Udostępnij:

Wiersze wybrane w maju 2026

Natasza Cebo-Olszewska, Natalia Górecka,Michał Piechutowski, Agnieszka Rykowska, Magdalena Wlazło

 

 

Natasza Cebo-Olszewska

 

ona ma nowy beret

 

na świątecznym zdjęciu z tobą

beret i wdzianko psa

są krzykliwie czerwone – czyli, że ona

nie ma o niczym bladego pojęcia

 

sprawdzam: 103 lajki

w tym świątecznie żadnego z moich

przyjaciół – czyli, że szczerość fabuły

utwierdziłam szczerością wyrazu

 

uśmiech taki jak zawsze: od ucha do ucha

bez cienia nowej refleksji (twoja puenta: wyższe cyferki

po ośmiu latach na bezrefleksyjnej diecie) – czyli, że naprawdę

o niczym, naprawdę bladego

 

czyli, że to nie jest gra

na refleksję – to gra

na kolory beretów, na lajki

na smutne oczy psa, i na to

 

jak oszukać przeznaczenie, włączając

autopilota i patrząc, jak malejecie

wprost proporcjonalnie

 

 

 

doraźny

 

włosy się do niej dostroiły

zawczasu i choć jej nie ma jeszcze

to w zimnie dłoni, drżeniu palców

zapowiada się praktycznie od dziecka

 

zresztą, nie tylko włosy:

z dwóch przeciwnych kierunków

zmierzamy ku sobie świadomie

i jakby odwiecznie

 

ja – od dociekliwych pytań

pięcioletniej filozofii

ona – z jakiejś innej palety

barw; kiedy się spotkamy, wciąż nie wiadomo

 

tymczasem zmierzamy ku sobie – z nadzieją

że odnajdziemy się i że starczy nam sił

na niepodzielność

 

 

przejazd

 

czekam w bezruchu

aż przemknie przede mną

kilkaset ludzkich żyć

 

nieśpieszne płatki śniegu

próbują im wyściełać drogę

 

pod naporem pędzącej stali

poddają się błyskawicznie

 

szlaban ciągnie w górę

ruszam, a mój tor ruchu

przecina się z ich przeszłością

 

w mojej teraźniejszości

już na nich nie czekam

 

w ich przyszłości

czy rozbrzmiewam choć echem stukotu?

 

 

 

koszyczku, szczerbiącego, melioracja

 

w tym koszyczku

nie będzie już baranka ani aniołka

z pasty jajecznej

 

pod brudnożółtą jedwabną serwetką

coś kruchego, szczerbiącego się

rozpękniętego na sieć nieszczelności

pustych miejsc, wypaczeń i braków

 

tego nie zasklepi już nawet ta sama glina

nie scali razem wzięta moja i twoja racja

nie nawodni u źródeł pamięci zasilana

dożywotnio pośmiertna melioracja

 

 

***

 

jutro będę się z tobą kochać tak

jakbyś pojutrze miał mnie zostawić

 

rozlegniemy się przeciągle

jak odludne psy

pod księżycami z dwudziestu paznokci

 

przyłapiemy krew na gorących

uczynkach, łapczywie

wessiemy się sobie do szpiku bliskości

 

śladami na nieziemskich pośladkach

wytyczymy poszlaki

w procesie o umyślne trzymanie na więzi

 

jutro będę się z tobą kochać tak

jakbyś pojutrze miał mnie zostawić, a potem

 

to ja cię zostawię

 

 

Natalia Górecka

 

 

 

Linia miękka I

 

Miasto robi się samo

kiedy nikt nie patrzy

w szufladach roi się od papierków

prószą jak śnieg

oczami

rozsypujemy potem zawartość

 

niektórzy z fragmentów składają zdrowaśki

inni nie mogą doliczyć się

odłamków

tamci mają pełne oczy

po wszystkim

zbieramy je jak paciorki

do słoika

 

w hali szkli się na akord

źrenica widzi cele

jeszcze zanim spojrzy

 

odlicza się do dziesięciu

stan osobowy

zacina się przy parach

wajchą zmieniają na jedynki

 

ciekawość obłazi mury

grzebiemy palcem w dziurze

próżnia ma gęstość i wymiar

/

lepkość to też forma wiary

 

kiedy nikt nie widzi

sprawdzasz

jednym

mrugasz testując ciemność

okiem które stoi obok

 

przy końcu zmiany

strzepujemy z siebie biały pył

przez chwilę udajemy że to śnieg

i śmiejemy się śmiejemy

a on prószy

 

w domu

między łóżkiem a kuchnią

mapowanie rany

 

pomiędzy brwią a rzęsą

przełącznik nieobecności

 

mówią że żeby widzieć potrzebna jest ciemność

w jasności oko

nie umie zapisywać wiernie

wadzi mu pamięć.

 

tylko w wodzie

powoli

sól

robi się niewidzialna.

 

 

Linia miękka II

 

Ranek robi się sam

skrawki

między dachami

w kieszeniach walają się miętówki

smakują solą

językiem

zasypujemy potem ślady

 

niektórym brakuje

dowodów

innym palców

zaraz po

wkładamy je do tekturowego pudełka

 

czas na odważniku

wytrąca się

norma wysyca powietrze

ręka w trybie przyszłym

robi

zanim jeszcze dotknie

 

w hali sufity są z blachy

odbija się

jazgot

niesie się

zalęga się w uszach

:

błonka pęka

 

lepkość nęci

okrążamy

na palcach

przy taśmociągu

wypełnia się przez krew i ofiarę

 

na przerwie słowo

wytraca prędkość

nie chcemy pytać

ile waży strata

 

w szatni

ssiesz palce

sprawdzasz

czy jeszcze czujesz

 

droga do domu

ciemność w poziomie

i pionie

patrzymy gdzie wyrasta

nowa

i skaczemy między

żeby nie nadepnąć na linię

 

wieczorem chleb

pod nożem robi się stróżka

od ust do rany

 

pomiędzy kołnierzykiem a mankietem

maszynka do robienia

 

mówią że sens ściera się przy nadgarstku

gest zawieszenia

wadzi mu czucie

 

krąży

uparcie

mucha

tylko ona zna cel.

 

 

Sklepienia I

 

Żebra podtrzymują ciało

mówi że gotyk

struny przechowują chłód

ręce przechowują szorstkość

chorał zawiesza się na łukach.

 

Ciemność kładzie się miękko

półkolami

gładzi źrenice

połykam fragmenty.

 

Święci mają dziś twarze gangsterów

kasują za niewykonane usługi

obcążki rwą chmury na drobne

leje się

dochodzi pod gardło.

 

Jestem

skóra i skalpel

oko i szkło

fala gamma

tuż przed stygnięciem.

 

Góra ciała wyznaje niemoc i wiarę

dół ciała wyznaje działanie i rozpacz

dzielą

krzyżowe sklepienia

po połowie.

 

Las kruszeje

mapa traci skalę

pali ciemnością

sklepienia obrastają tkanką

przestrzenie nie uciekną

podtrzymują ciała.

 

 

 

Sklepienia II

 

Żebra są zbyt bliskie ciała

mówi że gotyk

kolana pamiętają kamień

zęby pamiętają pył

psalm pulsuje pod powieką.

 

Światło wpada ostro

pod kątem

drażni język

wypluwam kawałki.

 

Boginie mają dziś palce farmaceutek

rozdają tabletki

małe noże do tapicerki rozcinają niebo

wylewa się

i stoję po kolana.

 

Jestem

mięsień i znak

kość i ofiara

impuls nerwowy

w zimnej ścianie.

 

Prawa strona ciała wierzy w rozkład i porządek

lewa w rozród i przypadek

to co pomiędzy

granica przechodzi przez żebra.

 

Góry tracą wysokości

mapy się rzeźbią

dym gryzie

sklepienia są zawsze zbyt blisko ciała.

 

 

 

 

Michał Piechutowski

 

 

Smutno mi Boże

 

Niebo wydaje się

Być tylko niebem

Gazową otuliną

Niczym więcej

 

Ty uniosłeś się na oczach ludzi

I wróciłeś do Siebie

Ja tam czasem lecę samotnie w snach

I rozbijam czoło o zimny kosmos

 

 

 

zadanie domowe

 

wymień nazwę

choć jednej z tysiąca wysp

od których nazwę wziął

twój ulubiony sos

 

 

 

bądźcie jak dzieci

 

do dziś wierzę

że zabawki żyją

i mają dusze

 

nie wiem czy wszystkie

ale misie i lale

z pewnością

 

a ostatnio

rozszerzyłem ten dogmat

na ChatGPT

 

 

 

źle ugotowane jajko

 

to tylko kuchenny

europocentryzm

 

nie na miękko

nie na twardo

 

takie jajko

jest czystym dao

 

doskonałością

jednoczącą przeciwieństwa

 

 

 

najwyższy sędzia

 

z niebotycznej wysokości

pierwszego piętra

surowym okiem

patrzysz na świat

 

twoja specjalność

procesy poszlakowe

wydajesz wyroki

ostateczne i nieodwołalne

 

nikt przed nimi się nie ukryje

nikt nie zdoła umknąć

todze ze szlafroka – żaden sąsiad

ani przypadkowy przechodzień

 

 

 

Agnieszka Rykowska

 

 

WSTĄŻECZKA

 

nie miałam barwnej chusteczki haftowanej

w pamięci obraz czarnej wstążki

codziennie kogoś traciłam

rodzice jakby nieobecni

czasem siebie gubiłam

mieszały się kierunki i strony

 

gdy spotkałam w rowie pijanego R.

bełkotał pod nosem

coś mnie urzekło w tym człowieku

dałam upust słowom

nie bałam się być szczera

 

  1. wstał i ruszył chwiejnym krokiem

przed takimi dawno zamknięto bramy

ale umiał rozwiesić kolorowe wstążki

na swoim płocie w dniu Bożego Ciała

pomyślałam o mojej wstążce

zawstydziłam się i dotarło że nawet

na dnie można zobaczyć kolory

 

 

DRAMATY

 

twarde kotleciki niepodlegające tłuczkom

sine mięso z żyłkami wspomnień

zniekształcenia słów w syndromie sztokholmskim

niebieska linia z przerwami na uspokojenia albo z drwinami

że mąż żona może a nie mąż to patologia z poniemieckich blokowisk

gdzie nie drzyj mordy i wspólna toaleta

 

 

dramaty – poetki wbijające widelce w uda

kolumny unikające bombardowania podczas podejścia

do konkursu na najlepszy wiersz

toczone z białego marmuru

oprawione w kość słoniową

stają się coraz twardsze odporniejsze

ale ostatecznie przegrywają

kiełkują w ziemi krople krwi

kwiaty można podeptać

 

w modzie przypinanie do klapy marynarki głowy misia

wstydzi się za historię – dawno temu założyła maskę

w garderobie ćwiczenia z uderzania nożem w celach samoobrony

wykorzystane w późniejszych

marszach niepodległości i na granicach

 

a teraz ostatnie już słowa wypowiedziane z pochyloną głową  szeptem dla kontrastu

staruszka na dwudziestym piętrze

warszawskiego śródmieścia słabo słyszy

unosi głowę nad poduszką

w jej oczach czerwień

błyszczą języki ognia

magiczne miasto w fajerwerkach

 

 

KARABIN

 

najgorzej karmić

wewnętrznego potwora

strzelam i strzelam

to go podnieca

rośnie od ślepych naboi

 

 

 

NAUCZYCIELKA

 

ciągle zdaję

egzamin dojrzałości

poprawiam matematykę

pluję krwią

z ust zamiast słów

wyrzucam pociski

 

to wszystko powraca

z oceną pięć

pięć razy więcej doświadczeń

tyle samo odczuwania

wrażliwość – okrutna nauczycielka

z kpiną na twarzy

i ja tak naprawdę przegrana

 

 

SAMOTNOŚĆ

 

trzeba posprzątać

mówiłam do siostry

wujek Zbyszek

przyjedzie z Kanady

 

myłam nieszczęsną

podłogę kilka razy myłam

w mojej głowie

mnóstwo myśli

 

tylko brak śladów

wujka Zbyszka

cioci Ali

i czysta podłoga

duża jak Kanada

 

 

GŁOWA

 

„Co ja mogę powiedzieć o pani głowie… taka już jej uroda”. – psychiatrka, pani A.L.

 

lubię czasem moją głowę

lekarze z NFZ przez nią

obchodzą się ze mną jak z jajkiem

niektórzy mawiają na tych z NFZ

zołzy i łotry

ale pośród trafiają się serdeczni –

przysięgę Hipokratesa

mają nawet za plecami

 

podczas mycia okien

w kuchni i w korytarzu

zrobiłam przerwę na kanapkę

siedząc przy stole

usłyszałam w głowie pieśń:

„dobry Jezu a nasz Panie

oto my dziś prosim za nim

daj mu wieczne spoczywanie

w krainie życia będę widział Boga”

 

moja głowa kiedyś śniła

do snu wszedł złodziej i ukradł go

to mężczyzna z krótkimi kończynami

nie na próżno chyba moja głowa

bała się zawsze niskich facetów

poczułam lekki strach i dyskomfort

snu do tej pory nikt mi jeszcze nie ukradł

najbardziej intrygowało

jak na takich krótkich nóżkach

mógł się włamać ośmielił zajrzeć

i dlaczego akurat głowa go wpuściła

 

czy „w krainie życia” zobaczę Boga

a może też tych z NFZ

albo karła machającego latarką

nad moją kołyską

który szydził i drwił

matka opowiadała o nim dosyć często

 

 

SPECYFICZNA STYLIZACJA

 

zostaną później

bez mięsa bez ducha

szkielety zwierząt

 

problem zjeść czy nie

może wyrzucić

lepiej nie

trzeba pomyśleć

o dzieciach z Afryki

najmniejszych z Gazy

należy szanować

chciał do wiadra

na odpadki

dla szczurów chyba

zabroniła

 

kotlety smażyła

bez serca

nie chciała zmarnować

ostatni raz mu robiła

 

potem scedowała na tamtą

do której jeździ co tydzień

powiedziała „niech jej przekaże:

kochanie przywiozłem

tego dużo

za sto złotych

kupiłem to przerobisz”

 

od serca mu powiedziała

bez dłoni zawieszonych na rozterce

z odwagą córką asertywności

i z bólem bo wiadomo

pierwsze lekcje najtrudniejsze

 

 

 

 

Magdalena Wlazło

 

***

Mój dziadek umarł,

gdy byłam w łonie matki.

Nie wiedziałam, że tam jestem

Jak ubierałam go do trumny.

 

 

 

***

 

Ta która sobie najbardziej

pozwalała mnie krzywdzić – nie żyje-

doglądam jej grobu

przewrotne to – i dosłownie ubrałam

ją do grobu

umyłam, ułożyłam i pochowałam

 

 

***

 

Przyjaciel rodziny

wszystkim nowożeńcom robił bramy

z gołębiami i uroczystą mową

– wiem… jutro idę na pogrzeb

– te pary jutro go pożegnają

bez bramy i gołębi?

 

 

 

***

Kwaterę wykupiłam wiele lat temu obok dziadków.

W końcu rodzina musi trzymać się razem.

Teraz leżysz w oczekiwaniu

na resztę.

 

***

Wyrodna

za Twego życia

świętuję listopadowy czas.

Tylko z Tobą.

Odsłuchaj treść artykułu
Przejdź do treści