Udostępnij:

Dodano:

19.07.2017 14:53

7-8/2017: WESELE CZYLI ROZWÓD

Wesele w Starym Teatrze, ostatnie dyrektorskie przedstawienie Jana Klaty na tej scenie, obejrzałem z frajdą. Powiedziałbym nawet: z nadspodziewanie dużą frajdą. Głupia sprawa: człowiek się cieszy, słucha z przyjemnością znanych na pamięć wersów, kiwa z aprobatą głową nad kolejnymi rozwiązaniami scenicznymi, a gdzieś w trzewiach trzepoce mu niepokój: uważaj, uważaj, coś tu nie pasuje.

Bo właściwie dlaczego Jan Klata wystawił Wyspiańskiego w sposób, który mnie i podobnym tak łatwo mógł przypaść do gustu? Nie z szacunku dla zgredów przecież. Inteligenci nie piją tu kawy w kubkach ze starbucksów i nie pogadują pogardliwie o Januszach ze wsi. Wernyhora nie jest wirującym derwiszem i nie zstępuje między widzów, żądając, dajmy na to, potwierdzenia rozkazu, słuchać ślepo, wierzyć święcie. Ergo inscenizacja nie idzie w kierunku, w którym podążały poprzednie prace Klaty, kiedy bohaterem Do Damaszku stawał się hipster-artysta i wokół jego ego kręcił się spektakl, kiedy centralną scenę Wroga ludu zastępował talk show Juliusza Chrząstowskiego z publicznością na temat ekologicznych problemów Krakowa, a Król Lear zmieniał się w opowieść o papieżu, który dzieli schedę między córki w sutannach. Pod znakiem takich fikołków biegła ta dyrekcja, przynajmniej pod batutą szefa. Więc skąd ten odwrót? Wyjaśnienie reżysera, że dojrzał do Wyspiańskiego puszczam na razie mimo uszu, zbyt dobrze mi jest znany jego zmysł ironii.

Krakowskie Wesele jest w gruncie rzeczy niezwykle tradycyjne. Całą symbolikę, którą dramat przepełniony jest po wieczko, Klata oczywiście przykrawa, podrasowuje i dosala, żeby harmonizowała z dzisiejszym systemem skojarzeń, ale jej nie rozbija, nie dekonstruuje, nie podmienia i nie faszeruje obcą materią. Robi dokładnie to, co poprzednicy czterdzieści lat temu, i dziesięć, i trzy. Jest przy tym dość lojalny wobec rudego poety. W pierwszym akcie podbija komediowość, każąc Dziennikarzowi (Roman Gancarczyk) przystawiać się (pani to taki kozaczek) do wszystkich pań naokoło. Ale i wyostrza konflikty społeczne w starciu młodziutkiego i obrotnego Księdza (Bartosz Bielenia), powściągliwego Żyda (Mieczysław Grąbka) i groźnego, agresywnie ponakręcanego Czepca (Krzysztof Zawadzki). W wizyjnym drugim akcie ma pyszne pomysły, choćby rewitalizację drętwego Rycerza Czarnego. Zamiast niego jest półnaga dziewczyna (Małgorzata Gorol) w uniformie powstanki, w białoczerwonych barwach, z włosami przyprószonymi pyłem. Jej upojenie potęgą, pod którą jest, jak chce Wyspiański, śmierć i noc, robi porażające wrażenie. Hetmana (Zbigniew Kosowski) już nie pali bezwartościowy pieniążek moskiewski, wygrywane są różnice stanowe (jesteś szlachcic, to się z nami pocałuj), bo te nie straciły na aktualności. Wernyhora bajdurzy o złotym rogu, ale w łapie ma tylko zmiętą reklamówkę. Chyba pustą.

Nie wszystkie koncepty są przekonujące; figury prawie nagiego Stańczyka (Jan Peszek) ze sterczącym z majtek kaduceuszem nie rozumiem. Jednak filipika Gospodarza (Juliusz Chrząstowski): Lalki, szopka, podłe maski, farbowany fałsz, obrazki brzmi już oskarżycielsko i wściekle. A akt trzeci też jest, jak trzeba, skacowany, bezsilny. Jurny Jasiek pojechał zwoływać chłopy zdjęty wprost z jakiejś druhny na sianie. Ale wraca jako starzec. Nestor krakowskiej sceny, Andrzej Kozak, mówi finałowy monolog tonem zmęczonym, mechanicznym, jakby rzeczywiście powtarzał te oskarżenia od wieków: miałeś chamie złoty róg, ostał ci się ino sznur. Celnie to brzmi. Tyle że… grzecznie. Kogo dotknie, tego dotknie. Ale nie powali, nie trzepnie w pysk, nie rozkręci emocji, którymi chce żyć scena. Żeby nikt nie pomyślał: ja się nie domagam awantur, prowokacji i tak zwanych przekroczeń. Przeciwnie: mam ich w polskim teatrze wyżej uszu. Ja tylko usiłuję zrozumieć, dokąd jestem prowadzony i dlaczego dróżka, którą przewodnik podążał dziarsko, zaczyna wić się i skręcać.

Wiele mówią drobiazgi. Jan Klata zatrudnił blackmetalowy zespół Furia: cztery potwory na postumentach z obnażonymi torsami i trupimi twarzami urwały się z horroru, a ich niski charkot pogłębia grozę. Jak wiadomo, poszczególne słowa tego rodzaju kapel potrafią rozróżnić tylko dobrze osłuchani z nimi, rówieśni fani; do starszych uszu płynie nieczytelny klaster dźwięków. Ale reżyser zechciał i o nas sympatycznie zadbać: po postumentach wije się czerwony pasek z tekstami songów, niczym w telewizjach informacyjnych. I jeszcze scena z III aktu: Pannie Młodej śni się, że diabli ją wiozą do Polski, czyli gdzie? Poeta każe jej przyłożyć dłoń do piersi i o tym, co tam puka, mówi słynne: A to Polska właśnie. Nie słyszałem słów tej sceny chyba od Wesela Hanuszkiewicza, czyli ze czterdzieści lat. W absolutnej większości przypadków teatry cięły ten fragment, mając go za ckliwy, sentymentalny, przeczący krytycznym zamysłom. A tu, proszę, inscenizator go zostawia, więcej, oszczędza mu dystansujących nawiasów. Rezolutna Jaga (Monika Frajczyk) mówi swoje kwestie szczerze i prostolinijnie, jakby naprawdę odkrywała na użytek widzów wzniosłość miłości do ojczyzny.

Słodki Klata? W asortymencie żadnej cukierni nie ma takich ciast.

Jan Klata zawsze dbał o image buntownika. Począwszy od fryzur i strojów przez dość opryskliwy, nieukładny styl bycia, aż po wybór tematów inscenizacji i sposobów ich interpretowania. Poniekąd tak go ustawiła sytuacja na starcie: nie mogąc dobrych parę lat po szkole dostać żadnej roboty w teatrze, musiał w końcu wbić się na scenę z mocnym przytupem. I tak się stało: jego prace, i te najlepsze, i te niespecjalnie udane, nieodmiennie absorbowały uwagę. Pamiętam czas, gdy szalał od teatru do teatru, a ja byłem zapraszany do „Tygodnika Kulturalnego” w TVP Kultura, omawiającego wydarzenia z rozmaitych dziedzin sztuki. Każda kolejna premiera, a wypuszczał je co dwa miesiące, kwalifikowana była z miejsca przez redakcję do omawiania, aż widzowie zaczęli się dopytywać, czy Jan Klata aby na pewno jest jedynym reżyserem w Polsce.

Z myślowymi fundamentami owych buntów bywało, powiedzmy, różnie. Klata ma, jak się zdaje, felietonowy umysł, którym to określeniem nie chcę ani go urazić, ani redukować jego refleksji do lapidarnych notek z „Tygodnika Powszechnego”. Po prostu ma dar – właśnie jak dobry felietonista – konstruowania efektownych konceptów: błyskotliwych, niekiedy bulwersujących i prowokacyjnych, działających piorunująco, acz z reguły na chwilę, niekoniecznie wytrzymujących na dłuższą metę próbę analizy i logiki. Tak było od początku. Od debiutanckiego Rewizora w Wałbrzychu (2003), w którym wspaniale odtworzony obraz Peerelu kończył się dziwaczną pointą: wiszący w tle portret Gierka zmieniał się w konterfekty Jaruzelskiego, Wałęsy, Mazowieckiego. Że to takie same dranie? Nie miała sensu ta koda, ale, owszem, mocnym błyskiem wieńczyła skądinąd świetne przedstawienie.

A potem już szło. Z przepisaniem Hamleta w Gdańsku (2004), gdzie establishment III RP grał na ruinach Stoczni w turbogolfa, a Duch Ojca galopował na koniu z husarskimi skrzydłami. Z Fanta$ym też w Gdańsku (2005), gdzie armia amerykańska, która zastąpiła carsko-sowiecką, gwałciła polską babę do wtóru Czerwonych maków na Monte Cassino (mówiąc nawiasem, to przecież profanacja jednej z świętości na miarę miętoszenia fallusa papieskiej figury w niedawnej Klątwie; wtedy jednak awantury nie było, jakby widzowie nie wiedzieli, co z tym ekscesem czynić). Z Janulką, córką Fizdejki (Wałbrzych, 2004), opowieścią o mieszkańcach zbankrutowanego miasta w tanich dresach, z torbami z dyskontów, mogących z rzekomego Wałbrzych Airport odlecieć w każdy zakątek Unii Europejskiej, tylko dokąd i za co. Z późniejszym o siedem lat Tytusem Andronikusem (Polski, Wrocław 2013 w koprodukcji z Schauspielhaus, Drezno), gdzie aktorzy niemieccy grali Rzymian, a Polacy barbarzyńskich Gotów, drastycznie eksponując różnice kulturowe. Przedtem z Transferem (Wrocławski Teatr Współczesny, 2006), spektaklem zawierającym autentyczne relacje przesiedlanych ofiar II wojny, polskich i niemieckich. Robiącym wielkie wrażenie, okrzykniętym arcydziełem, a zbudowanym przecież na nader prostym koncepcie: że społeczność wojenna składała się z samych poczciwych i niewinnych ofiar, a wszystko zło, to te Staliny i Churchille, błazny grające sobie bigbit na podeście ponad ludem.

Mógłbym tak długo. W dorobku Klaty nie brakowało dzieł mniej jednoznacznych, nieoczekiwanych, jakoś bolesnych chyba i dla samego inscenizatora – od Lochów Watykanu (Wrocławski Teatr Współczesny, 2004) przez na przykład Wesele hrabiego Orgaza (Stary Teatr, 2010), ale był to margines, niezbyt gorąco przyjmowany i przez krytykę, i przez widzów. Liczyły się mocne uderzenia, jak Trylogia (Stary Teatr, 2009) rozgrywana w jakimś kościółku przerobionym na lazaret zapewne po nieudanym powstaniu. Czy jak Sprawa Dantona (Polski, Wrocław, 2008). Pisałem tu o swoich sprzecznych uczuciach dla tego przedstawienia. Ktoś, dla kogo formacyjna była inscenizacja Andrzeja Wajdy z roku 1975, gorąca, dramatyczna bitwa na historyczno-polityczne argumenty z pointami na szafocie, musiał być przygnębiony redukcją dysputy do występu czterech obwiesiów w brudnych perukach z piłami mechanicznymi w łapach. A jednocześnie niepodobna było nie widzieć, że ten obrazek robi się z miejsca ikonicznym skrótem swego czasu, ponieważ idealnie trafia i syntezuje nastrój chwili. Klata miał wiele właśnie takich trafień w punkt; właściwie odczytana temperatura emocjonalna niosła sceniczny przekaz, nasycała go mocą. I to na długo: chwilę temu podczas występu wrocławskiego Teatru Polskiego w Podziemiu Wiesław Cichy przypomniał ociekającą pogardą dla miernot tyradę Dantona z tamtego spektaklu. Siła jej oskarżenia zapierała dech.

Ale też teatr felietonowych konceptów ma na dłuższą metę jedną słabą stronę: zobojętnia. Przyucza widzów, że liczą się tylko bon moty interpretacyjne – ale już nie ich konsekwencje, już nie otwierające się dalsze znaczenia. Ma być parada atrakcji, jeśli jest nie dość atrakcyjna, łatwo się emocjonalnie wyłączyć i tylko kątem uwagi odnotowywać kolejne punkty. Aha, teraz taki numer. Teraz piosenka – od czapy w stosunku do tematu. Teraz uaktualniony monolog. Teraz furkot wirujących sutann, piękny obrazek. Nie będę ukrywał: tak mi się ogląda teatr Jana Klaty od lat. Na Wesele patrzyłem inaczej – może dlatego, że dla mnie każda scena tego genialnego utworu jest i będzie atrakcją, którą chce się słuchać, smakować, odkrywać nowe możliwości znaczeń. Inscenizacja tej przyjemności sprzyjała. Co wciąż jednak nie przybliża rozwiązania zagadki, dlaczego twórca zdecydował się na właśnie takie, nie w swoim stylu, czytanie arcydzieła.

 

Pięć lat temu Bogdan Zdrojewski mianował Jana Klatę szefem Narodowego Starego Teatru, radykalnie, o niemal trzy dekady odmładzając dyrekcję szacownej sceny. Od początku wiadomo było, że będą z tego mniejsze i większe trzęsienia ziemi. Z oburzeniem – przekutym jakiś czas później w czyn, czyli w próbę zrywania przedstawień – zareagowały na tę nominację niektóre środowiska krakowskie. Współpracy odmówił jednak także Krystian Lupa, dając do zrozumienia, że nominat nie ma jego zdaniem dyrektorskich predyspozycji. Traktowany z góry jak barbarzyńca w ogrodzie tradycji, Klata zaczął rządy od rozmaitych buntowniczych gestów, niekiedy zaczepnych cokolwiek szczeniacko. Zmieniał nazwy scen na bardziej fikuśne, urządzał prowokacyjne eventy. Proklamował podporządkowywanie kolejnych sezonów pamięci wielkich twórców z przeszłości Starego Teatru, najwyraźniej mając chrapkę na weryfikację legend, niekoniecznie przyjazną. Nic lub niewiele z tego wszystkiego wyszło, a co napsuło krwi, to napsuło.

Jednocześnie otwierał scenę dla inscenizatorów różnych generacji i estetyk. Budował oczywiście teatr par excellence reżyserski, czyli taki, który wychodzi nie od tekstu literackiego, tylko od projektu widowiska, niekiedy wyprowadzonego z materii całkowicie niedramatycznej bądź z aktorskich improwizacji. Spajał i umacniał zespół aktorski, choć nie obyło się bez zgrzytów i mniej lub bardziej spektakularnych odejść. Wyglądało, jakby stopniowo mościł się w fotelu dyrektora, akceptując, że to bardziej odpowiedzialność niż okazja do eksponowania własnej osoby. W roku 2014 zdjął z prób Nie-Boską komedię szykowaną przez Olivera Frljicia w obliczu zapowiadanych protestów, a także – o czym mówił potem niedwuznacznie – wobec niezadowalającego kształtu klującego się spektaklu. Okrzyknięto go zdrajcą i tchórzem, co bardziej krewcy komentatorzy żądali, żeby jego teatr za każdą cenę, w imię wolności twórczej grał premierę, nawet pod osłoną policji. Nie ugiął się. I już konsekwentnie eliminował z programu projekty, które mogły nieść w sobie awanturę – nie rezygnując z niestandardowych interpretacji, eksperymentów i nawet dziwactw.

Środowiskowa szeptanka widzi w tym dowód koniunkturalizmu. Sugeruje się, że postawił wszystko na reelekcję, co wydawało się zamiarem prawie niewykonalnym przy władzy Prawa i Sprawiedliwości, boć to przecież najściślejszy elektorat partii robił dym wokół teatru. Ponoć dlatego zgrzeczniał. Czy ja wiem? Ani on mi brat, ani swat – co, myślę, z tego komentarza widać – aliści do lekkiego szału doprowadza mnie plotkarskie rozdawanie łatwych etykietek i rozliczanie bliźnich z własnych wyobrażeń. Dlaczego nie założyć, że ktoś może – nie twierdzę, że tak jest, twierdzę, że może – mieć w pewnym wieku trochę dość gęby buntownika i rozrabiaki. Że może go przestać kręcić wieczne prowokowanie, że woli się skupić na spokojniejszym, płynniejszym budowaniu teatru jako całości, zdobywaniu zaufania widowni, dbaniu o wielostronność artystycznych komunikatów, o pole do popisu dla aktorów. Na działaniu dojrzalszym, choć słowo to działa na radykałów jak płachta na byka.

Nawet oni jednak przyznają, że to się akurat Klacie w ostatnim czasie udało. Widziałem w tym sezonie w Starym cztery przedstawienia, wszystkie były ponadprzeciętne. I Triumf woli, nowy ton w teatrze Moniki Strzepki i Pawła Demirskiego, i porywający teatralnym żywiołem Szewcy Justyny Sobczyk, i znakomity Kopciuszek Anny Smolar, otwarcie nowych przestrzeni narracyjnych, na polskich scenach dotąd nieużywanych. I na koniec to Wesele. Któremu się tak tu dziwuję, ale przecież z aktualnym kształtem afisza współgra idealnie. Transatlantyk Stary płynął równo, bez gwałtownych skrętów, w kierunku przylądka zwanego „koniec kontraktu kapitana”; każdy nieuprzedzony obserwator rozumiał, że nie jest rzeczą prostą trzymać taki kurs. Pozostający w zasięgu wzroku potencjalni kontrkandydaci do dyrektorskiego fotela, bliżsi ideowo obecnej władzy, byli w punkcie wyjścia na dużo gorszych pozycjach i nominowanie któregoś z nich w oczywisty sposób groziło decydentom kolejną, nie pierwszą już, kompromitacją. Wydawało się, że rację ma Witold Mrozek z „Wyborczej” powiadając, że Jan Klata nie ma z kim przegrać, nawet jeśli inni nie wypowiadali tego mniemania głośno.

Aleśmy się wszyscy przeliczyli.

 

Ministerstwo wyciągnęło królika z kapelusza: Michała vel Michaela Gieletę, reżysera robiącego dotąd karierę poza Polską. Karierę, o której niełatwo coś mniemać albo i nie mniemać: twórca ma na koncie parę przedstawień (głównie operowych) na renomowanych scenach, ale poza tym sporo realizacji, by tak rzec, pokątnych, a też i mnóstwo asystentur, staży i zastępstw, jakby był wiecznym pomocnikiem wielkich sław. Urzędnicy państwowi pletli głupoty, że to najbardziej znany na świecie polski reżyser. Tak naprawdę szło o zmianę modelu jednej z dwóch narodowych scen z reżyserskiego na zachowawczo-literacki. Taki, gdzie o programie decyduje nie to, co się poszczególnym artystom w duszach śni, tylko konkretne sztywno zaplanowane tytuły, do których szuka się realizatorów.

W odpowiedzi na nominację Gielety uformowała się zawodowa Gildia Reżyserek i Reżyserów, która wydała parę oświadczeń broniących nade wszystko supremacji swojego zawodu w scenicznej hierarchii i wielkich inscenizatorskich osiągnięć ostatnich dekad. Trochę przesadzili z zawłaszczeniem całej tradycji; historia polskiej sceny dalibóg nie zaczęła się od Jerzego Grotowskiego, a fakt, że o wielkości teatru wgryzionego w wielką literaturę (i mówiącego przez nią rzeczy ważne) pamiętają tylko najstarsi górale, nie znaczy, że trzeba ją skreślać i mieć za niebyłą. Ale oczywiście istotą sprzeciwu, niekoniecznie artykułowaną wprost, była obawa, że tak naprawdę wymiana szefostwa Starego Teatru służy dalszemu, nazwijmy to, ugrzecznieniu sceny; Klatowe wyciszenie okazało się niewystarczające. Że teatr spod znaku Michała Gielety będzie dużo bardziej, przesadzę z określeniem, parnasistowski, ładny, estetyczny, stroniący od bulwersujących tematów, od ostrych pytań, od wszelkich awantur. Trudno uznać te niepokoje za bezpodstawne.

Mam kłopot z jednoznacznym odniesieniem się do całej sprawy. Gildia może mnie piec na rożnie, ale w normalnej sytuacji nie miałbym nic przeciwko próbie odbudowy tradycji teatru mocnego, wyrazistego, świetnie granego, fundowanego przede wszystkim na dobrej, istotnej literaturze. Z prostego powodu: taki teatr kuleje, prawie go nie ma, warto go wesprzeć. Tylko że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ma pod swoją pieczą teatr, w którym pytanie co gramy jest przynajmniej równie ważne, jak kto reżyseruje: to Narodowy Jana Englerta. Nie pora tu na oceny, pora na stwierdzenie, że zarządcy narodowego poziomu kultury, gdyby posługiwali się rozsądkiem, a nie zacietrzewieniem ideologicznym, próbowaliby ćwiczyć w swoich przybytkach różne modele programowania teatru. Nie powielać w drugim pierwszego i to przy użyciu narzędzi skrajnie ryzykownych. Bo przecież nowi kapitanowie krakowskiego Transatlantyku kierowali dotąd nieporównanie mniejszymi łajbami, a wiadomo też, że załoga niekoniecznie przyjmie ich karnie i milutko.

Nie kochałem Starego Teatru Jana Klaty, miałem krytyczny stosunek do wielu obejrzanych tam przedstawień, część opuściłem, ekscesy pierwszych lat jego kadencji złościły mnie niepomiernie, wiele patentów reżyserskich wywoływało wzruszenie ramion. Aliści nie mogę nie widzieć, że bardzo wiele tu się pozbierało i, powtórzę wyklęte słowo, dojrzało, że uformował się świetny, w znacznej mierze nowy zespół, który znakomicie się rozumie, także w zadaniach tak z lekka chaotycznych jak w Triumfie woli, który wchodzi z ufnością w wyzwania Wesela i jest kupowany z zaufaniem przez widownię. Z przykrością myślę o turbulencjach, które ich wszystkich czekają, niestety nieuchronnie. A także o marnowanym dyrektorskim potencjale buntownika z lekko przyciętymi różkami. Owszem, prosiłoby się, żeby Jan Klata umiał pohamować takie głupstwa, jak okrzyk na wieść o nieprzedłużonym kontrakcie to koniec Starego Teatru; odrobinę skromności, please! Ale mimo to chcę wierzyć, że ktoś go teraz szybko zatrudni; jego doświadczenie na deficytowym rynku dyrektorów teatru jest bezcenne. Gdzieś się znów spotkamy. Chociaż, nie mam złudzeń, już na pewno nie na tak balsamicznie oddziałującym na moje stare serce spektaklu, jak to krakowskie Wesele, które okazało się rozwodem.

Jacek Sieradzki

 

Stanisław Wyspiański: WESELE. Adaptacja i reżyseria: Jan Klata, scenografia, kostiumy i reżyseria światła: Justyna Łagowska, muzyka: Furia, choreografia Maćko Prusak. Premiera w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie 12 maja 2017.

AKTUALNOŚCI

Dodano: 05.11.2018 14:43

W LISTOPADOWYM NUMERZE „ODRY”

Sto Lat Niepodległości: SULEJA, KAWALEC, URBANEK, hr. KESSLER, RUCHNIEWICZ, MAGALA, SIEKIERSKI • Polacy w Instytucie Hoovera Jak żyć godziwie: T. KOTARBIŃSKI •STERNA-WACHOWIAK: Sceny… Rozmowa z ZELENKĄ w Sokołowsku • Festiwale: Wenecja, Gdynia pokaż więcej »

Dodano: 16.11.2018 14:20

Grudniowe warsztaty dramatopisarskie CREATIVE DRAMA

10.12.2018 (poniedziałek), godz. 16.30-19.30 11.12.2018 (wtorek), godz. 16.30-19.30 (Sala Teatru Laboratorium) Koszt dwudniowych warsztatów wynosi 150 zł Koszt dwudniowych warsztatów dla studentów wynosi 120 zł* pokaż więcej »

Dodano: 16.11.2018 09:20

Fotorelacja: Wacław Szpakowski (1883-1973). Linie rytmiczne w Budapeszcie

8 listopada 2018 w Budapeszcie odbyło się otwarcie wystawy „Wacław Szpakowski (1883-1973). Linie rytmiczne”. pokaż więcej »

Dodano: 15.11.2018 14:14

Jaroslav Rudiš: „Aleja Narodowa” – monodram Dariusza Maja w listopadzie w DCF

24 listopada, godz. 19:00 25 listopada, godz. 19.00 Dolnośląskie Centrum Filmowe (Piano Bar), ul. Piłsudskiego 64a, 50-020 Wrocław pokaż więcej »

Dodano: 15.11.2018 13:49

Koncerty zespołu Batumi na Dolnym Śląsku

6-8 grudnia 2018, Szczawno-Zdrój, Bystrzyca Kłodzka, Kudowa-Zdrój pokaż więcej »

Dodano: 15.11.2018 11:35

Bass & Beat Festival 2018

7-8 grudnia 2018, Impart, ul. Mazowiecka 17, Wrocław Bilety: 30/50 zł : przedsprzedaż 45/65 zł: w dniu koncertu pokaż więcej »

Dodano: 15.11.2018 09:03

Wernisaż wystawy „Biskupi Niepodległej” oraz spotkania z prof. Włodzimierzem Osadczym

Wernisaż wystawy: 15 listopada 2018, godz. 17:00, sala nr 9 Zamku Piastowskiego w Legnicy; Spotkanie z prof. Włodzimierzem Osadczym – 16 listopada 2018, godz. 13:00, Klub Proza Wrocławski Dom Literatury, Przejście Garncarskie 2, Wrocław. Wstęp na wydarzenia jest bezpłatny. pokaż więcej »

Dodano: 13.11.2018 09:12

„Powrót ‘68” Jan Bortkiewicz

13-30 listopada 2018, ulica Oławska, Wrocław pokaż więcej »