Wiersze wybrane w lutym 2026
Magdalena Grenda-Kurmanow, Jan Henzel, Piotr Nowosielski, Katarzyna Panyło, Marcin Podolan
Magdalena Grenda-Kurmanow
∃∄ – n
chodzę wokół ciebie
przelewam się jak pokost w żyłach
drętwieję znaleziona w nieodpowiednim miejscu
naprężona trafiam kulą
w płot rozprężonego powietrza
kropla w kroplę zanikasz im bardziej mrużę oczy
trwonię osady [powroty upadki wzloty]
kołyszę miłe grudy zdań które nie chcą
odejść bez skargi splecione
cumują lepią się haczą zrywają sznury teraz-zaraz
oceń swój mięsień w gębie czy jest
przystosowany aby przeżyć każdą zmianę w otoczeniu
***
co pełga po kruchym policzku jaskini
wyszklona źrenica nawinie na patent
wywarstwi wersje wypchnie niechciane
nastroszy cierpkie ucho podetnie
po wierzchu wysklep a może i dotrzesz
zawsze palcem po grząskim zawsze przez szparę zza tafli
wyjąć dywiz z dupy kto się poważy
∃∄ – L
– chodzę wokół ciebie
przelewam się jak pokost w żyłach
drętwieję znaleziona w nieodpowiednim miejscu –
jak to jest z brzydkim słowem na L – gdyby dochodziło
już dawno byłoby po wszystkim
wystarczy
robić to
powoli
[i pytaj znów czy twój język jest
przystosowany aby przeżyć każdą zmianę w otoczeniu]
to nie wypełnia mojego zrozumienia –
mówisz na odchłodne
przez szacunek do materii
Pochłoń się
Spokój przychodzi przez powtórzenie.
mówi, że świat dąży ku zagładzie
Już groszek nie chce być z kapustą. Zupełnie jak w apokalipsie Anny.
Lecz
przez mgnienie ominie mnie ubezdźwięcznienie i zamiast palta podadzą mi bardo. I nie odwrócę się na pięcie. Wykonam salto mezomortale. Z nadzieją na bezpowrotne trwanie w nim nogi w powietrzu zakleszczę trwale.
Bo nie autobus do Izraela, i nie samolot do Iranu; nawet nie tysiąc ofiar, a Twego bycia atrofia działa jak anty-opiat,
dym do mnie dotarł,
kurz opadł;
koniec nastąpi, jak zwykle, ot tak.
I: Anna go prześpi, Ty nie odeśpisz, gdy już kolejny mętny ład nastanie.
Ani jednego kamienia nie odrzucę. Pod warstwą gruzu poczekam na ciebie. Wiem, że nie przyjdziesz, że mnie nie odkopiesz, że myśl bezwiednie utrzymasz pod kluczem.
niedziela
Czule zakleszczy lodowaty kryształ. Ten przesunie się wobec, cedując błękit. Rozszczepi tylko bałagan, kłąb eteru ciężki niczym ołów, melancholijne wstęgi jak ogon latawca podzielą powietrze na wdychalne segmenty i możliwe w końcu do rozróżnienia wonie. Wydzieli myśl o masie, której próżno szukać w żelastwie zgiełku; sprężystą, namacalną jak chleb, grząską jak ziemia między wodą a wodą, złą jak ciemny gorzki proch i jak ten miękki proch ciepłą i czułą, lecz napiętą. Nieobrócone w kółko nie znajdzie miejsca. Wzlot możliwy do pięćdziesięciu metrów, upadek po kolana.
tramwaj
Głos bierze się z czubka głowy. Proporcja ze złudzenia. Odezwanie bierze się z przywołania. Końce z braku cierpliwości. Cytat ze zmęczenia.
Jan Henzel
Pieśń Porzecza
- Źródło
zanim oddzieliły się wody
rzeka krążyła we mnie
omywała solami
brałem tyle ile potrzeba
nie myślałem gdzie początek
po tej stronie czy po tamtej
wododział leży w ogrodzie
pod jabłonką
chodzimy tam czasami
ojciec opiera się o łopatę
rękawy ma zakasane
matka mówi
zanim cię urodziłam byłam pięknym naczyniem
potem spękały mnie pajączki
- Wycieczki
ojciec zabierał nas na wycieczki w dół rzeki
szosa wiła się między kępami mieszanych lasów
leżałem na dywaniku
przez dziurę w podwoziu patrzyłem na ruchomy asfalt
siedemdziesiąt
osiemdziesiąt
sto na godzinę
gdy płyniesz w dół Nilu możesz popatrzeć przez szklany pokład
na krokodyle
w różowych wodach są rajskie tilapie
i bojowniki wspaniałe
u nas tego nie ma
tylko włosy tej dziewczyny
zielone
równo porastają dno
- Wróżby
namaluj to
powiedziała mistrzyni
co boisz się czego nie chcesz powiedzieć
o niej mówili że straciła wzrok przy porodzie
i że zupełnie jej nie obchodzą nasze prace
przez czterdzieści pięć minut chodziła między ławkami
co jakiś czas przystawała
słoik z wodą po farbkach brała do ręki
pod światło
wróżyła
- Jonasz
miałeś ciało z muślinu
z bordowej koronki
usta jak u człowieka co do mnie
mówiły
okrężnymi drogami
gdzie najdalsza studnia chodziłem po wodę
nazwałem cię Jonasz czekałem aż mnie połkniesz
- Flis
spław rozpoczynał się wiosną i trwał do późnej jesieni
towary wieźli w dół rzeki
na zachód może dalej
w szkole usłyszałem że retman dobierał sobie flisaków
i coś się na zawsze zmieniło
jak gdyby nurt zawrócił
nie bardzo wiedziałem dlaczego miałby wybrać mnie
ale przypuszczałem
nagiej uwieszony skarpy
że na tratwach ciężkich od zboża od drewna
niczego mi nie zabraknie
- Marzanna
spław rozpoczynał się w marcu
dwudziestego pierwszego
szliśmy parami
mistrzyni powiedziała
ta dziewczyna
pomóżmy jej odejść skąd przyszła
któryś spytał skąd przyszła
z daleka
któryś spytał czy możemy najpierw obciąć jej włosy
tak możemy
któryś spytał czy możemy oblać ją benzyną
następnego dnia każdy miał nasikać do słoika
i zgłosić się na bilans
do najbliższej jednostki
(fragment większej całości)
Piotr Nowosielski
Imperium
Nasze imperium postępu
Ale codziennie jest tak samo
Coś się pojawia
Jeden
Dzień
I
Traci aktualność
To właśnie nasze imperium
Gdyby włamali się do niego złodzieje
Rozejrzeliby się i zawrócili
Koczownik
Żyję według teorii
Więc żyję ale niestety tylko teoretycznie
W bloku miałbym wiele mieszkań
W których spędzałbym mniej czasu
Niż na klatce schodowej
Spałbym pod drzwiami tego mieszkania
Które byłoby najlepiej urządzone
Zmarznięty i wygłodzony
Płakałbym pod drzwiami tego mieszkania
Które było najlepiej urządzone
Zmarznięty i wygłodzony
W pewnym momencie miałbym dość
I spałbym na parterze
Zero absolutne
Bez ruchu
Bezdźwięcznie
Bezbarwnie
Bez pulsu
Bezwiednie
Bezwładnie
Bezsensownie
A jutro zobaczymy
Nazewnictwo
Zaklinam coś znowu w powłokach
Drzewa drzazgi wióry
Płyny i ciała stałe
Zamki z piasku
Piasek z zamków
Oręż armię wojnę
Atrybuty siebie
Albo i nieznajomego
Kto ma usta niechaj mówi
Zamieniłem się w słuch
Jestem uchem które krwawi
A Ty bądź ustami
I mów do mnie
Mów bo tylko słowo mnie uleczy
Mów o czymś wielkim
Z przekonaniem
Przekonaj mnie że masz rację
Zamieniłem się w słuch
Więc mów najgłośniej jak umiesz
Tak bym ogłuchł szczęśliwie
Usłyszawszy wcześniej prawdę
Katarzyna Panyło
Niedzielny spacer w centrum Krakowa
Świętej Gertrudy. Łydka mężczyzny
pulsuje wizerunkiem diabła,
chichotem strzela w świat.
Grodzką. Usta kobiet
wiszą nad miastem
chmurą balonów z helem.
Pawią. Miejski myśliwy
poluje na resztki z kosza
a życie w strzępach
upchnął
do zdezelowanego plecaka.
Rynkiem. Migają
tu
twarze odkryte
tam
zasłonięte ścianą z żorżety.
Plantami. O ucho
odbija się głucho
świst nadlatujących hulajnóg
zgrzyt hamujących znienacka rowerów
dudnienie toczących się tramwajów.
Gdzieniegdzie.
Luksusowe biurowce wodzą
za przechodniami
porzuconymi oknami
a wiekowe kamienice dyszą
brzuchami rozdętymi
od
knajp, sklepików, cukierników.
Wszędzie.
co to będzie?
co to będzie?
Co by było gdyby
Co by było, gdyby zniknęły wszystkie róże tego świata?
te ledwie dotknięte pigmentem główki, falujące na dwumetrowych łodygach
i te ich dzikie siostry, o płatkach których zapachem odurzam się co lato?
Co by było, gdyby jerzyki zamiast zataczać graniaste koła
nad naszymi dachami wywędrowały poza układ słoneczny?
Co by było, gdyby przepadły bez wieści rdzawe pszczoły samotnice ze swoim brzęczącym śpiewem?
Co by było:
gdyby wysokie trawy przestały uginać się pod naszymi stopami
a patyczki pękać w pół pod ich naporem?
gdyby wyschły koryta każdej rzeki, każdego potoku
i dorodne krzaki nie chciały nas już karmić
słodyczą malin?
A co gdyby wyparowały z naszej planety kolory:
szafir wody
burgund aronii
słomkowa żółć?
I jeszcze gdyby stereo przeszło na zawsze w mono?
Jednym słowem:
co byłoby gdyby
rozpierzchły się
wszystkie podpory, które
podtrzymują niebo?
Palce
Dwadzieścia osiem paliczków powleczonych skórą,
ukoronowanie stopy egipskiej.
Klasyczna równowaga rozpostarta na
dwóch szpalerach falujących góra-dół.
Choć zawsze ze mną,
w kinie
w drodze
w łóżku,
to wzrok, który pędzi trasą Szczecin- Przemyśl,
przelatuje mimo
ze świstem.
Rok za rokiem zapętlił się pod dyktando
snu zimowego z mieszanki bawełna-elastan
przeplatanego
letnią skłonnością do ekshibicjonizmu.
Otrzeźwienie gruchnęło znienacka.
Stopy egipskie wpadły na inny porządek świata
– stopy greckie.
Konstelacja dziesięciu druhów, którzy
w galopie, stępem
w zadumie, rozedrganiem
w uniesieniu, strapieniem
suną po krawędziach ziemi
z drugim palcem na czele
razy dwa.
poranek w Krakowie
Autobus linii 503 wessał
tuzin pasażerów
z przystanku przy ulicy Wielickiej.
Błyskawicznie
ludzki oddech rozedrgany
przedwczesną bieganiną za chlebem
osiadł obłokiem mgły na szybach.
A potem
milimetr po milimetrze
zaczął skraplać się do
wężowych zygzaków,
które rozpełzły się po równinie
na wszystkie strony świata.
Szaroburość poranka zamknięta
obrysem okna
zamigotała znienacka żółcienią liści
w prześwitach wolnych od wilgoci.
I tak
zabawa w klasy z barwami jesieni
dowiozła pasażerów do
Placu Inwalidów.
Autobus wypluł, kaszlnął
i pojechał dalej.
Marcin Podolan
Tryptyk wzięty z sufitu
I.
Pion murarski na nitce Ariadny
z sufitu kapie niebo
jak cyfrowy deszcz w Matrixie
płaskie krople drążą powietrze
wyznaczają naturalny
kierunek dobra
niczym pion murarski
w chmurach kryje się coś więcej
niż wilgotność życia –
to słowo błogosławieństwa
podległe sile ciążenia
pada na betonowe wieżowce
między piętra mikro-wszechświata
oto pion moralny
ciężarek słowa
na nitce Ariadny
trzymany ręką
nieodkrytej bogini – Grawitacji
w odpowiedzi dachy
parują modlitwami
testują cierpliwość
najwyższego Architekta
kropla za kroplą
piszą się piony
w nieuchwytnych liniach połączeń
te murarskie
i te
moralne
z miejsca którego nie widzę
w kierunku którego unikam
pionowe ślady przecina
poziom podjętych kroków
wąskich spojrzeń
łakomych oddechów
echo tych kroków niesie się
po klatce schodowej
ta sama droga wiedzie
w górę – i w dół
Grawitacja włada rajskim jabłkiem
i jabłkiem Newtona
niebo mieści się tuż ponad myślą
a piekło
czeka w piwnicach świadomości
zielona fosforyzująca tabliczka
głosi by wchodząc
porzucić wszelką nadzieję
z sufitu kapie niebo
mokry parkiet połyskuje
płodzi fałszywe wspomnienie
lasu deszczowego
a przydałoby się trochę wiecznej zieleni
gdzieś miałem puszkę malachitowej farby
i pędzel do pionowych linii
pion wentylacyjny wynosi ku górze
westchnienia mieszkań
z kratek w ścianach wytrąca się
mdły zapach grzechów
jak z kratki konfesjonału
cyfrowy deszcz nie wystarcza –
oczyszczenie domaga się nadziei
nawiedza mnie
urbanistyczne sacrum
i niepewność
czy jestem punktem docelowym
czy filtrem między stropami
II.
Przeciek z wyższej instancji
z sufitu kapie niebo
znów sąsiad z góry
ten w nabożnie polerowanej aureoli
zapomniał podstawić miskę
pod swoje wyprane skrzydła
chwilowo stracił lotność
ale dzięki temu
głuchym dudnieniem kroków
potwierdza swoją obecność
nowa plama nad głową
jak nowe państwo na mapie
królestwo niebieskie
ekspansywnie rozrasta się
pochłaniając suchą biel
nie potrzeba Kolumbów
ani Mercatorów
by wykreślać i odkrywać
nieznane obszary…
wkrótce zniknie
terra incognita
nie będzie białych plam
między nami
zalewa mnie
bezradność
bunkier mieszkania
jest iluzją schronienia
przed złem i –
przed dobrem
serce jest ostatnim bastionem
nie posiada drzewca
dla tej jednej flagi –
białej plamy
kapitulacji
z sufitu kapie niebo
kroplówka łaski
wsącza się w mój świat
bez pytania
a ja nie mam zacisku na wężyku
mogę co najwyżej podłożyć miskę
aby przeciek z nieba
nie trafił w niepowołane ręce
żeby sąsiad z dołu
ten z okopconą aureolą na bakier
zamiast chlupnięć słyszał
że wciąż stawiam kroki
i nie pałał świętym oburzeniem
na święconą wodę
w kotle
III.
Z dna wołam do Ciebie Panie
z sufitu kapie niebo
przez dziurę w głowie
poziom błękitu podnosi się
do oczu i chlapie gdy mrugam
spora puszka po farbie
w kolorze nadziei
na dnie jak u Pandory
resztki zieleni
wystarczy tylko zanurzyć
głowę w oparach
by się przekonać
że puszka jest z echa i ślepoty
wewnątrz widzę tylko głód
wciągam świat przez rurkę
ale nic nie smakuje sobą
nawet powietrze jest muliste
we mgle duchowego świata
rozrzedzają się myśli
opadają wirując
jak śmigła nasion klonu
gromadzą się wokół serca
tylko wątły mistycyzm
zagnieżdżony w trzewiach
oplątany zwojami
drugiego mózgu
kontempluje racjonalizm
świecki ceremoniał
a może jednak święty
zsyła medytacje do kolan
i swata je z klęcznikiem
albo… matą do jogi
głowa pustoszeje
gubi sensy i myli wartości
traci wspomnienia
wyludnia się
puszka tworzy aureolę –
dno dudni i pulsuje
jakby oddychało za mnie
a ja udaję że umiem
zatonąć w nadziei…
i karmię się echem
modlitwy
Brzydkie dziecko, ale moje
Poród w niepewność,
w świat przeciekają kształty
podklejone lękiem,
cichym pragnieniem…
skażone ułomnością
ręki.
Akty twórcze,
wcielone
natchnieniem autora,
spodziewają się cudzych spojrzeń.
A zimne oczy tłumu
odważają ciężar gatunkowy
na szalach gustibus i disputandum.
Akty
bezwstydne
ale i bezbronne,
wystawione na widok publiczny,
szybko uczą się mówić
i stają na nogach
by rozpocząć własne życie.
Nie muszą się podobać,
ale próbują
wydobyć migotliwe ciepło
spod czyjejś powieki –
jak opiłek wzruszenia…
dla swojego stwórcy.
On się ich nie wyrzeknie,
choć nieraz
chcą na swój sposób
stać się czymś prawdziwszym.
Chcą posiąść ciało,
krew i oddech
cudzego zachwytu.
Nie wyrzeknie się –
nawet jeśli czasem
przejawia się w nich
duch Pinokia.
Nie wyprze się –
zdradzi go test
DNA.
***
poprzez szum danych
nie słychać już anielskich chórów
i coraz trudniej rozmawiać z Bogiem
modlitwa nie wpisuje się
w żadne okno dialogowe
ani w format sumienia
jeszcze czasem
rozkoszne ciarki wystąpią na skórę
gdy dotknie nas kaprys losu
przyjemnym chuchnięciem
ale kto pamięta o wdzięczności
skoro dobro się nam należy
jeszcze czasem
w oczach pociemnieje
gdy stężeje widmo trwogi
i we współczesnym edenie
poczujemy się nadzy pośród cierni
jednak duma nie pozwala
zgiąć kolan i błagać
jeszcze czasem
coś zakłuje w boku
gdy ukruszymy
świętość kamiennych tablic
lecz grymas dyskomfortu
bywa jedyną reakcją –
wolni nie (u)znają przeprosin
Nieodgadnione
Przyszło do mnie we śnie –
Nieodgadnione.
Przedstawiło się i usiadło bezgłośnie
na wiszącym w bezruchu wahadle.
Pusta klepsydra, przywieszona na szyi,
dyndała złowieszczo, mrużąc
ślepe bańki.
Czas zatrzymał się albo skończył,
a Nieodgadnione ze szklistym,
nonszalanckim uśmiechem
obserwowało moją niemoc.
Podeszło.
Podeszło blisko,
za blisko – na odległość tchu,
bez żądań i pytań,
bez gróźb i obietnic,
a przecież po coś.
Pewne siebie i pewne
mojej niepewności,
spojrzeniem wgniotło mi pierś
aż po serce,
aż odległość tchu zmalała
po utratę sensu.
Czym walczyć, gdy moja głowa
to szuflada pełna tępych noży,
gdy myśli topią się w bezczasie,
łapczywie tropiąc wszelki
haust powietrza.
Tymczasem
Nieodgadnione
kiwało alabastrowym łbem,
groziło palcem,
jakby przestrzegając
przed próbą jego przejrzenia.
Chciałem spytać, po co…
Ale wcześniej parsknęło –
i złowieszczy chichot…
uwolnił mnie z kleszczy snu.
Czas ruszył raptownie,
ocierając się o nieskończoność –
zaklętą w przewróconą ósemkę
klepsydry.
Na krawędzi łóżka znalazłem
ciepły ślad, a w nim
nieostre przeczucie,
że Nieodgadnione gdzieś tu zostało.