Udostępnij:

Dodano:

10.02.2026 10:51

8 ARKUSZ. 1/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

ZJAWY CODZIENNOŚCI

 

W styczniowym Ósmym Arkuszu, zamiast kminić postanowienia noworoczne, zwracamy się ku przeszłości, a raczej z samej przeszłości zjawiają się ku nam rzeczy. Arkusz otwiera recenzencki dwugłos dotyczący Jawu Laury Osińskiej/Anny Adamowicz. W szkicu Natalii Kosteckiej zaskakuje pojawianie się widm młodopolskich erotyków jako kontekstu dla lektury wierszy Adamowicz, zaś Agnieszka Sokołowska wyjawia, w jaki sposób Osińska przeszczepia na polski grunt amerykańską tradycję poezji lesbijskiej. Dlaczego raz Adamowicz, a raz Osińska – o tym przekonacie się w samych tekstach.

Chociaż wiersze Miry Król erotykami nie są, gdzieniegdzie się do nich zbliżają, lecz na zupełnie innych zasadach niż u Osińskiej. Prezentowany w Arkuszu zestaw to przede wszystkim strumienie wszelakich zjawisk codzienności, próby uchwycenia ich i towarzyszących im lęków. Podobny cel przyświeca dwóm prozom Cypriana Hirscha, ale tutaj w teraźniejszość wjawia się nieustannie trudna przeszłość. Napiszemy jeszcze tylko, kończąc tym samym zarówno zajawkę, jak i naszą autotematyczną grę, że jawi się nam ten numer bardzo ciekawie, a wszystkich zapraszamy do (zjawiskowej?) lektury.

Jakub Famulski, Kamil Figas

Redakcja Ósmego Arkusza

fot. Maciek Bielawski / maciekbielawski.pl

 

Natalia Kostecka

 

Jedno ciało, jeden żuk

 

{          }

ależ ja bym chciała mówić w imieniu wielu,

ależ ja bym chciała manifestować, zabiegać,

wygłaszać, udzielać głosu czy oddawać głos,

tyle razy próbowałam, udawałam, markowałam,

ale wiem, że mam tylko to jedno ciało, jednego żuka w jednym pudełku

                                                                                                          (s. 5)

Przytoczony wiersz otwiera najnowszy tom Anny Adamowicz pt. Jaw, który tak jak zmyśl [] zmysł, został podpisany heteronimem Laury Osińskiej. Zawarte w nim utwory można by odczytywać niezależnie, jednakże sięgnięcie do całej twórczości poetki (zarówno tej sygnowanej własnym nazwiskiem, jak i podpisanej pseudonimem) pozwala na umiejscowienie ich w szerszym kontekście. Pokazuje także, jak różnorodne są środki wyrazu używane przez Adamowicz. W tych wierszach dominuje zapis intymny, a jednocześnie prozaiczny, silnie kontrastujący z opublikowanym zaledwie parę miesięcy wcześniej Stłuc. Kręgosłup Tytanii Skrzydło. Tym razem pozbawiona skrzydeł Tytania schodzi na ziemię, by opowiedzieć o sprawach na pierwszy rzut oka prostszych, ale równie ważnych.

Debiutancka książka Wątpia z 2016 roku była zanurzona w obrazach rozcinanych ciał, tkankach kostnych i szpitalnej bieli. Późniejsze Animalia uzupełniły stworzony przez absolwentkę analityki medycznej obraz o wiwisekcje. Nebula przekierowała językową soczewkę z animalistycznych sekcji wnętrzności na polityczną aktualność i pytania o przyszłość świata, w którym funkcjonujemy. U Adamowicz nastąpiło wyraźne zerwanie z barokową poetyką, a przynajmniej – jej chwilowe zawieszenie. Nie sili się już na misterne zdobnictwo, konceptyzm, turpizm, konflikt tragiczny między ciałem a duszą, pascalowską metafizykę. Nie pragnie rozbudowanego poematu na miarę Stłuc. Kręgosłup Tytanii Skrzydło, roztaczającego przed odbiorcami skomplikowaną wizję choroby, szukającego coraz śmielszej metaforyki dla oddania ogromu fizycznego cierpienia. Zamiast tego łaknie profanum, z nadzieją rozgląda się za autentyzmem. Jednak to tomowi zmyśl [] zmysł najbliżej jest do utworów z 2025 roku, co być może wiąże się z różną atrybucją autorstwa poszczególnych książek. W Jawie wracamy do niewinnej codzienności, delektujemy się miłością i szukamy nowych, przystających do współczesności sposobów, by to uczucie stekstualizować.

W cytowanym na wstępie wierszu podmiotka wyraża chęć mówienia „w imieniu wielu”, lecz ze smutkiem stwierdza, że w zastanych realiach taka wypowiedź jest niemożliwa. Każda próba kończy się fiaskiem, każda manifestacja – nędznym udawaniem. Gdy kurz owego dyletanckiego theatrum mundi opada, gdy maska aktorki znika, pozostaje zaledwie jedno ciało, jeden żuk w pudełku. Na nim Adamowicz skupia się w całym tomie. Wielkie prorocze narracje zawodzą (język karleje, język się rozpada, s. 7), dlatego należy porzucić romantyczny i modernistyczny patos. Poetka odtąd będzie zabierała głos jedynie w swoim imieniu.

Autorka Jawu posługuje się konwencją erotyku, dobrze znaną i chętnie wykorzystywaną w polskiej tradycji literackiej, a zatem nasuwającą skojarzenia z chwytami charakterystycznymi dla poezji miłosnej poprzednich epok. Jednakże twórczyni zdecydowanie oddala się od egzaltacji właściwej liryce Młodej Polski. Unika zarówno dekadentyzmu Kazimierza Przerwy-Tetmajera, jak i symbolizmu Bolesława Leśmiana. Jej erotyki stronią od metafizyczno-filozoficznych rozważań. Nie mają traktować o niespełnieniu, melancholii, przekraczaniu granic bytu, cierpieniu i śmierci. Nie są także baśniowe ani teatralne.

O czym zatem opowiada nam Adamowicz? O miłości do ukochanej, o meblach, o zapachach. Wiele w tym jest ironii i lingwistycznej autorefleksji, jak np. w utworze opatrzonym incipitem pustostan ogarnięty… (s. 8) – strywializowane określenia charakterystyczne dla sentymentalnych erotyków (liliowe zauroczenie, drobne krople zaschniętej farby) zostały wzięte w nawias, gdyż na liryczne banały nie ma już miejsca w antropocentrycznej rzeczywistości.

Jaw obfituje również w odważne queerowe manifesty, zbliżając się niekiedy do innych głośnych poetyckich protestów ostatnich lat. Podejmuje tematykę wykluczenia tak jak Instrukcja dla ludzi nie stąd i Wszyscy o nas mówią Patrycji Sikory, z tym że mniej w nim nieskrywanej złości. Sprzeciw wobec opresji osób nieheteronormatywnych wyrażany jest bez agresji czy wulgaryzmów, delikatniej niż u Sikory – co nie oznacza, że mniej dobitnie. Niezgoda na patriarchat i represyjne praktyki Kościoła katolickiego w Polsce wielokrotnie wraca w całym tomie. Księża nie szerzą wśród wiernych tolerancji dla różnorodności, toteż pieśni pasyjne podmiotka nuci podczas mycia zębów, a nie podczas mszy. Skrawki sfery sakralnej (witraże, święty Sebastian, kadzidła) przedostają się do życia kobiety, lecz tylko dlatego, że atakują w losowych momentach (s. 31), despotycznie zawłaszczając myśli. Osobę mówiącą oburza ostracyzm wobec lesbijek zarówno w przestrzeni religijnej, jak i w sferze konsumpcjonistycznej – w instrukcji składania elementów wyposażenia znajduje tylko nagie sylwetki mężczyzn i kobiet. Miłość par homoseksualnych przemysł meblarski ostentacyjnie przemilcza.

„Zakazana” miłość saficka bezpretensjonalnie objawia się wspólnym siedzeniem w niedzielne popołudnie (moja dłoń przy twojej stopie, s. 10), pocałunkami gorszącymi przedszkolaki, spaniem w koszulce partnerki, ale też przeżywaniem śmierci kotki Miśki. Relacja opiera się zatem na skromnym rytuale trwania, z całym jego dobrodziejstwem i okrucieństwem. Wzruszające wsparcie wyrażane jest we wzajemnej opiece, nawet jeśli polega ona na czymś tak prostym jak smarowanie zmęczonych stóp swej kochanki żelem aloesowym. Czasem ta prozaiczność wykorzystywana jest z ironią, jako pretekst do zwrócenia uwagi na jakiś palący problem społeczny, tak jak w wierszu moja dziewczyna pachnie świeżym chlebem… (s. 33), w którym podmiotka mówi o wycieńczającej pracy w piekarni za najniższą krajową.

Odarta z niepotrzebnych ozdobników materia dnia powszedniego służy Adamowicz także do ukazania uczuć rodzicielskich. Wiersze o mamie i tacie wplata zręcznie między wiersze o innych miłościach (s. 22, 41). W pierwszym z nich kreśli obraz dziecięcego bólu z powodu wyrzynających się zębów, a w drugim prostą scenę nauki alfabetu. Nie ma w nich azjanizmu ani afektacji, a jednak czytając je, można poczuć szacunek i oddanie zamknięte w familiarnych miniaturach poetyckich.

W tomie nieustannie powracają porównania. Zapach dziewczyny podmiotki zestawia się z zapachem różańca, trybularza, katedry; intymność między kobietami – z bliskością bloków w piramidzie; samą partnerkę – z kociakiem, przypływem, słonecznymi blikami na tafli jeziora, słonym Adriatykiem, krętą Wenecją. Bogactwo skojarzeń charakteryzuje Jaw, a jednak Adamowicz podkreśla, że miałkim jak pył językiem (s. 25) nie można w pełni opisać przywiązania, jakie żywi do ukochanej. Być może dlatego świadomie rezygnuje z nadawania tytułów swoim utworom. Mowa spłaszcza wszystko jak chromy walec (s. 35), zatem jej niewystarczalność zawsze będzie dręczyć ludzi. Doświadczenie zapośredniczone nigdy nie zrówna się z rzeczywistym, gdyż – jak trafnie zauważył już Mickiewicz – w żyjących języku nie ma na to głosu.

Agnieszka Sokołowska

 

Jak sen na jawie

 

Jaw to druga książka poetycka Laury Osińskiej – „mąciwody”, „awatarki” i „maski”, za którą kryje się Anna Adamowicz. Podobnie jak pierwszy zbiór, zatytułowany zmyśl[]zmysł, najnowszy tom składa się przede wszystkim z erotyków. W Jawie Osińska zawarła wyznanie miłosne dla ukochanej, wplatając w nie także „wiersze o innych miłościach”: o wdzięczności dla rodziców, przywiązaniu do ulubionych miejsc, dawnych kochankach czy też o epikurejskiej pasji życia. Tak skomponowana książka wydała mi się mniej intrygująca niż poprzedni tom, który w nowatorski sposób opowiadał o związku lesbijskim oraz nieszczęśliwym rozstaniu. Zarazem lektura Jawu sprawiła mi przyjemność właśnie dlatego, że tym razem wiersze dotyczą miłości szczęśliwej i spełnionej.

Adamowicz o autorce zmyśl[]zmysł i Jawu mówi w trzeciej osobie, a sama pojawia się na kartach tytułowych jako edytorka, która dokonała wyboru wierszy. Dzięki zapośredniczeniu (charakterystycznemu dla twórczości queerowej) poetka oddziela od siebie tę część, która pisze o miłości. Paradoksalnie, rozdwojenie pozwala jej zachować zarówno dystans, jak i swoisty autentyzm opowieści – istniejąca wyłącznie w języku Osińska może być zarazem autorką, bohaterką i podmiotką liryczną wierszy. Jest w stanie pisać autobiograficzne teksty o seksualności i uczuciach, ze szczerością, a niekiedy z dozą naiwności czy sentymentalizmu, właśnie dlatego, że tak naprawdę jej nie ma. Dynamika między Osińską a Adamowicz polega na zderzeniu siły wyrazu zakochanej dziewczyny z językową i stylistyczną precyzją doświadczonej poetki.

Dla współczesnej twórczości lesbijskiej przełomową rolę odegrało pisarstwo Adrienne Rich. W zmyśl[]zmysł Osińska wprost przyjęła matronat amerykańskiej poetki i feministki, obierając jako motto frazę z 21 wierszy miłosnych. Ten słynny cykl erotyków Rich stanowi świadectwo głębokiego uczucia do ukochanej i konstytuuje jeden ze sposobów mówienia o „egzystencji lesbijskiej”. Krytycy literaccy podkreślają, że u Osińskiej, która przeszczepia styl Rich do polskiej poezji najnowszej, należy w szczególności docenić pracę w języku, pozwalającą wyrazić i uobecnić kobiecą miłość homoseksualną. W Jawie autorka ponownie podejmuje wysiłek tworzenia adekwatnej dykcji, chociaż ma świadomość niewypowiadalności niektórych doświadczeń i niewystarczalności słowa.

Osińska tworzy zmysłowe obrazy poetyckie, które koncentrują się zarówno na cielesnym, jak i duchowym wymiarze miłości. Nawet o najbardziej osobistych przeżyciach pisze z niezwykłym wyczuciem i delikatnością. Wyznanie miłosne często opiera na grach lingwistycznych albo pięknej frazie czy lirycznej apostrofie: jesteś perłowa i perlista / rozpięta na obojczykach żebrach kolcach biodrowych / sprężysta jak miąższ nieuchronna jak przypływ. Poetka, w duchu barokowego konceptyzmu, czerpie też z metaforyki religijnej: miłość jest dla niej niczym misterium, pocałunek to komunia, a ciało ukochanej pachnie jak różaniec, trybularz i katedra. Właśnie za pośrednictwem tego ciała może doświadczyć epifanii oraz przeniknąć sacrum.

Jaw jest swego rodzaju dwugłosem, naznaczonym zarówno obecnością podmiotki, jak i adresatki wierszy. Adamowicz w rozmowie z Martyną Szypiło odwoływała się do relacji głównych bohaterek z filmu Portret kobiety w ogniu w reżyserii Céline Sciammy. Proces twórczy, przedstawiony w kinowej produkcji oraz w książce polskiej poetki, opiera się na pełnej napięcia grze spojrzeń. Zaciera się podział na stronę aktywną i bierną, malarkę i modelkę, pisarkę i czytelniczkę, gdyż obie kobiety obserwują się, konfrontują i odbijają swoje wizerunki. Osińska pisze o tym uwikłaniu dwóch tożsamości: „przymierzam nas do siebie szukając lustrzaności”. Znaczący jest fakt, że w ostatnim wierszu podmiotka zastanawia się nad sytuacją przeciwną – co by było, gdyby to jej ukochana komponowała zbiór poezji miłosnej: „powiedz jak pisałabyś tę książkę / gdzie ubrudziłabyś się tuszem”.

W Jawie słyszę nie tylko wyraźną inspirację poezją Rich. Kiedy czytam drugi utwór w tomie, rozpoczynający się od słów być z moją dziewczyną, mimowolnie myślę o sławnym Having a coke with you Franka O’Hary. Erotyki Osińskiej w luźny sposób nawiązują do personistycznej poetyki mówienia o miłości, zgodnie z którą miejsce wiersza jest między dwiema osobami. Pisarstwo Laury dąży do konkretu, wydarza się w teraźniejszości, a zakochanie wpisuje w ramy banału i codzienności. Teksty przyjmują formę szkicowych zapisków, wyimków ze zwykłego życia albo lapidarnych pocztówek z wakacyjnych wyjazdów. Tak jak 21 wierszy miłosnych Rich, utwory polskiej autorki układają się w poetycki cykl o życiu w stałym związku, opartym na partnerstwie, akceptacji i bliskości. Dotyczą stabilnej relacji, gdy już minęło pierwsze zauroczenie, a chęć zrobienia wrażenia przechodzi w chęć zrobienia owsianki. To, co w zmyśl[]zmysł było traktowane jak niemożliwa do zrealizowania fantazja – two women live peacefully in long-term relationship – w Jawie stało się rzeczywistością: „pustostan”, którym było ciało i serce podmiotki po poprzednim rozstaniu, został „ogarnięty”.

W tomie wyraźnie zaznaczona została problematyka formy. Osińska (chociaż przyjęła imię adresatki słynnych sonetów Petrarki) z ironią dystansuje się od męskiego kanonu poezji erotycznej:

myślałam, żeby ubierać historie w sonety:

[…]

a moja dziewczyna jest jak sto razy

te wszystkie średniówki tych soneciarzy,

jak tam, soneciarze, jak zdrowie, jak korzonki.

Autorka wie, że od dyskursu pisania o miłości nie da się odciąć, ale należy go rozszczelniać i modyfikować. Być może dlatego jeden z wierszy w Jawie jest „zamaskowanym” sonetem, w którym regularny podział na kwadryny i tercyny został zaburzony za sprawą dodatkowych komentarzy, ujętych w nawiasach i umieszczonych między strofami. Ten „włoski sonet” nawiązuje do tradycyjnej liryki miłosnej również dzięki zastosowaniu porównania, paralelizmów oraz inwersyjnego szyku zdania: wracam do ciebie, jak Adriatyk słonej, jak Wenecja krętej.

Wzorując się na postawie Rich, Osińska transcenduje niepewną opozycję tego, co prywatne, oraz tego, co polityczne. Chociaż znajdziemy w Jawie odniesienia do niezadowalającej sytuacji społecznej, najistotniejsza jest więź między dwiema kobietami. Niejako z konieczności żyją one w duchowym odosobnieniu od świata, w którym nigdy nikt nie zwracał uwagi. Poetka wyjaśnia koncentrację na osobistym doświadczeniu w utworze otwierającym tom. Blisko jej do twórczości zaangażowanej, ale ma tylko to jedno ciało, jednego żuka w jednym pudełku – czyli jedno serce. Dlatego zamiast manifestu wybiera lirykę konfesyjną. Witalna siła miłości i erotyzmu sama w sobie ma potencjał zdolny odmienić rzeczywistość i uwrażliwić innych na doświadczenie wykraczające poza heteronormatywne schematy: moja dziewczyna jest naraz rewolucją / notatką do rewolucji / przypisem do rewolucji.

Osińska nie nazywa żadnego ze swoich wierszy, zaś w miejscu tytułu umieszcza dwie klamry: { }. Puste nawiasy pojawiały się już w zmyśl[]zmysł jako symbol przemilczenia i tabu. W Jawie funkcjonują raczej jako minimalistyczny idiom, sygnatura autorki. Za sprawą szczeliny, utworzonej z symetrycznych znaków pisarskich, wiersze otwierają się przed czytelnikiem, tak by mógł podglądać to cudze życie – celem tomu jest przecież ujawnienie związku lesbijskiego w społeczeństwie i języku. Mamy do czynienia z wiarygodnym zapisem indywidualnego doświadczenia, któremu poetycka soczewka Osińskiej nadaje onirycznego liryzmu, ale nie ujmuje autentyczności, godząc w wierszach prawdę i zmyślenie. Nie ma tu sprzeczności – wszak spełniona miłość jest jak sen na jawie.

Mira Król

 

.2 zgony na sekundę.

mówiłam: chcę

                         kolorowe koraliki na szprychach

                               i żeby się świeciły jak raspberry disco ball

                                              mam syndrom niespokojnych nóg

                                                                             daleko nie ucieknę

za garażem palą śmieci

                           palą

                                   śmierci

smród taki że nie da się oddychać

gęsty dym hula po synapsach jak halny

       wszyscy mamy tu SAD

       dziewczyny idą na solarium

       chłopaki na siłkę

       na kierownicy stawiam maneki neko

                                              i  bądź zdrów

terapeuta mówi:

                           zamknij oczy i policz do dziesięciu

                                               a ja boję się że się schowa

                                               i go nie znajdę

                muszę wyjść inaczej ktoś zginie

na całym świecie oczekuje się 4,3 urodzeń i 2,0 zgonów na sekundę

wyświetlacz odpala się jak raca

nie widzę ich ale wiem że są

                  z gelato i chata gpt

                                        ja mam pod żebrami śnięte ryby

                                                     na żebrach handpoke żyj teraz

                                                               jak żebrak robię kołyskę z dłoni

                                                                                    i wchodzę w tryb snu

mówiłam:

                               life is not a funny game bitch

                                               neverending rave

                                                                            road

                                                                                       rout

                                                            mówisz: znowu zgubiłem cię w gabinecie luster

                                                                                         to było wtedy

                                                                                                     mówiliśmy jednym

              językiem

podając go z ust do ust

                        nizialiśmy koraliki

byle do jutra

przywołuję ludzi, klientów i szczęście.

tyle znaczy moje imię

maria magdalena

z wieży ryb

                    lew który połknął poskramiacza

                  poskramiacz który połknął lwa

zarzekał się że chce tylko iść z nim na pięści

zmierzyć się

               mierzyć do

namie-

rzyć

                                                                   żyć                                                               

dzwoni mi w uszach

proszę pilnować swojego zwierzątka

bo może zostać odstrzelone

słucham?

halo?

przepraszam nie mogę teraz rozmawiać nagraj się po sygnale

I wtedy przychodzi ta śmieszna wiadomość. Jezus wyrzucił z ciebie siedem złych duchów! I nie wiesz co z nią zrobić. I jesteś Butch Cassidy. Delete. Rzeźnik. Delete. Kradniesz dżinsy. Delete. Kradniesz konie. Delete. Rabujesz pociągi w Grand Junction.

                                                  Delete.

                                                                Po 30 dniach plik zostanie usunięty

                             na zawsze.

a ty przeczytasz mnie mojej śmierci

tylko uwiąż myśli na łańcuchu

język trzymaj za zębami

                                                        palec na spuście

to dziki zachód

inkubator nocy

wczoraj zwierzyna

jutro mięso armatnie

hole in the wall

pif paf

.żywe/martwe.

powiedzieć uwiera

     to

        nie powiedzieć

            nic

                          jak powiedzieć

                                     wszystko

                                                       jeśli

                                               nic i wszystko

                                        to bezkształtne masy

                                         ścierające się na macie

                                       hałas kostki obijającej się o kostkę

i uwiera mnie myśl o

                                uwieraniu

                        ciśnie gryzie obciera

                          targa rwie szczerbi

                                                 i  swędzi jak kiedyś

                                            ból wchodził i wychodził

                                                       porami skóry

                 rytmicznie

                                       drapałam do krwi

                                            żywy strup

                                        na żywym mięsie

A wystarczy położyć dłoń na stygnącej piersi i czekać. Czekać aż wszystko zgaśnie. Ciepło uchodzi jak powietrze z przekłutego balonika. A neony napierdalające światłem ze wszystkich stron sfajczą się i roztrzaskają na miliardy przezroczystych słońc,

które niczym Kajowi szkiełko- wpadną do oka

do serca

do mięsa.

dopiero wtedy na tej suchej ziemi,

po której nie wolno nam chodzić boso,

                                                 wzejdzie cisza

                                       soczysta i słodka jak owoc

                                         wilgotna i dobra jak glina

i znowu zaczniemy się dotykać

                                                 bez lęku

                                           lepić naczynia

                                                                    ciała

                                                            miękkie i ciepłe

Cyprian Hirsch

 

Ten Sezon

 

Jutro stąd wyjdę. Dziś sobie tu leżę i się nie ruszam, bo mi wygodnie, ale mam prawo, bo wychodziłem stąd już wiele razy. Ale jutro wstanę wcześniej i wyjdę stąd, chwytając się opuszkami palców szczerba po szczerbie.

Pamiętam ból zeskrobywanych paznokci, gdy wcześniej zjeżdżałem po tej ścianie.

Wiem, że dużo jest takich dołów z ludźmi w środku. Leżymy sobie wspólnie w dołowej, zbiorowej nieświadomości.

***

Fajnie byłoby usłyszeć jakiś głos, może taty, nawet kosztem jego przekonywań o tym, że jego klub w końcu, po dwudziestu latach, zdobędzie mistrzostwo kraju.

Wiem, jak kolejny raz tu dotarłem. Kilka dni z rzędu nie obudziłem się przed siódmą rano.

Spóźniający się ja to nie ja. Może tamto ja zostało na górze.

***

Trochę za długo tu jestem. Przydałaby się lina. Jeśli nie czyjaś, to chociaż czegoś, jakiegoś stoicyzmu, cynizmu, optymizmu. Izmy też mogą rzucać linę.

***

Mówią, że boli mnie nieposiadanie konkretnych, autentycznych ambicji. Bo myślę, że moje marzenia były jedynie skokami marzeniowymi.

Skoki marzeniowe, co to za określenie. Po prostu chwilowe ekstazy spowodowane specyficznym połączeniem pozytywnych impulsów.

Chwytanie się tych drobnych paramarzeń, jeśli okoliczności były względnie sprzyjające, powodowało utrzymanie się ostatnim sumptem na powierzchni na poziomie zero. I to dużo mówi o świecie. To wszystko, całe to stąpanie ponad dołami jest właśnie tak kruche, jak paramarzenia.

Ale nawet nie marząc niepoprawnie, a marząc racjonalnie, lub w ogóle, można natknąć się na kruchość. I nawet nie wpaść w żaden dół po drodze, a paść na poziomie zero.

Tu w tym dole, jakby nie było, nie jest krucho. Kruche jest wszystko inne.

Po co wracać na powierzchnię tak kruchą, że nieważne, ile razy przeskoczy się dół, można się roztrzaskać na kawałki?

Gdybym usłyszał choćby powitanie kogoś, kogo lubię, poczuł zapach ulubionego dania czy zobaczył skrawek ładnego budynku.

I słyszę.

– Człowiecze, co tam robisz? – dziwi mi się jakiś pan u góry.

Czuję, że nie zna tego uczucia. Nie został zmuszony nigdy do błąkania się po swoich myślach, bo każdej sekundy myśli był świadom siebie i chwili. I teraz pyta mnie, co ja tu robię, tak jakby moje nadmierne myśli były wyrazem jakiejś głębszej głupoty.

– Tam nie jest dobrze, martwię się!

Znam go. Mijał mnie wielokrotnie. Dużo mówił. Nie podejrzewałem go o empatię.

– Wyjdę stąd niedługo. Będzie dobrze – odpowiadam automatycznie, bez przekonania.

Chyba chwilę tam stał i się zastanawiał. Potem poszedł. Ciekawe, czy długo o mnie myślał.

***

Wychodzę. Ale nie sądzę, że na długo.

***

Znów spadłem.

Sypialnia kojarzy mi się z dźwiękiem połączenia przychodzącego na teamsach.

Mamy tu łóżko dwieście na dwieście, dwa stoliki nocne, kufer, biurko z komputerem, skórzane krzesło obrotowe, dużą szafę typu komodor, taboret.

Dzwoni tata.

Opowiada, żebym kiedyś do niego przyjechał, bo musimy się wybrać na mecz. Mówi jak zawsze, że to ten sezon. Z pewnością, odpowiadam, unikając choćby cienia przekąsu w głosie.

Wychodzę na chwilę z dołu i wdrukowuję uśmiech na twarz. Znów skaczę między kraterami.

W salonie odbywa się dzień właściwy, odrębny od dnia sypialnianego. Dobiegają mnie rozmowy wszelakie córko-matczyne.

Ich uśmiech utrzymuje mnie tu, pozwala czasem unieść się nad takim kraterem mimo – wydawałoby się – wciąż działającej grawitacji. Nie słyszę go jednak wiecznie, nie odbija się on echem przez piętnaście godzin, widocznie mam przepełnioną głowę.

Wstyd mi przed własnymi myślami, więc zakopuję je zawczasu. Wstyd goni znów wstyd, gonitwa wstydu. Wstyd przed płaczem, wstyd przed myśleniem. Wstyd przed myśleniem o wstydzie. Wstyd przed samym sobą z niezrozumienia tej całej gonitwy.

***

Piwo, pub, kolega, z którym się nie widziałem pół roku.

Nie pamiętam początków tej rozmowy. Mówi nagle:

– Znajdź mi kogoś, kto rozmawia z kimś tak jak sam ze sobą. Pewnie ty też nie rozmawiasz ze mną tak jak sam ze sobą.

– Wiadomo, że nie.

– Ale chciałoby się, co nie?

Łyk.

– Może i tak, pytanie co by z tego gadania wyszło.

– Pewnie jakieś pieprzenie.

Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale zamilkłem. Łyk.

Mówi:

– Czasem trzeba się ugryźć w język. Chcesz powiedzieć więcej, a nie ma to sensu.

– Tak jak teraz.

Łyk.

Wylewa mi się coś z ust nagle.

– Zbyt ckliwi na cyników, a zbyt cyniczni na romantyków.

– Co?

– A, nic nic. Głośno myślę.

Łyk.

Znowu wylewa się jakaś nieprzygotowana nagła myśl:

– O nas nikt książki ani nawet opowiadania nie napisze. Bo jeden czytelnik by chciał cynika, a drugi romantyka. Nikt takiego pół na pół.

– Mądre, ale obawiam się, że nikt cię nigdzie nie zacytuje.

Łyk. Długi łyk. Cisza, spojrzenie na lewo w poszukiwaniu znajomych.

Rozpoczynam kolejny wątek. Mózg nie nadąża za narządem mowy:

– Mam taką myśl, nie wiem skąd. Nie mogę się znowu doczekać tego poczucia, że mogę wszystko. Znasz to?

Zapada dłuższa cisza. Odpowiada.

– Nie znam.

Dwa łyki.

Kontynuuje.

– Moja złota zasada. Oczekuj nieco więcej, ale zawsze doceniaj to, co masz. Kawa nie wyklucza herbaty. Balans.

Robi pauzę. Mówi dalej:

– Podnosisz cały czas poprzeczkę do góry. Minimalnie, ale podnosisz. Jak się zatrzymasz, to później trudno ruszyć.

Łyk.

Idzie w to, wiedząc od jakiegoś czasu, że jego myśli pozbawione są sensu. Ale rzuca metaforą, która daje mi do myślenia.

– Im bardziej człowiek staje się dachowcem, tym mniej chce mu się wyjść na ogródek, a im bardziej jest dziki, tym trudniej mu się osiedlić.

– Tak. Balans – odpowiadam bez przekąsu.

Przestał już mówić. Stwierdziłem, że pewnie właśnie dlatego.

***

Dzwoni tata jednego z tych późnojesiennych dni, w które się siedzi cały czas w domu.

No cześć młody, w końcu się słyszymy, nie piszesz nic, nie dzwonisz, jak tam, zdrowy? Laura to wiem, rozmawiałem z nią, często pisze, dobra wnuczka z niej.

A fakt, cześć tato, tak jakoś, wybacz zapracowany jestem, zdrowy, zdrowy. No tak, jak to mówi Tomek, trzeba napierdalać, cytuje szwagra tata. Odpowiadam, że szwagier zawsze w samo sedno.

A powiedz mi, bo matka pyta, kiedy przyjedziecie.

Myślę. Zapomniałem. Laura prosiła, żeby się wybrać któregoś dnia do dziadków. Kompletnie zapomniałem, ale tego nie mówię.

Po chwili odpowiadam tacie, że nie ustaliliśmy, ustalimy, damy znać

Nowy temat.

Pyta czy oglądałem mecz.

Ledwo mówię, że nie, a już słyszę kolejne zdanie, tak jakby moja odpowiedź nie miała żadnego znaczenia. Ale w gruncie rzeczy mnie to bawi.

Rozwalili ich, po prostu rozwalili, czuję, że to ten sezon, obejrzyj skrót, jest na jutubie. Obejrzę, odpowiadam. To dawaj znać, trzymajcie się i zadzwoń czasem do starego ojca.

***

Jednego z tych jesiennych dni wychodzę z sypialni, zabieram rower.

Na wstrzymanym wdechu zmuszam się do jazdy. Boję się, że jak wypuszczę oddech, to mi się odechce.

Mijam drzewa. Teraz sosnę, która wygląda jak tysiąc wcześniej już przeze mnie miniętych, ale jestem pewien, że nigdy jej nie widziałem, bo przyjeżdżam tędy pierwszy raz w życiu.

Może to ten sezon.

Zakaz gry w piłkę na osiedlu

 

Litery w nazwie mojego miasta nie były ani najczęściej, ani najrzadziej występującymi literami w języku polskim. Mułuj był przeciętny nawet z nazwy. Szerokość geograficzna 52°06′52.21″ na północ i 19°25′24.82″ na wschód. Średnio wysokie bloki, średnia liczba mieszkańców, średnie bezrobocie. Knajpy średnie, restauracje średnie, kluby średnie.

Co wtedy się robiło? Dobre pytanie. Strzelało do czasu pistoletem na kulki.

Było świecenie laserami takimi małymi, które po prostu świeciły skupionym światłem. Podobno nie można było świecić nimi w oczy, bo groziło to utratą wzroku.

Było stawanie w tunelu zjeżdżalni wodnej i obijanie nóg stawaczom. Raz ktoś mnie tak obił, że upadłem na brodę z łoskotem i poczułem, jakby mi krew z uszu leciała, a szczęka wypadła z zawiasów.

Było rzucanie się mułem z jeziora. Raz dostałem nim prosto w oko. Wyjmowałem ten muł przez następne cztery godziny. Myślałem, że stracę oko.

Miałem łóżko piętrowe. Czasem zeskakiwaliśmy z niego z kolegami. Raz Karol po zeskoku akurat wylądował na skraju dywanu, poślizgnął się i wylądował przodem głowy na parkiecie. Stracił przytomność na pięć minut.

Innym razem, też Karol, kiwał się na murku tak, że przechylił się za bardzo w tył i rozbił sobie głowę o kant cegły.

Karol miał tak twardy łeb, że później jak się bił, to walił czasem z byka w klatkę piersiową, jak Zidane w 2006. Później został nawet piłkarzem. Miał metr siedemdziesiąt w kapeluszu, a przez jakiś czas grał jako napastnik w czwartej lidze. Wsadzał głowę tam, gdzie niektórzy bali się wsadzać nogi.

Obijaliśmy podbalkonie parteru, które w rzeczywistości było ścianą zewnętrzną piwnicy.

W dzisiejszych czasach deweloperzy zrobiliby tam suterenę. Nawet dzisiaj, dwadzieścia lat później widać tam ślady po podrabianej piłce, która miała udawać Roteiro,

Było to na dziedzińcu bloków, takich już nie robią. Osiedle z lat dziewięćdziesiątych. Trawa, wierzba, trzy olchy, pośrodku krąg krzewów.

Później graliśmy małą piłką, tak zwaną trójką, na parkingu, albo w przypadku braku sił mentalnych i witalnych, na tak zwanych ławkach. Jedna osoba stała i musiała trafić w przestrzeń pod ławką, między jej betonowymi słupkami. Druga osoba siedziała na ławce i broniła tej przestrzeni między słupkami.

Mieszkał w naszym bloku taki jeden najbardziej odwalający kolega, którego każdy kiedyś miał. Dziś zdecydowanie dostałby diagnozę zespołu nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi.

Często z nudów wchodził na będący wejściem do bloku wiatrołap, którego cała dachówka była ogówniona gównem ptaków, tynk odlatywał od ściany, a na chropowatym kloszu lampy wylegiwało się robactwo. Wszyscy się brzydzili tego miejsca, a on miał to gdzieś.

Innym razem widziałem go na dachu bloku, albo tańczącego breakdance na kawałku linoleum rozwiniętym na chodniku.

Raz, kiedy graliśmy w piłkę na ławkach, przechodził obok nas Buda, postrach młodszonastoletniego Mułuja. Świadomego, ale nie do końca. Podobno był w stanie zbić młodziaka, jak widział, że ten na niego spojrzał, choćby ukradkiem.

Pochodził z wielodzietnej rodziny, miał lat czternaście i ziemistą karnację. Jak widziało się go z braćmi na otwartym basenie, lepiej było się zawczasu zwinąć. Przynajmniej tak wszyscy myśleli. Mojemu koledze raz wyrwał portfel ze wszystkimi kieszonkowymi.

No ale ten Buda akurat nas mijał i nie było gdzie uciec. Wzrok w dół.

Zrobiłem to chyba za późno.

Ścisnął mi się żołądek. Słyszałem tylko:

– Co się gapisz? Ty, młody!

Bałem się najgorszego. Nigdy z nikim się nie biłem.

I akurat z klatki schodowej wychodził Klopek, ten z zespołem nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi. Nie był typem kumpla-starszego brata, co obroni przed starszymi typami, ani gościa, na którego wiesz, że możesz liczyć. Bardziej to był typ starszego kuzyna, z którym w ogóle nie gadasz i przez całe życie pamiętasz go z takiej jednej sytuacji, w której ci pomógł.

Zauważył, że Buda nade mną stoi, więc podszedł, zagarnął bez słowa piłkę nogą, dając sygnał, że chce z nami zagrać. I Buda jak rażony piorunem po prostu sobie poszedł. Wtedy pomyślałem, że pewnie Klopek był w gimnazjum bardzo poważany, a dzisiaj mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że moja wyobraźnia zaszła za daleko. Buda chciał mnie tylko nastraszyć. A tamtemu koledze niedługo później zwrócił ten portfel w nienaruszonym stanie fizycznym i finansowym.

A Klopek? Zwykły gość. W naszym wieku był pewnie taki sam jak my. A że wtedy, w tej sytuacji z Budą był starszy od nas i od samego Budy, do tego pozbawiony baśniowego widzenia świata z Budą w roli złego charakteru, pewnie nie było mu trudno zareagować. Może nawet nie wiedział, że robi coś dla mnie w tamtej chwili ważnego.

Co jeszcze pamiętam?

Jak raz na balkonie Karola z innym dzieciakami z klatki, maczałem właśnie śląską w zielonym keczupie. Trawa pod balkonem była odciśnięta od namiotów, a wszędzie jako żywe rosły drzewa.

Na co bądź występujące badyle sadzonek ktoś wkładał butelki po tymbarkach. Niektórzy łapali chrabąszcze do słoików, a wszyscy zajadali się bezami z pobliskiej piekarni za pięćdziesiąt groszy. Zrzęda wypalał napisy na murku za pomocą lupy z grubą soczewką.

Po tym lecie już było inaczej.

Karol wylądował w szpitalu, robili mu jakiś zabieg. Opowiadał nam, że po zabiegu leżał w łóżku z cewnikiem i nie rozmawiał z żadnym dzieckiem. Udawał, że śpi. Pytaliśmy, jakie to uczucie. Mówił, że dziwne, jakby cały czas się chciało, ale nie mogło wysikać. Później jakiś chłopiec go spytał, co to za woreczek, to mu odpowiedział, że na siki, już się nie odezwał, miał spokój.

Opowiadał, że bardzo go bolało. Najpierw podczas zdejmowania wenflonu, a potem podczas wyjmowania cewnika.

Mówił też, że podczas wyciągania cewnika na sali z lekarzem były jeszcze dwie stażystki-pielęgniarki, a jedna z nich taka ładna, że Karol zmuszał się, aby nie zesztywnieć tam na dole. Po chwili obrzydzenia wszyscy się śmialiśmy.

Jak wrócił ze szpitala było jakoś inaczej.

Zauważyliśmy, że nie mamy już gdzie grać w nogę, bo wszędzie były tablice „Zakaz gry w piłkę na osiedlu”.

Tata, pierwszy raz odkąd pamiętam, przyszedł pijany do domu.

Klopek zainstalował u nas w bloku internet radiowy.

Nigdy potem nie słyszałem, żeby ktoś sobie roztrzaskał łeb albo prawie stracił oko.

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Natalia Kostecka – studentka filologii polskiej na specjalności krytycznoliterackiej na Uniwersytecie Wrocławskim, miłośniczka kina i literatury pięknej. Publikowała w „artPapierze”.

Agnieszka Sokołowska – studiuje sztukę przekładu oraz prawo na Uniwersytecie Wrocławskim. Publikowała teksty krytycznoliterackie w „Odrze”, „Soberze Polskim”, „Zakładzie”. Lubi poezję i góry. Mieszka we Wrocławiu.

Mira Król – osoba pisząca, urodzona. Mieszka na mazowieckiej wsi. Publikowała w „Migotaniach”, „Afroncie”, „Drobiazgach”, „Stronie czynnej”, „Helikopterze”, „Szajn”, „Składce”, „Trytytce”, „Zakładzie”, w „Pocztówkach literackich Karola Maliszewskiego”, „Tlenie literackim”. Gdy ktoś pyta, co aktualnie robi, odpowiada: Szwendam się. Na deficyt zieleni poleca: pola, łąki, lasy i rower.

Cyprian Hirsch – twórca poezji i prozy z doświadczeniami dziennikarskimi, okazjonalny biegacz, jednokrotny półmaratończyk.

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:

Jakub Famulski, Kamil Figas

Kontakt: osmy.arkusz.odra@gmail.com

Odsłuchaj treść artykułu
Array ( [post_type] => post [posts_per_page] => 8 [post_status] => publish [orderby] => Array ( [meta_value_num] => DESC [date] => DESC ) [meta_key] => sticky_post [ignore_sticky_posts] => 1 [tax_query] => Array ( [0] => Array ( [taxonomy] => category [field] => term_id [terms] => Array ( [0] => 470 ) [operator] => NOT IN ) ) [category__in] => Array ( [0] => 15 ) [category__not_in] => Array ( [0] => 470 ) )

AKTUALNOŚCI

Dodano: 10.02.2026 00:00

Spotkanie z Henrykiem Koczanem z cyklu Dowód Tożsamości

Dowód Tożsamości to cykl spotkań poświęcony ciekawym osobowościom Wrocławia i Dolnego Śląska. Gościem lutowego spotkania będzie Henryk Koczan – kulturoznawca, teolog, pisarz, zastępca dyrektora OKiS we Wrocławiu. pokaż więcej »

Dodano: 09.02.2026 12:29

Walentynkowy Jazz na Polanie Jakuszyckiej

Zapraszamy na walentynkowy koncert muzyki jazzowej, który odbędzie się 13 lutego w Dolnośląskim Centrum Sportu na Polanie Jakuszyckiej. pokaż więcej »

Dodano: 30.01.2026 03:30

Gala Kryształu Górskiego Nowin Jeleniogórskich z koncertem Anny Jurksztowicz!

Gala Kryształu Górskiego Nowin Jeleniogórskich! Jedyne w swoim rodzaju wydarzenie, pełne niecodziennych emocji i wspaniałej muzyki, odbędzie się w poniedziałek 16 lutego 2026 o godz. 18.00 w Teatrze im. C.K. Norwida w Jeleniej Górze. pokaż więcej »

Dodano: 30.01.2026 03:00

Spotkanie autorskie z Przemysławem Wojcieszkiem wokół jego najnowszej książki „Boże Narodzenie we Wrocławiu”

Zapraszamy na spotkanie autorskie z Przemysławem Wojcieszkiem wokół jego najnowszej książki „Boże Narodzenie we Wrocławiu", które odbędzie się w Księgarni Tajne Komplety 20 lutego. Rozmowę poprowadzi Sebastian Rerak. pokaż więcej »

Dodano: 30.01.2026 03:00

GÓRY ZARZĄDZANIA 2026 – KONFERENCJA

Dwudniowa konferencja poświęcona jest innowacjom na Dolnym Śląsku w obszarze kultury i nauki, a wśród prelegentów znajdą się naukowcy z wrocławskich uczelni wyższych oraz placówek kultury. Zapraszamy 20 i 21 lutego do Dobromierza. pokaż więcej »

Dodano: 30.01.2026 02:00

„Maria Skłodowska-Curie w mowie obronnej” – pokazy dla szkół

24 i 25 lutego zapraszamy do Instytutu im. Jerzego Grotowskiego na kolejne pokazy spektaklu o życiu słynnej noblistki oraz wyzwaniach i dylematach tej wybitnej naukowczyni. pokaż więcej »

Dodano: 30.01.2026 01:00

Spotkanie autorskie z Darkiem Foksem wokół jego najnowszej książki „Czeski Czechow”

Zapraszamy na spotkanie autorskie z Darkiem Foksem wokół jego najnowszej książki „Czeski Czechow”, które odbędzie się w Księgarni Tajne Komplety 27 lutego. pokaż więcej »

Dodano: 29.01.2026 13:43

„BIEG” – film o legendarnym Biegu Piastów

Trwają zdjęcia do nowego filmu dokumentalnego „BIEG", opowiadającego o największej imprezie narciarstwa biegowego w Polsce, Biegu Piastów. W lutym br. w Jakuszycach odbędzie się 50. rocznica tego sportowego wydarzenia. pokaż więcej »

Przejdź do treści