Udostępnij:

Wiersze wybrane w marcu 2026

Małgorzata Mittelstadt, Mateusz Prusik, Bartosz Sadliński, Maksymilian Tchoń, Wiktoria Żupińska

 

Małgorzata Mittelstadt

 

TAO

 

wskrzeszam endorfiny

 

zabierają mnie w podróż

gdzie miłość być zaczyna

nie tobą nie mną

 

wtedy cisza mnie lubi

bardziej za mniej słów

 

w głąb duszy zakrada się

nic i śpi błogo

 

życie smakuje wiatrem

 

oddycham tak łatwo

przyziemnie jak na drodze

w skali Apgar

 

 

piórko

 

na moment pozwalam się

światu zobaczyć

 

potem zanurzam się

w okwiat życia

 

jest mi intensywnie

a zarazem powabnie lekko

 

jakbym zrzuciła z siebie

wszystkie ostre krawędzie

 

skarlałe lęki

wielowarstwowe porażki

 

wstępem się staję

biegu rzeczy wszelkich

 

piórkiem orzeźwionym deszczem…

 

 

 

***

jakby

we mnie

otwierały się wrota

niewypowiedzianego świata

 

tutaj byłam zbędna

ludzie boją się

wilczookich dusz

 

minione inferno

gorzało jeszcze

na twardówce oka

bezdechem życia

 

skrawki tamtej obecności

tliły się sobą od niechcenia

 

żegnałam instynktem wilczycy

obrazy i więzy

podeszłe krwią

 

teraz krążą w obiegu

już beze mnie

jakby

 

 

***

a gdyby tak śmierć mogła

jeździć rowerem dla relaksu

mieć pryszczatą twarz żuć gumę

nosić kapelusze jak Bielicka

być życiowa nieco bardziej

może uśmiechałaby się czasem

byłaby mniej sztywna i ponura

dawałaby szansę na okres próbny

albo zapominałaby czyjegoś adresu

chciałabym aby potem czuła się

zakłopotana tak po ludzku

i spłonęła rumieńcem na policzkach

 

 

Seniorita Flamenco

 

 

pulsują żyły

na skroniach

sypią się kwiaty

z lśniących włosów

 

w dźwiękach gitary

zastyga w geście

czerwoną szminką

Seniorita Flamenco

 

przyspieszony oddech

opowiada życie całe

Cygana śpiew przycicha

 

tańczą palce Seniority

tańczą włosy Seniority

i falbany sukienki

zmienne nagłe

zmysłowe nocą Granady

 

euforia krwi i ciała

stukot nóg Flamenco

porywa serce

mami słodko

unosi cię nad ziemią

aż czujesz żyjesz

pragniesz kochasz

upojnie gorąco

nieprzewidywalnie

 

 

 

 

 

Mateusz Prusik

 

 

dzień w pigułce

 

by przełknąć

gorzką pigułkę dnia

łykam

 

pregabalinę

ibuprofenum

pregabalinę

trazodon

 

i popijam

trochę

 

zakalec

 

nie udałem się

więc siadłem

bo się nie udałem

 

zapaśnik

 

za pasem jutro

za pasem pas

więc na zapas

za pasem pas

 

martwię się

i nogi biorę za pas

bo zapasów brak

i zapasy z cieniem

 

pasowano

mnie po plecach

pasuje mi

pas na szyi

 

zapasiony

ja pas

 

 

półgłówek

 

cały brzuch

cały nos

półgłówek

 

zapomniałem

niepełnie

 

a w półzapomnieniu

jak z półwzwodem

w spoconej dłoni

w pustym mieszkaniu

 

wstyd

 

dobrze

że nikt nie patrzy

 

 

ciemnowidz

 

gdybyś kiedyś mi powiedział

że w przyszłości będzie

jak faktycznie jest

wyśmiałbym cię

i kazał spierdalać

 

a teraz

ile bym ci wisiał za wróżbę?

 

 

lato

 

słońce mnie razi

 

chciałbym zamykać oczy

tylko dlatego

 

 

bałamutnik

 

schlebiają mi

że z cudzych pieców

jadam chleb

 

a ciągle mam

żołądek pusty

i sumienie czyste

 

i brzydzi mnie to

że chciałbym być

tak ohydny

jak o mnie myślą

 

choć nie znam nawet

smaku zakalca

 

casanova

któremu rozporek

rozpina jedynie

pełny pęcherz

 

 

Bartosz Sadliński

 

W karty

 

Stawiam na jedną, na drugą kartę cały dobytek –

całą świadomość – wszystko, co mam.

A może nie mam? Nie wiem, nieważne. Czegoś się chwycę,

bo chociaż nie chcę, to muszę grać.

 

Nie znam też gracza; no, może trochę; ma różne nazwy –

Bóg, rzeczywistość, przypadek, świat…

Wiele tych twarzy – zbyt pokerowych – kamiennych nazbyt…

Zakryte karty – wiele tych kart…

 

Rzadko się liczy logiczny umysł, przewidywanie,

częściej po prostu szczęście do kart.

Czasem przytrafi się – jakimś cudem – moje rozdanie;

nieraz wygrywam, choć nie wiem jak…

 

Szukałem planu, schematu, czegoś; jakiejś metody…

Ba, nawet wglądu w zasady gry

i wartość puli – bo nie chcę wierzyć, że gramy o nic,

musi w tym wszystkim być jakiś myk.

 

Cóż, tanie sztuczki, ograne triki tutaj nie przejdą.

Może czasami… Czasem jest fart.

Lepiej planować na krok do przodu – to wiem, to jedno –

być tu i teraz, i stale grać.

 

Nigdy nie znajdę, prawdopodobnie, jednego asa,

pewnie przeoczę niejeden blef;

będę testował…, będę zgadywał…; i będę płakał,

mimo, że liczy się poker face.

 

Ananke

 

Nie modlę się, wiedz to, ktoś modli się we mnie,

do ciebie, bogini – mityczna – lecz wiedz,

żeś jakby realna… Starania daremne,

by wyrzec się praktyk, wyrzucić cię precz.

 

Dokoła się lęgną te twoje ołtarze…

Gdzie klękać? Gdzie wołać? Gdzie padać na twarz?

Gdzie kościół postawić, przynajmniej na razie,

bo żaden dla ciebie nie będzie w sam raz.

 

Kolejne pokuty za grzechy wciąż nowe…

Strojenie sumienia do nowych wciąż brzmień…

Nie kończy się nigdy ta spowiedź-nie-spowiedź –

bo ciągle jest nie dość, bo ciągle jest źle…

 

I nigdy nie spocznie aparat ucisku,

co każdą usterkę wynajdzie i błąd,

a potem go nazwie i weźmie w cudzysłów,

by drążyć, by grzebać; i ciągle, i wciąż.

 

Ech, końca nie widać tej dziwnej religii,

niejeden zaszedłem aż tu i aż tak;

spotkałem już wielu, powolnych i sztywnych,

co śpieszą, choć nie chcą, na każdy twój znak.

 

Ty jesteś pojęcie, tak nieskazitelne

i tak przenikliwe jak ciemność i chłód.

Nie modlę się, uwierz, ktoś modli się we mnie,

A obok wciąż czuwa, daleko, gdzieś, Bóg.

 

 

Orkiestra na tonącym statku

 

No cóż, panowie, statek idzie na dno.

Zatem zagrajmy tych parę utworów.

Wiem, jest nas mało; niejeden się targnął

na resztki życia – w zamkniętym pokoju;

a jeszcze inny przelewa przez gardło

już przedostatni, mały łyk napoju,

który znieczula, pozwala ogarnąć…

 

Nie, nie zagramy teraz dla potomnych.

Dźwięki utoną, partytury także.

Jednak czekają na nowe akordy

ci, którzy idą głębiom na spotkanie.

Ktoś nie przestaje po cichu się modlić

i tylko patrzy – raz w niebo, raz w fale.

Czeka, aż dźwięki dopełnią harmonii.

 

Warto też zagrać dla tych, co czekają,

by się rozmarzyć, jeszcze raz, na koniec.

Dajmy im siłę. Na chwilę. Niech mają…

Niechaj się splotą uściski i dłonie.

Jesteśmy dla nich. Dziś jedynie grając

możemy pomóc im powitać koniec.

Grajmy. Niewiele już nut pozostało.

 

 

Syzyf odpoczywa

 

Kamień się stoczył po raz kolejny, więc siądę,

chwilę odpocznę, nim znowu zacznę go wtaczać.

Może się zdrzemnę, może zamyślę… Cokolwiek.

Na tym pustkowiu jest tylko cisza. Lub praca.

 

Znam już ten kamień prawie na pamięć. Przez napór

chłonąłem wiedzę – tak namacalnie – o kantach,

szczelinach, rysach; zbyt wiele miałem tu czasu.

Wyhodowałem też spore mięśnie. Niezdarta

wciąż była… wola? Na pewno? Wybór jak żaden…

I czy naprawdę mój trud to praca? Bo przecież

tu nie uświadczę żadnych wyników. No, prawie.

 

Zadrzeć z bogami – niezbyt rozsądnie. Więc kara…

Nawet nieważny jest motyw czynów, cel starań.

Lecz czas się zbierać i znów pchać kamień, do szczytu;

wiedząc, że przecież w końcu się wymsknie, by spadać…

Aż w końcu przyjdzie – kiedyś na pewno – kres mitu.

 

 

W ramionach (i poza)

                             część 1/2

 

Brakuje mi Ciebie, tych różowych klapek,

w których szłaś powoli z końca korytarza.

Mogłem, tak po prostu, tak na Ciebie patrzeć,

i patrzeć, i patrzeć, choć – jak powtarzałaś –

 

kiedyś było lepiej – z lekkim makijażem,

włosy dłuższe, gęstsze… Ale mi wystarczysz

taka, jaką Ciebie, tam, wtedy, poznałem

w piątkowe południe. Ćpałem ten romantyzm;

 

tak, ćpałem…, więc przyszedł zespół odstawienny –

rachunek za bliskość, za jej głód, zachłanność;

nawet za partyjki popularnej jengi

(nie znaliśmy zasad, lecz dobrze się grało…).

 

No i zakładałem Ci włosy za uszy,

by całe policzki mieć tylko dla siebie,

i oczy, i usta – aby mogły kusić,

i szyję – co wiedzie już w inne przestrzenie.

 

Układałem puzzle, trochę pomagałaś;

wysoki kolega próbował nam wróżyć;

zaś w  “Szansie na sukces” – Stan Borys i “Anna”,

do tego “Jaskółka”, czyli siostra burzy…

 

Film “Bruce wszechmogący” – to także leciało;

ten wątek: czy można… zmusić do miłości,

i że cud i sztuczka to nie jest to samo…

Powiedziałaś kiedyś, że się za mnie modlisz…

 

Ja za Ciebie również. Tyle wzajemności

i ciągłe mijanie… Chciałem Cię odnaleźć

kiedyś raz na zawsze, i wreszcie zakończyć

tam, w naszych ramionach, to tęskne czekanie.

 

 

Tylko kwiaty

 

Wiosna nie jest sama, dziś ciągnie za sobą

opuchnięte twarze swoich poprzedniczek –

zielone jak mdłości, zapleśniały owoc

albo mech zdobiący najsmrodliwszą niszę.

 

Wiosny wypełzały spod śniegów jak z bagna,

siały po gałęziach zieleń jak zarazę;

tylko płatki kwiatów nie dały się nabrać,

umiały zachować przyziemną rozwagę.

 

Chciałeś je pozrywać, ale nie umiałeś,

więc zrobiłeś zdjęcie, wyostrzyłeś w domu

i patrzyłeś często, jeszcze częściej nawet;

zwykła fotografia umie czasem pomóc

 

tobie, płatkom kwiatów, może samej wiośnie.

Może też zieleni. Może jej najmocniej.

 

 

Maksymilian Tchoń

 

 

Jak abecadło spadłem z pieca

 

odszedłem ku pamięci
choć nie wiem nic
jeżeli czegoś mi brak, to dementuję skargę
duszy narodów
wczorajszego dnia
dytyrambu wiary

nie odmawiam
dyspensy formy pisanej
podróżą w milczeniu
zdobyłem ironię losu
w satyrze jutra

żądam bezzwłocznie
wczorajszej obojętności
dzisiejszego zaciekawienia
i potencjału jutra

choćbym biegł
ewokując życie
szeptem aniołów
do reformy idei

i świadka historii,
która jest moją własnością
i nad którą
spędziłem epoki brązu, żelaza i kamienia
tego świata cień
historyczny sojusz nocy i dni,

a wiedz, że wolę
jedno życie z tobą
niż samotność przez wszystkie
ery tego świata

jako tragarz nadziei
ciągnę za sobą zmęczenie
lecz uwierzę
gdy zobaczę

westchnę juliańsko,
bo resztę dorobku ludzkości
spaliłem jutro,
a wiedz Bóg zestarzeje się ze mną

otom ja sam,
jak drzewo zwarzone od kiści,
sto we mnie żądz,
sto uczuć,
uwiędłych liści

oczekuję i roszczę
sprzeczne z naturą
stanowisko
w karnawale tańczę
na grobach łotrów

to mój weltszmerc

jestem powszednim chlebem
jak abecadło
spadłem z pieca
a ród mój
wierszowany

wiedz, że
iloma językami władasz
tylekroć jesteś
człowiekiem

 

 

 

366 dzień

 

nadaremno

powołują świadków białego dnia

nadaremno

relegują tych, którzy dochowają tajemnicy w nocy przesileniem sławnej

nadaremno

wśród tych, gdzie nikt nic nie wiem

 

albowiem

wiedza jest drugim słońcem dla ludzi

wiedza jest władzą i służy:

zignorowanym

dlatego wyznaczam ciebie z masą summy

do Gabinetu Urzędu Trwania

rozpocznij i zawieś

a przy tym astronomiczną wiosną

rozwiąż sprawy lancetu nocy

by poroniła zdegustowanie

między osobą pełnosprawną, a rzeczą przyziemną

 

i swój ranny zestrój

krój

z zaocznym wyrokiem

na ziemi i w ciszy niczyjej

na słońcu za wieczne docieranie się

z atmosferą skandalu

w mej epoce

 

środowisko istoty życia

wykona kontakt trzeciego stopnia

z cywilizacją liter

ucieknę z alfabetem

w krainę wedet

w gamę odcieni muzyki niebios

 

moi towarzysze

moi przełożeni

i moi podwładni

wrogowie moi nad wyraz

będą patrzeć z góry

na każdy lot

Perseidy

uderzającej z tytanicznym szabrując gwałtem

w matkę ziemię

nadaremno

 

powołaj świadków

releguj mizantropów

obdarz wiedzą

i niewiedzą nasyć

 

księżyce ze sławą, godnością i reputacją lukru

zdrajców

 

i wydaj prawomocny

wyrok

pozbawienia wolności

lat przestępnych

 

 

 

Jedenaste przykazanie: „Nie bądź obojętny”

 

ostatniej nadziei promień
w pierwszym nieczystym akcie
sprawy merytorycznej
etosu moralnego
kodeksu wędrowca

poprzez świat
gwiazd spadających
ustępując, obracając wniwecz
cieniom padającym szloch
z obelisku krwi
grupy nieznanej
ażeby hełm
ochronił,
a broń strzeliła

gwiazd na pagonach
od bratobójczych
wojen
od prywatnych objawień
w miejscu gremialnym

wywołanych przez
kobiety od zarania
pieniądze od
chciwości
próżnej chwały
od sławy
brew regułom gry
i błędu w sztuce

narażony na
ukamienowanie
obierasz
samowygnanie stopy metrycznej poezji
gdy tamci
gdy tamci
dają weto Prawdzie
wznosząc nowe mauzolea
na kościach swych braci
licząc Dolary
które i tak
zmyje deszcz
lub pochłonie morze
z groteski by nie zwariować, trzeba uciec w samotność
albo wypali
węglarz

podkuty
wiarą
zbierzesz żniwo
swego początku
bez końca

podkuty
nadzieją
zbierzesz żniwo
swego zdrowia
bez choroby

podkuty miłością
zbierzesz żniwo
swego olśnienia
i swej ignorancji

tępoty
u stóp katedry
z dźwięku
odpoczniesz
trawiony
bezpieczną łaską

niewyrażalnego

 

Koło lipowe

 

Pracuję w młynie
rozdrabniam historię
W dziejach grzechu porzuciłem
Współczesność
W dziejach czystości porzuciłem
tradycje
To moja próba wszystkiego pomiędzy
Jestem eseistą
i oceniam echo

 

 

Przed naszą erą i w naszej erze

 

Zawsze marzyłem o Bizancjum
Kiedy już przyszło
wyłowiłem z Tybru dwoje dzieci
Spadł rzewny deszcz
Utyskując, że jestem wilkiem pośród owiec
Nadałem im imiona

Te przed naszą erą
i te w naszej erze

 

Ruch oporu

 

Państwa rozbite wojnami
domowymi
złamane serca
ukontentowaniem
stracony rozum
myślą nieczystą
pomieszane zmysły
darem juchy
bite dowody
utracone
westchnienia

a choćbym zaczął na wspak
rozniecać płomień
Feniks i tak się odrodzi
Odys dopłynie do swej Itaki
Ewa zwabi Adama
i tak spalą na stosie Joannę
i spadnie z wieży głowa Tomasza
Romeo ujmie Julię
przeżyję trzy wojny, w tym dwie światowe
ona napisze wiersz
i ja spiszę listy

na niebie

niewysłane do słońca
wytoczę mu proces
za codzienne docieranie

duch się we mnie trzyma mocno
co tam panie w polityce?

pojemne formy
z treścią nieprzystające

pakty łask
elementarnie
danych obywatelom
rzeki żalu

nieuzbrojone
w nadzieję i wiarę
wersety

 

 

Nie zostanie kamień na kamieniu

 

nie stanę ci na przeszkodzie: kamieniu

ciężki, oszlifowany, winny
budowałem podnosząc ciebie
rujnowałem opuszczając ciebie

milowy, cierpliwy, szlachetny
chciałem wziąć cię w posiadanie
niechętnie wsiąka w rymy krew

wychodzisz bez uszczerbku z każdej sytuacji
i nie musisz tłumaczyć przyczyn swojego istnienia

służysz i do kamieniowania,
i do budowy

oddałem ci swój pocałunek
a mój prywatny rozłam doręczył mi ciepło epoki

ale też jestem pewien, że nie staniesz się samotny,
bo w swej nagości pożądany
choć raz odpoczniesz od swej
niewoli milczenia

będę trzymał cię w ustach –
ćwicząc je

 

 

Wiktoria Żupińska

 

Pęknięty sufit

 

Sufit jest brudny już nie biały, w kilku miejscach pęknięty, ze śladami zabitych much

Zauważa rozmytym wzrokiem, z trudem przełykając ciężką gulę

ledwo się udaje, gdy sobie przypomina

niewypowiedziane słowa, niewykonane gesty,

pół czyny, pół akty, pół życia

 

Momentalnie staje, opiera się ręką o kuchenny blat

Zwiesza głowę,

Próbuje powstrzymać napierające łzy, zwraca wzrok ku górze,

ale już za późno, już za chwilę tonie, gdy sobie przypomina

 

Zasmarkany dzieciak, zawsze przewrażliwiony

Zawsze za bardzo, za dużo, zbyt intensywnie bierze do siebie

 

Kuca, zniżając się do poziomu swojej wątpliwej wartości

Opierając czoło się o białe szafki kuchenne,

Myśli, że one także nie są już białe

Kolor, który nie jest kolorem, wyblakł, tanie fronty z Ikei

 

Znowu jest dzieciakiem, znowu płacze, znowu kurwa ryczy

z bezsilności, niesprawiedliwości

Nie potrafi zrozumieć, nikt nie chce zrozumieć

Obejmuje się rękami i siada na zimnych kafelkach, też pękniętych

Cały dom nosi ślady użytkowania, wyzuty i zużyty z uczucia.

Tylko dlaczego wnętrze nie jest ciepłe, jak we wszystkich opowieściach?

Tu ognisko domowe już dawno wygasło, z komina ciągnie zimno

 

Dzieciak gani się, że znowu tyle płacze,

kiedyś pytano z wyrzutami: czego tyle ryczysz? Ale nie może przestać

Teraz czuje gniew, rozsadzający od wewnątrz, chce wypłynąć tymi wszystkimi łzami.

 

Cofnęła się, już nie niezależna, nic się nigdy nie zmienia, zawsze powraca do tego samego, do stanu pierwotnego, pękniętego od środka, jak ten wazon, gdy spadła na niego półka.

Trzeba go było wyrzucić do kosza.

Sama chciałaby wyrzucić się do kosza. Chciałaby umrzeć. Nie.

Poprawia się: chciałaby przestać istnieć.

Zatrzymać świat, czas, wstrzymać oddech.

 

Dzieciak tonie we łzach, czuje się samotny, pierwotnie smutny

Nie wie jak kochać i jak być kochanym. Czego to wymaga? Chciałby, żeby ktoś go objął, pocałował w czoło,

przyciągnął do siebie, żeby poczuł ciepło drugiego człowieka i jego serca.

 

Zamiast tego marznie w zimnym objęciu pękniętego domu.

Przestań wiecznie ryczeć, nikt nie umarł. Uderza pięścią w podłogę, znowu to samo.

Nic się nie zmienia.

 

 

Po co to komu?

 

Ty żałosna pizdo

Czemu ryczysz? Spójrz na siebie, bardziej żałosnego widoku nikt nie widział.

Co, myślisz, że ktoś ci współczuje? Szukasz tylko uwagi.

Wieczna atencjuszka, nie może się powstrzymać

Spójrzcie na nią, jaka mazgaja! Cierpiąca za wszystkie narody! Mickiewicza chce udawać!

Nikt ci nie pomoże, nie łudź się.

a jeśli tak to po to, żebyś dała im spokój.

To będzie litość, nie myśl sobie.

Przed ludźmi och, jaka silna, jaka niezależna, opiniotwórcza jak tygodnik, nie ma co

Parodia, chodząca iluzja, kpina.

Ledwo, co domu wchodzi i leci do łazienki, płakać w spokoju, jak ośmioletnie dziecko.

No i po co ryczysz? Mamusia cię nie przytulała? Ojciec cię nie kochał?

Popatrz na siebie, spójrz w te lustro. Zasmarkane i opuchnięte babsko.

Płakanie jest kurewsko męczące, nikt ci nie powiedział?

Weź już przestań. Mówię serio, męczysz mnie.

 

 

Nie potrafię

Z czystym sumieniem powiedzieć młodszej sobie: będzie lepiej
Podnieś głowę, otrzyj łzy, wyjdź z kąta w łazience, przestań uciekać
Będzie lepiej

Powiedzieć z czystym sumieniem nie potrafię
W dobrych intencjach kłamstwo się kryje – przykre doświadczenia cię kształtują, ale
wypaczają.
Drążą dziurę, wyciągają to, co czyste, przyjemne, niewinne. Zostaje tam gorycz, którą starasz się pozbyć do końca dni,
nieustannie, codziennie.

Z czystym sumieniem powiedzieć: przejdziesz przez to, dalej jest lepiej
Skłamać tej wrażliwej dziewczynce, że będzie lepiej oznacza dać jej fałszywą nadzieję. Temu dziecku, które ukrywa łzy, z bezsilności płacze częściej, niż jest gotowe przyznać.
Młodej osobie, która chce zmienić rzeczywistość.
Wierzy, że jeszcze jej się uda, tylko musi wytrwać.
Dziewczynce z wielkimi marzeniami, które znikają z dnia na dzień, jedno po drugim. Jej nadziei wystawionej na próbę, gasnącej w oczach, ale wytrwale idącej do przodu.

Powiedzieć z czystym sumieniem nie potrafię.
Jest trudniej i tylko czasami lepiej. Lepiej skrzywdzić ją teraz, niż później. Nauczy się życia. Powiedzieć dziewczynce,
która już wkrótce
unicestwi dziecko w sobie.
Chce przetrwać, wewnętrzny dzieciak do tego niepotrzebny.
Czas dorosnąć.

Z czystym sumieniem przysiąść do młodszej siebie i wziąć w objęcia
Posiedzieć w milczeniu, wziąć za rękę, pocieszyć.
Być razem. Osuszyć łzy. Przytulić.
Powiedzieć: jestem tu.

Z czystym sumieniem nie potrafię być dla młodszej siebie
Nikt dla niej nie był.
Nie potrafię patrzeć na bezsilną dziewczynkę i kłamać prosto w oczy, że to uczucie zniknie. Bezsilność pozostanie,
przyjdzie spryt i wytrwałość.
Siedzieć i bezczynnie patrzeć na łzy, które na nic się zdają. Potrząsnąć i wybić z głowy wrażliwość.

Z czystym sumieniem nie potrafię powiedzieć: kocham cię
Może ktoś kocha, ale jeszcze o tym nie wiem.

 

 

Schronienie

Posiedźmy w ciszy, zapełnijmy ją dotykiem i gestami
Spojrzenia mówią więcej niż słowa, pozwól mi utopić się w twoim

Ręka, wcześniej chowana z lękiem, nigdy nie sądziła, że zdobędzie się na gest zaufania
Myślała, że jest na zawsze złamana
Pytała kto chciałby ją ująć?
Teraz wychodzi z kieszeni, gdzie się ukrywała
Ma nadzieję, że ktoś jak dawniej pochwyci jej dłoń
Znajomy dotyk dostarczy schronienie

Ręka spragniona czułości napotyka tylko pustą przestrzeń

Odsłuchaj treść artykułu
Przejdź do treści