Udostępnij:

Wiersze wybrane w kwietniu 2026

Joanna Ganobis, Agata Lopez Kornacka, Aleksandra Rajkowska, Grzegorz Ratyński, Monika Zając-Czerkies

 

Joanna Ganobis

 

 

Martwa natura

 

 

Przez wybitą szybę

rzucam szybkie spojrzenie

do wnętrza

 

na martwą naturę,

przedstawienie rzeczy

zostawionych samym sobie

a muzom.

 

Nie wchodzić! Grozi zawaleniem

ustalonego porządku,

gdy się okaże,

że znienawidzony, wypędzony

też miał w oczach, wazonach, na ścianach kwiaty.

 

 

Między dwiema jabłonkami

 

 

Między dwiema jabłonkami

pochowaliśmy małego, czarnego kotka.

Próbowaliśmy go nakarmić,

ale on chciał tylko spać.

Niedługo pożył, kilka godzin,

potem położył się głodny

i najmocniej

 

zasnął. Między dwiema jabłonkami,

przy ścieżce przez zdziczały sad.

 

 

Kołowrotek pamięci podwórkowej

 

 

Złoty pył na dłoni po skrzydle motylim.

Szara nić lnianych tkanin z przędzalni.

Próchno z dziupli na skraju sadu.

Kołatek w drewnianym stropie.

Strzęp historii.

Nić pajęczyny.

Cegła austriacka. Orzechy włoskie. Niemiecki dom. Polskie podwórko.

Futro królików na mundury.

Woda ze studni na ukojenie.

Zapach irysów, głogu, jaśminu, czarnego bzu, mchu, przejrzałych owoców, dymu,

na pamiętanie,

na zapomnienie.

 

 

Do pełni obrazu sielskiego podwórka

 

 

Do pełni obrazu brakuje

jeszcze kilku elementów.

 

Gawronów na listopadowo łysych klonach, wyniosłego

jesionu z oponą na długiej linie, do huśtania.

 

Posadzki poniemieckiej solidnej stodoły

zasypanej komunistycznymi dyplomami i czytankami.

 

I kumaków w stawku, cudu przemiany, z dnia na dzień

zmieniających cechy szczególne wyglądu oraz miejsce zamieszkania.

 

Najmocniej na ziemi pachnących pierwiosnków. Niemożliwej ciemni w drewutni.

Podejrzanej ciszy w studni.

 

Kołowrotek ciągle się kręci,

przynosi

różnobarwne wici

z przeszłości.

 

Coś rozsnuwa

między wierszami.

Coś knuje

z fantomami.

 

Prowadzi do puenty;

albo na manowce.

 

 

 

Co usłyszały nasturcje

[…] nie mogę zapomnieć o tej matce z córką, tuż po wojnie.

Nawet jeśli akurat nie w tym domu, to w innym. Kawałek dalej.

W innym mieście, w innej wsi.

Karolina Kuszyk, Poniemieckie

 

Najwięcej opowieści,

tych o matkach i córkach,

słychać w

nasturcjach.

 

Przynoszą je

rusałki, gdy przylatują upić się słodkim nektarem

po tym, co usłyszały.

Zapomną,

 

więc jutro polecą znów

w migotliwy cień, pod

głóg

i poproszą, by wyszeptał

jeszcze raz. Tę historię smutną tak, że płatki

bieleją. Jak to było,

dlaczego.

 

Głóg opowiada, snuje, smuci, dodaje otuchy, ożywia

duchy, wierzy w

pojednanie.

Rusałki otwierają szeroko zdziwione oczy

i zamierają w zamyśleniu,

przebite ostrą szpilą cudzego bólu,

na krótką chwilę.

 

 

 

Agata López Kornacka

 

bless you

 

tylko raz targnąłem się na życie

 

matka wpuściła mnie do środka

domu bo jak to inaczej nazwać:

 

same znajome twarze

uśmiechają się spod ziemi

 

ja poruszam się jak wieża

o dowolną liczbę pól

 

a za plecami usłyszę

bless you

 

 

fakty

 

umarła we śnie

 

chciałbym ci powiedzieć:

nie cierpiała nie widziała jak śmierć

nachyla się nad nią

jak z uśmiechu przypomina matkę

 

ale nie potrafię

 

moja polszczyzna nadaje się tylko

do przekazywania faktów

 

 

 

proste i złożone 

 

jeszcze przejdzie

 

kawalkadą jednorożców

moda na queer

 

jeszcze wrócą

 

kioskarki z trwałą ondulacją

czytające program

 

jeszcze zostaną

rzeczy proste i złożone

 

jak odtwarzanie głosu matki:

 

w tej chwili nie mogę odebrać telefonu

po usłyszeniu sygnału zostaw

 

 

 

następna 

 

przewracam cię na następną

 

(pamiętam z imienia róży.

żeby nie ślinić palców)

 

uśmiechasz się jak cisza

na chwilę przed odkryciem

 

 

 

przemyślany ruch

 

dałam się ponieść w końcu to

jeden przemyślany ruch życie

 

wszystko działo się za szybko

chociaż wolniej niż w ułamku

 

sekundy oddychały ciężko

jakby weszły na dziesiąte

 

nóż był prawdziwy tylko ciało

było masłem

 

skusiły mnie miliony odsłon

 

 

 

druga strona 

 

pośrodku tekst niedługi na trzy i pół linijki

 

(tyle kiedyś potrzebował japończyk

żeby się rozwieźć z japonką)

 

w lewym górnym rogu niewyraźne jeden

może numer drogi może liczba żyć

 

na samym dole puste miejsce

po kimś po czymś

(mówi się wołacz a pisze miejscownik)

 

znaków wodnych nie ma

są znaki na skórze

 

ponoć tak wygląda druga strona

 

 

antologia  

 

nie ma jej

 

na sto pięćdziesiątej którejś stronie

antologii „ja dla ciebie wszystko

a ty mnie tak”

 

matce się przywidziało

 

przy nie prze

 

brak postępu porodu

 

 

 

powietrze  

 

na razie mam gdzie mieszkać:

 

z pudełka po twoich butach

wycięłam sobie kraj

 

na razie mam co robić:

 

powoli rezygnuję z prawa

do ustanawiania praw

 

na razie nie myślę o śmierci:

 

oddycham powietrzem

które wysłałaś mi przez inpost

 

a później się zobaczy

 

 

 

ogród 

 

ostatni raz widziałem ją w ogrodzie

j-eden na sto przypadków mówią

 

reszta nigdy nie zakwita

 

 

 

 

Aleksandra Rajkowska

 

 

co oczy widzą, tego sercu żal

 

opowiadam długo a ty i tak nie słuchasz

albo słuchasz i nie pamiętasz

jeden pies

szkoda psa

zaraz zapytasz znów o to co mówiłam przed chwilą

ale to nic bo przecież tobie się od zawsze mylą

te wszystkie ważne sprawy

przełykam to, poprawiam ciemne okulary

panie doktorze, coś jest nie tak –

nowe oczy po tygodniu miały już nie łzawić

 

nie piszę się na to

wypisz mnie, życie, z tego newslettera

widziałam na filmach, nic przyjemnego

no bo kto by chciał codziennie odpowiadać na
pytanie kim jest, co to za kraj, co to za miejsce

 

i może dobrze że tych dobrych chwil jest tak mało

że bronisz się przed życiem i nigdy nie leciałaś samolotem
bo tylko wspomnień by było żal

listo(mad)

rzeczywistość nas rozczaruje, jeśli tylko jej na to pozwolimy

dlatego naszym pieprzonym obowiązkiem jest jej nie pozwalać

 

otulam się słowami nieznajomych na przystanku

-jedziesz jutro do pracy?

-tak

-to pojadę z tobą – mówi pan w puchowej kurtce z napisem pitbull

grzeję się w tym cudzym cieple, kiedy wszystko co dotychczas znane jest odległe bardziej niż przylądek Nordkyn

nie rycz, wszyscy twoi przyjaciele żyją, a pies jeszcze o tobie pamięta
nie rycz, w zoo którego nieopodal mieszkasz, codziennie rodzą się nowe zwierzęta

zrobiłeś mi trening tożsamości

 

miał na imię morten

powiedział jedź ze mną do bergen

w zimnie mięso wolniej się psuje

 

spytał co myślę o aborcji

nie wiem, chyba już jest na nią dla mnie za późno

wracałam wtedy o czwartej nad ranem ulicą św. Gertrudy

z trudem stawiałam kroki

 

i nie zrobię jaskółki, bo żadna tu miłości nie czyni

dotarłam już do tak głębokich warstw siebie, że dalej chyba nie ma już nic

 

 

jeszcze jeden o braku

 

życie nie jest takie złe

wystarczy go po prostu nie przeżywać

najgorsze jest nie to, co robimy z miłości

ale to, co robimy z jej braku

zabija się i zdradza z tych samych pobudek

dziś mi nie wierzysz, ale kiedyś to zrozumiesz

 

 

 

gazeta z dnia

mój pies je żółty śnieg

spleśniały mi kanapki, a Czarnek do szkoły mnie woła

tyle nieszczęść się może wydarzyć w jeden dzień

 

 

 

 

karmiczny maj

 

karma to zabawne słowo; w rzeczywistości nie ma wiele

wspólnego z byciem pełnym

 

życie jest niczym innym niż odtwarzaniem

będziemy ciągle doświadczać

raz po raz

tych samych braków miłości

uważności, braku szacunku

będziemy mniej ważni od wszystkiego

tak jak już kiedyś byliśmy

 

karma to doświadczanie tych samych głodów istnienia

zamień tylko a ona dostała piątkę na tamta ma piękniejsze nogi

zamień nieobecnego ojca na wszystko co dziś nieobecne

zrozumiesz wtedy istotę rzeczy

 

nie pytaj za jakie grzechy

nie zastanawiaj się czemu ty

czemu tobie się to ciągle przydarza

będziesz to odtwarzać jak starą melodię

do końca

tak długo jak długo będzie cię to ruszać

 

ty zamiast karpia w wannie

 

egzemę noszę na rękach

jak stygmaty

to podobno konflikt rozłąki

przyklejam twarz i ręce do rozgrzanego piekarnika

 

wiesz co jest najlepsze w najgorszym dniu twojego życia?

to że jak go przetrwasz

to każdy kolejny będzie już tylko lepszy

 

to jest wigilia świetnego dnia

 

 

 

 Grzegorz Ratyński

 

Plaża w Brzeźnie

Twoje ciało było dla mnie zagadką,
jak kryminał, w którym mordercę poznajemy
dopiero w ostatnim rozdziale.

Czytałem więc szybko,
pomijając przydługie opisy,
skupiając się wyłącznie na akcji,
jakby słowa były nieważne,
liczył się tylko ruch.

Ktoś powiedział, że wszystko płynie,
podlega nieustannym zmianom,
jak wibracje twojego pożądania
wyczuwane pod skórą od pierwszego dotyku.

Twoje ciało było doświadczeniem kosmosu,
potwierdzającym tezę o wielości wszechświatów.
Ktoś napisał, że Bóg unicestwia istniejące światy,
by stworzyć nowe, lepsze.

Gdyby Bóg dotknął twojego ciała,
zrozumiałby, że dotyka Absolutu —
czyli samego siebie.
Czy wtedy nadal pragnąłby doskonalić swoje dzieło?

O świtaniu na plaży w Brzeźnie
opadające mgły odsłaniają molo,
wnikające miękko w morze.
Fale spłukują strzępy nocnych wyobrażeń.
Nad żurawiami stoczni budzi się nowy dzień.

(Gdańsk, 2021)

 

Crescendo na cztery dłonie

To nie zasługa Facebooka
ani żadnego Grindra.
To bilet Intercity kupiony online,
wagon, przedział, miejsca naprzeciwko.

Patrząc w okno, patrzymy sobie w oczy.

I to jest nagłe jak wieczorny przypływ.

Mówią:
Bóg dał, Bóg wziął.
Nietaktem jest targować się z Bogiem.

Ci, którzy sami czują się Bogami,
nie potrzebują podszeptów węża
aby sięgać po najbardziej zakazane owoce.

Nie ma dla nich już mąk piekielnych.
Są egzystencjalne,
bardziej dokuczliwe.

W świecie niekończących się miraży
nie chcą być iluzją samych siebie
ani cząstkami kosmicznej materii,
lawirującymi między bezsensami.

Może nie mają duszy.
Może są tylko ciałami.
Ale ich istota zamyka się w słowie:
JESTEŚMY.

Zatem najpierw crescendo,
grane na cztery dłonie.

Pytania później:
Zostać czy pójść?
Jak długo czy już?
Stopniowo czy nagle,
jak poranny odpływ.

(Kołobrzeg, 2023)

 

 

Mucha

Chciałem Cię dotknąć,
ale ubiegła mnie mucha.
Usiadła na Twojej dłoni
i bezczelnie spojrzała mi w oczy.

Postanowiłem poczekać,
bo wiedziałem,
że natura muchy zapisana jest w jej skrzydłach.

Po chwili muchy już nie było.

Teraz twoja dłoń należała do mnie.
Była ciepła i miękka,
tak delikatna.

A jednak nazajutrz
zachowaliśmy się jak podróżni,
pośpiesznie szukający swojego peronu,
dbający wyłącznie o własny bagaż.

Nie wiem dlaczego,
ale pamiętam, że czułem się
jak płaszcz,
w którym nierówno zapięto guziki.

(Łódź, 2025)

 

 

Promień w mroku

 

 

Człowiek jest jak mucha

na szybie.

 

Bóg spogląda przez ramię

i dziwi się.

 

Czas się cofa.

Skrzypi stara szafa.

 

Naftalina wlecze się

przez dzieje.

 

Umarlaki wracają

niewiadomo skąd.

 

Cisza

wszędzie

rdza jesieni.

 

Ktoś wrzucił do rynsztoka

serce.

Ktoś podniósł je

i schował do kieszeni.

 

Kieszeń była dziurawa..

 

Promień

słońca

strzelił

z nieba

 

(Łódź, 2026)

 

 

Monika Zając-Czerkies

 

 

_ Dyktat _

 

jesteś rybą

co to

łapie się

na własną wędkę

 

nawet nie trzeba ci

zanęty

wystarczy

 

ten znajomy

metaliczny posmak

 

haczyka

 

15 stycznia 2026 r.

 

 

 

_ Skargi i wnioski schowane w czerń _

 

Cisza nocna obleczona głębią odgłosów,

nut, planów welwetowo-czarnych

Odległość mierzy fasadami sowich gwizdów, pociągów, szurań

Nie widzi nic, co byłoby warte zachodu jej oczu

Niech śpią otwarte na oścież

Wnika w nie chłód późnej pory, szelesty, własny szept do wewnątrz

Mamrocze do siebie o otuleniu aksamitnym, czarnym, wnikającym

Wsysa ją do wtóru gwizdów z dalekiego planu

Nieco bliżej – podróż pociągu,

do którego nie wsiadła

niech mu się wiedzie jak najsmutniej

bez jej już udziału

Noc nie mówi

czym napawają się oczy, gdy nie widzi nic

A mimo to

wizja tak wyraźna

Sen objawiony pośród nocy

i skowyczące przyrzeczenie jasnowidzenia

nazajutrz

 

12 września 2025 r.

 

 

_ Miłość, jak tęsknota za Chick Lorimer _

 

Naskórek zasypiał u niej najszybciej

Później kolejne warstwy skóry

Tkanka tłuszczowa

Świadomość i myśli

Powierzchnie nietknięte i nieskalane

zasypane kratery jak wrzody czy groby po tych co odeszli

Skóra pamiętała doskonale kto jej nie dotykał

Potrafiła nawet wskazać oskarżająco palcem

Pełnym żałości

za tym, co mogło pójść inaczej

Zasypia już sama

równając kratery po wyrwanych z siebie korzeniach

Wyjałowiona ziemia

odradza się niepostrzeżenie

Puste groby nie są

w niej

wieczne

 

9 sierpnia 2025 r.

*Imię i nazwisko bohaterki wiersza, Chick Lorimer, zaczerpnięte z wiersza Carla Sandburga

 

 

 

_ Chet Baker w muzyce nocą _

 

Przez noc otwartą

Słyszę życie

Włazi do mnie

Framugą

Odgłosy psów z oddali

czy szumów w koronach

Szelesty kroków

Na półkuli nieba

Chodzą te gwiazdy i chodzą

Że im tak nóg nie szkoda

Układają się w konstelacje

łączą w pary czy w grupy

Migają do siebie „morsem”

Tak intymne to ich szeptanie

Gasną cicho albo świecą ogniem

To znów spadają w otchłań

Tam,

gdzie tylko zapomnienie

mieszka samotne

Świat śpi

A ja jedna wytężam się cała

W tę noc

By ukraść im tę

Niewinność ukrytą

W ciemnym płaszczu

Zmysłów

 

 

 

_ Do ostatniego okruszka _

 

Czujesz mnie sercem

tak jak powinno być

Czujesz mnie

czy może

jesz mnie

jesz

jes

je

j

.

29 stycznia 2025 r.

 

 

_ Wczorajszości _

Rotacja
kolorów, nastrojów…
zmiana czasu, trosk, odzienia

Przychodzenie
odchodzenie

Podchody

Uda się
udało
uda
da

Się

Nie ma nic za rogiem
Gdy oczy masz utkwione

W zaszłości

Stoisz ją
komuś w gardle

1 lipca 2025 r.

 

 

Odsłuchaj treść artykułu
Przejdź do treści