Udostępnij:

Dodano:

21.09.2017 12:22

9/2017: POLSKIE MIODY Z ŁYŻKĄ DZIEGCIU . Wywiad z Januszem Tazbirem

POLSKIE MIODY Z ŁYŻKĄ DZIEGCIU

z prof. Januszem Tazbirem o narodowej megalomanii i narodowym duchu, Europianach, Ubu Królu, powieści historycznej, apokryfach, dziedzictwie sarmatyzmu, kompleksie zaborów i oczekiwaniu na normalność rozmawia Sergiusz Sterna-Wachowiak. Część II

 

Niepublikowany zapis spotkania prowadzonego 14 listopada 2013 roku przez Sergiusza Sternę-Wachowiaka w ramach cyklu Rozmowy przy Krakowskim Przedmieściu (w liczbie radykalnie pojedynczej). Janusz Tazbir zmarł 3 maja 2016 roku.

 

Sergiusz Sterna-Wachowiak: Zanim rozpoczniemy drugi akt rozmowy, zapowiem, że chciałbym poświęcić go naszej narodowej megalomanii.

 

POLSKA MEGALOMANIA

(Czyta Elżbieta Kijowska[1]) „Jeśli będziemy w XVI wieku szukać przejawów świadomości społecznej, wykraczającej poza granice jednego kraju, to na plan pierwszy trzeba wysunąć poczucie wspólnoty chrześcijańskiej, odziedziczone jeszcze po średniowieczu. W dalszej kolejności należy wymienić poczucie solidarności stanowej, niezwykle silne u szlachty, słabsze wśród mieszczan, nie istniejące prawie na wsi. Istotna była także świadomość wspólnoty słowiańskiej w jej różnorodnych przejawach. Świadomość europejska natomiast stanowiła tu chyba krąg najwęższy, ograniczony do cienkiej warstwy elity intelektualnej, rekrutującej się przede wszystkim spośród ludzi pióra.

Nie ulega wątpliwości, iż w dobie Odrodzenia ludzie dobrze znali nazwę swej rodzinnej miejscowości: wsi, miasteczka czy nawet stałej rezydencji królewskiej. Już tylko jednak część z nich wiedziała, w jakim kraju ta miejscowość leży, a nieliczni mogliby nazwać część świata, w której ich ojczyzna się znajduje.

W XVII stuleciu natomiast, kiedy do głosu dojdzie megalomania szlachecka, połączony z nią europocentryzm wywinduje Polaków niemalże na wierzchołek narodów świata. Skoro bowiem mieszkańcy naszego kontynentu mieli pod każdym względem (kulturalnym, politycznym, wyznaniowym) górować nad ludnością Afryki, Ameryki czy nawet Azji, Polacy zaś przewyższać wszystkie inne narody europejskie, to jest rzeczą jasną, iż tym samym stawali się elitą elit, narodem wybranym, zamieszkującym najprzedniejszą pod każdym względem część świata.

Nasz stosunek do zachodniej części kontynentu opierano na dwóch «dogmatach»: spichrza («Europa nas potrzebuje ze względów gospodarczych, ponieważ odżywia się głównie polskim zbożem») oraz przedmurza («jesteśmy jej niezbędni jako osłona militarna»). Wyprowadzano z tego wniosek, jakże niebezpieczny dla istnienia Rzeczypospolitej: Zachód nie dopuści do zniknięcia państwa polskiego z politycznej mapy kontynentu. Oświecenie miało nas brutalnie obudzić z tego snu – raptem zmierzono odległość dzielącą ojczyznę «walecznych Sarmatów» od państw zachodniej Europy, co w XVII, a tym bardziej w XVI wieku nikomu jeszcze do głowy nie przychodziło. Wyniki tych pomiarów zawarł Stanisław Staszic w słynnym, wielokrotnie cytowanym zdaniu: «Polska dopiero w wieku XV, cała Europa już wiek XVIII kończy». Czarny rok 1795 nie przekreślił wszakże wiary naszej elity intelektualnej w istnienie europejskiej wspólnoty cywilizacyjnej, do której i my – od chwili przyjęcia chrześcijaństwa – stale należymy.

Wśród zasadniczych zworników tej właśnie wspólnoty należy wymienić po pierwsze uniwersalny język, jakim była panująca powszechnie łacina, ów niezbędny pośrednik w kontaktach intelektualnych. Dopiero od połowy XVII stulecia zaczyna ją wypierać francuski, który z kolei już na naszych oczach dość szybko ustępuje pola angielskiemu. Język Cezara i Cycerona nie tylko zachował swą dominującą pozycję w tych dziedzinach nauki, w których sprawy precyzji terminologicznej odgrywały tak doniosłą rolę (teologia czy filozofia), ale występował dość często również w literaturze pięknej, zwłaszcza w poezji. Zjawisko dwujęzyczności występuje u wielu luminarzy piśmiennictwa doby renesansu, że wymienimy tylko Stanisława Orzechowskiego czy Jana Kochanowskiego. Z kolei w XVII stuleciu na dalekich wschodnich kresach Rzeczypospolitej ci sami poeci będą pisywać jednocześnie w trzech językach: po łacinie, po polsku i po rusku.

Współczesnymi literaturami zachodniej Europy niezbyt się w Polsce XVI wieku interesowano – znajomość dzieł włoskich, francuskich, hiszpańskich lub angielskich była słaba, jeśli docierały one w językach oryginału. Natomiast łacińskie przekłady zapewniały im popularność nad Wisłą, Niemnem i Dnieprem, przy czym Erazm z Rotterdamu, Buchanan, Vives czy Lipsius byli odbierani jako pisarze europejscy. W analogiczny sposób traktowano poza granicami Rzeczypospolitej Hozjusza, Kromera, Frycza Modrzewskiego, a w XVII stuleciu Sarbiewskiego. I nikt się zbytnio nie zastanawiał nad narodowością tych pisarzy: Sarbiewskiego nazywano chrześcijańskim (a nie polskim!) Horacym.

Wspólnota kulturowa, oparta na korzystaniu z dorobku cywilizacji antycznej, była więc ważniejsza od współczesnych podziałów etnicznych”.

Sergiusz Sterna-Wachowiak: Panie profesorze, rozmawialiśmy o polskiej tolerancji i byliśmy może blisko idyllicznego obrazu ojczyzny przodków, a w tym sensie nas samych, ale to nie jest cała prawda. Kiedyś użył pan terminu: Europianie. W pierwszym skojarzeniu pomyślałem, że z jakichś powodów myśli pan o Polakach jako Indianach Europy. Okazało się jednak, że to była pierwsza próba, Sebastiana Klonowica, znalezienia polskiego odpowiednika na określenie Polaków jako Europejczyków. Obraz Polski, która nie miała królobójców, podobno nie prowadziła wojen zajazdowych, nie nawracała siłą, była otwarta i tolerancyjna, jest jednak zmącony. Bo niby dlaczego rozpoznajemy się skrycie na przykład w bohaterach powstałej na początku XX wieku sztuki Alfreda Jarry’ego Ubu król, czyli Polacy? Każde pokolenie dwudziestowiecznych Polaków próbuje nawet po swojemu interpretować komedię o królu Ubu, tyranie i chamie, człowieku kartoflanym, szukając aktualnego Ubu w Polaku lub raczej Ubu, rządzącego Polakami. Najpierw miał to być Gomułka, potem Gierek, dalej generał Jaruzelski, w końcu nawet Lech Wałęsa.

Janusz Tazbir: Ja odmówiłbym poecie, po prostu, prawa do formułowania jakichś generalizujących syntez. To jest spojrzenie poetyckie, to znaczy: Jarry zakłada, że to się dzieje „w Polsce, czyli nigdzie”, w jakimś kraju, którego nie ma na mapie. W Polsce krążyła legenda – ustaliłem, skąd przyszła – że Zygmunt Stary mówił jakiemuś władcy, przechwalającemu się potęgą swojego państwa: ale ja się mogę bezpiecznie przespać na piersiach każdego z poddanych, bo wiem, że nic mi z jego strony nie grozi.

Król Polski mówił chyba nawet o łonie…

– Na łonie, no dobrze. „Brust”, to jest powiedzenie z niemieckiego, przypisywane jednemu z książąt niemieckich. Poza tym trzeba powiedzieć, że były przypadki nietolerancji w drugiej połowie XVII stulecia. Rzeczywiście, Polska byłaby jakimś rajem, gdyby takich przypadków nie było. Ale ja się nie dziwię, że aż do połowy XVII wieku Polacy czuli się na szczycie szczytów, bo uważali, że osiągnęli taki stopień wolności, którego nie osiągnięto w innych państwach. Według mnie wolność – Anna Grześkowiak-Krwawicz poświęciła temu liczne studia – była narkotykiem narodu szlacheckiego, pod którego działaniem on usnął w poczuciu bezpieczeństwa. W związku z tym jeszcze w XVIII stuleciu ufano, że nie grożą nam podziały, że poza wszystkim jesteśmy spichlerzem i puklerzem dla Europy, więc inne państwa się nie zgodzą, żeby któreś nas pochłonęło, bo to wzmocniłoby kosztem innych jego potęgę. A to, że te państwa mogą się zmówić na wspólny rozbiór Polski, to do głowy nikomu w Polsce nie przychodziło.

Tak się złożyło, że niedawno pisałem recenzję z edycji pamiętników Stanisława Augusta Poniatowskiego, którą zatytułowałem Europejczyk i Sarmaci. Otóż Stanisław August uważał, że jego koledzy po fachu, którzy byli ludźmi Oświecenia, nie zrobią mu świństwa, żeby przystąpić do rozbiorów, depcząc wszelkie prawa moralne, panujące między narodami. To było jakieś brutalne obudzenie się ze snu narkotycznego. Jak pan przejrzy na przykład teksty pochodzące z XVII stulecia, to słowo „wolność” jest tam odmieniane przez wszystkie przypadki, nieustannie. Może inne narody mają płodniejszą glebę, może gdzieś jest, jak pisano, meksykańskie złoto, ale my mamy taki wymiar daleko posuniętej wolności, że inne narody o tym nawet marzyć nie mogą.

Istotnie, gdy porównywali się z Rosją… W Rosji był okropny obyczaj, że jeśli były publiczne egzekucje, poprzedzane torturami, to kat mógł powołać dowolnego ze świadków egzekucji na pomocnika i ten nie mógł odmówić, bo inaczej czekała go podobna dola, co skazanego. W Rosji opozycja polityczna była uważana za przestępstwo, u nas za obowiązek obywatela. Nie jest też rzeczą przypadku, że jak w XIX wieku Czaadajewa osadzono w szpitalu psychiatrycznym, tak i opozycjonistów dwudziestowiecznych zamykano w psychuszce, w Rosji stalinowskiej i nie tylko za Stalina. Pod tym względem rzeczywiście wyprzedzaliśmy inne kraje Europy, ale to jej imponowało dopóty, dopóki Polska była mocarstwem. Z chwilą, gdy zaczęła ponosić klęski, gdy w drugiej połowie XVII stulecia zaczęło uszczuplać się jej terytorium, zupełnie inaczej patrzono na nasze osiągnięcia na polu tolerancji i swobód obywatelskich.

Nasza narodowa megalomania – nie chcę powiedzieć, że wyłącznie polska, bo i w innych narodach się zdarzała – wywoływała mitomanię i egotyzm. Ksiądz Dębołęcki w 1633 roku w Wywodzie jedynowładnego państwa świata pisał, że Adam i Ewa rozmawiali w Raju po polsku, który był pierwszym językiem ludzi (śmiech), a jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym Sas-Zubrzycki w „Sławie” twierdził, że wąwozy tatrzańskie nie są dziełem natury, tylko sarmackich Słowian, którzy cudownym sposobem wydrążyli w masywach górskich świątynie. (śmiech) W krainę śmieszności wkraczają ci – pisze pan – którzy z fałszywie pojętego patriotyzmu wierzą w istnienie Jana z Kolna, rzekomego odkrywcy Ameryki, w polskie pochodzenie Gottfrieda Leibniza (miał się rzekomo wywodzić z Lubienieckich), Arthura Schopenhauera czy Juliusza Verne’a. Gdzie przebiega granica, oddzielająca inspirujące naszą kulturę mity od mitomanii?

– Granica zostaje wyraźnie przekroczona, kiedy mit zastępuje racjonalne myślenie polityczne. Ale ja się tej szlachcie trochę nie dziwię, że w pewnym momencie popadła w samouwielbienie. To był tak szybki awans cywilizacyjny i polityczny, że mogło jej się w głowie zakręcić i zakręciło się na parę pokoleń. Natomiast w XIX stuleciu mitomania wyraziła się chyba w dwóch rzeczach. Po pierwsze, w przekonaniu, że myśmy tyle zrobili dla Europy, że Europa powinna nam się odwdzięczyć i pomóc w wybiciu się na niepodległość. I po drugie, że nasze wzorce ustrojowe powinny być powielone i naśladowane w innych krajach, a wtedy będzie dobrze. Przecież, nie uchybiając wieszczowi Mickiewiczowi, szerzył on megalomanię narodową w ten sposób, że my niesiemy ewangelię prawdy i wolności do innych ludów, a jesteśmy tak źle przez te inne ludy traktowani. Jeszcze raz podkreślam: to był niebezpieczny politycznie narkotyk, jednocześnie przeplatający się z wymyślaniami pod adresem Polaków, czego niektórzy autorzy nie szczędzili. Na ogół jednak wspomnienia polskiej wolności znajdowały posłuch w XIX wieku, bo czym się mieli nasi przodkowie pocieszać, jak nie wspaniałą przeszłością?

Dziś niektórzy historycy, zwłaszcza krakowscy, występują z twierdzeniem, że w Polsce dwa razy istniał złoty wiek, w stuleciach XVI i XIX. Jakkolwiek brzmiałoby to dziwnie, w XIx wieku następuje tryumf cywilizacyjny kultury polskiej, bo następuje polszczenie się tych urzędników austriackich i niemieckich, którzy przybywają na nasze ziemie i przyswajają sobie obyczaj polski. Na ten temat Krystyn Ostrowski napisał w zabawnym dwuwierszu: Spolszczony Niemiec cześć powszechną budzi, / zniemczony Polak jest ostatni z ludzi. Widzimy tu tę „cześć powszechną” dlatego, że mieliśmy zdolności asymilacyjne, a rozkwit malarstwa, rozkwit powieści historycznej – to wszystko budziło podziw w innych krajach. Świadczyło, że żyjemy i domagamy się wyjścia na niepodległość.

[1] Janusz Tazbir, Świadomość europejska Polaków, w tomie zbiorowym: Europa. Fundamenty jedności, redakcja: Aniela Dylus, Warszawa 1999, s. 66‒67. (…)

Więcej we wrześniowym numerze Odry

AKTUALNOŚCI

Dodano: 01.06.2020 11:38

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce

Zasady dotyczące funkcjonowania OKIS w trakcie epidemii COVID-19 w Polsce mające na celu zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom i współpracownikom pokaż więcej »

Dodano: 16.03.2020 08:12

Ograniczenie bezpośredniego dostępu oraz kontaktu z biurem OKiS w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2

Szanowni Państwo, w związku z istniejącym zagrożeniem zakażenia koronawirusem SARS-COV-2., w trosce o Państwa zdrowie i bezpieczeństwo: ograniczamy bezpośredni dostęp do biur OKiS i wprowadzamy wyłącznie zdalną obsługę naszych współpracowników oraz partnerów w całym Ośrodku Kultury i Sztuki we Wrocławiu. pokaż więcej »

Dodano: 27.10.2020 13:06

Dolnośląski Klucz Sukcesu dla Miesięcznika Odra!

Z radością informujemy, że Miesięcznik Odra, który wydajemy wraz z Instytutem Książki, został uhonorowany Dolnośląskim Kluczem Sukcesu za rok 2020 za  wybitne osiągnięcia w dziedzinie kultury i sztuki. pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 10:00

Zmarł Ludwik Flaszen

Z przykrością przyjęliśmy informację o śmierci Ludwika Flaszena, wrocławskiego wybitnego krytyka literackiego i teatralnego, eseisty, bliskiego współpracownika Jerzego Grotowskiego. pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 09:00

„CZASY ŻYWE” Marzeny Sadochy – premiera

29, 30 października 2020, godz. 19.00, Sala Teatru Laboratorium, Rynek Ratusz 27, Wrocław pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 08:00

Pomiędzy [w dobie Covid 19]/Between [in the era of Covid 19]

30 października - 27 listopada 2020, Galeria FOTO-GEN, pl. bpa Nankiera 8, Wrocław pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 07:00

Premiera LOTERII Stanisława Moniuszki w reż. Roberto Skolmowskiego

30 października 2020, Kudowa Zdrój, wstęp wolny pokaż więcej »

Dodano: 26.10.2020 06:00

XIII MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL HAŁDA JAZZ WAŁBRZYCH 2020

31 października - 1 grudnia 2020, Wałbrzych pokaż więcej »

Zapisz się do naszego newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych (pokaż całość)