Udostępnij:

CZERWIEC 2019

ÓSMY ARKUSZ ODRY

WIERSZ DO OGLĄDANIA

 

Gdy w numerze majowym publikowaliśmy wiersze nagrodzone i wyróżnione na piątej edycji Turnieju Jednego Wiersza im. Tomka Pułki, celowo pominęliśmy zwycięski utwór Marcina Mokrego – nie dlatego, że nie chcemy podzielić się z nim czytelnikami, ale dlatego, że jego druk wymagał dłuższego technicznego przygotowania i poświęcenia mu osobnego numeru ÓSMEGO ARKUSZA ODRY. Wiersz Mokrego to tekst graficzny, na żywo wykonywany raczej niż czytany, obszerny i niecodzienny w formie. Czytelnicy i czytelniczki znajdą go na kilku następnych stronach. Tuż po wierszu zamieszczamy wywiad z autorem, którego pytaliśmy o poezję graficzną, wizualną, nietypową. Oprócz tego recenzja z debiutanckiego Wejścia w las Pauliny Pidzik autorstwa jednego z arkuszowych redaktorów, Pawła Kaczmarskiego.

 

Redakcja 8 Arkusza

 

Wiersz graficzny Marcin Mokry – 7 stron – jpg (u Natalii)

 

WIERSZ JEST MATERIĄ, KTÓRĄ UJMUJEMY

 

Z Marcinem Mokrym rozmawiają Marta Koronkiewicz i Paweł Kaczmarski

 

We współczesnej polszczyźnie poezji graficznej czy wizualnej praktycznie się nie tworzy a jeśli już, to zajmujący się nią artyści pozostają zupełnie poza tym, co traktujemy jako obieg poetycki czy scenę poetycką. Jak sądzisz, dlaczego tak jest?

– Jakie mogą być przyczyny tego, że nie zawiązał się na naszym gruncie żaden ruch, który by te komponenty wizualne eksploatował w poezji? Nie potrafię tego wytłumaczyć. To, co wydarzyło się w polskiej literaturze przed wojną, a miało charakter wizualny, do dziś uznaje się za pełną splendoru porażkę, i tym samym niebywale pouczającą lekcję. Kuba Kornhauser w pewnym miejscu zwraca uwagę na ambiwalencję Zagajewskiego w jego pięknych młodzieńczych latach, kiedy jako nowofalowiec z jednej strony chce coś podjąć z awangardy, ale zaraz wije się i czuje, że musi się tłumaczyć. A ja tu wspomnę o Barańczaku. Porządny gość, dobre wiersze napisane, a czytam u niego: (…) z punktu widzenia bezpośredniego, realnego wpływu rówieśnych i potomnych pisarzy futuryzm to jedna wielka przegrana, sromotna klapa, kompromitacja nawet. (…) Myślę, że zjawisko futuryzmu okazuje się naprawdę interesujące dopiero wtedy, gdy próbujemy odpowiedzieć, dlaczego futuryści przegrali. No więc ja mówię dość. Nie zgadzam się na tak pisaną historię polskiej literatury. Oto wielka rehabilitacja skazanych. Oczywiście tylko się tak na kuksańce wymieniam ze „Staszkiem”. On ma dużo racji, to nie są często wybitne rzeczy, no ale nie jest tak, że tego nie da się wyciągnąć ze śmietnika i postawić na nowo. To jednak niczego nie wyjaśnia. Lenistwo, co myślicie? Brak umiejętności, może uwarunkowania społeczno-polityczne? Pokolenie „brulionu” przy futurystach wygląda jak grupa asekurantów, a przecież nie było wcześniej nikogo, kto z równą werwą rwał pierze albatrosowi poezji. A może lęk o własną przyszłość? Gdy pisałem czytanie. Pisma powtarzałem sobie cały czas: „Odwagi, to nie musi być od razu dobre, ale nie cofaj się, pisz, czego nie ma, bądź pracowity, i pamiętaj, rozmach wyobraźni, to się liczy. Skoro nawet prezydent Czech komponował takie śliczne wiersze, to i ciebie, Marcinie, nie wiadomo co wspaniałego czeka”. Poezja musi być odważna, a nie tylko krytyczna, ponieważ w innym wypadku pozbawia ostrości wyrazu samą krytykę. Mimo takich wewnętrznych pogadanek wciąż wraca do mnie głęboko zakorzenione przeczucie, że robię coś nie w porządku, bo przecież już dawno by się coś podobnego pojawiło i miało rumieńce (oczywiście to bywa, ale tego nie ma), albo odwrotnie, że to wymaga bardziej ezoterycznych predyspozycji, wyjątkowego wyczucia na poziomie morfemów, a nawet poniżej krytyczno-literackiej stałej Planck’a.

Kiedy podczas Turnieju Pułki wykonywałeś wiersz, który prezentujemy w tym numerze ÓSMEGO ARKUSZA, celowo nie śledziłeś jego zapisu w ściśle wierny sposób (cokolwiek miałoby to znaczyć w wypadku wiersza graficznego). Co więcej, wydaje nam się, że między dwoma czytaniami bo czytałeś go dwa razy, raz w trakcie konkursu i raz po rozstrzygnięciu, jak nakazuje konwencja były znaczne różnice. Mielibyśmy więc do czynienia z jakimś elementem improwizacji. Jaką metodą, jakimi kryteriami kierujesz się, czytając na żywo taki wiersz?

– Och, muszę tu wspomnieć, że niezrównany jest Piotr Przybyła. Zaklinacz. Tylko że jego wiersze są znacznie smutniejsze, niż on je czyta. I to trzeba odgadnąć. Co do mnie, to nie wiem. Mogę oczywiście to tłumaczyć w ten sposób, że odtwarzam stronę audialną wierszy, które są intermedialne, gdyż optofonetyczny zapis do tego służy. Następnie ciągnąć wyjaśnienia w tę stronę, że zawarte w książce wiersze, ciągi, plamy tekstu są opracowane zasadniczo pod kątem oglądania, czyli, rzecz jasna, czytania, tylko my zapominamy, że trzeba słowo wpierw okiem znaleźć, żeby móc przeczytać, że się przyzwyczajamy, a potem już znajdujemy znaczenia „po omacku”, natomiast poezja konkretna ten nawyk wystawia na próbę, „na światło”, redukując związki nawykowe łączące słowa. Przy tak poważnej eksplikacji jak ta nie powinno zabraknąć komunikatu, że wymagam czujności i czułości, gdyż całe strony zapisuję nie pod dyktando logiki, ale sugestywności, odstawiam na bok linearność tematu na rzecz sekwencyjności obrazów oraz stosuję przenikania, które za Adamem Ważykiem można uroczo i nieporadnie nazywać lap dissolves. Wiemy z pewnością to, że wiersz jest materią, którą ujmujemy. Po tym, jak to robimy, można dużo powiedzieć o materii, czy jest ciężka, czy zimna. Wykonując na głos, muszę wydobyć tę sugestywność i sekwencyjność wiersza, tylko dla słuchu to trzeba inaczej zrobić niż dla oka. Będę jednak uczciwy, Katalin Ladik to dla mnie już za daleko, ale może we mnie jeszcze jest za dużo autocenzury, przecież to jest niesłychanie wibrujące. Mam natomiast już swoje lata, chcę sobie dać jakieś szanse, gdybym w ten sposób zaczął, to by mnie krytyka wysłała do „Voice of Poland”, a co bystrzejsi na warsztaty śpiewu do ośrodka Brama Grodzka.

Kogo wskazałbyś jako najważniejsze inspiracje dla swojej poezji wśród poetów i innych twórców, żyjących i nie?

– W tym, co powiedziałem do tej pory, padło wystarczająco dużo przykrych autodeklaracji.

To może pytanie lekko naiwne, ale i tak jesteśmy ciekawi odpowiedzi. Co w wypadku twoich wierszy przychodzi pierwsze: koncept, czy, nazwijmy to, temat (obserwacja, doświadczenie, empiryczny punkt zaczepienia)? Albo inaczej: na jakim etapie pracy nad wierszem decydujesz o formie zapisu?

– I trochę nieprzyzwoite. Jest jak jest, bo inaczej nie umiesz. Decydują własne ograniczenia. Niestety nie stosuję zapisu automatycznego. Wygląda to teraz w ten sposób, że notuję sobie zdanie albo dwa, które do mnie się przyczepiły, a potem pracuję. Zastanawiam się, co z nimi właściwie zrobić. Ktoś inny dopisałby kilka linijek na końcu albo na początku. Przeważnie i ja tak robię, a potem wydaje mi się to niewystarczające. Zdaję sobie sprawę, że nie wiem jeszcze, co właściwie zapisałem. Piszę dalej. Mam notatnik napuchnięty od kleksów (a właściwie dwa, jeden bardzo szeroki i drugi wąski), przepisuję więc do edytora co tam mam. Radość. Przypomina to wiersze. Nie wiem jednak wiele więcej. Przestrzeń utworu jest przecież niezdeterminowana. Dopóki sobie nie dookreślę samemu tej przestrzeni, mam poczucie, że wiersz jest czymś abstrakcyjnym albo czymś niedokonanym. Każą mi dać tego tucznika w ręce profesjonalisty i odebrać zapakowaną szynkę w plasterkach. Wolę sam zabić. Przychodzą mi więc różne pomysły co, gdzie i jak powinno się rozegrać na stronie. A ja cały czas piszę, podtrzymuję temperaturę, dokładam. Oczywiście mam „temat”,  tyle że zarysowany „koncept” wszystko zmienia, wpływa na te kilkanaście, kilkadziesiąt zdań, które do tej pory zapisałem, a równocześnie pozwala jakimś zjawiskom językowym w ogóle się pojawić, uwalnia przestrzeń na nie, otwiera rejestry. Z kolei te wiersze i zjawiska, które przychodzą, jak i te, które pomimo żarliwych łez się nie pojawiają, rozszerzają „koncept”, negocjują z całością lub przekreślają pomysł. W czasie mojego pobytu w Ośrodku „Pogranicze” w Sejnach i „Międzynarodowym Centrum Dialogu Dwór Miłosza” w Krasnogrudzie, sądziłem, że jedynie uporządkuję notatki do mojej drugiej książki. Nieopatrznie dla mnie pracowałem w bibliotece, która na moją książkę się zawaliła. Wróciłem więcej niż rozgrzebany, a równocześnie wszystko wtedy dopiero udało się rozpisać.

 

 

 

 

Paweł Kaczmarski

 

TYM WIĘCEJ DRZEW

 

Trochę trudno powiedzieć, co tu się właściwie wydarzyło.

Wiemy tyle: Fundacja KONTENT, powołana przy kwartalniku literackim „Kontent”, opublikowała – na otwarcie działalności wydawniczej – debiutancką książkę poetycką Pauliny Pidzik. „Kontent” to świetne czasopismo młodoliterackie, w którym ukazuje się dużo ciekawych tekstów i inicjowane są ważne dyskusje; to, że w ostatnich latach „poetycki Kraków” przestał kojarzyć się (niemal) wyłącznie z wiekowym literackim establishmentem, jest w dużej mierze zasługą środowiska zbudowanego wokół kwartalnika. Całe przedsięwzięcie można by chwalić jeszcze długo.

Trudno więc zrozumieć, kto zdecydował, że otwarcie nowej serii wydawniczej Wejściem w las to dobry czy choćby akceptowalny pomysł – że książka Pidzik może cokolwiek w jakimkolwiek sensie promować czy reklamować. Mamy niestety do czynienia ze stereotypową wierszową grafomanią, groteskowym wynaturzeniem wrażliwości kojarzonej czasem z ośmieloną wyobraźnią; każdy wiersz wydaje się autoparodią, nie ma tu nic „językowo” czy formalnie interesującego, za to w każdej niemal linijce (!) znajdziemy przykłady kiczu, od którego bolą zęby. Poszczególne utwory wydają się w całości składać z maksymalnie zużytych, maksymalnie nadętych tropów i metafor; a że zestaw tychże nie zmienia się nawet znacząco między wierszami – niemal wszędzie znajdziemy jakąś konfigurację lasu, rany, dziecka i abstrakcyjnego motywu religijnego – to po kilku zaledwie stronach książka zlewa się w patetyczną papkę, w której trudno mówić o jakichkolwiek intencjonalnych zabiegach kompozycyjnych. Jedynym, co różnicuje tryb lektury (bo „urozmaica” to za mocne w wypadku Pidzik określenie) jest długość wiersza; zdarzają się takie na kilka wersów i takie na kilkanaście – te ostatnie nieco lepiej maskują własny kicz i ciągłe językowe potknięcia, bo czytelnik zwyczajnie wyłącza się w połowie.

W krótszych formach ten efekt znieczulenia nie występuje, dostajemy więc takie na przykład zbitki:

 

przepowiadaliśmy deszcze z lotu ptaków

powodzie z wierzbowych gałązek

szkliste oczy zwierząt przynosiły chorobę

mgły majowe przymrozki

 

po procesjach zawieszaliśmy w oknach łąkowe wianki

 

chowaliśmy w sobie te znaki

głęboko

pod powiekami gorzki strach

ciemny chłód

budził nas przed świtem

 

woda zmywa złe sny

 

a dobre?

dobre i tak zostaną

                               (znaki)

Kicz jest niezaprzeczalny, ale byłby łatwiejszy do zniesienia, gdyby nie – po pierwsze – całe niepotrzebnie podniosłe rekwizytorium przepowiedni, procesji, znaków, snów etc., oraz – po drugie – to, że pod nadętą do granic możliwości stylizacją ostatecznie nic nie zostaje; nie ma z tego kiczu i patosu czego odławiać. Żadnej myśli, obrazu, przeczucia, zaskoczenia, dziwności – nic. Pidzik operuje właściwie wyłącznie abstrakcyjnymi „nastrojami”, a i te są za każdym razem stereotypowe i oparte na kliszy. Najbardziej rażą chyba dociśnięte puenty, które nie oferują żadnej wieloznaczności, żadnego napięcia, a wracają w książce raz po raz – aż do samego końca, Wejście w las zamyka się bowiem taką perełką:

 

znów wybiec

z siebie drżenia poranionej skóry postrzelonej

sarny przekroczyć granicę

 

wrócić nosić jak otwartą

ranę ciszę lasu

(znów: sosna sarna)

                       

Jedno, czego poetce odmówić nie można, to spójność – cały tom czytać da się jako opowieść o chorobie narratorki, chorobie ewidentnie przewlekłej i poważnej; ale nawet słowo „opowieść” należałoby wziąć w cudzysłów, bo nic się ostatecznie nie wydarza – nic się nie przesuwa ani nie rozwija, nie pojawiają się kolejne perspektywy, nie ujawniają nowe głosy. Nie ma żadnej wyczuwalnej zmiany, żadnego poczucia ruchu. Książka jest więc, owszem, spójna, ale niewiele z tego wynika – to ciągle ten sam temat, wałkowany z tego samego punktu widzenia, w tej samej konwencji, tym samym stylu, tej samej formie, za pomocą tego samego symbolicznego rekwizytorium. Mimo najszczerszych chęci doszukania się w Wejściu w las czegoś, co by tę książkę ratowało, trudno znaleźć tu jakiś przebłysk, jedną choćby mocną frazę czy solidny koncept, który przełamałby negatywne wrażenia.

W tom włączono, w ramach nieortodoksyjnego zabiegu edytorsko-wydawniczego, dwa krytycznoliterackie szkice – w charakterze posłowia czy podpowiedzi dla czytelnika. Joanna Mueller pierwszy kontakt z wierszami Pidzik wspomina tak: Pamiętam, że zarzuciłam autorce ucieczkę od „realnych problemów tego świata” w poezję, jak mi się zdawało, „bezpiecznych” baśniowo-przyrodniczych motywów.

I chociaż w samym szkicu krytyczka mało zgrabnie wycofuje się z tych wstępnych rozpoznań, nadal jest coś na rzeczy: bo jeśli nawet Joanna Mueller uważa, że twoja poezja opiera się na tanim eskapizmie, to może należy fundamentalnie zmienić nastawienie do własnej twórczości – i przynajmniej jeszcze parę lat zaczekać z książkowym debiutem.

Jedyne mocne strony Wejścia w las to te edytorsko-wydawnicze: tom ma być dostępny za darmo, do tego jest ładnie i ciekawie wydany (niektóre wiersze pojawiają się równolegle normalnym drukiem i w formie faksymiliów). Posłowia Mueller i Agaty Jabłońskiej – to drugie zdecydowanie lepsze od pierwszego, choćby dlatego, że zostało napisane w bardziej impresyjnym, literackim tonie i zgrabniej unika konfrontacji z grafomanią  książki – są sympatycznym dodatkiem. Niemal dziesięć stron tekstu krytycznoliterackiego na niecałe trzydzieści wierszy to sporo, zwłaszcza w wypadku debiutu, pojawia  się wrażenie zaburzenia skali czy przystawiania do książki narzędzi za dużego kalibru – lecz pomysł pozostaje przynajmniej odważny.

 

No dobrze, można by więc zapytać, ale po co w takim razie w ogóle pisać o Pidzik? Jeśli nie znajduje się u niej nic ciekawego, po co krytykować tak ostro debiutantkę, ryzykując przy okazji, że krytyczny głos zostanie (niezgodnie z intencją niżej podpisanego) potraktowany jako próba storpedowania ciekawej inicjatywy wydawniczej?

Odpowiedź brzmieć mogłaby tak: debiut Pidzik wpisuje się w szersze, niepokojące zjawisko. Eskapistycznych, entuzjastycznie autoalienacyjnych wierszy w dykcji wieś-pamięć-rana-dzieciństwo-las powstaje z roku na rok coraz więcej; z różnych względów (niektórzy dopatrują się tam przejawów nowej estetyki feministycznej, inni cenią sobie dostępność takich wierszy czy ich „cielesny” wymiar) zyskują jeśli nie uznanie, to akceptację środowiska i części krytyków. Widziana w tej perspektywie książka Pidzik zaniża jeszcze poprzeczkę: wydana przez lubiane środowisko, opatrzona na wstępie omówieniami znanych poetek/krytyczek, sugeruje, że ten sposób pisania, ta konwencja, oferują współczesnej poetyckiej polszczyźnie coś ciekawego. Warto więc przypominać, że nie oferują: to popłuczyny po znanych od dawna pomysłach i dykcjach, najbardziej naiwna wersja (neo)romantycznej wrażliwości obleczona w pozór pełnoprawnego tomu. W tak rozumianą „szczerość” inwestować nie warto.

Ale możemy się z Wejścia w las czegoś nauczyć. Po pierwsze: rozróżnienia między celową, produktywną egzaltacją w wierszu a zwykłą pretensjonalnością tonu. Podczas gdy egzaltacja – intencjonalny patos, wzniosłość, wyolbrzymienie własnej pozycji narratora – pozwala poszerzać granice poetyckiego języka (włączając weń to, co – choćby na mocy panironicznego paradygmatu – obłożone zostało literackim tabu), pretensjonalność wykorzystuje te same zabiegi formalne i te same emocje do zredukowania wiersza, reprodukując stereotypowe wyobrażenie Poezji (albo Natury etc.). Pidzik jest, niestety, właśnie pretensjonalna – mocna, wyrazista figura narratorki, postrzegającej cały świat przez pryzmat magicznych znaków i własnego chorego/rannego ciała, ostatecznie służy tylko dociśnięciu poetyckich klisz.

Mueller, powołując się na wiersz (kintsugi) termin zaczerpnięty z japońskiej kultury – sugeruje czytelnikom Pidzik: Warto przystępować do [tej książki] z uwagą i delikatnością japońskich mistrzów. Jeśli tomu wierszy bronić trzeba odwołaniem do stereotypowej „mądrości Orientu”, a nie jest to tom haiku, warto pewnie stonować wzniosłość o przynajmniej 50 procent.

Po drugie, Wejście w las pokazuje, czym kończą się bezcelowe odniesienia do religijnej symboliki we współczesnym wierszu – co  jest o tyle istotne, że w ostatnich latach coraz więcej młodych, zaangażowanych, lewicujących autorów sięga (już w duchu szeroko rozumianego postsekularyzmu) do tego właśnie rekwizytorium, żeby powiedzieć coś (na przykład) o polskości, historii czy kapitalizmie.

U Pidzik znajdziemy dużo zupełnie naddanych religijnych wtrąceń; na przykład tu:

 

może jeśli jesteśmy to z tych dotknięć chłodu

lęku pulsującego jak deszcz na przednówku

 

pijemy wodę z przebitych boków brzóz z ran

chrystusowych wytryskających źródełek rzek

podskórnego krwioobiegu

 

na zdrowie wieczne spoczywanie

w niepokoju ziemi

(wieczne)

 

albo choćby stronę wcześniej:

 

rozpoznajemy w naszych zwierzętach choroby po imieniu

przywołujemy podchodzą od strony lasu ciemne mętne źrenice

jak u dotkniętych złym wilków jeszcze niewidoczne

dla dłoni jeszcze niedostępne dla oczu

precyzyjnym ostrzem jak siekierą zabierają

po kolei

 

bosymi stopami wchodzimy w pobożny rytuał

budzimy się nadzy bez obcych pożyczonych skór rozkładających się

poranionych ciał

 

już nic nie odróżnia nas od piskląt

jesteśmy tylko drżeniem

                                               (poznanie)

 

Nagrodę specjalną przewidziano dla tego, kto znajdzie w powyższych fragmentach uzasadnienie dla „chrystusowości” i „pobożności”. Niestety, u Pidzik takie określenia nie wprowadzają nic do wiersza – sztucznie podbijają tylko wrażenie gravitas; moglibyśmy dostać „wchodzenie w rytuał” i subtelniejszą wersję „picia wody z przebitych boków” (zakładającą, że czytelnik już na tym etapie zrozumie oczywiste nawiązanie). Bonusowe Chrystusy powodują tylko czytelniczą podejrzliwość, sieją przeczucie manipulacji czy zafałszowania tam, gdzie chodziło – chyba? – o szczerość i cielesną wręcz bezpośredniość.

 

Paulina Pidzik, wejście w las, Kraków 2019

 

AUTOR NUMERU:

Marcin Mokry – ur. 10 stycznia 1980 w Gliwicach na Górnym Śląsku. Z wykształcenia filozof. Od 2006 roku uczy etyki w szkole ewangelickiej im. Alberta Schweitzera w Gliwicach. W 2016 roku otrzymał Nagrodę Specjalną w XXII Konkursie im. Jacka Bierezina. Zadebiutował tomem czytanie. Pisma (2017), a niebawem nakładem Fundacji im. T. Karpowicza ukaże się kolejny – Świergot.

 

Redakcja ÓSMEGO ARKUSZA ODRY:

Paweł Kaczmarski i Marta Koronkiewicz

Kontakt:

pawel.kaczmarski@przerzutnia.pl

 

 

Wydawnictwo dofinansowane z Budżetu Województwa Dolnośląskiego.
Publikacja ukazała się dzięki wsparciu miasta Wrocław.