Udostępnij:

Dodano:

01.03.2026 00:00

8 ARKUSZ. 2/2026

ÓSMY ARKUSZ ODRY

 

PODSUMOWANIA I PROGNOZY

 

Nie tylko przełomy wieków, ale przecież także wejście w nowe półwiecze czy – tak jak w przypadku rozpoczęcia 2026 roku – zamknięcie ćwierćwiecza są zawsze dobrymi momentami, by sprawdzić, w jakim kierunku zmierza literatura. Dlatego w lutowym numerze „Ósmego Arkusza” przyjrzymy się temu, co miało miejsce w polskiej poezji ostatnich dekad, a także temu, co ciekawego wydarzyło się w 2025 roku w literaturze. Jakie zmiany, poetyki i tendencje przyniosło ćwierćwiecze XXI wieku? Co zostało z tych ponad dwóch dekad, czy można mówić o ciągłościach, tradycjach, kontynuacjach? O przeszłość i dalsze losy poezji polskiej zapytaliśmy Barbarę Rojek, Aleksandrę Małecką, Wojciecha Kopcia, Michała Memeszewskiego i Olgę Żyminkowską. Ponadto w części poetyckiej prezentujemy wiersz Anny Adamowicz z jej nadchodzącej książki Marne oraz zestaw wierszy Agaty Puwalskiej, która niedawno wydała swoją kolejną książkę Alis Ubbo. Na koniec przygotowaliśmy recenzję (pozornie) kontrowersyjnego tomu Kubek na tsunami Justyny Bargielskiej; z książką zmierzyła się Karolina Górnicka. Niniejszy numer Ósmego Arkusza jest zarazem ostatnim, który ukazuje się w obecnym składzie redakcyjnym. Dziękujemy autorkom i autorom, a także czytelniczkom i czytelnikom za dwa lata uważnych lektur i dialogu o najnowszej literaturze.

 

Sonia Nowacka, Adam Pietryga

 

fot. Maciek Bielawski

 

PODSUMOWANIA ÓSMEGO ARKUSZA

 

  1. Co ostatnie 25 lat wniosło do poezji polskiej? Czy zaszły w niej istotne zmiany, czy był to czas przestoju? Co przetrwało z poprzedniego wieku?
  2. Co zaskoczyło Cię w literaturze roku 2025?

 

 

Barbara Rojek

 

Trzy człony tego pytania mogłyby posłużyć za trzy części opasłego tomiska, w którym ktoś wystarczająco kompetentny zapewne byłby w stanie udzielić na nie syntetycznej odpowiedzi. Jego praca mogłaby posłużyć przyszłym studentom polonistyki jako podręcznik ćwierćwiecza. Sama chciałabym przeczytać taką książkę. . Stąd też w skromnej odpowiedzi w ankiecie trudno się nie załamać pod ogromem kwestii. Powiem więc krótko: z pewnością zaszły w niej istotne zmiany, gdyż wskazać można wiele nazwisk, bez których trudno wyobrazić sobie współczesną polską poezję. Są to nazwiska zarówno z przełomu wieków, z początku stulecia, a także z ostatnich lat. Jednocześnie wydaje się, że takie wyliczenie dykcji dałoby się w jakiś sposób uczynić kumulatywnym – wskazać, w jaki sposób stawki wcześniejsze pozwoliły na powstanie rozwiązań późniejszych. Dobrze widać to chociażby w zaproponowanej ostatnio przez Wojciecha Kopcia kategorii „postpułkowskiego modelu zaangażowania”, za pomocą którego autor podkreśla współczesną nierozłączność myślenia o stawkach politycznych poezji od kwestii wysokiej złożoności formalnej i samozwrotnej refleksji wiersza nad podmiotem, metaforą, stosunkiem do innych utworów z książki czy cyklu.

 

Z jednej strony jeszcze lepsze, świadczące o ciągłej rozbudowie projektów poetyckich kolejne książki rozwijających się poetów i poetek: Wojciecha Kopcia, Jakuba Sęczyka, Justyny Kulikowskiej, Krzysztofa Pietrali, Kaspra Pfeifera. Z drugiej strony niestety również brak zapadających w pamięć debiutów poetyckich. W obu przypadkach jednak nie można mówić o pełnoprawnym zaskoczeniu: wymienieni poeci należą do najciekawszych współczesnych twórców; brak wyrazistych debiutów zaś zdaje się bolączką wykraczającą poza ubiegły rok.

 

 

Wojciech Kopeć

 

Trudno w kilkunastu zdaniach scharakteryzować tak rozległy okres, wybiorę więc parę zjawisk, które uznaję za najciekawsze i najistotniejsze dla ostatnich dwudziestu pięciu lat.

Po pierwsze: zwrot polityczny. Pisano o nim już wszędzie i debatowano, więc nie ma się chyba co powtarzać – wiadomo, jaką miał swego czasu wagę dla polskiej poezji. Na tym polu szczególnie doceniłbym dykcje, które społeczne i polityczne problemy ujmowały w ramy językowych procedur i struktur: niech będzie Maciej Taranek, Justyna Kulikowska i Radosław Jurczak. Coś, co nazwałbym „postpułkowskim modelem zaangażowania” zostanie prawdopodobnie z nami jeszcze na dość długo, tym bardziej że co najmniej trzy (jedne z ciekawszych) poetyckie książki 2025 roku wciąż w jakiś sposób nawiązują do tej formy wiersza.

Po drugie: ogólnie ujmując, zdecydowanie większa obecność poetyk nawiązujących do historycznej awangardy. Chyba właśnie w XXI wieku polska poezja odnalazła wcześniej nieobecny za bardzo w niej surrealizm i dadaizm. Oczywiście moglibyśmy się spierać o terminologię, ale inspiracje te widać czy to w poezji z okolic Cyca Gada (zwłaszcza u Andrzeja Szpindlera), czy w książkach MLB, Ryby, czy w końcu w dokonaniach Rozdzielczości Chleba i Krakowskiej Szkoły Poezji. Oczywiście w parze z poetycką praktyką szło również wzmożone zainteresowanie awangardą na poziomie naukowym i teoretycznym – to już sprawa zwłaszcza ostatnich pięciu-sześciu lat. Z innej jeszcze strony: swoje ważne miejsce miały poetyki spod znaku konstruktywizmu. Zarówno te wyrastające z minimalistycznej formy, prezentujące często coś w rodzaju komunikacyjnego glitchu, ujmujące wiersze jako plany kompozycji (Natalia Malek, Ilona Witkowska, Szymon Bira), jak i te nawiązujące wprost do przedwojennego konstruktywizmu (Agata Puwalska).

Po trzecie: jak sądzę, dopiero w ciągu ostatnich dwudziestu paru lat wykształciła się formuła książki poetyckiej, która zawiera około trzydziestu wierszy i jest poświęcona jednemu zagadnieniu czy tematowi. Ta formuła miała swoje ciekawsze realizacje (jak choćby Animalia Anny Adamowicz) i mniej udane, w których tematy dają się sprowadzić do prostych haseł o tożsamości czy naiwnego literackiego aktywizmu. Bardzo szerokie zjawisko „powrotu do tematu” (pomysł na takie ujęcie podrzucił mi Radosław Jurczak – dziękuję!) mogłoby być reakcją na paradygmat poezji „niezrozumiałej” – twórczość Sosnowskiego, Pióry oraz autorów, którzy w pierwszej dekadzie XXI wieku pozostawali z nimi w twórczym dialogu (Tomasz Pułka, Marcin Czerkasow), ukształtowaną pod wpływem szkoły nowojorskiej.

 

2.

Zasadniczo niewiele (skoro głównym tematem ankiety jest polska poezja, to ograniczam się tylko do tego poletka). Te książki, wydane w 2025 roku, które uważam za szczególnie udane, nie zostały napisane przez debiutantów, ale poetów i poetki z co najmniej jednym tomem na koncie (Justyna Kulikowska, Jakub Sęczyk, Kasper Pfeifer, Agata Puwalska, Przemysław Suchanecki). Nawet jeśli wychodziły poza dotychczasowe ramy twórczości ich autorów, proponowały coś nowego, to każda z nich raczej kontynuowała ustaloną poetykę niż zrywała z nią. Jeśli chodzi o debiuty – pozytywnie zaskoczył mnie Gap Dominiki Filipowicz. Były też książki, które zaskoczyły mnie w negatywnym sensie. Ciekawił mnie poetycki powrót M.K.E. Baczewskiego, niestety Elegancki przedmiot na biurko okazał się zestawem bardzo przeterminowanych i oczywistych chwytów, które dałoby się sprowadzić do pustej elokwencji w służbie niekończącej się nigdy „gry z odbiorcą”.

 

 

Olga Żyminkowska

 

Od zawsze jest we mnie dziecinna radość z tego, że urodziłam się trzy miesiące przed rokiem 2000. Tak jakby ’99 wiązało mnie symbolicznie z dwudziestowieczną, w domyśle: lepszą generacją. I nawet jeśli tak jest, to przecież pytanie o dwadzieścia pięć lat polskiej poezji stawia mnie w kłopotliwym położeniu.

Myślę nad cezurą roku 2000. Wtedy to Nagrodę Nike otrzymuje Tadeusz Różewicz za tom Matka odchodzi. Wiek XX nie odchodzi jednak razem z matką, która jak wiadomo, zawsze siedzi z tyłu. Dwudziesty pierwszy nadal bawi się w fort-da, w swoim widmowym wykolejeniu. Umyślnie i może wymyślnie nawiązuję do Widm Marksa Derridy, książki z roku 1993. Drugie tysiąclecie nawiedza przecież nie tylko przeszłość, ale i to, co nadchodzi. I nie myślę tym razem o Marksie. Różne były przepowiednie na nowy wiek – odyseja kosmiczna, koniec historii, sztuki, człowieka, wreszcie poezji. Prowadzono rozmowy na koniec wieku i na nowy wiek. Niektórzy nawet, tak jak Thomas Bernhard, każdemu myślącemu człowiekowi radzili popełnić samobójstwo przed przełomem tysiącleci. Coś przecież musiało się zmienić i po cichu fantazjowali o tym wszyscy.

 

A jednak odeszli – dawni mistrzowie, fundatorzy nowych języków, powojenni mocarze. Od Miłosza (2004) przez Szymborską (2012), Różewicza (2014), Rymkiewicza (2022), aż do Miłobędzkiej (2025). Przyszli nowi, bez wojennego tobołka. Można by wyliczać, z pewnością wiele nazwisk na to zasługuje, ale takie litanie zawsze kończą się awanturą, towarzyskim faux pas. Można podzielić ich wszystkich na grupy, wepchnąć do szuflad, ot na przykład: poetki krajobrazu, niezmordowani awangardyści, młodzi neoszamani, slamerzy i performerzy, poeci barykadowi, wyznawcy szkoły z Mikołowa i Krakowa, niestrudzeni kawalarze, poetki powściągliwej frazy, kolorowe queery.

Długo by można na ten temat. Szaleństwo katalogowania to przypadłość literaturoznawców. Dolegliwość smutna, bo kiedyś trzeba postawić kropkę, wyczerpać zbiór, narazić się innym profesorom. Polska poezja, tak jak ją widzę, nie ma dziś głównego nurtu. Istnieją wpływy i nawiązania w obrębie wymienionych kategorii (zresztą tylko pokazowych), z którymi żaden poeta się nie zgodzi. Uszami wyobraźni słyszę już okrzyki sprzeciwu – uzasadnione zresztą, bo każdy broni wyjątkowości swojego idiomu. Nie zgadzają się ze sobą czasem nagrody literackie, których w XXI wieku znacznie przybyło, częściowo zastępując i rozleniwiając krytykę. „Klasycy” z Nagrody im. Gałczyńskiego nie zrozumieją werdyktów Silesiusa i Gdyni, i odwrotnie. Wielu narzekać będzie na Nike i jej głównonurtowe, „lewomyślne” wybory. Niektórzy zachwycać się będą slamami, upatrując w nich ożywczy napój dla rzekomo zblazowanej poezji. Każdy wierszowy potworek może mieć dziś swoich wyznawców, dowodem popularność tzw. open mike-ów. Nie trzeba specjalnej wnikliwości, by stwierdzić, że dzieje się w poezji sporo, nawet coraz więcej, bo i język przeobraża się z szaloną prędkością. Czasy takiej wielości mogą budzić chęć ucieczki, zamilknięcia, zgrywy albo radykalnej nowości. Nie namawiam bynajmniej do popełnienia samobójstwa na przełomie ćwierćwiecza. Może jedynie do wyobrażenia sobie widma ostatniego poety. Tego, który ziewa.

 

Cieszę się z małego powrotu polemik literackich (spór o łzy na łamach „Dziennika Literackiego”, awantura o „šalamunizm” w polskiej poezji czy utarczki wokół ostatniej książki Dawida Kujawy). To na ogół dobry barometr literackiego zeitgeistu.

Niezmiennie kibicuję tłumaczom, którzy przypominają świetne francuskie książki. W tym roku Tomasz Swoboda, Krzysztof Umiński, Mateusz Kwaterko, Jan Maria Kłoczowski – by wymienić tylko niektórych.

 

 

Aleksandra Małecka

 

Ze względu na brak specjalistycznych kompetencji kierunkowych w temacie historycznym zaprezentuję spojrzenie z perspektywy najsubiektywniej osobistej. W roku 2000 miałam 9 lat, wczesne lata dwutysięczne mogę rekonstruować jedynie z opowieści kolegów. Ja sama w okresie nastoletnim z poezji czytałam właśnie wiek XX,: np. Gałczyńskiego, Poświatowską, Barańczaka (obu panów też przekłady).

W kwestii wieku XX wydaje mi się, że sprawa jest prosta – kanon się nie zmieni, może ktoś jeszcze zostanie wygrzebany z zapomnienia (jak to było z Ginczanką) lub odczytany w nowym świetle. Z ciekawostek – wśród młodzieży podobno panuje teraz zajawka na ekstatyczne oblicze Miłosza (Czesława).

Na osiemnastkę (2009) mama kupiła mi wiersze zebrane Świetlickiego – który na pewno już się zapisał w historii literackiej – miałam w planach do nich zaglądać, ale jakoś nie było okazji. Potem jako studentka lingwistyki i amerykanistyki zapoznawałam się z kanonem anglojęzycznym i frankofońskim.

Moja osobista przygoda ze środowiskiem literackim zaczęła się w roku 2012. Wtedy wszyscy przeżywali śmierć Tomka Pułki (istotny, sądząc choćby po już powstałej monumentalnej jak na poetę z jego roczników bibliografii akademickiej). Ze strony Ha!artu pobrano wówczas 80 tys. pdf-ów z jego ostatnim tomem.

Jakoś tamtego lub kolejnego roku w Warszawie zajrzałam na festiwal Manifestacje poetyckie – tamto środowisko poetyckie zrobiło na mnie smętne wrażenie, nie wydało mi się nęcące. Interesowały mnie wtedy ewentualnie wybryki Rozdzielczości Chleba (zostanie jako istotna być może w niszy cyber, podpartej akademicko).

Osobista znajomość z piszącymi jest dla mnie cenna, dopełnia obrazu.

Pierwszym żywym poetą, którego poznałam (koło 2014?), był Konrad Góra, postać (choć jego samego, jak twierdzi, nie interesują recenzje jego osoby). Osobna twórczość Góry odhacza, że przestoju nie było.

Potem moją przewodniczką po krajobrazie środkowych lat nastych stała się Maja Staśko, którą jako reprezentantkę redakcji „Wakatu” (wówczas w pewnych kręgach bardzo modnego) zapoznaliśmy z mężem w Bydgoszczy na jakimś evencie czasopiśmienniczym, a śledziliśmy w sieci już wcześniej jako awanturnicę i mąciwodę.

Tu warto otworzyć nawias ogólnoliteracki: czas ten co do zasady przyniósł przemianę obyczajową w zakresie norm traktowania in personam młodych osób, w szczególności kobiet, ale nie tylko, w środowisku literackim. Przemiana na korzyść. Pewne zachowania, choć nadal niestety miewają miejsce, dużo mniej uchodzą.

Wkrótce po zadzierzgnięciu znajomości ze Staśko, wówczas doktorantką polonistyki, uknułyśmy projekt serii poetyckiej w Ha!arcie, pod modnym wówczas hasłem zaangażowania. Warto odnotować, że szał na zaangażowanie dość szybko się rozwodnił, bo okazało się, że taka zwykła tożsamościówka, jaka święci triumfy po dziś dzień, poetycko nie jest znowu aż taka interesująca, a zaangażowanie można rozumieć tak szeroko, że właściwie jak się dobrze przymierzyć, to każdą poezję można w jakieś zaangażowanie ubrać (przykładem nasza własna komunikacja nt. debiutu Kosendy jako zaangażowanego w dziwność).

Staśko miała świetne rozeznanie, jej typy, które pamiętam z rozmów w tamtym czasie (Pietrek, Janiak) przynajmniej z perspektywy na dziś okazały się trafne. Trzeba oddać jej też sprawiedliwość, że to ona upierała się emfatycznie, że trzeba wydać debiut Kulikowskiej.

Nawias drugi: wyrównała się reprezentacja, ułatwił się w ogóle dostęp do publikacji debiutu, zapewne za sprawą uwarunkowań materialnych – druku cyfrowego.

I nawias trzeci: projekty krytyczne polonistów dziś około trzydziestoletnich – zobaczymy, co z nich zostanie, ale wniosły dużo fajnej świeżości i odrodziły poniekąd koncepcję „projektu krytycznego”, która trochę przymarła jakoś w połowie omawianego ćwierćwiecza. To gra długoterminowa, rozpisana na dekady, ale niektórym obiecująco idzie – pewnie Ci, którzy wytrwają w akademii, mają lepsze szanse podtrzymać projekt.

W roku 2017 poznałam Miłosza Biedrzyckiego i Roberta Rybickiego, który rok wcześniej osiadł w Krakowie (obaj nadistotni!) – ta znajomość okazała się przełomem w moim rozumieniu poezji i poetów, trudno to zwięźle opisać. Stanowi to wycinek ich działań, jednak trzymając się perspektywy osobistej, odnotuję, że panowie włączyli się w różnych rolach we współpracę w Ha!arcie, jako autorzy, mentorzy, redaktorzy, konsultanci i przede wszystkim współuczestnicy życia literackiego, w którym w ich wykonaniu poezja i życie splatają się tak, że trudno wyszczególniać i rozdzielać.

Nawias czwarty: emancypacja kompetentnych poetycko redaktorów po okresie, jak mi się wydaje, bezhołowia z lat nastych, gdzie w wielu miejscach przeważnie jak sobie napisałeś, tak ci wydali, to kolejna warta odnotowania przemiana zaszła w tym okresie.

 

Zaskoczyło mnie jak momentami zabawna jest książka Bez znieczulenia Marcina Kąckiego. A propos – w moim osobistym postrzeganiu polskiej literatury dopełnia się postępująca od jakiegoś czasu emancypacja od oglądania się na gusty stołeczne, dociera do mnie, że to zupełnie inny obieg niż ten, który mnie interesuje. W jakimś sensie zaskoczyłam sama siebie tą przemianą, jeśli porównać, że jeszcze parę lat temu nie byłam wolna od przejęcia w tej sprawie.

Towarzyskie odkrycia tego roku to dla mnie para Łępicka-Kopeć i na powrót Górniak.

Największą ekscytację literacką w całym roku odczułam, czytając opowiadanie Prompt autorstwa anonimowego autora (Anon 77) nadesłane do czasopisma „Ha!art”. Miało taki flow, że już od pierwszych zdań wiadomo było, że to jest do wydania. Piękne uczucie, życzę go sobie jak najwięcej w przyszłości.

 

 

Michał Memeszewski

 

1.

Cóż, po pierwsze: urodziłem się ja, dla mnie to całkiem znacząca zmiana!

Mówiąc poważnie: wydarzyło się sporo rzeczy, ćwierć wieku to przecież w historii najnowszej strasznie długo (i nie wydaje mi się, by była to jedynie kwestia bliskiej perspektywy i niewyselekcjonowanego materiału). Trudno w adekwatny sposób ugryźć taki kawał czasu, tym bardziej nieobramowany żadnymi wydarzeniami, które moglibyśmy uznać za graniczne, wyodrębniające w periodyzacji te ostatnie dwadzieścia pięć lat. W przypadku roku 2000 można by jeszcze wskazać debiut Roberta Rybickiego Kod genetyczny, a 2025 – premierę Kubka na tsunami Justyny Bargielskiej, pierwszą książkę poetycką uznanej autorki napisanej we „współpracy” ze sztuczną inteligencją – ale pierwszy przypadek, choć oczywiście ważny, jeszcze nie stanowi o przełomie, drugi jest zbyt niedawny, by oceniać jego skutki.

Rzecz jasna, spojrzenie na dwie i pół dekady zawsze będzie fragmentaryczne, wybiórcze, ograniczone do wybranych wątków, z których perspektywy można śledzić kolejne sploty wydarzeń; samych tych wątków jednak wyliczyłbym całkiem sporo, a wyodrębnienie ich z grona pozostałych jest arbitralne: wszystko reaguje ze wszystkim. Dlatego ograniczę się do kilku dla mnie najciekawszych.

Po pierwsze: burzliwa trajektoria kategorii zaangażowania (czy szerzej: polityczności) od pojęcia problematycznego, kontrowersyjnego (wypieranego bądź eksponowanego), przez liczne dyskusje i wystąpienia (mam tu przede wszystkim na myśli publikację antologii Zebrało się śliny oraz towarzyszące jej debaty), po rozpowszechnienie, normalizację i krytykę jako zbyt łatwej łatki, za prostego wytrycha interpretacyjnego, pozwalającego ograć kolejne książki poetyckie, dla których polityczny wymiar gestu poetyckiego był nie naddatkowy, ale dla tegoż gestu integralny i oczywisty (od zaangażowania – ale nie polityczności – dystansował się w taki sposób Radosław Jurczak w opublikowanej w 2020 roku rozmowie, towarzyszącej premierze jego drugiego tomiku poetyckiego, Zakłady holenderskie). Zaangażowanie – kojarzone z nim dykcje, zabiegi, konwencje, retoryka – uległo w końcu utrwaleniu i jako takie jest łatwo reprodukowalne; dlatego właśnie poezja slamowa, jak celnie stwierdza Jakub Skurtys w opublikowanym w „Małym Formacie” podsumowaniu debiutów z roku 2024, w swoim politycznym wydaniu tak często wyciąga „średni[ą] statystyczn[ą] albo sam[ą] esencj[ę] literatury zaangażowanej”. Jako moment wyczerpania się kategorii zaangażowania widziałbym właśnie okolice roku 2020, co ciekawe przynoszące jednocześnie nasilenie wystąpień, które podkreślają związek problemów społeczno-politycznych z literaturą (jak antologia Jak długo będziemy musieli, zredagowana przez Ewelinę Krupską i Patrycję Sikorę, czy Dla moich dziewczyn Agaty Jabłońskiej, związane odpowiednio z zatrzymaniem Margot z kolektywu Stop Bzdurom oraz z drugą falą czarnych protestów po zaostrzeniu prawa aborcyjnego). Polityczność w typie „zaangażowanym” nie zniknęła – właściwie to powraca przy każdym rozruchu – ale jako kategoria znacznie straciła i na atrakcyjności, i na operatywności w odniesieniu do nowych dykcji; najbardziej użyteczna poznawczo wydaje się właśnie jako odniesienie do pewnego wykrystalizowanego już modelu, którego wpływy lub spóźnione pogłosy dalej są zauważalne.

Być może zaangażowanie/polityczność to wątek najbardziej wyrazisty, najbardziej wpływowy – to m.in. w zmianie podejścia do myślenia o polityczności literatury Paweł Kaczmarski widzi zjawisko na tyle ważne, by w artykule Jakieś dziwne przeczucie, jak przed świata końcem. Argumenty za nową cezurą zaproponować przesunięcie linii demarkacyjnej z roku 1989 na 2008.

Po drugie: cyfryzacja, restrukturyzująca obiegi i środowiska życia literackiego, przeniesienie części życia literackiego – grup warsztatowych i czytelniczych, czasopism, wydarzeń, zinów, antologii – do internetu. Zjawisko jednocześnie niepozorne (przynajmniej dla osoby, która w internecie spędziła prawie całe swoje świadome życie) i zaskakujące w skutkach. Przynosi bowiem większą decentralizację (ale i dalszy rozpad wspólnoty czytelniczej), nowe kanały i sposoby mówienia o literaturze i jej promowania (choćby Rafał Masny nagrywający serię relacji na Instagramie, na których czyta wiersze – wskazuję na ten przypadek przede wszystkim ze względu na jego surrealność; tiktoki Soni Nowackiej, edukujące w zakresie warsztatu poetyckiego i historii literatury, krytyczny bookstagram Zuzanny Sali czy profil na Facebooku +-1354, publikujący mniej lub bardziej regularnie wiersze oraz fragmenty prozy), większą dostępność do książek i periodyków (udostępnianych niekiedy za darmo), w końcu nowe narzędzia, z którymi eksperymentowali twórcy (chociażby zakurzone już zabawy z hipertekstem), czy nowe nurty poetyckie, które zaistniały przede wszystkim dzięki mediom społecznościowym (jak instapoezja, która ów związek z konkretną platformą sygnalizuje już w samej swojej nazwie). Nie da się opowiedzieć historii tych dwudziestu pięciu lat bez „Cyc Gada” (2005–2009), „Rozdzielczości Chleba” (2011–2018), „Małego Formatu” i „KONTENTU” (niestety tymczasowo zawieszonego; 2017), „Wizji” (już nieistniejących) i „Stonera Polskiego” (obecnie „Sobera Polskiego”; 2018), „Strony Czynnej” (2020) i „Zakładu” (2021), a zatem cyfrowych przestrzeni publikacji i rozmowy o literaturze.

Po trzecie w końcu: rehabilitacja awangard, zarówno tych przedwojennych, jak i powojennych – wbrew całemu rytowi pogrzebowemu, przeprowadzonemu przez Miłosza. Widzimy to nie tylko w przypominaniu zapomnianych twórców i stron historii polskiej literatury (jak w przypadku antologii Awangarda jest rewolucyjna albo nie ma jej wcale, zredagowanej przez Joannę Orską i Andrzeja Sosnowskiego, czy książki Aaa!… 111 wierszy Jarosława Markiewicza, wybranych przez Dawida Kujawę, Rafała Wawrzyńczyka i Jakuba Skurtysa), ale i wyraźnej inspiracji dykcjami dadaistycznymi i surrealistycznymi, konstruktywistycznymi i futurystycznymi; jawnych odniesień i bardziej subtelnych wpływów. Nie sądzę, by literaturę po roku 2000 dało się zrozumieć bez odniesienia do tradycji awangardy.

 

„Zaskoczenie” to dosyć problematyczna dla mnie kategoria, przynajmniej stwierdzanie nie na gorąco, a po fakcie – rozbłyskuje i zanika, pochwycone przez wtórną racjonalizację (zbyt często redukującą masę tego, co możliwe, jedynie do tego, co ostatecznie zostało zrealizowane). Najłatwiej zrekonstruować po czasie zaskoczenia negatywne i ambiwalentne. Dlatego jeśli musiałbym wskazać przynajmniej jedno zaskoczenie – to byłby to wspomniany wyżej Kubek na tsunami Justyny Bargielskiej. Nie tylko dlatego, że powstał we „współpracy” ze sztuczną inteligencją (służącej nie generowaniu wierszy albo ich fragmentów, ale jako rozmówca-terapeuta, w zamierzeniu autorki pozwalający jej na sprawniejszą pracę), ale przez recepcję (mówiąc eufemistycznie: mieszaną). Ale największym zaskoczeniem jest chyba to, jak zwykły to tomik. Nie przewrót sam w sobie, nie awangardowy eksperyment, nie trzęsienie ziemi. Wśród znacznego oburzenia, wypowiedzi krytycznych, napastliwych i defensywnych, po prostu chciałbym się zastanowić, czy do powstania najnowszej książki Bargielskiej w ogóle potrzebna była sztuczna inteligencja, skoro jej zastosowanie nie wprowadza znacząco nowej jakości. W najlepszym przypadku zwiększyło zasięgi przez status pierwszej polskiej książki poetyckiej powstałej przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji.

 

 

PRZEWIDYWANIA

 

Jakie tendencje/nurty/poetyki rozwiną się w poezji polskiej w kolejnych latach?

 

Aleksandra Małecka

– Sensualność/seksualność.

– Jednymi z najciekawiej piszących po polsku poetów są autorzy pochodzący np. z Ukrainy (Jurij Zawadski, Ivan Davydenko) – obecność takich postaci wyjdzie nam literacko, myślę, na dobre.

– Czas porządków, wyborów, poprawionych wydań, reedycji, przekształceń, przetworzeń, przepisywania samemu i przez innych – kuratorowanie masy (nad)produkcji z ostatniego ćwierćwiecza, rzeźbienie w niej. U nas ostatnio i wkrótce: Szaber II Natalii Malek oraz wybór z Edwarda Pasewicza (jeśli przyznają nam adekwatne dofinansowanie – w chwili, gdy piszę te słowa ogłoszenie wyników przez IK opóźnia się już przeszło dwa tygodnie). Fajnie, gdyby porządki i zaczepno-wnikliwy dialog międzypokoleniowy jak w pierwszym rozdziale Pocałunków ludu Dawida Kujawy kontynuowano też w krytyce.

– Mówi się o zwrocie polskim, ale co to dokładnie znaczy, jeszcze się wykluwa.

 

Michał Memeszewski

Tu znowuż narzuca mi się najnowsza książka Bargielskiej, która może stać się precedensem, ośmielającym do większych eksperymentów ze sztuczną inteligencją. Niezależnie od Kubka na tsunami, który przecież nie został wygenerowany przez model językowy, a był tylko psychologiczną pomocą dla autorki w trakcie procesu, prędzej czy później będzie trzeba zmierzyć się na naszym poletku z książkami wygenerowanymi w pełni przez AI, publikowanymi jako produkt sztucznej inteligencji otwarcie lub z pominięciem tej informacji, jako żart, prowokacja lub poważny eksperyment. Ciężko przewidzieć, jak potoczy się to w wypadku oficjalnych obiegów literackich; instapoezja niestety, jak sądzę, jest jednak skazana na śmierć przez utonięcie w generatywnej brei, choćby tylko i przez jej ilość.

Sądzę, że dalej będziemy obserwować rozwój i permutacje dwóch nurtów, zaznaczających się wśród aktualnych tendencji: poststoneryzmu (z braku lepszego określenia) i skupionej na ciele dziewczyńskości. Czyli odpowiednio poezji wynikłej z inspiracji twórcami z kręgu „Stonera Polskiego” oraz (często pośrednio) surrealizmem i dadaizmem, odmiennymi stanami świadomości, chłopackiej i cechującej się pewną wrażliwością na tematy społeczno-polityczne – oraz wierszy operujących na bardzo cielesno-fizjologicznym rejestrze, na płaszczyźnie tematycznej skupione na doświadczeniach młodych kobiet: na procesie upłciowienia, podporządkowania i wykluczenia, ale także tworzenia dziewczyńskiej wspólnoty, wychylającej się za granice opresyjnego systemu (Ola Lewandowska-Ferenc ze swoim debiutem Jesteśmy pierwszą ciemnością tego lata oraz opublikowanym w „Dzienniku Literackim” esejem Dziewczyńskość: ciało, podłości i inne śliczności byłaby tu jednym z bardziej oczywistych przykładów tej drugiej tendencji; przykłady wierszy poststonerowych z kolei najlepiej szukać na ten moment w periodykach, przychodzi mi na myśl choćby Paweł Konar).

 

Na pewno na popularności nie będzie traciła ekopoetyka ani poezja związana ze zwrotem ludowym; już teraz zresztą te nurty często się łączą (np. w książce Urszuli Sikory Trzynasty miesiąc albo książkach Małgorzaty Lebdy czy Urszuli Honek). Być może jednak docieramy właśnie do punktu krytycznego, w którym dochodzi już powoli do przesytu – już teraz obserwujemy wyciąg ze „średniej statystycznej”, stabilizację i reprodukcję typowych cech przypisywanych dykcjom zaliczanych do tych nurtów (czego chyba najlepszym dowodem jest zawsze parodia, w tym wypadku: książka-laureatka pierwszej edycji konkursu na najgorszą książkę  im. Timothy’ego Dextera, czyli Shmrodek. True Polish Eastern European Experience in the Shadow of the Class Trauma and the Story of the Struggle for the Class Advancement Filipa Matwiejczuka i Łukasza Żurka). Jeśli tak, to w konsekwencji ekologia i wiejskość nie znikną, ale będą musiały zostać opowiedziane w inny sposób, za pomocą innych narzędzi, innej estetyki (nie sposób nie wspomnieć interesującej przeciwwagi dla owej zasklepiającej się estetyki w postaci wyróżnionych w Nagrodzie im. Wisławy Szymborskiej żertw Antoniny Tosiek, również autorki głośnej pozycji Przepraszam za brzydkie pismo. Pamiętniki wiejskich kobiet). I będąc szczerym – właśnie tego nam wszystkim życzę.

A resztę się zobaczy.

 

 

Barbara Rojek

 

Trudno udzielić w tym wypadku satysfakcjonującej dla czytelnika odpowiedzi, bo zdaje się, że owe „dykcje” są zazwyczaj owocem ewolucji idiomów już funkcjonujących lub pewnych przemian w rozkładzie wartości estetycznych. Przewidywania wskazujące na powstanie nowych „szkół” czy „nurtów” są tyleż efektowne, co mało prawdopodobne. Pozwolę sobie jednak na dwie prognozy – negatywną i pozytywną: być może pewien sukces Małgorzaty Lebdy we wprowadzeniu poezji do czytelniczego mainstremu za pomocą nieskomplikowanych form, powierzchowności kontemplacyjnego minimalizmu i estetyzujących obrazów stanie się przyczynkiem dla innych, podobnie mało interesujących, dykcji, które wypełnią jakąś rynkową lukę; być może kolejni poeci zaczną w swoich wierszach podejmować temat możliwości i osobliwości istnienia wiersza, a także gestu jego tworzenia, jako czegoś osobliwego w świecie wypełnionym towarami.

 

 

Wojciech Kopeć

 

Prognozy krytycznoliterackie mają często do siebie, że po kilku latach brutalnie weryfikuje je rzeczywistość. Pozwolę więc sobie zmodyfikować pytanie i odpowiedzieć, jakie poetyki chciałbym, żeby rozwinęły się w nadchodzących latach. Zatem, życzyłbym sobie (i czytelnikom), większej liczby książek ambitnych i pisanych z rozmachem. Używam tak szerokiego pojęcia, bo nie mam na myśli żadnej konkretnych poetyk – ani uchodzących za bardziej zaangażowane, ani bardziej „hermetycznych” czy wyraźnie tematyzujących jakieś zjawisko. Chodzi mi przede wszystkim o skłonność do ponoszenia estetycznego ryzyka, o książki, które nie tyle odpowiadają na „ważne problemy”, co je konstruują; dochodzą do nich i konfrontują z nimi czytelnika, a nie zadowalają się potwierdzaniem lekturowych oczekiwań (a co za tym idzie osobistych doświadczeń, emocji). Żeby nie być gołosłownym – parę nazwisk, które spełniają te oczekiwania z nawiązką: Matwiejczuk, Kulikowska, Domarus, Kaczanowski, Bartczak, Puwalska. Mam też nadzieję, że w najbliższych latach pojawi się w poezji więcej głosów polemicznych, krytycznych, zwłaszcza wobec poetyk modnych, a niezbyt interesujących estetycznie i poznawczo. Szlaki przetarł już Shmrodek Łukasza Żurka i Filipa Matwiejczuka. Życzyłbym sobie zatem: mniej sentymentalnej „ludowości”, nostalgii, chłopackości, banalnej ekopoezji i naiwnego zaangażowania.

 

 

Olga Żyminkowska

 

To pytanie o rozwój, z gruntu więc problematyczne – zakłada, że poezji czegoś chyba brakuje, skoro będzie się rozwijać. Podobnie buńczuczne są „tendencje/nurty/poetyki” – jakby przeznaczeniem poetów był jakiś marsz czwórkami, którego cel da się przewidzieć. Gdybyśmy wiedzieli, czego się spodziewać, moglibyśmy spokojnie czekać na arcydzieło, które będzie przypominać to, co już znamy. Takie, dajmy na to, drugie Życie na Korei. Albo Sezon w piekle vol. 2. Krytyk przewidujący „dalszy rozwój” poezji przypomina trochę anioła historii, który stoi tyłem do przyszłości. Z przodu ruina. A „dalej – dalej ”? „Patrzę w oko smoka. / I wzruszam ramionami”.

 

 

WIERSZE

 

Anna Adamowicz

 

Pensjonareczka:

 

Wokół mostu Szaławiły mgła taka, że kroić

ją nożem w pasma i kłaść na Zacnej – wyglądają jak rzewny

woal, jak łopoczące poły, jak twoja suknia, Zamario, jak ostry

smak twoich ust. Ach, nie, to nie twoje usta, to tylko sukcymer,

który ojciec kazał mi rano wypić, zanim zaplótł mi warkocze,

zanim wyszłam z domu z Bażantem Stróżem, ostrożnie po schodach, bo głupio łamać

 

nogę w tak piękny mglisty dzień. Spójrz, Bażancie Stróżu, jak Zacnej łatwo łamać

barwy ruchliwą taflą, jak łatwo kotłować, wić się, kroić

Marne na lewy brzeg i prawy brzeg. Fale jak rozplecione warkocze,

puszczone luzem sznurki łez w rzewnym

płaczu nad Wiwarium i Lapidarium, jak strugi sukcymeru

przelewane nad Ossuarium i Kolumbarium. A tam już ostry,

 

dźwięczny chrzęst szkła, a tam ostry

stukot obcasów: hutnicy idą w łamanym

szyku do Chryzopraza, jeszcze dopijają poranny sukcymer.

Spoza ich pleców nad Ogrodem Chemicznym nagły ruch kroi

niebo od brzegu do brzegu. Co to, co to?! To kometa mknąca jak rzewna

łza! Patrz, Bażancie Stróżu, kometa ma warkocze

 

(zdają się ciągnąć od Plisy do Lichego) i ja mam warkocze

(choć nie tak okazałe). Kometa gna nad Krainą Podłyżkową, ostro

skręca nad smardz Syrojeżki, która, gdyby nie spała, westchnęłaby rzewne

jaja, rzewne jaja, nomen omen, serce się łamie.

Kometa leci dalej, ku Pałacowi Ofiar Batrachomyomachii, serce się kroi,

na taką kometę nie pomoże żaden sukcymer.

 

Wiadomo, od czego innego jest sukcymer,

od pochwycania cząstek promieniowania w warkocze,

chociaż nie, bardziej w pierścienie! Idealnie skrojony,

tak słyszałam, środek chroniący przed ostrą

chorobą popromienną, która mogłaby złamać

życie niejednej szklarskiej rodziny. Pożywny sukcymer jak rzewny

 

śpiew komety – leci dalej, odbija się w lśniącym, rzewnym

błocie Zacnego Łęgu; czy tamtejsze zwierzęta też piją sukcymer?

Czy sukcymer płynie w żyłach Zacnej? Czy wszystko się kiedyś załamie

jak pokal z defektem, czy wszystko oplotą ogniste warkocze

Plejad Włosażar – nie wiem, choć jeden obraz jest ścichapęk ostry:

najwyraźniej nad Marnem coś się kroi.

 

Na miarę jak łopoczące poły skrojona, choć przedziwna rzewność,

która złapała mnie rano nad ostrym smakiem sukcymeru.

Ojca łamało w kościach, kiedy plótł mi warkocze.

 

 

Tekst pochodzi z powieści wierszem o roboczym tytule Marne. Jest to projekt realizowany w ramach Stypendium artystycznego Prezydenta Wrocławia.

 

 

Agata Puwalska

 

stajnia jednorożców

Widziałam kwiaty głodne mięsa

                                                                                                              Mila Elin, Pogodzenie

 

okrywanie powiek oddzielanie twarzy od widoku

rytm z krzeseł podpełza pod łokcie

bąble z trawy unoszą

 

trwanie przesunięcia w zakresie zegara

ucho staje się różową jaskinią

o parametrach wystarczających by odpocząć

spocząć na nim

 

to tylko tak tyka

 

flakon prowadzi do wybuchu

kwiat wyciąga swój język

unicestwić białe

 

powieki skropić miękko rozciągnąć

choć wskazówek brak

 

 

świadomość mgławicą

 

czy odmienność wyklucza

samotność ciążenie do środka

drugi plan księżyc jak łezka nitka melancholii (zerwać

jak najszybciej)

 

wzdłuż ulicy karłowate drzewa ludzie wciśnięci

w kurtki bo wiatr ukryte strategie (byle

nie nadużywać) nasłuchiwanie syren

 

prowokowanie strun rozwijanie dźwięków

chociaż nie prowadzą

zadurzenie w tym jednym (kaprys!)

 

który utkwił w ukryciu w małżowinie skały

w podsłuchu wydmy

 

 

sen znów jest nic nas nie złamie

 

oczy różne rodzaje:

 

prostokąty małe cętki wielkie talerze albo poziome

kreski podłużne łodzie canoe

zanurzone w twarzy

 

każda para organizuje pustkę opowiada

osadzone blisko

zlewają się w jedno

 

więc w oczach wschód ta delikatność

która pozwala odepchnąć się od ziemi

wejść w życie

 

zajrzeć prowokując:

to było takie na wyrost

to ciągłe sięganie w przestrzeń po to

co się wydarzy

 

uwięzienie w czasie nie doskwiera gdy najpierw

robi się wszystko co wymaga lat

tylko po to by potem

zająć się tym co ogranicza wiek

 

 

RECENZJA

 

Karolina Górnicka

 

W skali Bargielskiej

 

Współczesna poezja polska byłaby w zupełnie innym miejscu, gdyby nie Justyna Bargielska. To niewątpliwie jedna z ważniejszych postaci literackich, która przyczyniła się do zmiany myślenia o słowie pisanym w obliczu przeobrażeń otaczającego świata, ludzkich potrzeb i pragnień. Poezja po Bargielskiej jest bliższa doświadczenia (szczególnie kobiecego). Poetka konsekwentnie rezygnuje z patosu i wzniosłości na rzecz humoru, nawet gdy w wierszach omawia rzeczy ostateczne, obnaża podmiotki, pozwalając im na bycie słabymi, obśmianymi, bezradnymi. W miejscu, z którego przemawia poetka, nikt nie chciałby stać, a jednocześnie stał tam każdy – skazany na porażkę wobec traumy, śmierci, rozpaczy. Bargielska stworzyła własny dyskurs, który łączy okrucieństwo z niewinnością, katastrofę ze śmiechem, eschatologiczną grozę z dziecięcą infantylnością. To eksperymentalne zacięcie warszawskiej poetki wyrażane było nie tylko w sposobie opowiadania o stracie, cierpieniu, lecz także w geście strącania wielkich, ważnych idei z piedestału, pomiędzy codzienne czynności, prozaiczne przedmioty.

Myśl, że pisanie to przekraczanie uwidacznia się również w przypadku najnowszego tomu Kubek na tsunami, nad którym Bargielska pracowała z AI, co od początku wzbudzało niemałe kontrowersje w świecie obrońców poezji czystej. Trudno wyobrazić sobie bardziej bargielski eksperyment niż ten: gdy wybebeszono już podmiot, zrezygnowano z integralności jego istnienia, przekroczono wszelkie granice intymności i opisano (lub przemilczano) każdy stan człowieka, naturalnym krokiem jest przekroczenie granicy humanizmu. W obliczu możliwości dużych modeli językowych, algorytmów, generatorów treści, a także wszelkich moralnych pytań i wątpliwości związanych z ich wykorzystywaniem, szczególnie intrygujące wydaje się zderzenie tego, co dokładnie wykalkulowane z tym, co odczuwane. Należy jednak zaznaczyć, co w wywiadzie z Arturem Bursztą podkreślała sama autorka, że AI nie napisała ani jednego wiersza, ani nawet pojedynczego wersu tej książki. Bargielska pracowała z ChatemGPT na zasadzie rozmowy, z pełną świadomością, że to co otrzymuje, jest jedynie odbiciem jej własnych promptów, propozycji, pomysłów, a sama idea współpracy była dla niej pokrzepiająca. Warto już w tym miejscu powiedzieć, że eksperyment się udał, a Kubek na tsunami jawi się jako Proof of Concept dowodzący, że tego rodzaju praca poetycka jest wykonalna, a nawet wyzwalająca.

Najnowszy tom poetki to oko cyklonu, które wciąga do wewnątrz wszystko, ustanawiając reguły tak powołanego świata: łączy się tu rozpacz, miłość, paczka chipsów, poręcz, komputer, umieranie, jeżdżenie windą. Bargielska przejmuje funkcję serwera proxy, pośrednika między materią nieożywioną a wszystkim, co żywe, zacierając granice uznawane dotychczas za niemożliwe do przekroczenia. Jej sposobem na usunięcie tej immanentnej różnicy jest nadpisywanie (nadpisywanie jest wymazywaniem) – autorka tworzy współczesny palimpsest, którego kolejne warstwy zastępują to, co było pod spodem. W przeciwieństwie do twórców z minionych epok, Bargielska może nadpisywać w nieskończoność – nawet jeśli de facto tego nie robi, sama świadomość nieograniczoności procesu zmienia jego odbiór. Reguły tego świata zostają czytelnikowi przedstawione w otwierającym tom wierszu Jesteśmy kanonem, a to jest nasz fandom, w którym podmiotka zdecydowała zostanę bogiem nowego świata. Trudno jednak uznać tę deklarację za genesis: to raczej deewaluacja aktu stworzenia, porównanego do nowego sezonu serialu, targanego wiatrem liścia, spoglądania przez szybę pociągu nocą. Świat według Bargielskiej traci w ten sposób immanencję – okazuje się, że wcale nie jest czymś stałym, wiecznym, trwającym pomimo istnienia bądź nieistnienia ludzi, zwierząt, roślin. Dopuszczenie do siebie myśli, że nawet to, co powinno być wieczne i niezmienne takie nie jest, pozwala zrzucić egzystencjalny ciężar i spojrzeć z dystansu, z nutą ironii i lekceważenia. Dlatego tymczasowy świat się dopasował, i oddał nam czipsy, a na deklarację podmiotki odpowiedział jedynie meh, czemu nie.

Idiom Bargielskiej zestawia ze sobą nieprzystające porządki – łączy codzienność z metafizyką, często celowo mieszając rejestry służące do opisywania tych zjawisk. Kanon, który ma swój fandom to tak naprawdę deklaracja zainteresowania regułami, zasadami rządzącymi nowym światem, a nie nim samym – stoicka fun machine, dziwna vending machine, token przywiązania są jedynie promptami aplikowanymi algorytmom, wersjami testowymi wszechświata, wobec których zostaje jedynie powiedzieć „ok”. Podmiotka wyznaje: gdy mówię »niech mi się stanie według słowa twego«, / mam na myśli »YOLO, niech lecą konsekwencje«, / a nie, że ci ufam”, co wskazuje nie tyle na brak sprawczości człowieka wobec biegu wydarzeń („stanie się” bez względu na zgodę lub sprzeciw), co rejestruje klęskę języka w ironiczny sposób. Osoba mówiąca w wierszu wie, że jutro nie nadejdzieinnego końca świata nie będzie – to w codzienności czai się śmierć, nie w biblijnej wizji apokalipsy. Warto przy tym zwrócić uwagę, że Bargielska nie próbuje wyzwalać języka, a jedynie bada, w jaki sposób przejawia się jego zniewolenie wobec rzeczywistości – stawia tezę, że podobnie jak algorytmy sztucznej inteligencji jest zaprogramowany i istnieją luki w jego integralności. W Kubku na tsunami język laguje, wywala błędy i halucynuje, co odpowiada cechom języka w ogóle – nietrudno przecież wyobrazić sobie i przywołać (choćby na podstawie twórczości Bargielskiej) sytuacje, zdarzenia, emocje, na które brakuje słów. Tezę tę można pociągnąć dalej, stwierdzając, że nie tylko język jest zaprogramowany (a przez to błędogenny), lecz także cały wszechświat, łącznie z naturą i ludźmi. Potwierdzają to wersy z utworu Operacja „Płatki wstydu”: Oszukane są łososie z tym salmon urge płynięcia w górę rzeki, / by tam wykonać salmon rytuał. Tymczasem giną pod autem na zalanej szosie; wskazują, że natura programuje łososie tak jak komputer, a świat opiera się na arbitralnych, sztucznie ustanowionych zasadach. Nie ma więc podziału na naturalne i sztuczne, realne i wyobrażone, istniejące i nieistniejące – jest tylko to, co zaprogramowane. Kwestią sporną pozostaje jedynie twórca kodu.

Mimo hiperświadomości podmiotki w kwestii braku sprawczości i kontroli nad wydarzeniami doszukuje się ona w tym stanie pewnego rodzaju wyzwolenia: kiedy jedyną odpowiedzią pozostaje akceptacja, nie ma konieczności tłumaczenia się. Tym sposobem śmierć staje się jedynie kolejnym etapem reakcji łańcuchowej, metaforycznym martwym ciągiem, który łączy w sobie ciężar istnienia z brzemieniem nieistnienia, a działaniom tym przyświeca zasada żeby zasnąć, trzeba się obudzić. Zostaje ona wyjątkowo wyjaskrawiona w wierszu Tren, kurwa:

Siedziałam i się kładłam, i znowu siedziałam,

patrzyłam za okno, śniegu masa spadła,

wszystko pod nim znikło. Zastrzyki dawałam,

 

starałaś się wyrwać, noc powoli bladła,

wiedziałyśmy obie: jutro nie nadejdzie,

i kiedy przysnęłam, ona się zakradła.

 

Dzisiaj tuż za tobą ustawiam się w rzędzie,

nie bardzo się boję, choć klamka zapadła,

bo mnie nauczyłaś: co będzie, to będzie.

 

Żeby umrzeć, trzeba żyć, a i życie git, tylko szkoda, że nie jest sami wiecie czym mówi podmiotka w swoistym antytrenie. Poza klasyczną, regularną formą nie zgadza się w nim nic: brak tu opłakiwania, wyliczenia zasług, pocieszenia czy napomnienia, a jednak wiersz w dobitny sposób mówi o stracie w wymiarze niewyrażalnym słowami, o czym świadczy tytułowa „kurwa” oraz cicha rezygnacja w zamykających utwór wersach. Śmierć zdaje się tu przemilczana, okrążona, a w pozbawionym emocji pogodzeniu się z losem tkwi zrozumienie reguł panujących w świecie.

Choć na przestrzeni tomu podmiotka próbuje dociekać, przeformułowywać te zasady, uznaje swoją porażkę wobec niewzruszonego kodu wszechświata:

Chciała wiedzieć natomiast, dlaczego nie mówi się „nieżyjący”

zamiast „nieżywy” czy wręcz „martwy”. Taka drobna zmiana,

a przecież mogłaby zrewolucjonizować nasze podejście do śmierci.

Przecież chcemy zrewolucjonizować nasze podejście do śmierci?

Ale nikt jej nie odpowiedział, a kolejka wciąż jeździ.

 

Po raz kolejny u Bargielskiej katastrofa czai się w szczelinach, pęknięciach, niepozornych czynnościach i przedmiotach, które są nie tylko świadkami, lecz także uczestnikami zagłady. Okazuje się, że rewolucja w podejściu do śmierci nie jest potrzebna, choć może lepiej powiedzieć – nikt nie jest nią zainteresowany. Z pytaniem rzuconym w eter zostaje kolejka, która, podobnie jak inne sprzęty i przedmioty: kubek zmywarka, winda, pilot do szlabanu, zachowuje wobec niego zaprogramowaną obojętność. Nietrudno więc dojść do wniosku, że rzeczy w Kubku na tsunami istnieją na równi z ludźmi – nie jest to jednak forma antopomorfizacji czy przejaw ekokrytyki – to stwierdzenie faktu, że świat materii nieożywionej nie potrzebuje człowieka. Jest wprost przeciwnie: to człowiek uczynił z rzeczy bogów swojej codzienności, co potwierdzają fragmenty Kubek sam wraca na podstawkę. / Nie mów, że widzisz w tym cośkolwiek dziwnego, kontempluj stos martwych pikseli, Zmywarko, zmywareczko, powiedzże mi przecie. / Nic ci więcej nie powiem, idźże spać, krakenie, To woda dla boga zlewu – mówisz.

Nierozerwalnej więzi człowieka z jego przedmiotami nie zniszczy nawet śmierć, bo ich losy powiązane są na poziomie emocjonalnym – rzeczy cieszą, smucą, sprawiają cierpienie, pozwalają spełniać marzenia, wywołują choroby – zakres ich sprawczości znacznie przekracza sprawczość ludzką. Potrafią też zmieniać, bo piekło to innych / sieć neuronowa i narastać we wstydliwych stosach. Przedmioty u Bargielskiej dominują świat, tak jak niegdyś ludzie zdominowali zwierzęta i rośliny, wprowadzając go w nową erę ewolucji. Stają się niemymi uczestnikami tragedii codzienności, dowodząc, że koniec świata to dzień, który trzeba jakoś przeżyć. Choć dla innych to tyle co nic, Bargielska pokazuje, że mała katastrofa może wyjebać skalę. I to też jest ok.

 

Justyna Bargielska, Kubek na tsunami, Biuro Literackie 2025, s. 44.

 

 

 

 

 

 

 

 

AUTORKI I AUTORZY NUMERU:

 

Barbara Rojek – krytyczka literacka, redaktorka „Małego Formatu”, redaktorka „Twórczości”. Studiuje filozofię.

Aleksandra Małecka – ur. 1991, redaktorka związana z „Ha!artem” (od 2012 roku), krakuska. W wydawnictwie inicjuje, prowadzi i redaguje. Sama niekiedy tłumaczy z języków angielskiego i francuskiego (życzy sobie więcej tłumaczyć poezji i być może więcej redagować poezji w tłumaczeniu).

Wojciech Kopeć – ur. 1998, poeta, redaktor wydawnictwa KONTENT, krytyk literacki. Publikował m.in. w „Czasie Kultury”, „Twórczości”, „Małym Formacie”, „Odrze”, „Więzi”, „Zakładzie”. Autor trzech książek poetyckich: przyjmę/oddam/wymienię: (2021, tom wyróżniony w Ogólnopolskim Konkursie Literackim „Złoty Środek Poezji” oraz w Ogólnopolskiej Nagrodzie im. Kazimiery Iłłakowiczówny), jest taki konik (2023, tom otrzymał Nagrodę Literacką Gdynia) oraz Klif, dywiz i sestyna (2024).

Olga Żyminkowska – doktorantka filozofii w Szkole Doktorskiej Nauk Humanistycznych UAM. Autorka książek Milana Kundery filozoficzna koncepcja postawy lirycznej, dramatycznej i powieściopisarskiej (Universitas, 2022) oraz Sartre i sztuki wizualne (Universitas 2026). Laureatka Nagrody im. Leszka Kołakowskiego, Stypendium Ministra Edukacji Narodowej i Stypendium im. dr. Jana Kulczyka.

Michał Memeszewski – z Bydgoszczy, w Krakowie. Na UJ, po edytorstwie, na krytyce literackiej. Publikacje w różnych miejscach. Zaimki: on/jego, ona/jej.

Anna Adamowicz – urodziła się w 1993 roku w Lubinie, mieszka i pracuje we Wrocławiu. Diagnostka laboratoryjna, poetka, autorka sześciu tomów wierszy (Wątpia, Animalia, Nebula, zmyśl[ ]zmysł, Stłuc, Jaw). Nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia, Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, międzynarodowej Nagrody Václava Buriana. Wyróżniona Nagrodą im. Wisławy Szymborskiej oraz Nagrodą-Stypendium im. Stanisława Barańczaka. Publikowana w czasopismach. Tłumaczona na języki, obrazy, dźwięki.

Agata Puwalska – poetka, autorka tomów wierszy haka! (Biuro Literackie 2021), PARANOIA BEBOP (KONTENT 2022), Funky Forest (SPP, Oddział w Łodzi 2024), otwarte światy (Katalog Press 2024), Alis Ubbo (Biuro Literackie 2024). Dwukrotna laureatka Nagrody Krakowa Miasta Literatury UNESCO, za tom otwarte światy otrzymała nominację do Nagrody Literackiej Gdynia (2025).

Karolina Górnicka – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Publikuje w czasopismach „KONTENT”, „Strona Czynna”, „Stoner Polski”. Mieszka we Wrocławiu.

 

 

Odsłuchaj treść artykułu
Array ( [post_type] => post [posts_per_page] => 8 [post_status] => publish [orderby] => Array ( [meta_value_num] => DESC [date] => DESC ) [meta_key] => sticky_post [ignore_sticky_posts] => 1 [tax_query] => Array ( [0] => Array ( [taxonomy] => category [field] => term_id [terms] => Array ( [0] => 470 ) [operator] => NOT IN ) ) [category__in] => Array ( [0] => 15 ) [category__not_in] => Array ( [0] => 470 ) )

AKTUALNOŚCI

Dodano: 24.04.2026 02:40

XXXV Festiwal „Maj z Muzyką Dawną”

XXXV Festiwal „Maj z Muzyką Dawną” to jubileuszowa edycja jednego z najważniejszych wydarzeń poświęconych wykonawstwu historycznemu na Dolnym Śląsku, która odbędzie się w dniach 19–24 maja we Wrocławiu oraz 30–31 maja w regionie dolnośląskim. pokaż więcej »

Dodano: 23.04.2026 10:30

Glass breaks free. Dolnośląskie Warsztaty i Sympozjum Szkła Artystycznego i Designu / nabór 2026

Rozpoczął się nabór uczestników i uczestniczek do projektu Glass breaks free. Dolnośląskie Warsztaty  Sympozjum Szkła Artystycznego i Designu, który odbędzie się w lipcu br. pokaż więcej »

Dodano: 30.04.2026 00:00

MAJOWY NUMER „ODRY” 5/2026

Najnowszy, majowy numer miesięcznika "ODRA" już dostępny! Zapraszamy do lektury. pokaż więcej »

Dodano: 24.04.2026 04:00

15. Targi Książki Regionalnej SILESIANA

Zapraszamy na stoisko Wydawnictwa OKiS we Wrocławiu na 15. Targach Książki Regionalnej SILESIANA, które odbędą się w dniach 7-10 maja na Placu Solnym we Wrocławiu. pokaż więcej »

Dodano: 24.04.2026 04:00

Z jazzem przez Polskę | Piotr Wojtasik Quintet

Piotr Wojtasik, wybitny trębacz, leader i kompozytor jazzowy, zaprezentuje autorski program z płyty "Inscape" 7 maja w Bolesławieckim Centrum Kultury w ramach cyklu "Z jazzem przez Polskę". pokaż więcej »

Dodano: 24.04.2026 03:30

JUWENALIA WROCŁAWSKIE 2026

Wielkimi krokami zbliżają się Juwenalia Wrocławskie – największe studenckie święto– dwa dni pełne muzyki, zabawy i niezapomnianych emocji! Wydarzenie odbędzie się 8 i 9 maja na Polach Osobowickich, a co najważniejsze – wstęp jest całkowicie darmowy! pokaż więcej »

Dodano: 24.04.2026 03:00

XXIII Konkurs Piosenki nie tylko Słowiańskiej

13 maja w Oratorium Marianum odbędzie się XXIII edycja Konkursu Piosenki nie tylko Słowiańskiej. Tegoroczna edycja odbywa się pod hasłem: "Kultowe Piosenki Filmowe" pokaż więcej »

Dodano: 24.04.2026 03:00

149. Antykabaret _HAL0, HALO – TU POLSKIE RADIO

Polskie Radio rozpoczęło regularną emisję 18 kwietnia 1926 o godz. 17.45, słowami: „Halo, halo Polskie Radio Warszawa”, wypowiedzianymi przez jego pierwszą spikerkę Halinę Sztompkównę. Pierwszą audycję poświęcona była w całości muzyce Fryderyka Chopina. Dziś obchodzimy setną rocznicę tego Wydarzenia a rok 2026 został ustanowiony ROKIEM POLSKIEGO RADIA. Być może jesteśmy staroświeccy, bo w dobie internetu […] pokaż więcej »

Przejdź do treści