Udostępnij:

Pocztówki literackie KM luty 2024

Janusz. Bluźnię w imię ukrytej świętości, prawdopodobnego (przewidywalnego?) zespołu wartości, które głośno krzyczą o swoje urzeczywistnienie, a nie mają szans wobec naporu tego, co jest – tak myślę o tego typu postawie, o bluźnierstwie w poezji. U pana tego nie ma. Jest tylko wściekłość bez oparcia, sama dla siebie. Mnie to nie przekonuje. Wszystkie te wulgaryzmy i inwektywy jak grochem o ścianę, bez głębszego echa. Realizuje się jakaś forma popisu czy teatralnego rytuału, a nie buntu. Powtarzam: każdy wartościowy bunt ma w sobie pozytywny program. Pan się buntuje bez programu, na oślep, a ja, jako buntownik starej daty, nie mogę się z tym utożsamić. Proszę próbować gdzie indziej, może tam ktoś pana lepiej zrozumie i doceni.

Annabella. Lista czasopism, w których pani drukowała, miała mnie powalić na kolana. Tak się nie stało, skupiłem się na tekstach. I nie znalazłem niczego wartościowego. Może inny zestaw wywołałby inną reakcję, nie wiem. W tym, co dotarło do mnie, uderza nijakość i bezradność. Nie ma pomysłu na świat (przedstawiony), nie ma nadziei na wyrazisty głos. W jednym tekście trafiłem na zwrot kontury pacjentów/ leżących w poświacie. Otóż to, kontury, widzę tylko kontury wierszy czekających na poświatę. Ale nie wiem, czy się doczekają. Nie ma już ognisk/ pastuszych/ Na górskich stokach/ i w głuszy. Coś z lekka zaświtało w wierszu o babci, lecz szybko rozproszyło się i rozmyło zgodnie z przyjętą manierą. Mgła, bladość, bezcielesność, wreszcie dziwna bezwolność. Krótko mówiąc: czekam na inny zestaw. Mnie się wydaje, że pani jest w stanie zwalczyć w sobie tę otępiającą nieokreśloność i zrezygnować z woalki pokrywającej rzeczywiste emocje i sprawy.

Antonina. Szekspirowi pani nie dorówna, a przy lekturze nadesłanych tekstów przenosimy się w jego czasy, słyszymy brzmienie nieśmiertelnych sonetów. A tu mamy XXI wiek, lecz ten fakt do pani nie dociera, tkwimy w staroświeckich konwencjach. Pośród nich, szczęśliwa, słodko sobie pani rymuje. Jeżeli to zamierzony eskapizm, to bardzo przepraszam za uszczypliwości. Proszę tam pozostać, jeśli pani w tym dobrze. Nie muszę być świadkiem tej szczęśliwości i czytać wzniosłe westchnienia kierowane do abstrakcji i ogólników. Słyszałem już wcześniej, że czas mija szybciej niż wspomnienie/ niż wiosenny ciepły świt i gorąco wierzę w to, że nieodkryte tajemnice wszechświata/ chciały wydostać się z próżni. Tym razem się nie wydostały, o czym zawiadamiam z przykrością. Nie miały na to nawet cienia szansy. Za mocna próżnia.

Julia. Wędrowcze, słyszysz jęki?. Piękna fraza i bardzo tu przydatna na określenie mojej boleści, na pewno nie równej tej, jaka przytrafiła się Prometeuszowi, ale coś jest na rzeczy.

Drugi z proponowanych przeze mnie wierszy powstał kiedy po raz kolejny wróciłam do mojego ukochanego mitu o Prometeuszu. Słodko jest wrócić do mitu, lecz nie po to, by go zagadać i rozmyć, ale po to, by coś nowego z niego wykrzesać, nawiązać połączenie między nim a współczesnością. Tutaj do tego nie dochodzi, mamy do czynienia z paplaniną udającą zatroskane humanistyczne spojrzenie na człowieczeństwo, więc jeśli jakiś czytelnik słyszy moje jęki, to właśnie czegoś takiego dotyczą. Pierwszy z proponowanych przeze mnie wierszy zatytułowany Ludzie bezdomni napisałam nie tylko będąc pod głębokim wrażeniem prozy Stefana Żeromskiego, ale i mierząc się z podobnymi wątpliwościami jak bohater jego książki doktor Judym (interpunkcja oryginalna). Wspaniale. Chciała pani odnowić ważny dla nas literacki „archetyp”. Nic z tego nie wyszło. Dlaczego chce pani „zgubić dotyk”? Jaki to ma związek z misją Judyma? Co ma „zgasić uraz” (tu rym do „chmura”)? Za dużo niejasności w tym rzekomo prostym przekazie. Trzeci, już ostatni z wierszy, który Państwu przesyłam, napisałam w złości, bezsilności, pragnąc dać upust negatywnym emocjom. Świetnie. Czekam na złość, czekam na jakikolwiek upust i doczekać się nie mogę. Rzekomy wybuch rozpadł się na wzdęte pustosłowiem retoryczne kawałki. Ani kropli rzeczywistej krwi, ani grama prawdziwego życia. Chyba „nie trzeba było kłaść się Rejtanem”, wystarczyło przypomnieć sobie, że jest się Julią, że ma się dwadzieścia kilka lat, wystarczyło zrzucić choć na chwilę udrapowany płaszcz westalki i prorokini.

Zofia. Zarodki wierszy, embriony, coś niewyklutego. Jak pani to robi? Zatrzymuje tylko ułamek poetyckości, reszty się zrzeka. Nie umie pani rozwijać, nie chce? Taka poetyka? Coś mi się wydaje, że po prostu brak pani pomysłów na ciągi dalsze, na rozwinięcie. Kawałek, kamyk, słomka… i już czytelnik sam ma sobie poukładać, porozciągać. Nie brzmi to dobrze. Ani haiku, ani nie wiadomo co. Czekam na dłuższe, rzeczywiste spełnienia. Nie chodzi o zaczernianie papieru na siłę, chodzi o coś, co stanie na własnych nogach, co się ostanie.

KM

Odsłuchaj treść artykułu
Skip to content

Zapisz się do naszego newslettera

Wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych (pokaż całość)