Udostępnij:

Dodano:

24.06.2020 14:08

Maciej wnuk opowiadanie LIMAN

Maciej Wnuk

LIMAN

 

Stary człowiek i liman. Tak o sobie myśli, bo jego świat to właściwie tylko to miejsce. Stoi na brzegu z patykiem, szpiczastą końcówką odchyla tatarak, mąci ciemną wodę. Brak pamięci ma się po rodzicach lub po kraju urodzenia, a Stary nie miał szczęścia ani w jednym, ani w drugim – nie pamięta, co tu robi ani jak się nazywa. Patrzy na krasnopiórki wiszące w toni i to mu wystarczy. Ryby – myśli. Gada z nimi w spokoju, a w tle łódź wywraca się do góry nogami.

Ktoś tam jest?!

Mruży oczy, okulary zostawił dziś w domu.

Słychać plusk i bulgoczący głos. Stary rozpoznaje ten dźwięk, wie, że może oznaczać dużo rzeczy, ale ani jednej dobrej. To zwiastun końca. Stary widział już wiele zakończeń – ma w domu wyjściowy zestaw na pochówki. Czarna kamizelka, welurowa mucha i szelki pod kolor, jest nawet specjalny różaniec. Różaniec od pogrzebów ma błyszczące od dotyku koraliki.

 

Stary zawraca do miasta po pomoc, ciągnie brzegiem aż do ulicy. Stamtąd przyszedł, choć już tego nie pamięta. Dotarł tu po pracy w ogrodzie. Przyciął hortensje, uporządkował sprzęty, wypielił grządki, pochował doniczki, grabie i motyki, powiązał ususzone zioła, wysypał obierki na kompost, poukładał drewno na opał. Poszedł odpocząć nad wodę.

Wchodzi na betonową scenę, idzie szukać ludzi. Ma im coś powiedzieć. Szybko, nim będzie za późno. O co chodziło? Zapomniał.

 

Ze sklepu z szyldem Magazin wychodzi wujek Misza. Idzie majakiem, buja nim na prawo i lewo. Jest lekki jak żagiel, wydyma się tam, gdzie wiatr zawieje. Nie rozumie nic z tego, co krzyczy do niego Ryży:

Wujku, Siergieja nie ma!

Ta wiadomość zarzuca w nim jakąś kotwicę. Prostuje się jak maszt, patrzy mętnym okiem na liman. Wujek ma tylko jedno oko – drugie zostawił na wojnie. Spośród wszystkich życiowych anegdot tę lubi najmniej. Był akurat upał i wszyscy czuli się bezpiecznie, a spadający przez okno granat wyglądał pod słońce jak ciepła bułeczka. Taka już była konstrukcja tej sceny: w jednej chwili marzenia o cieniu i chłodnej wodzie, a w drugiej kawałki żelaza łaskoczące zaskoczone twarzyczki. Kolejny ułamek czasu później sanitariusz zgarbiony nad tą dziwną aranżacją z ciała i blachy: kołysze papierosem w ustach i komentuje, że nu, Michaił, toście się załatwili… na szczęście przeżyjecie, jedynie gadać będziecie jak kretyn, ale przeżyjecie.

Od tamtej chwili wujek Misza nie ma oka i piątej klepki. Teraz łapie Ryżego za ramię i przyciąga do siebie:

Pożarły go?

Ten ściąga brwi. Nic nie rozumie. Co go pożarło, jeśli można wiedzieć?

Wujek zanim odpowie, buja głową we wszystkich kierunkach – widocznie chce zacumować myślami gdzieś w bezpiecznym miejscu, uporządkować zasłyszane informacje, ale najwyraźniej do najbliższego portu jest mu nie po drodze. Uciekają cenne sekundy i Ryży zaczyna myśleć o tym, jak z każdym wybełkotanym słowem jego brat powoli traci ciepło. Jest już późno. Zaczyna się wieczór, zaczyna padać, zaczyna się jesień, Ukraina zaczyna się na drugim brzegu, wszystko się zaczyna, tylko Sierioża akurat się kończy.

Chodźmy, jest mało czasu.

 

Wiatr niesie zwiędłe głosy. Ludzie ledwo zipią:

Siergiej!

Sierioża!

Sieeergieeeej!

Krzyk odbija się od mola i kręci nad limanem. Dociera do czterech olbrzymów z elektrowni, jest nad Dniestrem, spotyka suchego przestwór oceanu. Im ciemniej, tym częściej nasłuchują w ciszy, słychać tylko krople deszczu i wiatr rozbijający się o kominy. W mieście nad limanem zawsze słychać wiatr.

Ryży wreszcie uznaje, że już dość czekania. Rozciera w ustach słoną łzę, ściska dłonie w pięści, ma w głowie plan. Teraz albo nigdy, mówi sobie w myślach. Palcem wskazuje wodę. Wujek Misza potrząsa papierosem w ustach. Jednookim spojrzeniem patrzy na siostrzeńca tak, jak patrzy się na chore zwierzę. W pirackiej twarzy Ryży dostrzega zwątpienie.

Pożarły go, od tylu lat czekały i wreszcie pożarły.

Ryży już tego nie słucha. Wprawia ciało w półkolisty kształt; sweter sam spada na ziemię, spodniom musi trochę pomóc. Coś tarza się w jego myślach, jakieś widzenie, w którym brat dryfuje twarzą do dołu, na granicy dwóch światów, ogląda dno z lotu ptaka. Ryży trze palcami o molo, starannie szuka dziur, żeby w żadną nie wpaść. Zimno natychmiast wpada do płuc. Płuca są kołem ratunkowym, pamięta o tym dobrze.

Stawia stopy w miękkim mule i zanurza się. Ławica krasnopiórek patrzy na nurka wytrzeszczonymi oczami. W ich podwodnym kinie grają dziś film o dwóch braciach, z których jeden szuka drugiego. Rudymi płetewkami ryby klaszczą z emocji, chcą śledzić tę narrację, zobaczyć, w jakim pójdzie kierunku. Wywłócznik oplata się Ryżemu wokół palców. Sierioża powiedziałby, że pewnie pełno w nim kijanek, ale Sierioży nie ma i już nigdy nie będzie ani tu, ani w żadnym innym miejscu.

 

Jest tak: Ryży, Siergiej, ojciec i Dniestr. A nad Dniestrem molo. Tam wyciągają twarze do zachodzącego słońca, mówią coś o podróżach, Sierioża grzebie między palcami stóp, a Ryży patrzy w niebo. Szuka gwiazd, przewodniczek łodzi.

Siergiej schodzi nad krawędź mola i zagląda do podbieraka, gdzie gęstą masą prą do dna: krasnopiórki, karasie, liny, płocie. Jedna z ryb pływa do góry brzuchem, udaje martwą. W jej mózgu wielkości orzeszka gimnastykuje się myśl o przetrwaniu, ale Siergiej już zna te sztuczki, nauczył się czytać ryby, kiedy obserwował je nocą w limanie. Gdy tracą barwę i ruch – śpią. Gdy suną przy powierzchni – brak im powietrza. Gdy leżą piersią do góry – udają martwe. Wyciąga rybę symulantkę i daje jej młotkiem w łeb. Nie ze mną te numery.

Z podbieraka wzdręgi patrzą mściwie na młotorękiego. Wyłupiastymi soczewkami znaczą Sieriożę. Już zaczynają szeptać, jedna do drugiej sączy komentarze. W Dniestrze coś się zmienia, jak echo odbija się od brzegów historia sprzed chwili. Nagle każda wzdręga szuka swojej zemsty.

Ojciec splata dłonie jak zawsze, gdy musi powiedzieć coś ważnego.

Słuchaj, Ryży. Już niedługo będziemy musieli wyjechać.

Ryży kołysze nogami w wodzie. W oczach odbija mu się słońce. Pyta:

Wrócimy tu jeszcze kiedyś?

Zamiast ojca odpowiada mu wiatr. W mieście nad limanem zawsze słychać wiatr.

 

Muszina to muszina, Ryży.

Wujek Misza schyla się nad molo, rozgniata kapciem peta. Spetryfikowany leży Siergiej, bez koloru i życia, migruje gdzieś do innego świata.

A więc tak się to kończy, mruczą krasnopiórki na podwodnym seansie, bulgocząc bąbelkami – wynoszą spod skrzeli nieszczere kondolencje. Brat żegna brata. W tej gorzkiej produkcji nie zaplanowano żadnego sequela, nie ma szczęśliwych zakończeń. Puszczą napisy i zejdzie z afisza. Nikt jej więcej nie zobaczy.

Ryży przeciąga palcem po sinym czole, lekki uścisk zostawia biały odcisk, który zaraz naciąga fioletem. Pod tym czołem nikt już nie mieszka. Wpatruje się w koło ratunkowe Siergieja: para płuc nasiąkniętych jak gąbka. Wyrzyna je na wszystkie sposoby: dmie w usta powietrze, uderza w mostek, potrząsa grubym ciałem. Szuka w nich na oślep jakiegoś życia, lecz wszystko jest już odmienne. Nic mu nie pomoże. Kłóci się z nim nawet fizyka. Kłóci się trzecia zasada dynamiki sir Izaaka Newtona. Każdemu działaniu towarzyszy równe mu, lecz działające w przeciwnym kierunku, przeciwdziałanie. Miarowe uciski klatki piersiowej nie mają żadnego przeciwdziałania. Nie powodują nagłej zmiany wydarzeń. Nie widać wody wylatującej z ust brata, nie czuć ruchu na klatce piersiowej. W kole ratunkowym Siergieja próżno szukać życia, zamiast niego jest mętna woda limanu, pewnie pełno w niej rozwielitek.

Wujek Misza zniecierpliwiony:

Szybciej uciskaj!

Szybciej nie wolno!

I to ostatnie słowa Ryżego. Później ludzie będą próbować wielu sztuczek. Poklepią po plecach, by wreszcie coś wykrztusił. Przestraszą znienacka, licząc na okrzyk przerażenia. Palcem pogłaszczą pod kolanem z nadzieją na głośne: przestań, to łaskocze. Wszystko to na nic. Nie powie ani słowa.

Każda akcja ma swoją przeciwakcję.

Przeciwakcja wchodzi więc na molo. Podchodzi do zapłakanego brata, zarzuca mu węzeł na gardło. Palcem upycha słowa do ust, wciska wyrazy na powrót do przepony, pakuje mocne przekleństwa, upycha błagalne tony. Zamyka mu buzię na suwak. Ryży czuje, jak pęcznieje od słów. I już. I taki zostanie na zawsze.

Prawa fizyki stoją bowiem ponad wszystkim.

Nie płacz, Ryży. Muszina to muszina.

 

Z Dniestrowska miał wyjechać z ojcem i Siergiejem, ale ostatecznie robi to sam. Przejeżdża przez polską granicę i od razu obiera kurs na urząd. Ten jest mętny jak woda po deszczu. Trudno odnaleźć w nim kierunek, trzeba błądzić po omacku. Ryży wraca do mieszkania, bez nadziei ani nowej pracy. Ledwo przekracza próg, a Białorusini już wyjmują piwo z lodówki, ale dzisiaj nie ma na to ochoty, woli poprzeglądać ogłoszenia w Internecie. Tak jest najłatwiej.

Kiedy do współlokatorów dociera, że pochodzi z Naddniestrza, ich kąciki ust wędrują do góry, duszą w sobie jakąś kpinę. Jurij jest rekinem biznesu i menedżerem w korporacji, Borys natomiast zwykłym leszczem w dziale obsługi klienta mokotowskiego call center. Ryży nie jest pewien natomiast, do jakiego sam należy gatunku. Jestem Ryży, zwykła płotka, jedynak, bo brata coś pożarło, a poza tym szukam pracy. Tak by powiedział, ale przecież nie mówi już od dawna.

Słowa. Są czymś, co przychodzi tylko w snach – wtedy mówi bez opamiętania. Rozmawia z ludźmi, zwierzętami, przedmiotami, ale najczęściej z ciemnością. Wchodzi w czerń, czarną jak pierwotna pustka, ta z samego początku, ta, która była przed tym, nim ktoś rzekł, by stała się światłość. Ryży nigdy nie wie, czym jest ten zarodek świata, mógłby być wszystkim: zimną piwnicą, wnętrzem komina lub zwyczajną nicością, którą widać spod powiek, ale z jakiegoś powodu wie, że chodzi o wszechświat, że ta pustka wokół ma w sobie coś osobliwego – nie wiadomo, gdzie jest jej początek ani koniec, ciekawi go jej brak określoności. Przez chwilę czuje bliskość wieczności, jakby w tym śnie miał odkryć wszystkie tajemnice. Rozmawia z odległymi układami słonecznymi. Widzi gwiazdy i nieskończoną przestrzeń pomiędzy nimi. Coś do niego mówią. To jedyny dialog, jaki przeżywa. Uznaje go za najlepszy – rozmawia z kimś bez słów, i ten brak słów jest bardziej rozmową niż cokolwiek innego. Gdy migruje ze snu do jawy, słyszy głos Sierioży. Pyta o to, co mówił wszechświat.

Opowiadał o rzeczach, których jeszcze nie ma.

Borys daje Ryżemu kuśkę w bok. Celuje palcem w ekran laptopa. Na ogłoszeniu basen z napisem Szukamy ratownika.

Jestem Ryży, jesiotr chyży. Mam wzrok sokoła i wprawę w ratownictwie. Nadaję się.

 

Codziennie miewa lęki. Przed pozostaniem w Warszawie, ale i przed powrotem do Dniestrowska. Ani tu, ani tam nie jest mu dobrze. Naddniestrze to burzliwe wody i Ryży wie, że nie odnajdzie tam bezpiecznej przystani. Tutaj z kolei ludzie są jak samotne boje: brodzą nieco zagubieni, dryfują w miejscu, nie przywykli do otwartych wód. Choć tego nie słyszy, czuje, jak przelewają nad nim kąśliwe komentarze. Nie pasujesz do tego akwenu. Wracaj lepiej do swojego bajorka.

Czuje się niedopasowany. Jak piskorz w ławicy krasnopiórek. Miewa lęki, że ktoś go przyłapie na ulicy, w metrze, na przystanku i wylegitymuje jego naturę, sprawdzi, że nie jest z tego gatunku. Do pociągu wsiądzie jakiś bysior, szeroki jak karaś, wciśnie się w tłuszczę sardynek. Pociągnie za identyfikator, ze środka wagonu zabrzmi potężnym głosem:

Proszę naszykować legitymacje narodowe.

Szerokim ramieniem utoruje sobie drogę. Pasażerowie wymienią dumne spojrzenia, sięgną do portfeli, uniosą przed siebie kartę krajana.

Szczegóły z pewnością nie umkną oku bysiora. A czy na pewno PESEL przypisany? Iwgieniewicz po kądzieli? Znaczy się pół-Polak?

Ktoś z drugiego końca wagonu zwiesi głowę w rezygnacji.

Da, da.

Nim bysior trafi na koniec pociągu, Ryżego przejdzie dreszcz paniki. Sterczałby tak z brodą wbitą w szyję, szukając w podłodze swojego alibi. Wagon zadzwoni, coś szarpnie przedziałem, karty polskości pospadają pod nogi. I co mu niby powie? Przecież nie mówi już od kilku lat. Drzwi rozchylą się na stację i bysior wysiądzie, z elektronicznym skanerem wpadnie w ławicę kolejnych ofiar.

Dopiero przy następnej stacji jakiś ciężar spadłby mu z serca.

 

W pracy pilnuje dzieci, które po cichu uważa za swoje. Uspokaja go woda, póki niegoszcząca piętnastu krótkich istot, niezmącona. Wtedy z rękoma na biodrach lustruje wzrokiem basen. Słychać raptowne wziewanie powietrza. Piętnaście gwałtownych wdechów, każdy brzmi inaczej, unikalny jak odcisk palca. Zna je wszystkie i wie, że jednego brakuje.

Bierze krótki rozpęd, szeroki zamach, podrywa się z krzesła. Słowa pchają mu się na usta, niewiele brakuje, by krzyknął i zagłuszył cały hałas dokoła, ale nic z tego, przecież zostawił swój język dawno temu pod wywróconą łodzią w mieście, w którym zawsze słychać wiatr. Kiedyś miał głos jak salwa armatnia. Dniestrowski koligat z językiem w gębie. Wchodził na rodzinną schadzkę i stół zamierał. Wszyscy czekali na jego słowa, z ochotą łapali, co im odmierzał: krztynę liryki, gdy akurat mówił wierszem, reporterski rys, gdy przychodził z historią w zanadrzu, fabułę, gdy miał na ustach powieść.

Trzy lata niemówienia robią swoje, zamykają pewne kanaliki, w szczególności te odpowiedzialne za kontakt z ludźmi. Ryży odcina się od społeczeństwa; staje się typem obserwatora, obserwuje cudzy narybek i sprawdza, czy nikomu nie jest potrzebna pomoc. Nie wie nic o mówieniu, ale wie wszystko o ruchu. Wie, jak poruszać ciałem, by przeżyć w wodzie, wierzy, że to, co niewypowiedziane, da się oddać gestem: wzruszeniem ramion, zmarszczeniem brwi, ciężkim przytupem. Na jego lekcjach trzy klaśnięcia oznaczają dobrą robotę, jedno – polecenie przyspieszenia. Pojedynczy gwizdek to znak startu, dwa – koniec zajęć. Gwiżdże jak sędzia na meczu i zaprasza wszystkich gestem do szatni. Za każdym razem ma poczucie dobrze wykonanego zadania.

Jestem Ryży, jesiotr chyży. Woda to mój drugi dom.

Mirka czuje coś jakby skurcz, trzymający nisko przy piętach i ściągający ją ku dnie, coś, co uznaje za ciekawość, wielką i każącą zakryć się wodą, by zbadać nową przestrzeń. Mirka chce zobaczyć skarby schowane pod taflą pachnącą chlorem, czuje siłę pchającą do odkryć, podobną do tej, która kiedyś kazała jej wybić się z huśtawki hen wysoko, aż do słońca i wielkiego nieba. Później Mirka kuśtykała przez trzy tygodnie i zbierała podpisy na gipsie. Teraz jest tak samo, tylko że zamiast huśtawki jest woda wypełniająca płuca.

Ryży wie, że musi być na czas. Koła ratunkowe mają to do siebie, że szybko nasiąkają wodą i bardzo trudno to później odwrócić, nie pomaga w tym nawet trzecia zasada dynamiki Newtona. Przez chwilę Ryży znów stoi na molo z ręką na biodrze, ma na ustach ostatnie słowa. Z tego dnia pamięta sklep z szyldem Magazin, wyschnięte krasnopiórki przebite prętem i wujka Miszę mówiącego, że muszina to muszina.

Jest na czas, więc biegnie po śliskich płytkach, jedna, druga, trzecia, czwarta, piątą żegna krótkim skokiem i znów tam jest, choć miał nadzieję, że już nigdy więcej. Wołanie o pomoc zastępuje cisza.

 

Tej nocy śni mu się Sierioża. Rano Ryży wertuje w myślach cały poprzedni dzień, by znaleźć jakiś moment, który później zaprosił brata do snu.

Wszystko w ustalonym porządku: mija ławkę przed blokiem i rozlane na niej baby, później są schody i sąsiadka śledząca go przez judasza. Spojrzeniem strzela jak z pistoletu i zanim Ryży zamknie za sobą drzwi, czuje, jak zamienia się w tarczę snajperską. Zaczyna gadać do siebie. W myślach. W gadaniu w myślach nie ma mu równych. Nim wszystkie słowa przedefilują przez wewnętrzne dyskursy i kłótnie między Ryżym i nim samym jest już dwudziesta pierwsza: myje zęby, płucze twarz kranówką. Ocenia uzębienie w lustrze, w otwartych ustach odnajduje milczenie. Słyszy, że baby z dołu mówią już sobie na dobranoc: jeszcze ostatnia ploteczka, kochanieńka. Czułymi szeptankami odprowadzają się do klatek, każda zmierza do swojego Morfeusza. Ryży też zanika w kołdrze i śni: obrazy, miraże, feerie.

W nocy pyta brata o to, jak umarł. Stoi przed nim w lekkim dystansie, mają między sobą agresywnego rotwailera z kokardą między uszami. Pies zerka Ryżemu na gardło i skrobie pazurem o posadzkę, czeka na choćby potknięcie. Nie wiadomo, skąd się wziął w tej scenie, ale zarówno on, jak i Ryży są we śnie, a sny rządzą się swoimi prawami. Jeszcze ta kokarda na łbie. No i martwy brat z tyłu.

Skoczyłeś na główkę i złamałeś kręgosłup?

Nie. Mój szkielet jest z żelaza.

Uderzyłeś w dno?

Dno jest miękkie jak gąbka.

Walnąłeś głową w łódź?

W głowę zawsze byłem walnięty.

Skręciłeś kostkę na brzegu?

Brzeg ma to do siebie, że ratuje topielców.

To może przestraszyłeś się piskorza?

Umrzeć ze strachu to nie moja bajka.

Powiesz mi wreszcie?

Nie jesteś nawet blisko.

Pożarło cię?

Zdarza się.

Ryży widzi brata z młotkiem w ręku, jak daje w łeb rybie symulantce. Nie ze mną te numery. Później Sierioża nurkuje w limanie i poluje na krasnopiórki, ale te są szybsze, mają trójkątne zęby i zemstę w oczach. Ryży nabiera wody w usta, nie chce tego zrozumieć.

Siergiej przebywa w tym śnie przelotnie. Pociąga za smycz, rotwailer człapie z łapy na łapę. Schodzą ze sceny. Ryży chce powiedzieć bratu cokolwiek, nim zniknie, ale kończy się jak zawsze. Jego język jest akrobatyczną fają. Robi teraz fikołka w tył i toczy się dalej ruchem walca, spada do tchawicy, oplata ją jak wąż. Sierioża znika, a Ryży ma ochotę pójść za nim.

 

Na koniec pojawia się Stary z rękami brudnymi od ziemi. Ciągnie do miasta brzegiem limanu. Ma zadanie do wykonania i luki w pamięci. W ręku kołysze różańcem od pogrzebów.

 

Maciej Wnuk

 

Maciej Wnuk jest magistrem ekonomii i finansów. Od niedawna próbuje swych sił w literaturze; ukończył m.in. kurs „pisania opowiadań” organizowany przez Krakowskie Biuro Festiwalowe i Kraków Miasto Literatury UNESCO 2019.

AKTUALNOŚCI

Dodano: 01.06.2020 11:38

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce mające na celu zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom i współpracownikom pokaż więcej »

Dodano: 16.03.2020 08:12

Ograniczenie bezpośredniego dostępu oraz kontaktu z biurem OKiS w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2

Szanowni Państwo, w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2., w trosce o Państwa zdrowie i bezpieczeństwo: ograniczamy bezpośredni dostęp do biur OKiS i wprowadzamy wyłącznie zdalną obsługę naszych współpracowników oraz partnerów w całym Ośrodku Kultury i Sztuki we Wrocławiu. pokaż więcej »

Dodano: 30.10.2020 12:25

ZAPOWIEDŹ: W LISTOPADOWEJ ODRZE

NAGRODA „ODRY” za rok 2019 DLA TOMASZA ŁUBIEŃSKIEGO • ŁUBIEŃSKI: Mongolia • LOUISE GLÜCK (Nobel): Wiersz • Koniec lodu! • GAJDZIŃSKI: Zmierzch imperatora • BACHMANN o wolcie ANGELI MERKEL • PATO-POLSKA • Rozmowy z WNUK o emigracji i ŁUKASIEWICZEM o poezji pokaż więcej »

Dodano: 30.10.2020 09:00

„CZASY ŻYWE” Marzeny Sadochy – nowy termin premiery

Z przykrością musimy Państwa poinformować, że premiera "Czasów żywych" w reż. Marzeny Sadochy nie może odbyć się w październikowym terminie. O nowej dacie poinformujemy niezwłocznie po jej potwierdzeniu. Zwrot biletów zakupionych przez system ekobilet.pl odbędzie się automatycznie. Więcej informacji już wkrótce. pokaż więcej »

Dodano: 30.10.2020 08:00

Pomiędzy [w dobie Covid 19]/Between [in the era of Covid 19]

30 października - 27 listopada 2020, Galeria FOTO-GEN, pl. bpa Nankiera 8, Wrocław pokaż więcej »

Dodano: 30.10.2020 07:00

Premiera LOTERII Stanisława Moniuszki w reż. Roberto Skolmowskiego

30 października 2020, Kudowa Zdrój, wstęp wolny pokaż więcej »

Dodano: 30.10.2020 06:00

XIII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL HAŁDA JAZZ WAŁBRZYCH 2020

31 października - 1 grudnia 2020, Wałbrzych pokaż więcej »

Dodano: 30.10.2020 05:00

IMPERATYW

5 listopada - 11 grudnia 2020, Galeria Miejska we Wrocławiu, ul. Kiełbaśnicza 28, Wrocław pokaż więcej »

Zapisz się do naszego newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych (pokaż całość)