniejsze (pełne cudów) zakamarki. Spotyka wreszcie autora listu i już razem idą na cmentarz Łyczakowski – polski panteon, gdzie spoczywają: pułkownik Ordon, Seweryn Goszczyński, Maria Konopnicka, Artur Grottger… A potem na Cmentarz Orląt, gdzie pochowano najmłodszych żołnierzy – wśród nich dzieci – którzy zginęli w latach 1918–1919, broniąc miasta przed Ukraińcami. W jednym z grobów na Cmentarzu Orląt spoczywa czternastolatek, który zginął w obronie miasta. Syn człowieka, który zaprosił do Lwowa Michała Koreckiego, by go adoptować. Przyjaźnił się przed laty z jego ojcem.

Podpisali swoją krwią manifest o nienaruszalności granic, a granice wytyczyli kopcami swoich grobów. Walczyli na śmierć wbrew nadziei, aby zaświadczyć, że idea jest nieśmiertelna i że wobec niej niczym jest ofiara życia. A tą ideą (…) była całość i wielkość Ojczyzny – napisał o młodych obrońcach miasta Makuszyński. Patetyczne słowa w II Rzeczypospolitej brzmiały naturalnie, Orlęta Lwowskie oddające życie w obronie ojczyzny były jednym z mitów założycielskiej odrodzonej Polski. Po II wojnie światowej spowodowały jednak, że Uśmiech Lwowa nie mógł być przez czterdzieści pięć lat wznowiony. Lwów przestał być polski, a Cmentarz Orląt został na wiele lat skazany na śmierć przez zapomnienie.

W latach trzydziestych coraz więcej czasu – po kilka tygodni latem i zimą – Makuszyńscy spędzali w Zakopanem, aż wreszcie w 1935 roku wynajęli na stałe mieszkanie w willi Opolanka. W Warszawie w tym samym czasie przeprowadzili się do czteropiętrowej kamienicy przy Grottgera 9a na Mokotowie, wybudowanej przez Spółkę Terenową Tanich Domów. Wtedy były to jeszcze peryferie miasta, ale lokalizacja była doskonała. Blisko Łazienek, no i dobre towarzystwo, bo Spółka starannie dobierała zarówno członków, jak i kupujących mieszkania na wolnym rynku. Preferowano przedstawicieli wolnych zawodów i majętnych twórców, bo mieszkania na Grottgera nie były tanie. Wśród mieszkańców nie brakowało adwokatów, lekarzy i architektów.

Dodatkowo z Grottgera Makuszyński miał niedaleko na ulicę Nabielaka, gdzie słynne na całą stolicę „czwartki literackie” organizował Jan Czochralski, chemik, wynalazca (m.in. metody otrzymywania monokryształów krzemu) i przyjaciel prezydenta Ignacego Mościckiego. Ta znajomość przyda mu się za kilka lat, gdy Polska znajdzie się pod okupacją.

Aż do śmierci matki w 1938 roku odwiedzał ją w Stryju. Musiał wtedy tłumaczyć się przed nią i siostrami z pojawiających się na jego temat plotek. Szczególnie, gdy któraś z gazet napisała, że Kornelowi Makuszyńskiemu urodził się syn. Chłopiec miał otrzymać po ojcu imię Kornel, gazeta opublikowała nawet zdjęcie niemowlaka.

Wychodziło więc na to, że wujek ukrył ten fakt przed nami – wspominała Jadwiga Tarnawska. Przy najbliższej wizycie został wzięty na spytki, ale wszystkiemu zaprzeczył. Mimo dwóch małżeństw nie miał dzieci.

W 1937 roku wszedł w skład powołanej cztery lata wcześniej Polskiej Akademii Literatury. O jej powstanie zabiegał jeszcze Stefan Żeromski, Makuszyński był nawet w komisji, która miała w 1920 roku przygotować statut PAL, ale nic z tego nie wyszło i prace zawieszono. W 1933 roku pierwszych siedmiu członków piętnastoosobowej akademii wybrał rząd, kolejną ósemkę dokooptowali już wybrani akademicy. Przynależność do PAL była dożywotnia, nowych członków można było powoływać wyłącznie wtedy, gdy zwolniło się miejsce po śmierci któregoś z akademików.

Pierwszy skład Akademii (zwłaszcza siódemki „rządowej”) wywołał oczywiście kontrowersje i protesty. Niektóre nazwiska (Staffa, Nałkowskiej czy Wacława Sieroszewskiego) nie budziły wątpliwości, inne nominacje (choćby Wacława Berenta czy Piotra Choynowskiego) część środowiska uznała za nieuzasadnione. Uważano, że miejsce, które zajął Choynowski, należało się raczej Makuszyńskiemu, pisarzowi o dużej popularności wśród czytelników – wspominał sekretarz PAL Michał Rusinek.

Wobec kontrowersji redakcja „Wiadomości Literackich” zaproponowała powołanie Akademii Niezależnych złożonej z pisarzy wybranych głosami czytelników. Oczywiście „niezależnymi” mogli zostać wyłącznie ci literaci, których pominięto przy wyborze do „prawdziwej” Akademii. Zbierali się raz do roku na fundowanym przez „Wiadomości” obiedzie, przyznawali nagrodę za najlepszą książkę mijających dwunastu miesięcy i wygłaszali złośliwe uwagi na temat PAL, w czym celował zwłaszcza Słonimski. W rzeczywistości oba ugrupowania służyły przede wszystkim propagowaniu nazwisk swoich członków – pisał Rusinek. A gdy „niezależny” dostawał propozycję członkostwa w Polskiej Akademii Literatury, zmieniał barwy bez chwili wahania.

Makuszyński nie zmieścił się jednak także w piętnastce Akademii Niezależnych, w której znaleźli się m.in. Tuwim, Słonimski, Dąbrowska, Wierzyński, Goetel, Parandowski, Pawlikowska-Jasnorzewska, a nawet Nowaczyński.

Po raz pierwszy kandydatem do PAL został w roku 1936, po śmierci Choynowskiego (prasa pisała nawet, że jest pretendentem najpoważniejszym), ale przegrał w głosowaniu z Ferdynandem Goetlem, prezesem polskiego PEN Clubu i Związku Zawodowego Literatów Polskich, pisarzem dużo lepiej widzianym przez sanacyjne władze. Daj Ci Boże, stary, kochany Ferduło – przypomniał Jan Lechoń słowa Makuszyńskiego skierowane do Goetla.

Rok później nie musiał czekać na niczyją śmierć. Zajął miejsce Wincentego Rzymowskiego, pisarza średniej jakości, za to wielkich ambicji, który ustąpił ze składu PAL po udowodnieniu mu plagiatu w jednej z książek. Rezygnował bardzo niechętnie i dopiero pod naciskiem prasy oraz innych akademików. W satyrycznym tygodniku „Mucha” ukazał się nawet rysunek, na którym Makuszyński wydmuchuje z fotela zajmowanego wcześniej przez Rzymowskiego „bakcyle plagiatu”.

Nawet Stanisław Wasylewski wzniósł się tym razem nad niechęć do gimnazjalnego kolegi. Nawoływał wszystkich, którzy mają wątpliwości co do Makuszyńskiego, by zapytali „masę czytelniczą” o najdźwięczniejsze współczesne nazwisko literackie. Na dziesięć osób zapytanych ośm odpowie: Kornel. (…) on bowiem jest lekarzem setek tysięcy czytelników zatrapionych i stłamszonych w kieracie tygodnia – napisał.

Tylko Rzymowski potraktował ponoć utratę miejsca w Akademii bardzo osobiście, choć Makuszyński nie miał żadnego wpływu na jego rezygnację. Wystarczyło, że zajął jego miejsce. Nie mógł też oczekiwać, że następca wygłosi, jak to było w zwyczaju, pean na jego cześć. Co prawda Makuszyński jest humorystą – to może mu ułatwić trudne zadanie chwalenia zasług Rzymowskiego – ironizował „Dziennik Bydgoski”. Kiedy po wojnie Rzymowski pełnił funkcję ministra w dwóch pierwszych komunistycznych rządach, zemścił się.

Ósmego grudnia 1937 roku odbyła się uroczystość przyjęcia Kornela Makuszyńskiego w poczet członków PAL. Składając ślubowanie, złożył hołd Kasprowiczowi, któremu zawdzięczał debiut i odwagę tworzenia, ale przede wszystkim odpowiedział tym, którzy odmawiali mu prawa do wcześniejszych laurów, a i teraz woleliby widzieć na jego miejscu kogoś zupełnie innego. W tym, co pisze, tłumaczył, jest jak ów kuglarz, co nie znając słów dostojnej modlitwy, sztuczkami swoimi chciał uwielbiać Matkę Boską.

– W wielkiej symfonicznej orkiestrze, co z burzy dźwięków doskonałą wywodzi harmonię, jestem grajkiem, co gra na dziwacznym instrumencie, wydającym ton nikły – cantabile con molto tremolando – i to tylko w owych króciutkich chwilach, kiedy rozgłośnie brzmiące puzony milkną, aby nabrać oddechu. Jestem listkiem na olbrzymim drzewie, co bierze w siebie wicher i tym wichrem śpiewa. Nie myślę jednak ukrywać dumy, urodzonej z zuchwałego przeświadczenia, że bez kropli nie byłoby morza, a korony drzewa bez liścia – mówił.

Uczy swoich czytelników literackiego abecadła, tłumaczył, aby mogli bez trwogi czytać płonące ogniem słowa w tych książkach, w których spalają się Prometeusze polskiej literatury. On – i legion takich jak on – naucza niepoliczoną gromadę czytelników, żeby mogli wznieść się do lotu ku „najwyższym hymnom”. Malutki jest to trud, na pyszne jednak ważę się mniemanie, że jest tak pożyteczny jak spulchnianie ugoru –  tłumaczył. Kto chciał, mógł usłyszeć w tych słowach hołd składany przez wyrobnika pióra niedościgłym literackim mistrzom, ale równie łatwo można odnaleźć w nich ukryty za pozorną pokorą ton ironii wobec tych, którzy mogli tylko marzyć, by cały ich dorobek osiągnął choćby część nakładu jednej książki Makuszyńskiego.

Występuje w obronie książek, które nie żądają dla siebie miary olimpijskiej, mówił dalej. W obronie niesłusznie niedocenianych dzieł Michała Bałuckiego czy Marii Rodziewiczówny, którzy dostarczają Polakom chleba być może razowego, ale za to bez zakalca i sporyszu. Za swoją misję w literaturze uznał dawanie czytelnikom radości, a nie smutku i zwątpienia, umilanie im gorzkiego narodowego losu zamiast wciągania w „smugę cienia” i zabijania uśmiechu. I tak zamierza pisać „do ostatniego tchu”.

– Tak mi mowo polska dopomóż – zakończył.

Przynależność do Akademii była nie tylko prestiżowa, ale i atrakcyjna finansowo. Za każde posiedzenie akademicy dostawali po sto złotych, a zdarzało się, że zbierali się co tydzień, czasem nawet częściej (przyzwoita pensja urzędnicza wynosiła wtedy około dwustu pięćdziesięciu złotych miesięcznie). Budziła też nadal emocje, tyleż merytoryczne, ile polityczne. Kandydaturę Juliana Tuwima większość akademików dwukrotnie utrącała, żeby wyborem pisarza żydowskiego pochodzenia nie drażnić endeckiej większości społeczeństwa. Poeta, który zdobył zdecydowanie najwięcej głosów czytelników „Wiadomości Literackich” spośród wszystkich kandydatów do Akademii Niezależnych, członkiem PAL nie został nigdy.

Nieco tylko mniejsze napięcia towarzyszyły Złotym i Srebrnym Wawrzynom Akademickim nadawanym przez ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego na wniosek Akademii. – Ordery szybko stały się przedmiotem pożądania i protekcji – wspominał Rusinek, bo zwłaszcza Złoty Wawrzyn przyznawano skąpo i „prawie wyłącznie” pisarzom uznawanym za naprawdę wybitnych. Makuszyński był na pierwszej liście dwudziestu jeden nagrodzonych literatów. Z Lechoniem, Strugiem, Witkacym, Wierzyńskim, Zegadłowiczem… i Tuwimem. Uznano, że Wawrzyn nie będzie tak prowokacyjny, jak stała obecność w Akademii.

W PAL Makuszyński najbardziej zaprzyjaźnił się z Jerzym Szaniawskim, autorem dramatów granych przez wiele polskich teatrów i legendarnym milczkiem. Podczas ponad stu spotkań Akademii ani razu nie zabrał głosu z własnej inicjatywy. Sporadycznie zdarzało się, że odpowiedział na zadane mu pytanie.

Z Makuszyńskim przebywał chętnie, ale rozmowy były dość jednostronne. Makuszyński, któremu się gęba nie zamykała, paplał nieustannie, natomiast Szaniawski uczestniczył w tym dialogu raczej mimicznie – zapamiętał Rusinek. Podsłuchał kiedyś, jak pierwszy, nie mogąc doczekać się reakcji kolegi, poprosił: – Powiedz mi, drogi Jerzy, o czym ty teraz milczysz. Uzyskał jedynie dobrotliwy uśmiech i coś w rodzaju zażenowanego syku speszonej dziewczyny – czyli usłyszał mniej więcej tyle co inni rozmówcy Szaniawskiego. (…)

Komercyjny sukces książek adresowanych do młodzieży spowodował, że Bolesław Leśmian zaproponował Makuszyńskiemu współpracę przy piśmie dla nastolatków (od 12–13 do 17 roku życia). Poeta, po bankructwie prowadzonej w Zamościu kancelarii, rzucił właśnie posadę notariusza i szukał zajęcia, a pismo dla młodzieży wydawało mu się interesem pewnym. Nie ma takiego na rynku („Płomyk” jest dla dzieci, nie dla młodzieży), zebrał już trzydzieści tysięcy złotych, Ministerstwo Oświecenia Publicznego deklaruje poparcie. A przecież na takim piśmie moglibyśmy bardzo dużo zarabiać. I Wy, i ja, potrafimy pisać nie tylko dla młodzieży –  ale nawet dla dzieci – przekonywał. Choć był też słaby punkt planu. Do uruchomienia pisma brakowało co najmniej siedemdziesięciu tysięcy. Czy możecie znaleźć taką sumę? Odpowiedzcie zaraz, bo czas nagli… – Leśmian liczył być może, że uchodzący za bardzo zamożnego Makuszyński zobaczy w tym interes i sam dofinansuje jego projekt. Pismo jednak nie powstało, a Leśmian kilka miesięcy później zmarł.

Wspominając go w jednym z felietonów, Makuszyński miał pewnie jeszcze w pamięci rozpaczliwe poszukiwanie przez wybitnego poetę środków do życia. Po zorganizowanym na koszt państwa uroczystym pogrzebie Leśmiana napisał sarkastycznie, że gdyby dawać polskim pisarzom zaliczki akonto sum wydawanych na ich pogrzeby, pewnie nie umieraliby z głodu.

Latem 1939 roku prasa filmowa poinformowała, że Biuro Filmowe AS-FILM sp. z o.o. rozpoczęło zdjęcia do filmu na podstawie Szatana z siódmej klasy. Makuszyński przekazał filmowcom wszelkie prawa do przeróbki i modyfikacji powieści, koniecznych do ożywienia akcji, technicznego ujęcia fabuły w film dźwiękowy. A także do eksploatacji filmu w kraju i za granicą bez ograniczania liczby kopii.

Reżyserował film popularny aktor komediowy, scenarzysta i autor tekstów kabaretowych Konrad Tom, a zagrały największe gwiazdy przedwojennego kina: Mieczysława Ćwiklińska, Jan Kurnakowicz, Józef Orwid i Józef Węgrzyn. Muzykę skomponował Henryk Wars, autor melodii najbardziej popularnych piosenek Hanki Ordonówny, Zuli Pogorzelskiej i Eugeniusza Bodo. Uroczą parę młodocianych bohaterów kreują wschodzące gwiazdy młodego pokolenia – Wanda Bartówna i Jerzy Kaliszewski – informowali reporterzy prasy filmowej. Makuszyński zaakceptował scenariusz i obsadę, a także pomagał przy pisaniu dialogów filmu, który miał być miłym odprężeniem po ponurych dramidłach panoszących się na naszych ekranach. Otrzymał za to zaledwie trzy tysiące złotych, a więc mniej więcej tyle co za wydaną w kilkutysięcznym nakładzie powieść (za wznowienia wynagrodzenie proporcjonalnie rosło). Gdyby filmowy Szatan okazał się sukcesem (kasowość będzie względnie dobra), wytwórnia miała mu dopłacić jeszcze tylko tysiąc złotych.

Zdjęcia zrealizowano w całości, ale prace nad montażem przerwała wojna. Janina Makuszyńska wspominała po latach, że oglądali nawet w wytwórni jakąś wersję i Kornelowi film bardzo się podobał: Niestety po wybuchu wojny film został spalony.

Niewiele osób wierzyło, że dojdzie do wojny. W styczniu 1939 roku redakcja „Kuriera Warszawskiego” poprosiła kilku pisarzy o przepowiednię, jak będzie wyglądała Polska i świat za dwadzieścia lat.

Juliusz Kaden-Bandrowski wieszczył niebywały rozkwit idealizmu kulturalnego, Wacław Grubiński zapowiadał nowe szerokie tętnice ulic, monumentalne gmachy, strzeliste wiadukty, klomby uliczne i skasowanie tramwajów. Antoni Ferdynand Ossendowski przewidywał powstanie w Warszawie kilku lotnisk, szerokie kamienne bulwary wzdłuż Wisły i gmachy towarzystw żeglugowych na praskim brzegu.

Makuszyński odpowiedział bardzo obszernie. W jego wizji ogromna Warszawa obejmowała w 1959 roku Otwock i Piaseczno. Po wielkiej wystawie światowej, która odbyła się na Saskiej Kępie, pozostały w stolicy ogromne wieżowce; w najwyższym, czterdziestopiętrowym, siedzibę ma Polskie Radio. Szaloną karierę zrobiła telewizja. Kilka miesięcy wcześniej, 5 października 1938 roku, odbyła się pierwsza w Polsce próbna transmisja, a Makuszyński pisał o dwudziestu dziewięciu milionach telewizorów po zaledwie dwudziestu latach. Nie chodzi się już za to do kina, prorokował. Wystarczy otworzyć w domu „odpowiedni kurasek” i kinowe gwiazdy ma się na zawołanie. Brzmiało to trochę jak zapowiedź internetu.

Później nie oparł się żartom. Nakłady książek polskich pisarzy wzrosły z tysiąca do tysiąca dwustu egzemplarzy, pisał. Najbardziej zasłużeni mają wille, auta i tytuły ekscelencji, a wydawcy biegają za nimi, wciskając im tłuste zaliczki. Autorzy bronią się z trudem.

Słowem: w głowie się mąci na widok niebywałych wynalazków, udogodnień i praktycznych świetności. W dalszym ciągu jednakże wino wyrabiają z buraków i siarki, chleb z zakalca, masło z margaryny, a serdelki z wyścigowych rumaków – podsumował.

Wojny, która wybuchła za osiem miesięcy, nie uwzględnił w swojej wizji żaden z pisarzy.

Mariusz Urbanek

POWRÓT DO CZYTELNI

AKTUALNOŚCI

Dodano: 01.06.2020 11:38

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce mające na celu zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom i współpracownikom pokaż więcej »

Dodano: 16.03.2020 08:12

Ograniczenie bezpośredniego dostępu oraz kontaktu z biurem OKiS w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2

Szanowni Państwo, w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2., w trosce o Państwa zdrowie i bezpieczeństwo: ograniczamy bezpośredni dostęp do biur OKiS i wprowadzamy wyłącznie zdalną obsługę naszych współpracowników oraz partnerów w całym Ośrodku Kultury i Sztuki we Wrocławiu. pokaż więcej »

Dodano: 27.10.2020 13:06

Dolnośląski Klucz Sukcesu dla Miesięcznika Odra!

Z radością informujemy, że Miesięcznik Odra, który wydajemy wraz z Instytutem Książki, został uhonorowany Dolnośląskim Kluczem Sukcesu za rok 2020 za  wybitne osiągnięcia w dziedzinie kultury i sztuki. pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 10:00

Zmarł Ludwik Flaszen

Z przykrością przyjęliśmy informację o śmierci Ludwika Flaszena, wrocławskiego wybitnego krytyka literackiego i teatralnego, eseisty, bliskiego współpracownika Jerzego Grotowskiego. pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 09:00

„CZASY ŻYWE” Marzeny Sadochy – nowy termin premiery

Z przykrością musimy Państwa poinformować, że premiera "Czasów żywych" w reż. Marzeny Sadochy nie może odbyć się w październikowym terminie. O nowej dacie poinformujemy niezwłocznie po jej potwierdzeniu. Zwrot biletów zakupionych przez system ekobilet.pl odbędzie się automatycznie. Więcej informacji już wkrótce. pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 08:00

Pomiędzy [w dobie Covid 19]/Between [in the era of Covid 19]

30 października - 27 listopada 2020, Galeria FOTO-GEN, pl. bpa Nankiera 8, Wrocław pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 07:00

Premiera LOTERII Stanisława Moniuszki w reż. Roberto Skolmowskiego

30 października 2020, Kudowa Zdrój, wstęp wolny pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 06:00

XIII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL HAŁDA JAZZ WAŁBRZYCH 2020

31 października - 1 grudnia 2020, Wałbrzych pokaż więcej »

Zapisz się do naszego newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych (pokaż całość)