Udostępnij:

Dodano:

16.10.2018 10:53

Odra 10/2018: Józef Hen Dzienniki

Józef Hen

 

 

JA, DEPRAWATOR

Dzienniki

 

 

W „WYSOKICH OBCASACH” artykuł (Kamili Błażejewskiej) o Zofii Bystrzyckiej: Serce w rozterce. Tak się nazywała rubryka, którą Zosia stworzyła w „Zwierciadle”, gdzie tłumaczyła korespondentkom, jak sobie dać radę z miłością. No i w nocy trudno zasnąć, łańcuch napierających wspomnień. Lublin 1944 i ona w niezgrabnym mundurze „babbatu”. Wyszła za mąż za Jerzego Putramenta. Była potem panią ambasadorową w Szwajcarii, później w Paryżu. Po powrocie pyszniła się jaskrawymi toaletami, „elegancka”, utrzymuje autorka artykułu, ale ja się tą jej elegancją nie zachwycałem. Była aktywna partyjnie – partia sprzyjała jej karierze, zapewniała nakłady.

Wpadła do nas na obiad, wydany z okazji narodzin synka (więc rok 1955), Maćka (obecnie autora bestsellerowej Solfatary), przyprowadził ją Zbyszek Rogowski, z którym była wtedy blisko, urodziwy i całkiem normalny. W Odejściu Afrodyty jest mały akapit z „Babusem”, rozgadaną żoną „Chichota”. Ma jej sposób mówienia, jej styl i ówczesne nawyki. Utrwalone!…

W latach 1966–68, więc w najbardziej burzliwym okresie, była przedstawicielką partii w zarządzie oddziału warszawskiego ZLP (prezesem była Wanda Żółkiewska, ja i Auderska wiceprezesami). Zosia unikała kłopotliwych posiedzeń, często dramatycznych, wyjeżdżała do Zakopanego, co nam odpowiadało, ułatwiało przegłosowywanie uchwał. Na pewno nie było jej 29 lutego, kiedy Putrament, były mąż, wtedy sekretarz partyjnych literatów, negocjował z nami przed literackim zebraniem nadzwyczajnym, tym, które miało być protestem przeciw usunięciu Dziadów ze sceny Teatru Narodowego. Pucio zgodził się (Andrzej Kijowski też) na moją wersję rezolucji (Co nb. zachwiało jego pozycją w partii; zachowały się moje zapiski z tego czasu, włączone jako postscriptum do Dziennika na nowy wiek).

Stosunek Zosi do mnie był sympatyczny. Ceniła chyba moje pisarstwo, skoro wzburzyło ją, że pewien towarzysz reprezentujący górę partyjną podczas jubileuszu PIW-u zachował się wobec mnie z ostentacyjną niechęcią. Dziwne tylko, że ją to zaskoczyło.

Ideologicznie była w kontrze z postawą brata, Przemysława, dzielnego „cichociemnego”, który osiadł w Poznaniu. Z artykułu dowiedziałem się, że Zosia nie żyje – nic nam nie było wiadomo – zmarła właśnie w Poznaniu, dokąd, osamotniona, przejechała pod opiekę bratanków i bratanic. Należała do „reżimowego” związku literatów, który, zawiadomiony o jej śmierci, nie zareagował.

Nie wiedziałem też, że Kostek Putrament, jej syn, przedwcześnie zmarł.

 

KOD STANISŁAWA LEMA – artykuł Wojciecha Orlińskiego, bardzo się nim przejąłem. Orliński relacjonuje książkę Agnieszki Gajewskiej: Zagłada i gwiazdy. Przeszłość w prozie Stanisława Lema. Lem nigdy o swoim zagrożeniu okupacyjnym nie pisał, nie chciał w wywiadach na ten temat rozmawiać, ale p. Gajewska uważa, że jest on zaszyfrowany w takich powieściach jak Eden, Powrót z gwiazd, Głos Pana czy nawet Solaris.

Pani Gajewska dotarła do dokumentów gminy żydowskiej, w efekcie czego wujowie i ciotki nagle zyskali imiona i dokładne daty narodzin i zgonu. Tutaj powtarza się rok 1941 lub 1942.

Rodzice: Samuel Lem i Sabina z domu Wolner. Ślub wzięli w synagodze. A Staszek: W polskim gimnazjum uczestniczył w zajęciach z religii mojżeszowej. Autorka daje do zrozumienia, że był religią zainteresowany, bo dostał z niej taką samą ocenę jak z wszystkich innych przedmiotów: bardzo dobrze. Otóż ja, jako świadek epoki, mogę powiedzieć, że ta piątka z religii o niczym nie świadczy, wiedziałem o tym już przed wojną: wszyscy dostawaliśmy z religii piątki, bo w policjantach Żyd, który zaniedbywał ten przedmiot, wzbudzał podejrzenie, że jest komunistą i miał trudności z dostaniem się na studia. Ja sam na małej maturze miałem piątkę z religii, chociaż praktycznie w lekcjach od pewnego czasu nie uczestniczyłem; nauczyciel, chudzielec ze szpicbródką bez zapału i zdolności, coś tam niezrozumiale bąkał, ja sobie coś pisałem, nigdy nie byłem wypytywany. (Hebrajską Biblię, jak wiedzą ci, którzy czytali Nowolipie, poznałem świetnie w czteroklasowej szkole p. Krelmana).

I jest w tej książce mowa o tym, że Staszek wszystko załatwiał dla rodziny na mieście, bo był blondynem, miał jasne oczy. Otóż Lem, kiedy go poznałem w Krakowie na początku 1946 roku, gdy współpracował z naszym tygodnikiem ilustrowanym („Żołnierz Polski”), był ciemnym szatynem, najwidoczniej podczas okupacji rozjaśnił sobie włosy. Tak jak ja, co mnie pewnej nocy, na drodze do Małkini, uratowało. (I znowu patrz: Nowolipie).

Nigdy o tych sprawach nie rozmawialiśmy, nie było potrzeby, Lem przede mną niczego nie udawał. No bo po co?…

 

RODZINA HITLERA TO TYTUŁ FILMU niebędący przenośnią, jak owe oglądane kilka dni temu Dzieci Hitlera, czyli wiadomo: Hitlerjugend. Inaczej w dokumencie zrealizowanym w 2012 roku przez Francuzów, tym razem idzie o ludzi naprawdę z szatanem spokrewnionych. Jest przyrodni brat Alois. Jest żona Aloisa, która po wojnie zarobiła na pokrewieństwie książką Szwagierka Hitlera. Jest w filmie syn Aloisa, którego realizatorzy (a także on sam siebie) nazywają „bratankiem”.

W marcu 1939, więc na kilka miesięcy przed wojną, William Patrick Hitler odpłynął statkiem, wraz z żoną i matką, do Ameryki. Tam zastała ich wojna. Stany Zjednoczone nie brały w niej jeszcze udziału. William Patrick chciał walczyć przeciw swojemu stryjowi („tyle zła wyrządził światu”), najpierw w armii kanadyjskiej, potem w amerykańskiej. Nigdzie nie chciano mieć w armii jakiegoś Hitlera. Napisał do prezydenta Roosevelta. List dotarł. Prezydent przekazał sprawę Hooverowi, szefowi FBI. W 1944 William Patrick (zmienił już nazwisko, teraz był to już Stuart Houston – ten wybór z jakichś powodów zdziwił francuskich realizatorów) został przydzielony do Marynarki Wojennej; jest zdjęcie jak bratanek Hitlera składa ślubowanie.

Po wojnie – zniknął, nie wiadomo, co się z nim stało. Pozostało czterech synów. Chodzili do szkoły, udało się tych Houstonów odszukać dzięki amerykańskiej Bibliotece Narodowej, do której pewne dane trafiają obowiązkowo. I oto widzimy na ekranie trzech rosłych, barczystych braci (czwarty, najstarszy, miło wyglądający chłopiec, zginął w wypadku samochodowym), w sile wieku. Wszyscy trzej bezdzietni, nie będzie więcej Hitlerów-Houstonów. Nie chcą rozmawiać z francuskim reżyserem, w ogóle z nikim, na pytania odmawiają odpowiedzi. Czy przysięgli sobie, że nie będą mieli potomków? Zaczepiony o to Houston, nie odpowiada. Dlaczego ojciec najstarszemu synowi dał na drugie imię „Adolf”? Nie ma odpowiedzi.

Alois, prócz Williama Patricka, miał jeszcze innych synów. Nie kontaktowali się z wujem Führerem. Przeżyli wojnę. Któryś z nich pojechał do Izraela, zamieszkał w Jerozolimie. (Podobnie jak kilkunastoletni Thomas Harlan, który, żeby odpokutować za ojca, Veidta Harlana, realizatora antysemickiego filmu Żyd Süss, pracował w kibucu, nauczył się hebrajskiego, potem skupił się na tropieniu przestępców hitlerowskich bezkarnych w NRD. Za co został wydalony z gomułkowskiej Polski). Thomas, z którym zaprzyjaźniłem się – gdzie? – no jak to gdzie? W Oborach, naturalnie! – występuje, pod nie swoim nazwiskiem, w opowiadaniu Szóste, najmłodsze.)

Matka Aloisa deklarowała podobno po wojnie, że jest dumna ze swojego nazwiska. Ale jeden z jego izraelskich wnuków przeszedł w Izraelu na judaizm i założył żydowską rodzinę. Lepszej puenty nie mógłby los wymyślić.

– Szkoda – powiedziałem do Beaty C. – że Hitler tego nie dożył. Zawsze tak twierdziłem, to była moja obsesja: despota zbrodniarz powinien żyć i widzieć, jak wszystko się rozsypuje, jak świat jest szczęśliwy bez niego. – Hitler – przypomina Beata – wiedział o swojej porażce, widział triumf swoich wrogów, wiedział, jaki czeka go los, popełnił samobójstwo.

 

OBUDZIŁEM SIĘ O PIĄTEJ RANO – wstałem, wróciłem do łóżka, pewny że będzie jak zwykle, zasnę jeszcze na dwie godziny. Nie było jak zwykle, nie mogłem zasnąć, myśli krążyły wokół czekającego mnie spotkania w Klubie Prawnika – co ja tam powiem, co przeczytam. Wstałem, zrobiłem sobie herbatę, obejrzałem wiadomości, ślizgawica, znowu jakiś karambol, są zabici. Zamachowiec z maczetą w Luwrze, wrzeszczący „Akbar Allah!”, postrzelony. Zakropić prawe oko. Zmierzyć ciśnienie, niezłe: 147.

Pan Patryk Jaki o tym, że zarząd Krajowej Rady Sądownictwa będzie wybierany przez posłów: To znaczy, że wybierze ich naród. W felietonie Wojciech Maziarski cytuje to sformułowanie, na które nawet w „notatniku agitatora” by sobie nie pozwolono. Tam by określono to prostodusznie: „to znaczy, że wybierze ich Partia”.

Bardzo dramatycznie przeżywałem gomułkowsko-moczarowski rasizm, ale wtedy jednak nie uważało się, że porażka jest nieodwołalna, liczyło się na zmianę – która w pewnym stopniu nadeszła. Niewystarczająca, ale taki Konwicki był na początku Gierkiem zachwycony. (Łudził się i Rakowski, na Gierka jego „Polityka” stawiała – do czasu). Ale zmaganie się trwało – i nadzieja nie wygasała.

Teraz o nadzieję trudno. Mógłbym wyliczyć kilkunastu świetnych ludzi, ale to nie oni rządzą.

 

SĘDZIA TULEYA ZARZĄDZIŁ DLA MĘŻCZYZNY, który spędził rok w celi, niesłusznie oskarżony o udział w zabiciu gen. Papały (zastanawiam się, czy komuś to nazwisko jeszcze coś mówi?) odszkodowanie za złe traktowanie w więzieniu – 325 tysięcy złotych. Więzień żądał 9 milionów! Ale z uzasadnienia orzeczenia wynika, że sędziemu Tulei nie o pieniądze idzie, ale o godność człowieka, do której każdy ma prawo, także więzień.

Wkurzyło to p. Ziobrę, ministra sprawiedliwości. „Złe warunki” w więzieniu? Zaskarżył wyrok. Więzienie to nie ochronka – powiedział. – Ma być surowe. To przypomina mi pewne powiedzenie Stalina. Kiedy kazał aresztować swoich dawnych przyjaciół, Rykowa, Tomskiego, Bucharina i innych, zapytano go – pisał o tym Sołżenicyn – jak ci dawni towarzysze mają być traktowani. Tiurma tiurmoj – odpowiedział Stalin. Więzienie jest więzieniem. Towarzysze zrozumieli. Żaden Tuleya o godność oskarżonych wtedy się nie upomniał.

Co nie znaczy, że minister Ziobro czytał Sołżenicyna.

 

ZMIANA NABOJU W PARKERZE WYMAGA CIERPLIWOŚCI. Udało się, mogę pisać. Jest paskudnie, ohydnie – chciałoby się „strajkować” – ale kto się tym przejmie, przeciw komu ten „strajk”?

Kilka tygodni temu Madzia przyniosła mi książkę rozmów z Władysławem Markiewiczem, 96-letnim socjologiem, wciąż lewicowcem, co teraz jest rzadkością: Sto lat przeciw głupocie. Tytuł zachęcający, ucieszyłem się, nareszcie coś do czytania. Pewne jego wspomnienia z pobytu na emigracji, w Mauthausen, potem u Andersa, w Londynie, nie bardzo mi się spodobały, przyjmował rzeczywistość zbyt prosto (żeby nie wyrazić się dosadniej). Przyjechał do chłopaków, żeby namawiać ich do po powrotu do kraju, Wiktor Grosz. To był błąd! – wykrzykuje 90-letni socjolog – przysłali Żyda!… Wiktor Grosz był jednym z najinteligentniejszych ludzi rządzącej ekipy, przystojny, wysportowany (dobry pływak), ze świetną polszczyzną, z ostrym piórem (pisywał do naszego „Żołnierza Polskiego” felietony na tematy polityki światowej jako „Franciszek Oset”). Fascynujący reportaż Johna Reeda Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem mam w tłumaczeniu Wiktora Grosza. No to co, że „Żyd”? Lewicujący młodzieniec, który w tytule książki przypisuje sobie „sto lat walki z głupotą”, powinien był się takiemu osądzaniu przeciwstawić. Znaleźć argumenty. Zaryzykowałbym twierdzenie, że słuchano by go z uwagą. Swój, poznaniak przecież. W jego uległości wobec nacjonalistycznej łatwizny dostrzegam oportunizm. (O tym później). Ale także brak przemyślenia, kiedy ten sam argument powtarza dzisiaj.

O OPORTUNIZMIE. W latach 70. profesor Markiewicz, żeby dostać przydział na jeden pokój więcej, korzysta ze swojej krótkiej przeszłości andersowskiej, by wstąpić do ZBoWiD-u. A przecież ZBoWiD wtedy to domena moczarowców, antysemitów. Przestałem czytać Sto lat przeciw głupocie. Już chciałem się z moich wątpliwości zwierzyć jego rozmówcom, kiedy zobaczyłem nekrolog: profesor Markiewicz zmarł, przeżywszy lat 97. Zamilknę, nie będę wojował ze zmarłym profesorem.

Wróciłem do książki. I oto w rozdziale Powrót (do kraju) kilka akapitów o Wałbrzychu, które znowu wzbudzają mój sprzeciw. Przyjechali polscy górnicy z francuskiego Nordu i wzięli się do pracy. A żydowscy górnicy, narzeka towarzysz profesor, nie chcieli ciężko pracować, zajęli się handlem. Jak to Żydzi, wiadomo. Dlaczego profesor (ani przepytujący go) nie zauważyli, że ci wracający ze Związunia Żydzi nie byli „górnikami”? Na Śląsku żydowskich górników nie było!… Ci ludzie, których zapędzono do kopalń w Karagandzie, byli zesłańcami! W najlepszym razie uchodźcami. Na pracę w kopalni ich skazano. Naprawdę byli tkaczami, uruchomili po powrocie fabryki tekstylne w Dzierżoniowie, Bielawie, byli z tej pracy dumni, szanowano ich. Do Marca 1968, do gomułkowsko-moczarowskiej kampanii rasistowskiej. Wtedy opuścili Dzierżoniów, wyjechali do Izraela. Co się teraz dzieje z tymi tekstylnymi fabrykami, nie mam pojęcia.

A kopalnie, o ile wiem, zostały zlikwidowane.

Po przeczytaniu wiadomości o tym, jak żydowscy „górnicy” woleli handlować, przestałem książkę rozmów z profesorem Markiewiczem czytać. Tytuł Sto lat przeciw głupocie wydaje mi się trochę przesadzony. „Przeciw głupocie”? Nie każdej. (…)

AKTUALNOŚCI

Dodano: 01.06.2020 11:38

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce mające na celu zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom i współpracownikom pokaż więcej »

Dodano: 16.03.2020 08:12

Ograniczenie bezpośredniego dostępu oraz kontaktu z biurem OKiS w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2

Szanowni Państwo, w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2., w trosce o Państwa zdrowie i bezpieczeństwo: ograniczamy bezpośredni dostęp do biur OKiS i wprowadzamy wyłącznie zdalną obsługę naszych współpracowników oraz partnerów w całym Ośrodku Kultury i Sztuki we Wrocławiu. pokaż więcej »

Dodano: 27.10.2020 13:06

Dolnośląski Klucz Sukcesu dla Miesięcznika Odra!

Z radością informujemy, że Miesięcznik Odra, który wydajemy wraz z Instytutem Książki, został uhonorowany Dolnośląskim Kluczem Sukcesu za rok 2020 za  wybitne osiągnięcia w dziedzinie kultury i sztuki. pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 10:00

Zmarł Ludwik Flaszen

Z przykrością przyjęliśmy informację o śmierci Ludwika Flaszena, wrocławskiego wybitnego krytyka literackiego i teatralnego, eseisty, bliskiego współpracownika Jerzego Grotowskiego. pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 09:00

„CZASY ŻYWE” Marzeny Sadochy – premiera

29, 30 października 2020, godz. 19.00, Sala Teatru Laboratorium, Rynek Ratusz 27, Wrocław pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 08:00

Pomiędzy [w dobie Covid 19]/Between [in the era of Covid 19]

30 października - 27 listopada 2020, Galeria FOTO-GEN, pl. bpa Nankiera 8, Wrocław pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 07:00

Premiera LOTERII Stanisława Moniuszki w reż. Roberto Skolmowskiego

30 października 2020, Kudowa Zdrój, wstęp wolny pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 06:00

XIII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL HAŁDA JAZZ WAŁBRZYCH 2020

31 października - 1 grudnia 2020, Wałbrzych pokaż więcej »

Zapisz się do naszego newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych (pokaż całość)