Udostępnij:

Dodano:

22.05.2017 12:37

5/2017 PUBLICYSTYKA

HOLENDERSKA WYBORCZA JASKÓŁKA

Marek Orzechowski

O tej porze roku tradycyjnie wypatrujemy w Holandii tulipanów. Wprawdzie tysiące szklarni dostarczają je do sklepów przez cały rok, ale dopiero wiosną zakwitają hektary tulipanowych pól, tworząc przepiękne kobierce i dywany. Wystarczy przejechać samochodem wzdłuż tulipanowych pól, przeciętych sektorami jednobarwnych kwiatów, aby nacieszyć oczy. I przeżyć Holandię taką, jaką jest w naszych wyobrażeniach  – kolorowa, różnobarwna, pachnąca, ale i w tej kakofonii kolorów prostolinijna, uporządkowana, stabilna.

 

Tej wiosny wyczekiwaliśmy jednak nie tulipanów – te mają się tradycyjnie dobrze – ale jaskółki, jednego z najbardziej życzliwych człowiekowi ptaków, szukającego jego bliskości aby uwić w jego pobliżu bezpieczne gniazdo.

Tak w mitologii, jak i bliższej nam kulturze jaskółka jest symbolem wolności i tęsknoty za wolnością. Jest symbolem szczęścia, wysłanniczką dobrych nowin, zwiastunem wiosennego przebudzenia i odnowy życia, przynosi z sobą nadzieję i pomyślność.

Jaskółki dobrej i złej nowiny

I takiej właśnie jaskółki, zwiastuna dobrej nowiny po marcowych wyborach parlamentarnych w Holandii wyglądaliśmy tej wiosny. Część Europejczyków liczyła, że odpędzi strachy i obawy, przywróci spokój i choć trochę entuzjazmu, że odnowi nadzieję. Choć z pewnością czekali na nią i inni, spodziewając się innej nieco nowiny. A jaka przyleciała? Kogo zawiodła? Kogo pocieszyła?

Holandia należy do jądra Unii Europejskiej tudzież do ścisłego grona założycieli tak Sojuszu NATO, jak i Wspólnoty i jest jednym z głównych ich promotorów. W zimnowojennych latach po II wojnie światowej europejska i sojusznicza polityka Holandii nigdy nie budziła wątpliwości. Szczególne związki łączące kraj w ramach Beneluksu – wewnętrznej unii Belgii, Luksemburga i Holandii – dodatkowo wzmacniały jego proeuropejski azymut. Otwartość kraju, jego europejskość i światowość, bardzo ścisła gospodarcza kooperacja z najbliższymi sąsiadami i dobra marka w świecie, rozgałęzione związki handlowe, aktywność jego obywateli i stała gotowość do pogłębiania unijnej współpracy czyniły z Holandii jednego z gwarantów trwałości Wspólnoty. Co dwudzieste euro w brukselskiej, wspólnej kasie pochodzi z Holandii, od samego początku należy ona do tak zwanych płatników netto, czyli więcej wpłacających do budżetu niż z niego otrzymujących. Wprawdzie Niemcy, Wielka Brytania czy Francja wpłacają do unijnego budżetu znacznie większe kwoty, ale w przeliczeniu na głowę mieszkańca Holandia ustępuje jedynie Szwecji. Każdy Holender wpłaca rocznie 220 euro, każdy Szwed 226, a Niemiec 175 euro. To nie jest mało, zwłaszcza że zarówno Holandię, jak i Szwecję możemy spokojnie zaliczyć do wąskiego grona państw w europejskiej rodzinie, w których obywatele i instytucje państwa solidarnie wyznają zasadę oszczędnych, wręcz restrykcyjnych wydatków. Dla porównania – największymi beneficjentami unijnego budżetu są per capita Słowacy (571 euro), Czesi (540), Grecy (454), Łotysze (382). Polska, która w liczbach bezwzględnych otrzymuje najwięcej wsparcia, w przeliczeniu na głowę mieszkańca wypada raczej skromnie – 249 euro, i znajduje się w środku tabeli.

Przez wiele dziesiątków lat wysokość holenderskiego wkładu do unijnego budżetu nie budziła kontrowersji i nie bulwersowała opinii publicznej. Rzadko kto potrafił podać te liczby, rzadko kto spoglądał na Unię jak na worek bez dna. Unia po prostu żyła, stała się trwałym elementem życia, była tuż obok, ale i daleko. Bruksela zarządzała, rząd czuwał, koło się toczyło jakby samo z siebie.

Piękna Holandia i niebezpieczni imigranci

Pierwsze sygnały niepokoju pojawiły się przed 2004 rokiem, w okresie przygotowań do wielkiego rozszerzenia Unii Europejskiej, kiedy Holendrzy przypomnieli sobie, że są oszczędni, właściwie nawet skąpi. Liczenie grosza w kieszeni pojawiło się równolegle z pytaniami o jakość rozszerzenia, o jego gospodarcze, społeczne i ludnościowe skutki. Pojawił się też strach przed nieznanym. Europa, ta za żelazną kurtyną, leżała dotąd dalej niż południowo-amerykański Surinam. Debaty były na tyle intensywne, a obawy, że Holandia zablokuje rozszerzenie UE tak realne, iż rząd holenderski uzyskał w traktacie akcesyjnym specjalne klauzule bezpieczeństwa, z których póki co, na szczęście, nie skorzystał. Były one jednak warunkiem udzielenia zgody na przyjęcie nowych, dziesięciu państw. Holandia, ta piękna, kolorowa, otwarta i tolerancyjna, uchyliła przed Nowymi swoje drzwi, drżąc ze strachu. Okazało się, że poza otwartymi polami pięknych tulipanów istnieją jeszcze wiekowe sztuby, wypełnione zakurzonymi rembrandtami, w których nadal żyje konserwatywny, przywiązany do starego porządku duch.

Już wówczas pojawiła się w przestrzeni publicznej narracja, która nie wróżyła niczego dobrego. Jak bardzo była groźna, pokazało wymuszone referendum w sprawie przyjęcia europejskiego Traktatu Konstytucyjnego w maju 2005 roku. Ponad 60 procent Holendrów, więcej nawet niż trzy dni wcześniej we Francji, było przeciw. Tak dramatyczny wynik tłumaczono względami wewnętrznymi, a nie ogólnounijnymi, ale słaba to była pociecha. Pytania o sens rozszerzenia, jego dalekosiężne konsekwencje, zbiegły się z koniecznością dokonania szerokich korekt w systemie socjalnym i gospodarczym kraju. Chodziło, jak zawsze, o nowe oszczędności, redukcję wydatków socjalnych, ograniczenie zobowiązań państwa wobec emerytów. Skutki globalizacji pukały do drzwi, temat zaciskania pasa i braku pieniędzy zdominował publiczną debatę. Tolerancyjna Holandia dostrzegła u siebie darmozjadów i obiboków, dopatrzyła się obcych i nieprzystosowanych, jednym słowem imigrantów. Chusty na głowach tureckich czy marokańskich kobiet widoczne były także wcześniej, uchodziły jednak za element folkloru. Teraz ujawniały inną kulturę i obyczaj, były odmienne i niepokojące. W niektórych miastach, wręcz zaczynały już dominować w przestrzeni publicznej. Niosły zagrożenie.

Gej-heretyk na czele hufców gotowych do walki

Końcówka lat dziewięćdziesiątych i początek nowego stulecia to urodzajna gleba dla pierwszych, głośnych i politycznie skutecznych radykalnych krytyków. Najbardziej wyrazistą postacią nowego zjawiska był Pim Fortuyn, z wykształcenia socjolog, z zawodu dziennikarz i publicysta, prawdziwy kolorowy ptak przedfacebookowej epoki – kapryśny, radykalny, ekstrawagancki, homoseksualny. I bardzo politycznie niebezpieczny. Atakował porządek w kraju, obecność w nim islamu, „demaskował” jego holenderskich wyznawców i jednocześnie przechwalał się, że regularnie sypia z Marokańczykami, więc nie może być islamofobem. Chodzi mu tylko o ochronę demokratycznych walorów kraju. Nieskrępowany polityczną poprawnością był nieznośnym, trudnym i wymagającym uczestnikiem politycznych debat. Holenderski establishment przed nim uciekał, wytrawni acz nudni politycy w telewizyjnych talk shows tracili przy nim język i rezon. Fortuyn nazywał rzeczy po imieniu, nie martwił się ostracyzmem, bawiła go nieporadność politycznej klasy sparaliżowanej jego narracją i łańcuchami kanonu poprawności.

Będąc sam rozwiniętym kwiatem holenderskiej wolności, prawdziwym eksponentem tolerancji i kulturowej swobody, Pim Fortuyn zmienił nastawienie Holendrów do publicznej debaty, uwolnił z krępujących ich więzów, otworzył szkatułę z tematami tabu, wprowadził do holenderskich domów znaki zapytania. Zmienił nie tyle ich ogląd rzeczywistości, co otworzył go na zjawiska, które istniały, ale były dotąd pokryte milczeniem, skrywane za muślinem bojaźliwej ślepoty.

Był politycznym heretykiem. Filozofię multikulturowości uznał i ogłosił za przegraną, monarchię w oświeconym społeczeństwie zbędną, wpływ kościołów na życie ludzi krępującym, obecność islamu w państwie, które ma za sobą emancypację kobiet i homoseksualistów – egzystencjalnym zagrożeniem. Przy każdej okazji cytował wypowiedź rotterdamskiego imama, który powiedział, że geje mają mniejszą wartość od świń. Dla niego była to deklaracja wojny z Holandią, Holendrami, ich tradycją, kulturą i obyczajem. Stanął więc na czele hufców gotowych do walki. W Holandii, ale i w pobliskiej Europie był szokiem, musiał być szokiem. Nienazwane – nazwał, niewidzialne – dostrzegł, zamknięte usta – otworzył. Był burzycielem politycznej poprawności in persona. Holandię zmieniał ogniem, mieczem i słowem.

Utracone dziewictwo Holandii

Ale w jednym ten protagonista otwartego na oścież społeczeństwa – tyle że własnego, z własnym kodeksem, bez nacieków obcego islamskiego obyczaju – odbiegał od szablonu i typowych dla reformatorów schematów. Fortuyn nie był fanatykiem ochrony zwierząt, przeciwnie, był prawdziwym dandysem, lubił złoto, wykwintny ubiór, chętnie paradował w futrach. Jego hasło; „głosujcie na mnie, będziecie mogli nosić bez obawy futra” – przyniosło mu w końcu śmierć. Szóstego maja 2002 roku w Hilversum, po wyjściu ze stacji telewizyjnej, gdzie brał udział w przedwyborczej debacie, został zamordowany. Zastrzelił go strzałem w głowę aktywista różnych ruchów ochrony środowiska i zwierząt, student Volkert van der Graaf. Mówił podczas procesu, że chciał chronić przed Fortuynem „tych najsłabszych”. Rodzina zamordowanego śledziła przebieg procesu ubrana w futra. Skazany w 2003 roku na osiemnaście lat więzienia, van der Graaf opuścił je w 2014 roku, z elektroniczną bransoletą na nodze. Nikt nie protestował.

Holandia straciła dziewictwo, a szok po tym zabójstwie przyniósł wyborczy sukces partii nazwanej Lista Pima Fortuyna, która 15 maja 2002 dostała się z wielkim hukiem do parlamentu. Nowy premier Jan Peter Balkenende, radykalny kalwinista, nie miał wyjścia – partia Fortuyna weszła do koalicji. Ale już po 87 dniach rząd się rozpadł. Zjawisko Pima Fortuyna miało bowiem tylko jego imię, bez niego partia nie istniała. Fortuyn uprawiał One Man Show, dopóki żył, mógł zostać nawet królem. Ale po jego śmierci, zwolennicy antypoprawnościowej gwiazdy stracili kod genetyczny. Brak doświadczenia, awanturniczość, nieznajomość reguł gry – parlamentarna demokracja bardzo szybko uporała się z amatorami i odstawiła ich do kąta. W szybko zarządzonych nowych wyborach w 2003 roku zwolennicy Fortuyna, skłóceni ze sobą, stracili poparcie elektoratu, a w kolejnych, w 2006, zniknęli z politycznej sceny. Dwa lata później Lista Pima Fortuyna przestała istnieć i nikt tego nawet nie zauważył. (…)
 

DOKĄD DOPROWADZI NAS NACZELNIK?
Piotr Gajdziński 

 

Jarosław Kaczyński jest dzisiaj uważany za władcę niemal absolutnego, najsilniejszego przywódcę w historii III Rzeczpospolitej. Ale choć jego pozycja wydaje się nienaruszalna, to na horyzoncie pojawiają się mielizny, które nadwyrężą jego pozycję. Ten proces będzie postępował.

 

Nazywanie prezesa Prawa i Sprawiedliwości „naczelnikiem” dobrze oddaje jego obecną sytuację polityczną, ale jest to też zabieg propagandowy, nawiązanie do pozycji, jak w II Rzeczpospolitej miał marszałek Józef Piłsudski.

 

Naczelnik bis

Tymczasem próba zrównania przywództwa Jarosława Kaczyńskiego z Piłsudskim ma się tak do rzeczywistości, jak porównanie prezesowskiej kotki Fiony do marszałkowskiej Kasztanki. I nie chodzi tylko o to, że Piłsudski cieszył się sympatią i poważaniem szerokich kręgów społecznych, obejmujących sympatyków różnych ugrupowań politycznych, a wyznawcami kultu Jarosława Kaczyńskiego są zwolennicy jednej partii. W rankingu zaufania polityków prezes PiS niezmiennie od lat plasuje się wśród tych, którym nie ufa najwięcej Polaków. Ta różnica wypływa przede wszystkim ze źródeł przywództwa Piłsudskiego i Kaczyńskiego.

Kult marszałka Piłsudskiego wziął się z roli, którą odegrał on w walce o z zaborcami i odzyskaniem przez Polskę niepodległości. W tym okresie Komendant szukając żołnierza, szukając rąk, które by chciały uchwycić za karabin do walki o Polskę, przypominał mi jednego z największych samotników. Kolumba, który błagał o okręty potrzebne mu do odkrycia nieznanego a wyczuwalnego lądu – napisał o początkach tworzenia Legionów późniejszy generał Bolesław Wieniawa Długoszowski. Kaczyński, choć oczywiście zaangażowany w działalność przeciwko komunizmowi, był ledwie średnio znaczącym działaczem „Solidarności” i później opozycji, a do postaw heroicznych było mu daleko. Nieinternowanie go 13 grudnia 1981 roku – gdy tylko w pierwszym tygodniu stanu wojennego za kratki trafiło ponad 5 tysięcy działaczy „Solidarności” – jest tego wyraźnym, ale nie jedynym, dowodem. Autorytet prezesa nie bierze się też z jakichś wybitnych osiągnięć w niepodległej już Polsce. Bez wątpienia Kaczyński odegrał ważną rolę w zawiązaniu w 1989 roku koalicji między Obywatelskim Klubem Parlamentarnym a ówczesnym Zjednoczonym Stronnictwem Ludowym oraz Stronnictwem Demokratycznym, czyli niedawnymi pezetpeerowskimi przybudówkami, bez wątpienia miał udział w zwycięstwie Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich w 1990 roku, co zresztą sam później wielokrotnie dezawuował. Przez resztą lat, aż do roku 2005, Kaczyński był jednym z wielu polityków raczej mało produktywnie snujących się na salonach władzy, wypełniając ten czas zawiązywaniem i rozwiązywaniem koalicji (z reguły opozycyjnych), tworzeniem partii (najpierw Porozumienia Centrum, później Prawa i Sprawiedliwości) oraz snuciem intryg i snów o nadchodzącej potędze.

 

Mit założycielski

Sakralizacja pozycji Jarosława Kaczyńskiego na prawej stronie sceny politycznej nie ma więc źródeł ani w walce ze znienawidzoną komuną, ani też w wybitnych osiągnięciach w III RP. Jego zwolennicy lubią podkreślać, że autorytet Kaczyńskiego wynika z jego wybitnych i zawsze trafnych analiz oraz diagnoz politycznych. Zadałem sobie trud przeczytania wielu archiwalnych wywiadów prezesa PiS i, niestety, nie potrafiłem znaleźć zbyt wielu sądów wygłaszanych w przeszłości, które później znalazły swoje potwierdzenie. Dwa charakterystyczne cytaty, i to w sprawach fundamentalnych. W 1999 roku zapytałem Jarosława Kaczyńskiego o jego ocenę Leszka Balcerowicza, którego od lat Prawo i Sprawiedliwość oskarża o zbrodniczą politykę gospodarczą. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że wszystkie te działania były zupełnie oczywiste, a już najbardziej oczywisty był kierunek reform w Polsce. Ale przed dziesięciu laty, na przełomie 1989 i 1990 roku, bardzo wielu prominentnych polityków, dziś pierwszoplanowych postaci życia publicznego, apologetów wolnego rynku, wtedy ten kierunek kwestionowało. Mam wiele szacunku dla Balcerowicza za dokonanie zdecydowanego chirurgicznego cięcia. Była to wprawdzie bolesna, ale absolutnie niezbędna operacja – przekonywał mnie wówczas. Trzy lata później w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Kaczyński przedstawił niemal apokaliptyczną wizję wejścia Polski do Unii Europejskiej: Będziemy do naszego członkostwa w UE dopłacać, nasze wejście do UE mocno uderzy w rolnictwo, w szczególności produkcyjne, w tradycyjne działy rolnictwa. W najlepszym razie nie dostaniemy w sensie finansowym nic, za to przyjmiemy ograniczenia, które w nas uderzą, na przykład obniżki kwot produkcji rolnej. Dla porządku dodam, że w tym wywiadzie Jarosław Kaczyński nie sprzeciwiał się wejściu Polski do Unii Europejskiej, ale chciał z tym poczekać na bardziej fortunny moment.

Być może więc działania, które Kaczyński podjął po sromotnej porażce w sprawie wyboru Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej – huczne powitanie na lotnisku wracającej z Brukseli Beaty Szydło, opowieści Witolda Waszczykowskiego o naciskach na mniejsze kraje – oznaczają, że „naczelnik” ma poczucie, iż jego liczne nietrafione diagnozy jednak nadwyrężają w szeregach Prawa i Sprawiedliwości zaufanie do jego geniuszu. Bo Kaczyński zaangażował się w działania mające utrącić kandydaturę Tuska bezpośrednio i z oddaniem, spotkał się nawet na kolacji zorganizowanej w domu Ryszarda Czarneckiego z Jackiem Saryuszem-Wolskim. To poczucie może być tym większe, że wybór Tuska na prestiżowe stanowisko jest już ósmą z kolei porażką Kaczyńskiego z byłym przewodniczącym Platformy Obywatelskiej. Porażki nie budują autorytetu przywódcy. Osiem kolejnych porażek to już druzgocąca klęska. Aby tę klęskę zasypać, Kaczyński będzie robił wszystko, aby Donald Tusk trafił do więzienia. (…)

POWRÓT DO CZYTELNI

AKTUALNOŚCI

Dodano: 01.06.2020 11:38

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce mające na celu zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom i współpracownikom pokaż więcej »

Dodano: 16.03.2020 08:12

Ograniczenie bezpośredniego dostępu oraz kontaktu z biurem OKiS w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2

Szanowni Państwo, w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2., w trosce o Państwa zdrowie i bezpieczeństwo: ograniczamy bezpośredni dostęp do biur OKiS i wprowadzamy wyłącznie zdalną obsługę naszych współpracowników oraz partnerów w całym Ośrodku Kultury i Sztuki we Wrocławiu. pokaż więcej »

Dodano: 27.10.2020 13:06

Dolnośląski Klucz Sukcesu dla Miesięcznika Odra!

Z radością informujemy, że Miesięcznik Odra, który wydajemy wraz z Instytutem Książki, został uhonorowany Dolnośląskim Kluczem Sukcesu za rok 2020 za  wybitne osiągnięcia w dziedzinie kultury i sztuki. pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 10:00

Zmarł Ludwik Flaszen

Z przykrością przyjęliśmy informację o śmierci Ludwika Flaszena, wrocławskiego wybitnego krytyka literackiego i teatralnego, eseisty, bliskiego współpracownika Jerzego Grotowskiego. pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 09:00

„CZASY ŻYWE” Marzeny Sadochy – premiera

29, 30 października 2020, godz. 19.00, Sala Teatru Laboratorium, Rynek Ratusz 27, Wrocław pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 08:00

Pomiędzy [w dobie Covid 19]/Between [in the era of Covid 19]

30 października - 27 listopada 2020, Galeria FOTO-GEN, pl. bpa Nankiera 8, Wrocław pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 07:00

Premiera LOTERII Stanisława Moniuszki w reż. Roberto Skolmowskiego

30 października 2020, Kudowa Zdrój, wstęp wolny pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 06:00

XIII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL HAŁDA JAZZ WAŁBRZYCH 2020

31 października - 1 grudnia 2020, Wałbrzych pokaż więcej »

Zapisz się do naszego newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych (pokaż całość)