Udostępnij:

Wiersze wybrane w styczniu 2026

Lena Hope, Milena Jarońska, Tim Koza, Adam Pietras

 

 

Lena Hope

 

20.11.2025

Granica poznania

 

Stanąć na granicy,

nim latarnia rozbłyśnie.

 

Nie szukając.

Nie żądając.

Nie błagając.

 

Tyle różnych dróg,

wszystkie spotykają

na granicy dawne cienie.

 

Nie ominiesz.

Nie zgasisz.

Nie zaprzeczysz.

 

Granica otwiera bramy,

gdy wszystko już znamy.

 

Wiedza na zawsze

pozostanie

tajemnicą.

 

 

 

20.11.2025

Sen na jawie

 

Za zasłoną zasnęli

Oni –

myślący na jawie.

 

Noc stawia zadania

Dzień przynosi zwątpienie.

 

Skrzydła wyżynają

się boleśnie,

z nimi świat

zaczarował czas.

 

 

Glob potajemnie

formę zmienił,

ciało nazwano

maszyną.

 

Człowiek człowiekowi

nierówny –

jakby światło

nie było

dla

każdego.

 

 

 

 

19.11.2025

Bez pogardy

 

Szklaneczka ze spodeczkiem?

Czy wolą Państwo

Prościej – po swojemu?

 

Może cukru sypnąć?

Brązowego?

Och, proszę Pani,

U nas śnieżnobiały.

 

Może jeszcze ciasteczko?

Mam tu takie choinkowe –

Zeszłoroczne.

 

Niechże Państwo

Tym nie gardzą.

 

Gościom

Dziękujemy bardzo.

 

chwili zegary

Nie są narzędziem.

W chwili

Uciekły

Najlepsze momenty.

 

 

 

Między oczami

(17.11.2025)

 

Dwa światy

przecięły

się biegunami:

Bez gier.

Bez oczekiwań.

 

Uchwyciły

przypadkiem

spojrzenia.

 

Pod powiekami

pozostał pył.

 

Historia

jedna na milion –

 

czeka

na dalszy

ciąg…

 

 

 

 

19.11.2025

Cykl fal

 

 

Stałe fale

opływają ląd,

łagodnie uderzają

o tępe skały.

 

Ostre urwiska

przestały kaleczyć

ptactwo.

 

Fala wraca,

cofa się.

 

W rytmie

marszu pokoju

oddala się

czas

chaosu.

 

 

 

 

 

Milena Jarońska

 

mama

 

jest końcówka lat 70’
mam jakieś 10 lat
mam na sobie bluzkę we wzór gazety, lekko obcisłe spodnie i chodaki

czuję, że jestem super
do tego malowałam usta czekoladą
byłam taka zrobiona

zawsze wydawało mi się, że trzeba stukać obcasami
że to taki konieczny element
organizm to sobie tak fajnie wszystko organizuje

pamiętam zresztą te sandały
babcia była taka zła

kobieta musi mieć czyste włosy, buty i torebkę
na pewno jest na to łacińskie przysłowie
zjemy sobie pierogi
i zobaczymy
co będzie dalej

nie kosztowało mnie wiele to kłamstwo

 

 

 

 

 

***

idę do
jak źle byłoby wracać teraz
ktoś kiedyś polecał rzucać do pieca przyjemności jak najwięcej
igiełki wyjścia o-niewiadomo-której szczypią mnie przedramieniach
ja, celebrans
ecce liturgia przeczekiwania
stać mnie na to, by słońce prześlizgnęło się po mnie całe
ja, obojętna
a wyzwoli mnie pieczołowitość
bezbrzeżna ciasnota ścieranego węgla

 

***

etap zmroku

czerwona poświata wokół tylnych świateł aut

wnętrze tramwaju przeraźliwie zimne, jasne

posunęło zmierzch o 37 minut nagle

złuszcza się z szyb pomarańczem

beton wyliniały z ciepła

pusty pergamin nadświetla

jęk drzwi

gnijący neon

zegarka kuchennego

łokcie zaryte w ceracie

palce w twarzy

co w tej Gazie

 

 

 

 

pianista

 

pianista zaczął ćwiczyć o 12:14

nieporadnie, pościelnie

czuć go było parą pierwszej kawy, paskiem od szlafroka łaskoczącym po stopach,
białymi kłębami poranności

z których zaczął lepić perły

między dwoma palcami

coraz mniejsze

aż poranek zgasł mu pod czaszką

z kości słoniowej

zupełnie

 

 

 

 

przepis

weź ten zalążek sensu
ciągnij jego wstęgę, przepychając przez maszynę liter,
ostrożnie!
może stanie ci się chwilową prawdą
może, gdy poobracasz ten koralik sensu w palcach,
błyśnie,
aż nanizasz go na nitkę Względności
a wtedy zszarzeje i zapadnie się głęboko
w wyłożony atłasem kufer
zdobiący jedynie kąt pokoju
zwanego Osobowością

 

 

 

 

Tim Koza

 

 

***1

smukłość kawalera mnie przeraża

dlaczego boisz się żyć?

bezpieczeństwa pozamykane

w slow motion cierpienia

martwa krowa i cenny wolumin

rzeki Ganges za torami

oj oj mój malutki

performerzy klaszczą a twoje

boskie ciało omdlewa

zwykła kartoflanka z pajdą chleba.

harcmistrz posypuje magnificencji

kulawy kelner donosi benzynę zemszcząc

czarna skóra wikidajły terakota pstryk.

nie wywyższać się bólem

ach te hebrajskie dziewczyny

ileż w nich piękna!

 

***2

chcę napisać o Tobie

nie potrafię

myśli biegną w biel

czyżby konie

nie to zbyt banalne

drżę

już nie.

refleksyjny schab z kością

predestynacja w Granitowym Mieście

nocny połów dorsza się nie udał

ktoś chodził po wodzie

how can I help you?

czekasz na pytania których nikt nie zada

gigabajt w kciuku

szuka połączenia

z księżycową ciszą.

 

 

***3

ognisty czubek papierosa

pełga w mrocznej głębinie

błękitu pruskiego

ugryzł mnie w język cwaniaczek

badając poziom empatii

i fal gamma.

duch ludzki przestraszył pijanego diabła

Evviva l’arte!

brązowa pasta pachnie klasztornym korytarzem

buty się tu zdejmuje

hipisi śpią

LSD nabiera realności

zdarzeń

maraton egocentryków dosłownie wszędzie.

 

 

***4

weź chleb

niekoniecznie staropolski

może być organiczny

upieczony przez szkockich

hipisów. ciemny spód bochenka powąchaj

potem poliż i powąchaj raz jeszcze.

nie wszystko co stare jest ciekawe

nie wszystko co Polskie jest najlepsze.

unikaj brutalizacji i romantyzowania.

 

 

***5

tęcza zapaliła budynek socjalny

kolor wlewa się w ludzkie zamknięcia Judaszem i basem Hip-Hopu.

anegdotą o kulawym dozorcy

złym spojrzeniem pani spod 3

brakiem tytoniu

zapachem kawy

roszczeniem konkubenta

zawianym nieszczęściem do gier i miłości

żalem do pomocy społecznej.

pies Dżeki – strażnik trzepaku

wspomina zakładową wycieczkę

powietrze tańczy

nad wilgotnym podkładem

butwiejących torów kolejowych

w otoczeniu podwarszawskich lasów.

uschnięte zioła masz na rękach

rzeka Smródka: rozlany obraz impresjonisty.

 

 

 

***6

Transcendencja wypełniła świątynie

w Jerozolimie

wszystkie denominacje padły na kolana

po raz pierwszy w życiu.

proroctwo głosi: prorocy wymarli.

w Arabskiej części starego miasta

bryza owiewa kamienne schody

żona targuje się o szal

język szaleje.

to nie tak miało być.

humus na śniadanie

hello that’s fine!

wizja ortodoksji

miękki rybi brzuch

symbol boga na chorwackim murze

nozdrza starego rabina

a pustynia wciąga i wypuszcza powietrze.

żona kupiła balsam i szal

a ja siedzę

stwarza się coś co kiedyś czułem

a teraz nazywam.

Żydowskie dziewczyny gdzieś biegną

dotykam Ciebie światłem pustyni

przewietrzone poranki i noce

i kawa oleista kawa.

 

 

 

***7

zryw miłośniczki ludzików

królowej odzianej w chmury:

niech się zadzieje

według mojego postanowienia

błysk

znudzone kobry unoszą się i wodzą

brudnymi biodrami skąpo jak u Andersena

tragic rhythm existence  siostry odpowiedzialne

za nowicjat zaczęły robić dżdżownice

anorektyczni klerycy udają pokorę

na każdym kroku ofiara na kwiaty.

 

 

 

***8

obłęd

zbierał obrazy

wpatrywał się w nie latami

w świecie widzialnym panował pokój

ciepły deszcz na równi z ciepłem kobiecego ciała

zbierał obrazy

wpatrywał się w zimno

drżał:

ulga po nacięciu

żadnych skrupułów

dopóki widział śnieg

żył w obrazach.

 

 

***9

powietrze przyklejone na kołach

uchyla tajemnicę formy która przybrała ludzką opowieść

kiedyś słowo dekadentyzm

to przypadkowo rozgryziony pieprz.

czuwaj nad bliskimi: rób kanapki

głęboko doświadczane zjawiska pozostaw

małolatom i psychologii.

 

 

 

***10

kobiety prężą ortopedyczne ciała

mężczyźni udają mędrców

chciałbym posiadać zaklęcie

na niezbyt ostre jelitówki

bez bólu tylko: eins zwei das Klosett

noszę w woreczku powierzchowne

ufoludki. jest mi smutno

nie umiem ważyć.

bliską relację mam jedynie

z gołębim absurdem.

idzie chłop ma zielony surdut

wszystko na granicy poczytalności.

 

 

 

 

Adam Pietras

 

 

 

I

 

Spalać się jak róża

utopić się nocą kiedy ciało drży

i spadają kwiaty

 

o, miasto jak Antarktyda –

 

drzewa i skały

jeziora głosów

ulice ze światła i brązu

 

Nocą w lustrze spala się Wiedeń

śpiewa nierozpoznanymi głosami

 

o, świat

ten okruch w oku –

u Różewicza

 

II

 

o poranku wiatr śródmieście

i dziewczę o oczach jak kamienice

chciałem budować z miłości

 

melancholię

pnące się gałęzie

szron na szybach

 

albo chociaż wprowadzić elementy reguły monastycznej

dla całej metropolii

 

usprawnić handel

otworzyć bazar

sypać sól na lód

 

albo chociaż jak Penderecki

ponoć zgorzkniały nie zamieniłby się –

 

o poranku, tak, o poranku byłem kimś –

w prześwicie

 

III

 

kopałem studnię niedaleko

uroczyska

marzyła mi się

rzecz złocista

 

o, kopałem ją latami

pocieszała mnie przyjaciółka

koledzy podziwiali

 

chciałem sięgnąć na wylot

ojciec się śmiał –

 

nic z tego nie masz

i nie będziesz miał

 

IV

 

Kainem jestem

z brzucha Sztuki

żyję w Limbo

 

walczyłem

o Kwadraturę Koła

echo i światło

 

piękne stopy

stopniał lód

filozofowie

 

różowe pasemka

twarz porcelanowa

ser lazur

 

V

 

Piękno grubości żyletki

wśród wystrzałów dział

szkoła jeździecka

 

kolejka górska kolejka

kolejka dom szczęśliwego

dziecka

 

co się będzie myśleć na starość

może przejdę na buddyzm

a wtedy wszystko przejdzie

 

demonie Maxwella

w prochu i pyle życie

jakoś zejdzie

 

VI

 

życie jest może

spacerem po mauzoleum

złocisto-błękitnej tkaniny bytu

przystrojonej palmami

na znak zwycięstwa

które jednak jest niezwykle ciche

o twarzy pięknej jak oliwka

utopiłem się i drżałem na ciele

i wydawało mi się jakby

cały świat odetchnął

 

moje miasto wyczekuje

wśród ran sączących się

zagajniki milczą dziewczęta

obrażają się i mówią „ciao”

na ulicy znaki mojego życia

tutaj wolno nam żyć

 

a Bóg

czy drwi ze mnie czy idzie ze mną

na wygnanie

na tronie

na bruku

 

VII

 

Umysł nieco na byt otwarty

czasem wieje przez niego wiatr

jakby Czas był przejściem

 

od blaszanego mrozu narodzin

który w jednej chwili niszczy świat

i spotykają się ze sobą rzeczy obce

 

pośród igieł lęku wymierzonych w twarz

zasiadam razem z van Goghem który

nie może rozsądzić

 

czy nie podjął koniecznego ryzyka

czy zaryzykował zbyt wiele

w tej Bastylii malowanej na różowo?

 

VIII

 

Westchnienie świata

w melancholii płócien

pieśń o słońcu

 

Słodkie wino, pieśń

jeszcze nie gotowa

 

Chwyciłem, tak

oplotłem ciernistymi

dłońmi

 

Człowiek spala się

pył i światło ziemi

 

wiatr

wiatr

 

Świat zastrzelił

między dwiema

przepaściami –

 

pieśń nigdy nie gotowa

 

IX

 

O, nieznana przyszłości, tutaj ktoś się powiesił

ulica ze światła pełna złotych głosów – gałęzie

i skały, milknące echo krzyku gasnącego losu

 

Świecie, ty okruchu w oku, ofiarować ci wiatr;

mój krążownik się chwieje, morze odbija światło

Księżyca,

 

to wszystko pył –

anicca

Odsłuchaj treść artykułu
Przejdź do treści