Wiersze wybrane w marcu 2026
Małgorzata Mittelstadt, Mateusz Prusik, Bartosz Sadliński, Maksymilian Tchoń, Wiktoria Żupińska
Małgorzata Mittelstadt
TAO
wskrzeszam endorfiny
zabierają mnie w podróż
gdzie miłość być zaczyna
nie tobą nie mną
wtedy cisza mnie lubi
bardziej za mniej słów
w głąb duszy zakrada się
nic i śpi błogo
życie smakuje wiatrem
oddycham tak łatwo
przyziemnie jak na drodze
w skali Apgar
piórko
na moment pozwalam się
światu zobaczyć
potem zanurzam się
w okwiat życia
jest mi intensywnie
a zarazem powabnie lekko
jakbym zrzuciła z siebie
wszystkie ostre krawędzie
skarlałe lęki
wielowarstwowe porażki
wstępem się staję
biegu rzeczy wszelkich
piórkiem orzeźwionym deszczem…
***
jakby
we mnie
otwierały się wrota
niewypowiedzianego świata
tutaj byłam zbędna
ludzie boją się
wilczookich dusz
minione inferno
gorzało jeszcze
na twardówce oka
bezdechem życia
skrawki tamtej obecności
tliły się sobą od niechcenia
żegnałam instynktem wilczycy
obrazy i więzy
podeszłe krwią
teraz krążą w obiegu
już beze mnie
jakby
***
a gdyby tak śmierć mogła
jeździć rowerem dla relaksu
mieć pryszczatą twarz żuć gumę
nosić kapelusze jak Bielicka
być życiowa nieco bardziej
może uśmiechałaby się czasem
byłaby mniej sztywna i ponura
dawałaby szansę na okres próbny
albo zapominałaby czyjegoś adresu
chciałabym aby potem czuła się
zakłopotana tak po ludzku
i spłonęła rumieńcem na policzkach
Seniorita Flamenco
pulsują żyły
na skroniach
sypią się kwiaty
z lśniących włosów
w dźwiękach gitary
zastyga w geście
czerwoną szminką
Seniorita Flamenco
przyspieszony oddech
opowiada życie całe
Cygana śpiew przycicha
tańczą palce Seniority
tańczą włosy Seniority
i falbany sukienki
zmienne nagłe
zmysłowe nocą Granady
euforia krwi i ciała
stukot nóg Flamenco
porywa serce
mami słodko
unosi cię nad ziemią
aż czujesz żyjesz
pragniesz kochasz
upojnie gorąco
nieprzewidywalnie
Mateusz Prusik
dzień w pigułce
by przełknąć
gorzką pigułkę dnia
łykam
pregabalinę
ibuprofenum
pregabalinę
trazodon
i popijam
trochę
zakalec
nie udałem się
więc siadłem
bo się nie udałem
zapaśnik
za pasem jutro
za pasem pas
więc na zapas
za pasem pas
martwię się
i nogi biorę za pas
bo zapasów brak
i zapasy z cieniem
pasowano
mnie po plecach
pasuje mi
pas na szyi
zapasiony
ja pas
półgłówek
cały brzuch
cały nos
półgłówek
zapomniałem
niepełnie
a w półzapomnieniu
jak z półwzwodem
w spoconej dłoni
w pustym mieszkaniu
wstyd
dobrze
że nikt nie patrzy
ciemnowidz
gdybyś kiedyś mi powiedział
że w przyszłości będzie
jak faktycznie jest
wyśmiałbym cię
i kazał spierdalać
a teraz
ile bym ci wisiał za wróżbę?
lato
słońce mnie razi
chciałbym zamykać oczy
tylko dlatego
bałamutnik
schlebiają mi
że z cudzych pieców
jadam chleb
a ciągle mam
żołądek pusty
i sumienie czyste
i brzydzi mnie to
że chciałbym być
tak ohydny
jak o mnie myślą
choć nie znam nawet
smaku zakalca
casanova
któremu rozporek
rozpina jedynie
pełny pęcherz
Bartosz Sadliński
W karty
Stawiam na jedną, na drugą kartę cały dobytek –
całą świadomość – wszystko, co mam.
A może nie mam? Nie wiem, nieważne. Czegoś się chwycę,
bo chociaż nie chcę, to muszę grać.
Nie znam też gracza; no, może trochę; ma różne nazwy –
Bóg, rzeczywistość, przypadek, świat…
Wiele tych twarzy – zbyt pokerowych – kamiennych nazbyt…
Zakryte karty – wiele tych kart…
Rzadko się liczy logiczny umysł, przewidywanie,
częściej po prostu szczęście do kart.
Czasem przytrafi się – jakimś cudem – moje rozdanie;
nieraz wygrywam, choć nie wiem jak…
Szukałem planu, schematu, czegoś; jakiejś metody…
Ba, nawet wglądu w zasady gry
i wartość puli – bo nie chcę wierzyć, że gramy o nic,
musi w tym wszystkim być jakiś myk.
Cóż, tanie sztuczki, ograne triki tutaj nie przejdą.
Może czasami… Czasem jest fart.
Lepiej planować na krok do przodu – to wiem, to jedno –
być tu i teraz, i stale grać.
Nigdy nie znajdę, prawdopodobnie, jednego asa,
pewnie przeoczę niejeden blef;
będę testował…, będę zgadywał…; i będę płakał,
mimo, że liczy się poker face.
Ananke
Nie modlę się, wiedz to, ktoś modli się we mnie,
do ciebie, bogini – mityczna – lecz wiedz,
żeś jakby realna… Starania daremne,
by wyrzec się praktyk, wyrzucić cię precz.
Dokoła się lęgną te twoje ołtarze…
Gdzie klękać? Gdzie wołać? Gdzie padać na twarz?
Gdzie kościół postawić, przynajmniej na razie,
bo żaden dla ciebie nie będzie w sam raz.
Kolejne pokuty za grzechy wciąż nowe…
Strojenie sumienia do nowych wciąż brzmień…
Nie kończy się nigdy ta spowiedź-nie-spowiedź –
bo ciągle jest nie dość, bo ciągle jest źle…
I nigdy nie spocznie aparat ucisku,
co każdą usterkę wynajdzie i błąd,
a potem go nazwie i weźmie w cudzysłów,
by drążyć, by grzebać; i ciągle, i wciąż.
Ech, końca nie widać tej dziwnej religii,
niejeden zaszedłem aż tu i aż tak;
spotkałem już wielu, powolnych i sztywnych,
co śpieszą, choć nie chcą, na każdy twój znak.
Ty jesteś pojęcie, tak nieskazitelne
i tak przenikliwe jak ciemność i chłód.
Nie modlę się, uwierz, ktoś modli się we mnie,
A obok wciąż czuwa, daleko, gdzieś, Bóg.
Orkiestra na tonącym statku
No cóż, panowie, statek idzie na dno.
Zatem zagrajmy tych parę utworów.
Wiem, jest nas mało; niejeden się targnął
na resztki życia – w zamkniętym pokoju;
a jeszcze inny przelewa przez gardło
już przedostatni, mały łyk napoju,
który znieczula, pozwala ogarnąć…
Nie, nie zagramy teraz dla potomnych.
Dźwięki utoną, partytury także.
Jednak czekają na nowe akordy
ci, którzy idą głębiom na spotkanie.
Ktoś nie przestaje po cichu się modlić
i tylko patrzy – raz w niebo, raz w fale.
Czeka, aż dźwięki dopełnią harmonii.
Warto też zagrać dla tych, co czekają,
by się rozmarzyć, jeszcze raz, na koniec.
Dajmy im siłę. Na chwilę. Niech mają…
Niechaj się splotą uściski i dłonie.
Jesteśmy dla nich. Dziś jedynie grając
możemy pomóc im powitać koniec.
Grajmy. Niewiele już nut pozostało.
Syzyf odpoczywa
Kamień się stoczył po raz kolejny, więc siądę,
chwilę odpocznę, nim znowu zacznę go wtaczać.
Może się zdrzemnę, może zamyślę… Cokolwiek.
Na tym pustkowiu jest tylko cisza. Lub praca.
Znam już ten kamień prawie na pamięć. Przez napór
chłonąłem wiedzę – tak namacalnie – o kantach,
szczelinach, rysach; zbyt wiele miałem tu czasu.
Wyhodowałem też spore mięśnie. Niezdarta
wciąż była… wola? Na pewno? Wybór jak żaden…
I czy naprawdę mój trud to praca? Bo przecież
tu nie uświadczę żadnych wyników. No, prawie.
Zadrzeć z bogami – niezbyt rozsądnie. Więc kara…
Nawet nieważny jest motyw czynów, cel starań.
Lecz czas się zbierać i znów pchać kamień, do szczytu;
wiedząc, że przecież w końcu się wymsknie, by spadać…
Aż w końcu przyjdzie – kiedyś na pewno – kres mitu.
W ramionach (i poza)
część 1/2
Brakuje mi Ciebie, tych różowych klapek,
w których szłaś powoli z końca korytarza.
Mogłem, tak po prostu, tak na Ciebie patrzeć,
i patrzeć, i patrzeć, choć – jak powtarzałaś –
kiedyś było lepiej – z lekkim makijażem,
włosy dłuższe, gęstsze… Ale mi wystarczysz
taka, jaką Ciebie, tam, wtedy, poznałem
w piątkowe południe. Ćpałem ten romantyzm;
tak, ćpałem…, więc przyszedł zespół odstawienny –
rachunek za bliskość, za jej głód, zachłanność;
nawet za partyjki popularnej jengi
(nie znaliśmy zasad, lecz dobrze się grało…).
No i zakładałem Ci włosy za uszy,
by całe policzki mieć tylko dla siebie,
i oczy, i usta – aby mogły kusić,
i szyję – co wiedzie już w inne przestrzenie.
Układałem puzzle, trochę pomagałaś;
wysoki kolega próbował nam wróżyć;
zaś w “Szansie na sukces” – Stan Borys i “Anna”,
do tego “Jaskółka”, czyli siostra burzy…
Film “Bruce wszechmogący” – to także leciało;
ten wątek: czy można… zmusić do miłości,
i że cud i sztuczka to nie jest to samo…
Powiedziałaś kiedyś, że się za mnie modlisz…
Ja za Ciebie również. Tyle wzajemności
i ciągłe mijanie… Chciałem Cię odnaleźć
kiedyś raz na zawsze, i wreszcie zakończyć
tam, w naszych ramionach, to tęskne czekanie.
Tylko kwiaty
Wiosna nie jest sama, dziś ciągnie za sobą
opuchnięte twarze swoich poprzedniczek –
zielone jak mdłości, zapleśniały owoc
albo mech zdobiący najsmrodliwszą niszę.
Wiosny wypełzały spod śniegów jak z bagna,
siały po gałęziach zieleń jak zarazę;
tylko płatki kwiatów nie dały się nabrać,
umiały zachować przyziemną rozwagę.
Chciałeś je pozrywać, ale nie umiałeś,
więc zrobiłeś zdjęcie, wyostrzyłeś w domu
i patrzyłeś często, jeszcze częściej nawet;
zwykła fotografia umie czasem pomóc
tobie, płatkom kwiatów, może samej wiośnie.
Może też zieleni. Może jej najmocniej.
Maksymilian Tchoń
Jak abecadło spadłem z pieca
odszedłem ku pamięci
choć nie wiem nic
jeżeli czegoś mi brak, to dementuję skargę
duszy narodów
wczorajszego dnia
dytyrambu wiary
nie odmawiam
dyspensy formy pisanej
podróżą w milczeniu
zdobyłem ironię losu
w satyrze jutra
żądam bezzwłocznie
wczorajszej obojętności
dzisiejszego zaciekawienia
i potencjału jutra
choćbym biegł
ewokując życie
szeptem aniołów
do reformy idei
i świadka historii,
która jest moją własnością
i nad którą
spędziłem epoki brązu, żelaza i kamienia
tego świata cień
historyczny sojusz nocy i dni,
a wiedz, że wolę
jedno życie z tobą
niż samotność przez wszystkie
ery tego świata
jako tragarz nadziei
ciągnę za sobą zmęczenie
lecz uwierzę
gdy zobaczę
westchnę juliańsko,
bo resztę dorobku ludzkości
spaliłem jutro,
a wiedz Bóg zestarzeje się ze mną
otom ja sam,
jak drzewo zwarzone od kiści,
sto we mnie żądz,
sto uczuć,
uwiędłych liści
oczekuję i roszczę
sprzeczne z naturą
stanowisko
w karnawale tańczę
na grobach łotrów
to mój weltszmerc
jestem powszednim chlebem
jak abecadło
spadłem z pieca
a ród mój
wierszowany
wiedz, że
iloma językami władasz
tylekroć jesteś
człowiekiem
366 dzień
nadaremno
powołują świadków białego dnia
nadaremno
relegują tych, którzy dochowają tajemnicy w nocy przesileniem sławnej
nadaremno
wśród tych, gdzie nikt nic nie wiem
albowiem
wiedza jest drugim słońcem dla ludzi
wiedza jest władzą i służy:
zignorowanym
dlatego wyznaczam ciebie z masą summy
do Gabinetu Urzędu Trwania
rozpocznij i zawieś
a przy tym astronomiczną wiosną
rozwiąż sprawy lancetu nocy
by poroniła zdegustowanie
między osobą pełnosprawną, a rzeczą przyziemną
i swój ranny zestrój
krój
z zaocznym wyrokiem
na ziemi i w ciszy niczyjej
na słońcu za wieczne docieranie się
z atmosferą skandalu
w mej epoce
środowisko istoty życia
wykona kontakt trzeciego stopnia
z cywilizacją liter
ucieknę z alfabetem
w krainę wedet
w gamę odcieni muzyki niebios
moi towarzysze
moi przełożeni
i moi podwładni
wrogowie moi nad wyraz
będą patrzeć z góry
na każdy lot
Perseidy
uderzającej z tytanicznym szabrując gwałtem
w matkę ziemię
nadaremno
powołaj świadków
releguj mizantropów
obdarz wiedzą
i niewiedzą nasyć
księżyce ze sławą, godnością i reputacją lukru
zdrajców
i wydaj prawomocny
wyrok
pozbawienia wolności
lat przestępnych
Jedenaste przykazanie: „Nie bądź obojętny”
ostatniej nadziei promień
w pierwszym nieczystym akcie
sprawy merytorycznej
etosu moralnego
kodeksu wędrowca
poprzez świat
gwiazd spadających
ustępując, obracając wniwecz
cieniom padającym szloch
z obelisku krwi
grupy nieznanej
ażeby hełm
ochronił,
a broń strzeliła
gwiazd na pagonach
od bratobójczych
wojen
od prywatnych objawień
w miejscu gremialnym
wywołanych przez
kobiety od zarania
pieniądze od
chciwości
próżnej chwały
od sławy
brew regułom gry
i błędu w sztuce
narażony na
ukamienowanie
obierasz
samowygnanie stopy metrycznej poezji
gdy tamci
gdy tamci
dają weto Prawdzie
wznosząc nowe mauzolea
na kościach swych braci
licząc Dolary
które i tak
zmyje deszcz
lub pochłonie morze
z groteski by nie zwariować, trzeba uciec w samotność
albo wypali
węglarz
podkuty
wiarą
zbierzesz żniwo
swego początku
bez końca
podkuty
nadzieją
zbierzesz żniwo
swego zdrowia
bez choroby
podkuty miłością
zbierzesz żniwo
swego olśnienia
i swej ignorancji
tępoty
u stóp katedry
z dźwięku
odpoczniesz
trawiony
bezpieczną łaską
niewyrażalnego
Koło lipowe
Pracuję w młynie
rozdrabniam historię
W dziejach grzechu porzuciłem
Współczesność
W dziejach czystości porzuciłem
tradycje
To moja próba wszystkiego pomiędzy
Jestem eseistą
i oceniam echo
Przed naszą erą i w naszej erze
Zawsze marzyłem o Bizancjum
Kiedy już przyszło
wyłowiłem z Tybru dwoje dzieci
Spadł rzewny deszcz
Utyskując, że jestem wilkiem pośród owiec
Nadałem im imiona
Te przed naszą erą
i te w naszej erze
Ruch oporu
Państwa rozbite wojnami
domowymi
złamane serca
ukontentowaniem
stracony rozum
myślą nieczystą
pomieszane zmysły
darem juchy
bite dowody
utracone
westchnienia
a choćbym zaczął na wspak
rozniecać płomień
Feniks i tak się odrodzi
Odys dopłynie do swej Itaki
Ewa zwabi Adama
i tak spalą na stosie Joannę
i spadnie z wieży głowa Tomasza
Romeo ujmie Julię
przeżyję trzy wojny, w tym dwie światowe
ona napisze wiersz
i ja spiszę listy
na niebie
niewysłane do słońca
wytoczę mu proces
za codzienne docieranie
duch się we mnie trzyma mocno
co tam panie w polityce?
pojemne formy
z treścią nieprzystające
pakty łask
elementarnie
danych obywatelom
rzeki żalu
nieuzbrojone
w nadzieję i wiarę
wersety
Nie zostanie kamień na kamieniu
nie stanę ci na przeszkodzie: kamieniu
ciężki, oszlifowany, winny
budowałem podnosząc ciebie
rujnowałem opuszczając ciebie
milowy, cierpliwy, szlachetny
chciałem wziąć cię w posiadanie
niechętnie wsiąka w rymy krew
wychodzisz bez uszczerbku z każdej sytuacji
i nie musisz tłumaczyć przyczyn swojego istnienia
służysz i do kamieniowania,
i do budowy
oddałem ci swój pocałunek
a mój prywatny rozłam doręczył mi ciepło epoki
ale też jestem pewien, że nie staniesz się samotny,
bo w swej nagości pożądany
choć raz odpoczniesz od swej
niewoli milczenia
będę trzymał cię w ustach –
ćwicząc je
Wiktoria Żupińska
Pęknięty sufit
Sufit jest brudny już nie biały, w kilku miejscach pęknięty, ze śladami zabitych much
Zauważa rozmytym wzrokiem, z trudem przełykając ciężką gulę
ledwo się udaje, gdy sobie przypomina
niewypowiedziane słowa, niewykonane gesty,
pół czyny, pół akty, pół życia
Momentalnie staje, opiera się ręką o kuchenny blat
Zwiesza głowę,
Próbuje powstrzymać napierające łzy, zwraca wzrok ku górze,
ale już za późno, już za chwilę tonie, gdy sobie przypomina
Zasmarkany dzieciak, zawsze przewrażliwiony
Zawsze za bardzo, za dużo, zbyt intensywnie bierze do siebie
Kuca, zniżając się do poziomu swojej wątpliwej wartości
Opierając czoło się o białe szafki kuchenne,
Myśli, że one także nie są już białe
Kolor, który nie jest kolorem, wyblakł, tanie fronty z Ikei
Znowu jest dzieciakiem, znowu płacze, znowu kurwa ryczy
z bezsilności, niesprawiedliwości
Nie potrafi zrozumieć, nikt nie chce zrozumieć
Obejmuje się rękami i siada na zimnych kafelkach, też pękniętych
Cały dom nosi ślady użytkowania, wyzuty i zużyty z uczucia.
Tylko dlaczego wnętrze nie jest ciepłe, jak we wszystkich opowieściach?
Tu ognisko domowe już dawno wygasło, z komina ciągnie zimno
Dzieciak gani się, że znowu tyle płacze,
kiedyś pytano z wyrzutami: czego tyle ryczysz? Ale nie może przestać
Teraz czuje gniew, rozsadzający od wewnątrz, chce wypłynąć tymi wszystkimi łzami.
Cofnęła się, już nie niezależna, nic się nigdy nie zmienia, zawsze powraca do tego samego, do stanu pierwotnego, pękniętego od środka, jak ten wazon, gdy spadła na niego półka.
Trzeba go było wyrzucić do kosza.
Sama chciałaby wyrzucić się do kosza. Chciałaby umrzeć. Nie.
Poprawia się: chciałaby przestać istnieć.
Zatrzymać świat, czas, wstrzymać oddech.
Dzieciak tonie we łzach, czuje się samotny, pierwotnie smutny
Nie wie jak kochać i jak być kochanym. Czego to wymaga? Chciałby, żeby ktoś go objął, pocałował w czoło,
przyciągnął do siebie, żeby poczuł ciepło drugiego człowieka i jego serca.
Zamiast tego marznie w zimnym objęciu pękniętego domu.
Przestań wiecznie ryczeć, nikt nie umarł. Uderza pięścią w podłogę, znowu to samo.
Nic się nie zmienia.
Po co to komu?
Ty żałosna pizdo
Czemu ryczysz? Spójrz na siebie, bardziej żałosnego widoku nikt nie widział.
Co, myślisz, że ktoś ci współczuje? Szukasz tylko uwagi.
Wieczna atencjuszka, nie może się powstrzymać
Spójrzcie na nią, jaka mazgaja! Cierpiąca za wszystkie narody! Mickiewicza chce udawać!
Nikt ci nie pomoże, nie łudź się.
a jeśli tak to po to, żebyś dała im spokój.
To będzie litość, nie myśl sobie.
Przed ludźmi och, jaka silna, jaka niezależna, opiniotwórcza jak tygodnik, nie ma co
Parodia, chodząca iluzja, kpina.
Ledwo, co domu wchodzi i leci do łazienki, płakać w spokoju, jak ośmioletnie dziecko.
No i po co ryczysz? Mamusia cię nie przytulała? Ojciec cię nie kochał?
Popatrz na siebie, spójrz w te lustro. Zasmarkane i opuchnięte babsko.
Płakanie jest kurewsko męczące, nikt ci nie powiedział?
Weź już przestań. Mówię serio, męczysz mnie.
Nie potrafię
Z czystym sumieniem powiedzieć młodszej sobie: będzie lepiej
Podnieś głowę, otrzyj łzy, wyjdź z kąta w łazience, przestań uciekać
Będzie lepiej
Powiedzieć z czystym sumieniem nie potrafię
W dobrych intencjach kłamstwo się kryje – przykre doświadczenia cię kształtują, ale
wypaczają.
Drążą dziurę, wyciągają to, co czyste, przyjemne, niewinne. Zostaje tam gorycz, którą starasz się pozbyć do końca dni,
nieustannie, codziennie.
Z czystym sumieniem powiedzieć: przejdziesz przez to, dalej jest lepiej
Skłamać tej wrażliwej dziewczynce, że będzie lepiej oznacza dać jej fałszywą nadzieję. Temu dziecku, które ukrywa łzy, z bezsilności płacze częściej, niż jest gotowe przyznać.
Młodej osobie, która chce zmienić rzeczywistość.
Wierzy, że jeszcze jej się uda, tylko musi wytrwać.
Dziewczynce z wielkimi marzeniami, które znikają z dnia na dzień, jedno po drugim. Jej nadziei wystawionej na próbę, gasnącej w oczach, ale wytrwale idącej do przodu.
Powiedzieć z czystym sumieniem nie potrafię.
Jest trudniej i tylko czasami lepiej. Lepiej skrzywdzić ją teraz, niż później. Nauczy się życia. Powiedzieć dziewczynce,
która już wkrótce
unicestwi dziecko w sobie.
Chce przetrwać, wewnętrzny dzieciak do tego niepotrzebny.
Czas dorosnąć.
Z czystym sumieniem przysiąść do młodszej siebie i wziąć w objęcia
Posiedzieć w milczeniu, wziąć za rękę, pocieszyć.
Być razem. Osuszyć łzy. Przytulić.
Powiedzieć: jestem tu.
Z czystym sumieniem nie potrafię być dla młodszej siebie
Nikt dla niej nie był.
Nie potrafię patrzeć na bezsilną dziewczynkę i kłamać prosto w oczy, że to uczucie zniknie. Bezsilność pozostanie,
przyjdzie spryt i wytrwałość.
Siedzieć i bezczynnie patrzeć na łzy, które na nic się zdają. Potrząsnąć i wybić z głowy wrażliwość.
Z czystym sumieniem nie potrafię powiedzieć: kocham cię
Może ktoś kocha, ale jeszcze o tym nie wiem.
Schronienie
Posiedźmy w ciszy, zapełnijmy ją dotykiem i gestami
Spojrzenia mówią więcej niż słowa, pozwól mi utopić się w twoim
Ręka, wcześniej chowana z lękiem, nigdy nie sądziła, że zdobędzie się na gest zaufania
Myślała, że jest na zawsze złamana
Pytała kto chciałby ją ująć?
Teraz wychodzi z kieszeni, gdzie się ukrywała
Ma nadzieję, że ktoś jak dawniej pochwyci jej dłoń
Znajomy dotyk dostarczy schronienie
Ręka spragniona czułości napotyka tylko pustą przestrzeń