Udostępnij:

Dodano:

29.05.2017 12:40

5/2017: Nagroda „Odry” dla Marcina Sendeckiego. Laudacje

Jacek Łukasiewicz

 

SENDECKI NAGRODZONY

 

Spektrum wydarzeń, które przynosi nam życie, jest nieodgadnione

Marcin Sendecki, Wypowiedź, z tomu Szkoci Dół.

 

Szanowni Państwo, Dostojny Laureacie.

 

Będę się starał odpowiedzieć na pytanie: „dlaczego wiersze Marcina Sendeckiego lubię czytać, i to od dość dawna”. Każdy z nas, członków Rady Redakcyjneuj czy zespołu „Odry”, kto głosował za tą kandydaturą, musiał się choć przez chwilę zastanowić i odpowiedzieć sobie w duchu na to pytanie. I każdy z pewnością odpowiadał na nie trochę inaczej, w zależności od własnych lektur, wrażliwości, erudycji (bo i ta przy czytaniu Sendeckiego się przydaje), od chwilowej lub trwałej potrzeby, od własnego życia. Tak bowiem jest, że dobra poezja, którą się lubi, wchodzi w nasze życie, coś tam w nim narusza, coś rozszerza – i pozostaje. A kiedy wraca się do takich lubianych wierszy po miesiącu, roku czy po kilku dekadach, spotyka się w nich rzeczy znajome, słowa, frazy, utwory, ale one korespondują w nas już nie tylko z tym samym, co kiedyś, lecz także z czymś innym w nas już starszych i zmienionych . Taka zaś swojskość połączona z nowością – zawsze cieszy.

Na końcu debiutanckiej książki Marcina Sendeckiego Z wysokości (1992) wydrukowano kilka opinii krytyków, którzy wcześniej te wiersze przeczytali. Mowa tam o „przypadkowych zapisach wrażeń o niejasnym i chwiejnym znaczeniu”, o „poetyckich notatkach”, także o tym, że nie zostały one „poetycko wykończone i formalnie opracowane”, o obserwacji przeważającej nad konstrukcją. Nic bardziej błędnego nie można było orzec. Wiersze naszego laureata nie były wtedy – a także, oczywiście, nie są później – żadnymi notatkami;  każdy z nich jest właśnie konstrukcją, nieraz mającą sprawiać wrażenie notatki. Były one zwięzłe, ściszone, osadzone w kontekstach literackich i w realiach współczesności. Jak radosny wiersz datowany [19]89 ciągle aktualny – Tym razem obejdzie się bez ofiar. Najtrafniej o tych utworach napisał w tamtej debiutanckiej książce Zbigniew Bieńkowski. Zauważył on dwie ważne ich cechy. Pierwsza – to owo ściszenie: Poeta instynktownie – czy umiejętnie – operuje szarością, światłocieniem, półzmierzchem półświtu. Jakby się uczył pisać wiersze od muzyki Lutosławskiego. I druga cecha tej poezji: szacunek dla istniejącego: To, co widzi, czego doznaje, nie jest pretekstem. Jest tym, czym jest. Sendecki nie był bardem ani hippisem, nie wygrywał swoich wierszy na coraz nowocześniejszej gitarze, ani, uchowaj Panie, na staroświeckim akordeonie. Nie był też „barbarzyńcą”. Trudno by go także nazwać klasykiem, choć używał literackich aluzji, cytował Mickiewicza albo Krasińskiego, Iwaszkiewicza, Szekspira, któregoś współczesnego poetę polskiego czy amerykańskiego. Cytował także z mowy żywej: z jakiegoś języka fachowego, z potocznej zasłyszanej rozmowy, nie z grypsery, ale normalnego języka, jakim mówią młodzi inteligenci. Z intymnego dialogu własnego albo cudzego. Z tych fragmentów, pojedynczych zdań, fraz, intonacji, znaczących i nabierających znaczeń w zestawieniach z innymi, powstają wpierw pojedyncze światy tych miniatur, światy poszczególnych tomów, a także stale rozkwitający świat tej poezji.

Sendecki jest ironiczny, lecz jest to ironia nieagresywna, odmierzona, mająca wytworzyć właściwy dystans. Nie jest, jak powiedziałem, barbarzyńcą ani nie jest klasykiem (w tym znaczeniu z lat dziewięćdziesiątych). Ani nie był poetą „korzennym”. Nie głosił nędzy historycyzmu. Żadne poręczne dychotomie go się nie imały ani nie imają. Tworzy. Jego wiersze są krótkie, czasem nawet bardzo krótkie, ograniczone do paru słów, jednej linijki. Ale czy na pewno tak jest, przynajmniej czy zawsze? To zależy, jak je czytamy, bo każdy z tych wierszy funkcjonuje w kontekście innych sąsiednich. I w całości zbioru.

Wiersze z tomów takich jak Farsz, 22, pół.. – można poddawać analizom i interpretować systematycznie, wykazując ich polisemiczność, dochodząc źródeł cytatów, aluzji słownych i rytmicznych, wpisując tę poezję w ciągi tradycji, tak jak robi to w swojej wnikliwym studium o wierszach laureata Paweł Mackiewicz. Ale można też tym się nie trapić, tylko w nich po prostu na moment przystanąć, zamieszkać… Znajdując przestrzeń przyjazną. One bowiem jakby czekały na gościa, na refleksje i skojarzenia czytelnika, zachęcają do nich, podając mu własne propozycje, użyczając własnych nienatrętnych a złożonych melodii. Wchodzę w przestrzenie tych wierszy, podobnie jak „wchodzi się” w cudzy obraz dawny albo współczesny, a potem, po jakimś czasie, jeśli los na to pozwoli, spotykam się z nim raz jeszcze w tym samym muzeum, kościele czy mieszkaniu, rozpoznaję i odkrywam go na nowo w nowej mojej – bo przecież nie jego – sytuacji, a on pozostaje nadal dyskretnie gościnny. I dla mnie, gościa, staje się obojętne, co tam zastałem, a co wniosłem, choć moje zachowanie w tej przestrzeni jest sterowane przez panujące w niej reguły… Gospodarz tych wierszy nie jest egocentrykiem. – Czy jest poetą dialogu? – Niekoniecznie. Nie wie przecież, że właśnie czytam jego wiersz, a gdyby wiedział i znał moje myśli, to nie obchodziłyby go pewnie moje prywatne skojarzenia.

To jednak nie wszystko. Poezja Marcina Sendeckiego nie jest zamknięta, hermetyczna także w innym znaczeniu. Bywa wyraźnie funkcjonalna, użytkowa czy – jak kto woli – obrzędowa. A więc jest to wiersz miłosny, skierowany do kogoś albo też mogący być tak skierowany. To wiersz przyjacielski, wspomnieniowy. To treny – po śmierci ojca, lub bliskiego kolegi. To propozycje zabawy z dzieckiem, jak owa Książeczka do malowania, dziecinna, skontrastowana z podpisami, przeznaczonymi dla dorosłych, które można czytać też odrębnie; stanowią wtedy osobny wiersz. Ale gdy ów wiersz wydrukowany w innym tomiku został oddzielony od rysunków, kiedy te rysunki zatraciły charakter rzeczywistej „książeczki do malowania” – wszystko się posypało, urok sczezł.

Ta swoista użytkowość szczególnie jest wyraźna w ostatnich książkach poety. Podkreślam słowo „książkach”. Kiedy się bowiem zawahałem, czy można kategorycznie stwierdzić, że Sendecki pisze poetyckie miniatury, to dlatego iż coraz wyraźniej widać, że pisze on właśnie nie wiersze, ale od razu książki, gdzie ważne są tytuł i forma okładki, odstępy między wersami i utworami, gdzie znaczy milczenie niezadrukowanego papieru. Każda z cząsteczek takiej książki może przy tym zostać inaczej użyta, włączona do innego kontekstu. Jak ten wiersz na używanej właśnie przeze mnie, gdy przygotowywałem ten tekst, strzałce-zakładce, wziętej ze złożonego z takich strzałek-zakładek numeru periodyku „Cegła”. Tytuł tej miniatury: Choroby roślin, tekst zaś maleńką czcionką: są nieprzekonywujące. Ta sama żartobliwa miniatura umieszczona w książce Lamety (Biuro Literackie, 2015) staje się częścią obszerniejszej złożonej wypowiedzi o stosunku człowieka do przyrody.

Inne dyskursy, bywa, zostają wprowadzone do tych książek przez ich ramy, parateksty. Tak jak pusty formularz „przedmiaru robót” na okładce tomiku pod tym tytułem, wprowadza fachowy język budowlańców. A jeśli się wahamy, czy to żart, czy serio – to nasze wahania miną po przeczytaniu dedykacji: Pamięci Sylwestra Sendeckiego, żołnierza AK i WiN, inżyniera, absolwenta Politechniki Gdańskiej, urodzonego 5 stycznia 1927 w Tyszowcach, zmarłego 25 lipca 2014 w Tomaszowie Lubelskim – ojca poety. A więc nie tylko zostaje wprowadzony jako godny szacunku język techniczny (to, że formularz „przedmiaru robót” na okładce nie jest wypełniony, a nazwisko autora Marcin Sendecki jest odciskiem pieczątki u dołu formularza – ma swoje znaczenie), lecz także inny niebezpieczny dyskurs – patriotyczny, którego powaga i zarazem akceptacja nie ulegają tu wątpliwości.

I tak szczebel po szczeblu dochodzimy do ostatniej jak dotąd książki laureata, też wydanej w Biurze Literackim pod tytułem W. Ten inicjał znaczy; Warszawa, ale też, gdy odczytujemy go jako przyimek, odsyła czytelnika do tego, co wewnętrzne. Jest to Warszawa z lat osiemdziesiątych. Główny jej bohater, którego tożsamość z autorem jest jawna, studiuje medycynę, słucha New Yorku Lou Reeda. Współpracuje z drugoobiegowym, więc nielegalnym „bruLionem”. Bierze udział w kolportażu „bibuły”, pożycza jakieś sito, zapewne do sitodruku, zachowuje się tak jak jego przyjaciele, jak wielu innych, którzy zdołali się oprzeć beznadziei i pesymizmowi końca lat osiemdziesiątych, a w roku 1989 odetchnie z ulgą: obejdzie się bez rozlewu krwi. Jeden z przyjaciół, którym dedykowane jest W, żyje, drugi umarł. I to więc jest tren. W tym tomie spójność została podkreślona numeracją kolejnych wierszy, są to więc jawnie cząstki większego tekstu. I choć same w sobie mogą wydać się banalne: Mazowszanka w szkle i ziemniaki z cząbrem (wykwintne to danie, lecz nie świadczy o zasobności konsumenta) lub Karolina przyniosła czereśnie i ser – to w kontekście całości niosą wzruszenie. A o to przecież chodziło – o to poruszenie prostotą języka, jaką osiągnąć można tylko po latach poetyckiej roboty, poruszenie tym powrotem do własnej młodości, kiedy już wiadomo, że wkroczyło się w drugą życia połowę.

I na tym kończę, Dostojny Laureacie, gratulując Panu. I czekamy na następną książkę, która podobno w tym roku zostanie wydana.

Jacek Łukasiewicz

 

Paweł Mackiewicz

 

MARCIN SENDECKI. SZTUKMISTRZ

 

Noc zbyt ciemna. Ciemna ścieżka. Nowa książka Marcina Sendeckiego, o lapidarnym tytule W, pogrążona jest w tych ciemnościach Lévi-Straussa i Iwaszkiewicza, jakich można by się spodziewać, przeczytawszy motto do niej oraz wygłos utworu, od którego powinno się (mam takie przekonanie) rozpoczynać lekturę tomu. Czy jest on ciemny w istocie? Do czego ta ciemność prowadzi? I wreszcie: co z ewentualną ciemnością – niejasnością, zawiłością, hermetyzmem – dotychczasowej twórczości poety? Przecież Dostojny Laureat już od lat wielu uchodzi za twórcę niezrozumiałego, trudnego, zatwardziałego w piętrzeniu przed czytelnikiem przeszkód i zastawianiu nań pułapek (jako „pułapkę” wyjaśniali recenzenci tytuł zbiorku sprzed dziewięciu lat – Trap – skądinąd chyba nie najrozsądniej).

Podobnie jak poprzednie tomy Sendeckiego, W przyjęto dobrze i z zainteresowaniem. Co ciekawe, książka ta od razu uznana została za bardziej (aniżeli wcześniejsze) przystępną, poeta nie zrywa w niej bowiem kontaktu z czytelnikiem z częstotliwością, z jaką zwykł to niegdyś czynić (zwłaszcza w Pół albo w Farszu, by poprzestać na przykładach najbardziej w tym względzie typowych). Owszem, W to publikacja wyjątkowa. Nie dlatego jednak, że bardziej zrozumiała czy mniej – jakkolwiek chciałoby się to słowo rozumieć – hermetyczna.

Wszystkie książki Marcina Sendeckiego (na co zwrócił uwagę Jacek Łukasiewicz) stanowią zwarte, starannie skomponowane całości, w których na domiar wizualia – mam na myśli w pierwszej kolejności, choć niewyłącznie, okładki – dopełniają przekazu tekstowego. Każdą z książek Laureata rządzi inna, niepowtarzalna zasada konstrukcyjna – poeta nie eksploatuje ponad miarę raz odkrytego złoża, wydobywając i piętrząc, jakże często zaskakująco, coraz to nowe pokłady tradycji. Chętnie, nawet programowo wracając do motywów, figur, wybranych lektur czy inspiracji – ma zwyczaj na nowo je układać. Do konstrukcji przywiązuje się w tej poezji wielką wagę, punktem wyjścia zaś niezmiennie pozostaje zadanie skomponowania tomu.

Znakomitym – a w skali artystycznej wybitnym – przykładem konstruowania zbioru wierszy była przed kilku laty książka 22. Przykład to specjalnie instruktywny, ponieważ reguła porządkująca konstrukcję zbioru stała się wówczas zarazem prawidłem tworzenia poszczególnych wierszy, łączenia ich w podsystemy, a tych – dopiero – konsekwentnie w całość. Poezja jest budową, założenia tego dowodzi tytuł, który ustala numeryczną zasadę konstrukcyjną tomu: zawiera on 22 wiersze, nieco ponad połowę tej liczby (14) stanowią sonety, nieco mniej niż połowa (8) to oktostychy, a suma wersów sonetu i oktostychu również daje 22. Wiadomo, jak ważne funkcje w niektórych epokach – np. w literaturze romantycznej – pełniła symbolika liczb (zwłaszcza dwukrotność 22). Poeta podąża śladem romantyków, głównie zresztą rodzimych, raz po raz pożyczając ich dykcje i porzucając je, modyfikując rozpoznawalne schematy wierszowe, cytując kanoniczne i mniej znane utwory. Warto nadmienić, że – zapewne nie bez powodu – 22 teksty w zbiorku o tym tytule odpowiadają takiej samej liczbie wierszy w cyklu Sonetów odeskich Mickiewicza. Sądzę, że 22 to, przed publikacją W, formalnie najbardziej zwarta i konsekwentna książka poetycka Marcina Sendeckiego. Już w poprzednich tomach, np. w Trapie, eksploracje w obrębie genologii pozwoliły poecie urozmaicić zasób pożytkowanych we własnej twórczości gatunków literackich, w 22 natomiast podejmuje on cyzelatorską pracę nad dwoma gatunkami, przyswojonymi poezji polskiej przez jej wielkich mistrzów: Mickiewicza (admiratora Petrarki) jako twórcy wspomnianych Sonetów oraz Iwaszkiewicza jako autora Oktostychów. W obu upatruje Sendecki nauczycieli literackiej maestrii, o czym świadczą liczne w 22 interteksty, by wspomnieć chociażby o sonecie [Gdybym cię nie zobaczył] nawiązującym do Mickiewiczowskiego sonetu Do Laury albo anadiplozę z wiersza [Lisi liść], w którym pojawia się Iwaszkiewiczowska anafora z utworu ***[Stronami deszcze stronami pogoda…] z tomu Mapa pogody. Zbiorek ten, mieszczący późne wiersze poety ze Stawiska, jest (dodajmy) szczególnie bliski autorowi Farszu i wyjątkowo chętnie bywał przezeń wykorzystywany w cytatach, aluzjach i parafrazach.

O ile jednak każda, nie licząc jedynie Książeczki do malowania, z dotąd wydanych poetyckich książek Laureata – Z wysokości, Parcele, Szkoci Dół, Opisy przyrody, Grunt, Trap, 22, Pół, Farsz, Przedmiar robót i Lamety – była zbiorem wierszy, uporządkowanych według pewnego pomysłu, pisanych wprawdzie pod zaprojektowaną całość, lecz mimo wszystko osobno, o tyle W nie przypomina zbioru ani nawet cyklu utworów lirycznych. Książka nosi znamiona poematu. Nie brakuje w niej pierwiastków narracyjnych, swoistych mikronarracji („jeszcze o tym napiszę”, jak zwykł obiecywać Marcin Sendecki). Składa się ona z 49 ponumerowanych cząstek w większości (tak przynajmniej, jak je czytam i rozumiem) trudnych do przesunięcia w miejsca inne niż te, które w strukturze W zajęły. Zastanawiające: skąd tak niepełna liczba, nadto podzielna wyłącznie przez 7? Nie sposób zupełnie serio dociekać jej symboliki, niemniej siódemka jako suma trójki (tom opatrzony wszak został dedykacją – od tego Trzeciego dla Dwóch: Dla Cezara Bema i Tomka Gańki (1970-2016) – moich przyjaciół z Warszawy) i czwórki (np. cztery kierunki lub strony świata, które można obrać, opuszczając pewne miejsce i czas; powiedzmy, że studencką Warszawę) może nie być pozbawiona znaczeń. Pod podwojoną czwórką – czyli, raczej nieprzypadkowo, pod numerem 44 – wpisano autotematyczny i jednocześnie autobiograficzny, pełen autoironii dystych: To jest ważne, a tamto nieważne. / To nieważne, bo zdarzyło się mnie. Znów trójki: tym razem (prócz izosylabizmu) w niemal bliźniaczych wersach usłyszymy po trzy przyciski akcentowe w dwojakiej funkcji – wspomagania rytmu i, co prawdopodobnie ważniejsze, mnemotechnicznej. Paradoks pomiędzy anadiplozą (powtórzone: „nieważne”) a wygłosowym zaimkiem („mnie”) został dodatkowo wzmocniony nie tylko przez znaczącą liczbę porządkową, lecz także przez zabieg edytorski – analizowany dwuwers jako jedyny wyeksponowano na zakładce. Czyżby podsuwał nam ktoś klucz do lektury W? Klucz o tyle wszak niepewny, o ile jawnie kwestionujący własną użyteczność. Pod pozorem konfesyjności – poemat o konfesyjnym charakterze, byłoby to przecież wstąpienie na wygodną, dobrze utartą ścieżkę – poeta konstruuje „antykonfesyjny” manifest. Kogo dziś zajmuje otwarcie zabierające głos, pewne swej świadomości, głośno wyznające „ja”?

Problem wydaje się bardziej złożony. Jeszcze silniej, zarazem subtelnie i nie bez synowskiej czułości, z biograficznym konkretem powiązany został Przedmiar robót, tom dedykowany zmarłemu ojcu poety, Sylwestrowi Sendeckiemu. Zbiór, wypada zauważyć, utrzymany w elegijnym tonie, którego przykładem końcowa, idealnie jambiczna i śpiewna strofa Piosenki, wiersza ofiarowanego – Cezaremu Bemowi: Za żebrem mostu dnie je cień / Wierszykiem nie zatrzymasz kół / Za żebrem mostu bury brzeg / Z węglowej nocy jasny ból.

Tytuł W wydaje się jeszcze bardziej wieloznaczny od poprzednich. Nie ma pewności, czy W to bycie „w” jakiejś przestrzeni, w określonym miejscu, w Warszawie – bo tym razem raczej nie w Tomaszowie, jak Przedmiarze… – do której Sendecki przeniósł się niegdyś na studia i gdzie pozostał na stałe. Może W znamionuje tę szczególną przestrzeń poety, jaką jest wiersz – w istocie niezdolny zatrzymać kół, za to pełen „mowy rodzinnej”, prawdziwej, „ostrej” (jak w utworze Scat z Przedmiaru…). Możliwe też, że W to wszystko, co pozostało po Widokach, pierwotnym tytule publikacji, o którym Marcin Sendecki wspominał niedawno w wywiadzie udzielonym Adamowi Poprawie. Niekoniecznie przypadkiem „widokom” należało poświęcić nieco uwagi w Kurzawie (także ten wiersz pochodzi z Przedmiaru robót): Wrona szarpie się z torbą, ucieka / spod kół, wraca, rezygnuje. Widoki / prawdopodobne, nieprawdopodobne. Całe // życie na to. Takie samo. Samo.

Najpewniej każdy z tych domysłów stanowi ważny, a nawet niezbędny składnik interpretacji tytułu tomu. Zwłaszcza gdy poddać obserwacji – obserwacji, nieomylnie – początek W, przywodzący na myśl prawdopodobieństwo i nieprawdopodobieństwo z Kurzawy: Dobra książka / może polegać na tym / że nie wiadomo / o co w niej / chodzi Zła książka / może polegać / na tym że nie / wiadomo / o co w niej / chodzi // Popatrzcie.

Popatrzmy, sprawdźmy. Czy rzeczywiście trudno zrozumieć W, kolejną ciemną książkę Laureata? Poeta wydatnie czytającemu pomaga. Podpowiedzi układają się w szyfr. Uważaj na szczegóły, pamiętaj o detalach. I jak zwykle – układaj całość z namysłem, powoli. Wietrz koncept. Z drugiej strony – nie ufaj przesadnie analizie, nie poprzestawaj na niej, musisz bowiem pamiętać, że podejmując lekturę nowego tekstu, używasz swoich starych okularów do rozbierania wzrokiem czegoś, co być może wymaga już innych dioptrii. Ostrożnie zatem. Część druga: Wyjść do miasta i nigdy nie wrócić. / Wejść do miasta i nigdy nie wrócić. – zapowiada, jak wolno domniemywać, biograficzny konflikt dwóch perspektyw: tomaszowskiej (stamtąd wyszło się niegdyś do miasta, wielkiego, by nigdy zeń nie powrócić) i warszawskiej (dokąd się wchodzi lub weszło, by – podobnie – już nie wracać). Przyjęcie tej drugiej perspektywy właściwie otwiera myślenie o książce.

Mnóstwo tu spraw i doświadczeń warszawskich. O wielu nie usłyszymy wprost, czytelnik niezaznajomiony ponadprzeciętnie z biografią Autora będzie się ich jedynie domyślał, przy okazji uniwersalizując treści przechwytywane z cząstek poematu, oswajając to, co jednostkowe i niepowtarzalne. Powiedzmy, że tytuł / ma walor, / który się bada absencją – proponuje podmiot w części 25., podsuwając tym samym komentarz do wyżej podjętego zagadnienia. Trudno jednak nie przypuścić, że o wartości (tego) tytułu stanowi właśnie jego brak. On to dowodzi raczej zacierania, zatarcia – pamięci, spamiętanego świata. I nie postępujące ograniczenia funkcji pamiętania są za ten proces odpowiedzialne, lecz – jak to się zdarzało u Sendeckiego wcześniej – nadmiar. Rejestr nadmiaru, który odwraca naszą uwagę od tego, co istotnie warte ocalenia (np. przed „cywilizacją śmieci” z części 13.).

Powiedzmy, że temat / lokuje się obok. – czytamy dalej w segmencie 25. Tak się składa, że środkowym, w pewnym sensie więc – wyakcentowanym, o czym za chwilę. Nie bez powodu, jest to wszak część Iwaszkiewiczowska. Kończy ją lakoniczny dwuwers: Powiedzmy, że / ścieżka jest ciemna., nawiązujący do tytułu tomu Iwaszkiewicza z 1957 roku. Powtórzmy: w twórczości swojego ulubionego dwudziestowiecznego poety Marcin Sendecki rozpoznaje – bywało tak nieraz – bramę do tradycji bardziej leciwej. Np. Mickiewiczowskie „skryślenie” (z części 27., autotematycznej: Technika wspominania / technik wypominania // Mechanika skryślenia / ze złogu) tułało się po Ciemnych ścieżkach, zanim trafiło do Sendeckiego: Kawki wiosenne gniazda ścielą / I czarnym krzyżem błękit kryślą. / Córki czytają mądre książki. / Co one sobie o mnie myślą? (J. Iwaszkiewicz, *** Nad domem błękit jak baldachim).

Pogrążonym w uczonych lekturach córkom autor Mapy pogody sugerowałby zapewne czytanie przyrody ożywionej i nieożywionej. Choć twórca W nie stroni od „mądrych książek”, uzupełnia je egzystencjalnym konkretem. Niekiedy boleśnie ironicznym. Jak wtedy, gdy: Na pogrzebie ojca Tomek spytał krzątającego się w grobowcu grabarza: „Ale pan wyjdzie, prawda?”. Cząstka 9. poematu, z której ten cytat pochodzi, to krótka reminiscencja z pogrzebu przyjaciela. Właściwie cały tom W jest niczym Bema pamięci żałobny rapsod (do Norwida nawiązuje segment 10., będący swoistym katalogiem… alkoholi). Dalej, dalej?.

Dalej. Wywoławszy część 25. książki, nie sposób odmówić sobie nawrotu do tego, co w tomie najbardziej frapujące: do kompozycji. Klaruje się pewna analogia. Niegdyś w Białym małżeństwie Różewicza, liczącym 13 „obrazów” (zamiast aktów i scen), najważniejszy był obraz siódmy[1], a wokół niego uporządkowane zostały poprzedzające go i następujące po nim obrazy (symetrycznie: po sześć). Podobnie kompozycja W zasługuje na miano „odśrodkowej”. W centrum tomu sytuuje się wybrany segment a – przypomnijmy – temat / lokuje się obok. Dopowiadając Iwaszkiewiczem: stronami. Ściślej: naprzemiennie, w symetrycznym układzie przed i po części 25. Tenże układ decyduje o nieprzesuwalności kolejnych segmentów: w numeracji ciągłej ukryty został dwójkowy (symetryczny) tryb lektury. I tak na przykład segmentowi 20. odpowiada część 30., a z cząstką 40. do pary złożymy – 10.

Pokrewieństwa, dysonanse, paralele pomiędzy dwójkami mają rozmaity charakter. Wyrazistej „dziesiątce”, katalogowi alkoholowych używek (których nie piłem w Warszawie), odpowiada żartobliwy komentarz z „czterdziestki”: Pewnego aberracyjnego razu / wybraliśmy się z Cezarem w środku nocy / z Kica do Uniwersamu / po wodę. Trening pamięci odbyty w związku z domknięciem paraleli tematycznej – lub inaczej: uświadomieniem sobie obyczajowego dysonansu – różni się znacznie od korespondencji opartej na amplitudzie doświadczeń granicznych. Część 5., w której sute toasty poprzedzają czynność wzruszającą a smutną: Napisaliśmy z Cezarem nekrolog / Tomkowi. // Teraz ani pić, ani przyglądać się sobie. // Ani opowiadać. – porównajmy z segmentem 45. (w całości): Najprawdziwsza papużka w oknie na Karowej, gdy urodziła się Zuzia. Nic bardziej niepojętego jak przeżycie rozpaczy śmierci i radości narodzin.

Wśród par najmilszych uchu bez wahania umieściłbym – dźwiękowo symetryczne – cząstki 23. oraz 27. Ta druga, rozpoczynająca się grą słów (krótkie rozmyślanie o etycznych konsekwencjach mylenia głosek: Technika wspominania / technik wypominania), była już cytowana. Pierwsza – dostrajająca czułość języka do palimpsestowości miasta – (d)opowiada: Porysowany wyświetlacz / porysowane wyświetla // Stodwójką przez Most Syreny / jechało się jakoś tak. Kiedy indziej o podobieństwie decyduje typ anegdoty, krótki rozbłysk oznaczający stop-klatkę. Jak w segmentach z Andrzejem Gwiazdą i Wiktorem Woroszylskim (odpowiednio: 7. i 43.). Są wreszcie pary prowadzące – wzbogacającą cały tom – metapoetycką korespondencję. I te należy uznać za najcenniejsze dla koncepcji książki. Bo prawdą jest, że w pisaniu wierszy nigdy nie obowiązywał podział na wyrafinowaną treść i prostą formę – i właśnie dlatego, jak już się rzekło, Dobra książka / może polegać na tym / że nie wiadomo / o co w niej / chodzi (część 1.). Symetrycznie autoironiczna, wiarygodna, w pełni odautorska jest tedy finalna cząstka W: Im dłużej piszę, tym mniej (49.).

Odautorski, autobiograficzny, tożsamościowy rejestr tomu wiele zawdzięcza jego genologicznemu pochodzeniu. I na odwrót. Poematowość – jeśli tak wypada powiedzieć – W spełnia się w kompozycji książki i nawracających mikronarracjach. Ich ośrodkiem najczęściej bywa jedno słowo, jego zaprzeczenia lub słowa pokrewne: pamiętam (7.), nie pamiętam (19.), na wietrzną pamiątkę (24.), ku pamięci (8.), niepamiętliwość (22.) oraz przypomina się (kapitalna fraza z części 4.: Jedno się ciągnie przez drugie, przypomina się / i przepada, […] – podręczny i poręczny skrócony kurs historiozofii), przypomniałem to sobie (9.), technika wspominania (27.), symulacja wspomnień (33.). W pozostaje w tym względzie bliskie Lametom, ściślej zaś niecodziennemu trenowi o tytule budzącym skojarzenia z poezją Franka O’Hary. Wiersz ten zadedykował Autor zmarłemu w 2013 roku Maciejowi Malickiemu: A dla Maćka, zwyczajnie, / kupuję kwiaty i znicz / z apostolską nalepką: „Pamięć / trwa aż trzy dni” (Lunchtime).

Mikronarracje W zdają się wchodzić z przesłaniem (przestrogą?) owej „nalepki” w spór, bardzo skądinąd dla tomu ożywczy. Mimo „wietrznych pamięci”, „niepamiętliwości” i wszelkich luk w pamiętaniu książka dowodzi tego, że – jeśli cokolwiek – to pamięć trwa długo. W rozsypkę pójdą sprawy świata tego, ale ona ma szansę ocaleć. PKS Stadion, którego już nie ma. / Torba z domu, list, uścisk. / List od mamy, ciepła ręka ojca. /  Którego już nie ma. / Otóż tak. (część 35.). Fragment za fragmentem, owszem, to one decydują o tym, czy i w jaki sposób przeszłość do nas wróci. Tak czy inaczej jednak – wraca. Koncept i konstrukcja W to, jak sądzę, mocny ślad autopolemiki z Lametami lub przynajmniej autopoprawki do nich. Narzędzie służące opanowywaniu nadmiaru. Nieuchronnie nasuwa się skojarzenie z muzyką, która porządkiem reguł, przymusem kompozycji równoważy atakujący nas chaos. Nie na darmo zapamiętana i opisana Warszawa zestraja się podmiotowi W z tytułową metropolią albumu Lou Reeda z 1989 roku – New Yorkiem.

O muzyczności poezji Sendeckiego – zarówno tej wewnętrznej, rytmicznej, warsztatowej, czasem kontrolowanej, a czasami instynktownej, jak i tej stematyzowanej, tom po tomie pomnażającej bogate własne rekwizytorium – można by długo. Rodzaje, gatunki i style muzyczne, jak chociażby trap (tytuł wiersza i tomu), scat (wiersz o tym tytule pochodzi z Przedmiaru robót) czy ragga (Sendecki testował ją w Lametach), sąsiadują tu przecież z nazwiskami kompozytorów i wykonawców muzyki nowoczesnej. Muzyka staje się w końcu motywacją dla wyszukanych intertekstualnych układanek (np. podwójna sestyna Tango – w Trapie – jest olśniewającą parafrazą innej podwójnej sestyny, Techno Andrzeja Sosnowskiego, pochodzącej ze zbioru Konwój. Opera). Muzyczność przenika również misternie skomponowaną nową książkę poety. Jej brzmienia, ich nawroty, paralele, pulsująca rytmiczność – mimowolna żywiołowość subtelnej dźwięczności – dowodzą, że nawet ta literacka, ulubiona, Iwaszkiewiczowska ciemność nie mogłaby być najdalszym czy, tym bardziej, jedynym horyzontem poezji Sendeckiego. (I u Iwaszkiewicza „jasna ścieżka” stara się zresztą być przeciwwagą lub dopełnieniem dla tej przeważającej, ciemnej.)

W swych listach Norwid sam siebie nazwał sztukmistrzem. Był nim niewątpliwie. Nie warto jednak upierać się, że sztukmistrz to wyłącznie ktoś, kto (dajmy na to) pisze, maluje i komponuje jednocześnie. Jeśli bowiem – jak pisał Kazimierz Wyka – (…) chodzi o kogoś, kto jest tylko poetą lub tylko malarzem, wyróżnia Norwid tym nazwaniem jedynie artystów, którzy doszli do najwyższego opanowania swego kunsztu[2].

Dostojny Laureacie, Sztukmistrzu, spieszę z gratulacjami.

Paweł Mackiewicz

 

[1] Tak Białe małżeństwo czytano. Por. L. Wiśniewska, W centrum „Białego małżeństwa” Tadeusza Różewicza, „Pamiętnik Literacki” 1999/1.

[2] K. Wyka, Cyprian Norwid. Poeta i sztukmistrz, w: tegoż, Cyprian Norwid. Studia, artykuły, recenzje, Kraków 1989, s. 8.

POWRÓT DO CZYTELNI

AKTUALNOŚCI

Dodano: 01.06.2020 11:38

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce mające na celu zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom i współpracownikom pokaż więcej »

Dodano: 16.03.2020 08:12

Ograniczenie bezpośredniego dostępu oraz kontaktu z biurem OKiS w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2

Szanowni Państwo, w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2., w trosce o Państwa zdrowie i bezpieczeństwo: ograniczamy bezpośredni dostęp do biur OKiS i wprowadzamy wyłącznie zdalną obsługę naszych współpracowników oraz partnerów w całym Ośrodku Kultury i Sztuki we Wrocławiu. pokaż więcej »

Dodano: 27.10.2020 13:06

Dolnośląski Klucz Sukcesu dla Miesięcznika Odra!

Z radością informujemy, że Miesięcznik Odra, który wydajemy wraz z Instytutem Książki, został uhonorowany Dolnośląskim Kluczem Sukcesu za rok 2020 za  wybitne osiągnięcia w dziedzinie kultury i sztuki. pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 10:00

Zmarł Ludwik Flaszen

Z przykrością przyjęliśmy informację o śmierci Ludwika Flaszena, wrocławskiego wybitnego krytyka literackiego i teatralnego, eseisty, bliskiego współpracownika Jerzego Grotowskiego. pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 09:00

„CZASY ŻYWE” Marzeny Sadochy – premiera

29, 30 października 2020, godz. 19.00, Sala Teatru Laboratorium, Rynek Ratusz 27, Wrocław pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 08:00

Pomiędzy [w dobie Covid 19]/Between [in the era of Covid 19]

30 października - 27 listopada 2020, Galeria FOTO-GEN, pl. bpa Nankiera 8, Wrocław pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 07:00

Premiera LOTERII Stanisława Moniuszki w reż. Roberto Skolmowskiego

30 października 2020, Kudowa Zdrój, wstęp wolny pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 06:00

XIII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL HAŁDA JAZZ WAŁBRZYCH 2020

31 października - 1 grudnia 2020, Wałbrzych pokaż więcej »

Zapisz się do naszego newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych (pokaż całość)