Udostępnij:

Dodano:

25.10.2017 13:35

10/2017: PIRUETY

Jacek Sieradzki

 

PIRUETY

 

Pani Bausch! Nie jest pani warta jednej marki, jaką na panią wydajemy – darła się Mirosława Żak siedem lat temu w wałbrzyskim przedstawieniu Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego Był sobie Andrzej, Andrzej, Andrzej i Andrzej. Krzyk wracał niczym refren przez cały spektakl. Zastanawiałem się, na ile był rozumiany. Sam się tylko domyślałem, że zapewne jakiś niemiecki urzędas huknął w ten sposób na Pinę Bausch – aliści nazwisko choreografki i reformatorki teatru tańca coś mi przynajmniej mówiło. Znacznej części wałbrzyskiej widowni nigdy, śmiem podejrzewać, nie obiło się o uszy. Ludzie teatru zawsze mieli i mają predylekcję do przyjmowania za pewnik, że ich zawodowi i ideowi święci są doskonale oswojeni i rozpoznawani przez publiczność. Rozczarowania bywają bolesne.

Najnowszą premierę Teatru Dramatycznego im. Szaniawskiego w Wałbrzychu poprzedza prelekcja o Pinie Bausch na ekranach w foyer. Zgrabna, króciutka, instruktywna. I… chyba niepotrzebna. Nie tylko dlatego, że współczesny teatr niemal do końca opanowało czysto wrażeniowe odbieranie widowiska, najlepiej streszczające się w konwersacji młodych fanek, którą kiedyś podsłuchałem w drodze do szatni: Fantastycznie było. Nic nie zrozumiałam. Ale grali bosko. Nade wszystko dlatego, że Cezary Tomaszewski, reżyser i choreograf, autor widowiska Gdyby Pina nie paliła, to by żyła nijakich erudycyjnych żądań przed publicznością nie postawił. Chciał, by wiedzieli tyle, co w tytule: że była wielką tancerką, że umarła i że paliła jak smok. Tudzież by mieli oczy i uszy szeroko otwarte.

Palenie jest budulcem slapstickowej warstwy spektaklu. Aktorzy wykonują bodaj wszystkie możliwe skecze związane z nałogiem, parodiują style trzymania papierosa i zaciągania się, przywołują sztubackie ukrywanie dymków przed rodzicami lub szkołą. Szczególnie eksploatowane jest napięcie między niepowstrzymaną chęcią zapalenia a towarzyskim terrorem zmuszającym do deklarowania, że się rzuciło i ma się to już za sobą. Scenki, w których zakłopotani palacze z pewną taką kosmiczną nieśmiałością sprawdzają, patrząc w oczy rozmówcy, czy w ogóle wypada wspomnieć o papierosie, nie mówiąc już o ukradkowym zapaleniu, należą do najzabawniejszych sekwencji, jakie ostatnio widziałem w teatrze. Wieńczy to wszystko zjazd z nadscenia ogromnej dłoni ściskającej zapalony papieros, a potem tytoniowy deszcz ścielący scenę setkami rurek z ustnikiem.

Jest mnóstwo śmiechu, ale to nie tylko śmiech. Włodzimierz Dyła trzyma pod pachą worek i opowiada o matce, która kazała się po śmierci skremować i rozsypać prochy w wyznaczonym miejscu. Z worka wydobywa się dym, a on pyta, zaskoczony: mama?

Przedziwny teatr Cezarego Tomaszewskiego niczego nie opowiada. Przygląda się ludziom na scenie w ich śmiesznostkach, wygłupach, niezręcznościach i w ich pięknie, które rodzi się niekiedy wprost z koślawości, z niezborności, ale i przeskakiwania samego siebie. Choreograf stawia wykonawców przy poręczy, patrzy, jak uginają kolana, bez mechanicznej precyzji studentów baletu. Każe im kręcić piruety, adresować je do kogoś konkretnego, szukać w sobie wyraźnej intencji – choćby kontaktu z widzem – która nada ruchowi sens, a dopiero w ślad za nim przyjdzie gracja. Ogląda się z pobłażliwym, ale niebotycznym zachwytem wdzięk panów w wieku pobaletowym, Dariusza Skowrońskiego i Piotra Tokarza, czy lekkość i finezję ruchów Filipa Perkowskiego, tancerza bez dwóch zdań tęgiego. Rozalia Mierzicka w długim monologu spowiada się z życia tancerki od najmłodszych lat ćwiczącej to samo zawinięcie stopą; jest w jej skargach utajony, a – dzięki humorowi całości – nieoczekiwany i naturalny hołd. Składany mocy twórczej tkwiącej w samym ruchu. I dziełu Piny Bausch, która odkonwencjonalizowała balet, złamała jego sterylność, pozwoliła na użycie skrajnie zróżnicowanych środków ekspresji, by uzyskiwać pożądaną temperaturę uczuć między ludźmi; to im służyć miało niedoskonałe ciało wykonawców.

Nie jestem specjalistą, nie wymienię przedstawień Piny Bausch, o których myślał Tomaszewski. Ale przecież nie muszę. Wystarczy mi patrzenie jak coś, co fundowane jest na komizmie czystego ruchu i bezpretensjonalnym kontakcie z widownią odlatuje w czystą lirykę, w surrealistyczne skojarzenia, w etiudy od czapy, które się łyka bez popijania, ponieważ nie trzeba ich wciskać w interpretacje, przesłania, czy nie daj Boże przykazania. Można się nimi po prostu bawić i delektować. A w tle jest jeszcze czule dobrana muzyka, Czajkowski, Beethoven, Debussy w wykonaniu Weroniki Krówki, która jest świetną pianistką, ale i urodzoną performerką; temperament aż wyrywa ją znad klawiatury do aktorskich wygłupów.

 

Mógłbym się czepiać. Tego, że Cezary Tomaszewski, jak mnóstwo reżyserów z jego i młodszych pokoleń, nie ma miary w oku. Nie wie, kiedy skończyć, nie rozumie, że spektakl nie może mieć pięciu finałów, bo się wzajemnie znoszą, że selekcja konceptów – owszem, bolesna – zawsze wychodzi całości na dobre. Miłośnik slapsticku wyraźnie nie doczytał, że gag w złotej epoce niemej komedii filmowej mógł mieć tylko trzy fazy: pierwszą, kiedy po prostu rozśmieszał, drugą, kiedy bawił przez powtórzenie i trzecią, ostatnią, która musiała (!) zawierać przewrotkę, zmianę, element zaskoczenia. Tomaszewski serwuje identyczne żarty po pięć, siedem razy i bywa to lekko irytujące. Ale przynajmniej chce się mądrze bawić, nie oddaje walkowerem tej elementarnej, ożywczej funkcji teatru w łapki taniej komercji.

Zabawą jest przygotowana w Komunie//Warszawa godzinna etiuda Cezary idzie na wojnę, gdzie źródłem komizmu jest zderzenie dostojnej patyny Śpiewnika domowego Stanisława Moniuszki z… komisją poborową. Czterech chłopaków walczy o kategorię A, wykonując wśród gimnastycznych ćwiczeń dziewiętnastowieczne pieśni: Prząśniczkę, Starego kaprala, a zwłaszcza Pieśń wojenną. Z potrzeby w potrzebę i z cwału w cwał, ze szańca na szaniec i z wału na wał! To rozkosz, to rozkosz jedyna rycerska drużyna, rycerski to stan. Zderzenie husarskiej wzniosłości z bokserkami i gołymi kolanami chłopaków jest piramidalnie śmieszne, a przy tym dobrze odtruwa opary pustego patosu, które coraz mocniej spowijają nasze życie publiczne. Ale żeby rzecz nie ograniczała się do wygłupu, Cezary Tomaszewski z całą swoją bezceremonialnością wtrynia między akrobatyczne popisy nieoczekiwaną parafrazę Popołudnia Fauna. Jego poborowi starannie wchodzą w pozy Wacława Niżyńskiego z baletu sprzed stu pięciu lat.

Tyle że Moniuszkę trzeba przyzwoicie śpiewać. A wśród czwórki wykonawców jeden śpiewa świetnie (i to na szczęście jemu powierzono większość partii), ale jest też kolega, którego muzykalność pasuje raczej do rozkazu Wojsko śpiew! podczas marszu na poligon.

Czy artystę to trapi? Cezary Tomaszewski pewnie zaprzeczy, w końcu tancerze w Pinie też są niefachowi, a w jego sławnym wiedeńskim eksperymencie, gdzie pokazał Wesołą wdówkę w wykonaniu czterech polskich sprzątaczek, wokal także nie był zapewne szczytem profesjonalizmu. Niedoskonałość może być tu prezentowana jako założenie. Aliści śmiem podejrzewać – choćby widząc, jak artysta dobiera muzykę do swoich przedsięwzięć – że w skrytości ducha chciałby swoje pomysły, łączące wysokie z niskim i klasykę z clownadą, móc zrealizować w gronie najwyższej klasy wokalnych profesjonalistów. Szedłby w ten sposób śladem twórcy, który powinien być mu naturalnym wzorem, choć nie wiem, czy się kiedyś zetknęli. To Christoph Marthaler, reżyser, którego spektakle przywożone przez Krystynę Meissner na Kontakt do Torunia rzucały nas na kolana w latach dziewięćdziesiątych. To były surrealistyczne opowieści rozgrywane na przykład w staroenerdowskiej świetlicy szybującej po chmurach, bezfabularne, oparte na dzikich skojarzeniach i zbitkach muzycznych. Ale wykonane przez śpiewaków, którzy potrafili czysto i brawurowo przejść z wielogłosowej kantaty Haendla prosto do piosenki Yes Sir I Can Boogie (z tym samym basso ostinato), wykonując po drodze wariactwa aktorskie. Tego typu frajda bez wątpienia się należy jednemu z najoryginalniejszych dziś twórców naszego teatru.

Wałbrzyskie widowisko Gdyby Pina nie paliła, to by żyła nie kończy się ani wspomnieniem Piny Bausch, ani dymkiem z papierosa. Kończy się gwałtowną, wręcz ekstatyczną chęcią ukazania widzom piękna księżycowego światła. W roli księżyca obsadzony jest brzuch Włodzimierza Dyły, wydobywany intensywnym snopem światła reflektora. W zapadającej wokół ciemności Weronika Krówka gra miniaturę Debussy’ego Clair de lune.

No, to niech nam przyświeca.

Jacek Sieradzki

 

Aldona Kopkiewicz GDYBY PINA NIE PALIŁA, TO BY ŻYŁA. Reżyseria i choreografia: Cezary Tomaszewski, współpraca dramaturgiczna: Marta Aksztin, Klaudia Hartung-Wójciak, scenografia i kostiumy: Bracia, opracowanie muzyczne: Weronika Krówka, światło: Antoni Grałek. Premiera w Teatrze Dramatycznym im. Szaniawskiego w Wałbrzychu 12 maja 2017.

CEZARY IDZIE NA WOJNĘ. Reżyseria Cezary Tomaszewski, realizatorzy: Bracia (Agnieszka Klepacka, Maciej Chorąży), Antoni Grałek, Justyna Wąsik, Klaudia Hartung-Wójciak. Premiera Komuny//Warszawa 8 lipca 2017.

AKTUALNOŚCI

Dodano: 01.06.2020 11:38

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce mające na celu zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom i współpracownikom pokaż więcej »

Dodano: 16.03.2020 08:12

Ograniczenie bezpośredniego dostępu oraz kontaktu z biurem OKiS w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2

Szanowni Państwo, w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2., w trosce o Państwa zdrowie i bezpieczeństwo: ograniczamy bezpośredni dostęp do biur OKiS i wprowadzamy wyłącznie zdalną obsługę naszych współpracowników oraz partnerów w całym Ośrodku Kultury i Sztuki we Wrocławiu. pokaż więcej »

Dodano: 27.10.2020 13:06

Dolnośląski Klucz Sukcesu dla Miesięcznika Odra!

Z radością informujemy, że Miesięcznik Odra, który wydajemy wraz z Instytutem Książki, został uhonorowany Dolnośląskim Kluczem Sukcesu za rok 2020 za  wybitne osiągnięcia w dziedzinie kultury i sztuki. pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 10:00

Zmarł Ludwik Flaszen

Z przykrością przyjęliśmy informację o śmierci Ludwika Flaszena, wrocławskiego wybitnego krytyka literackiego i teatralnego, eseisty, bliskiego współpracownika Jerzego Grotowskiego. pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 09:00

„CZASY ŻYWE” Marzeny Sadochy – nowy termin premiery

Z przykrością musimy Państwa poinformować, że premiera "Czasów żywych" w reż. Marzeny Sadochy nie może odbyć się w październikowym terminie. O nowej dacie poinformujemy niezwłocznie po jej potwierdzeniu. Zwrot biletów zakupionych przez system ekobilet.pl odbędzie się automatycznie. Więcej informacji już wkrótce. pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 08:00

Pomiędzy [w dobie Covid 19]/Between [in the era of Covid 19]

30 października - 27 listopada 2020, Galeria FOTO-GEN, pl. bpa Nankiera 8, Wrocław pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 07:00

Premiera LOTERII Stanisława Moniuszki w reż. Roberto Skolmowskiego

30 października 2020, Kudowa Zdrój, wstęp wolny pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 06:00

XIII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL HAŁDA JAZZ WAŁBRZYCH 2020

31 października - 1 grudnia 2020, Wałbrzych pokaż więcej »

Zapisz się do naszego newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych (pokaż całość)