Wiersze wybrane w czerwcu 2026
Michał Kaczmarek, Piotr Łączyński, Natalia Prill, Marek Przybyła, Iwona Anna Wyka
Michał Kaczmarek
Dwie księgi
pamiętniki
wymazał wpisy kratki i marginesy
stanął przed morzem
biały
w falę spada kropla
z palca spacerującej brzegiem córki
boleśnie wydłubane
miękkie oleiste ziarno małży
wgłębienia policzków
zieją pustką
kołyszą owalny wiatr
pierwsza książka
spoczywa zamknięta na dnie
druga
macha kartkami
wiosła na płaskiej tafli
Twój pokój
palec na nadgarstku
puls
liczba uderzeń przez sześćdziesiąt sekund
kolejna próba
ta sama droga
chcę złapać miękki wiatr
policzyć wodę
ustawiam krople na brzegu
wymiary
zaokrąglenia
żałuję że spłoszyłem morze
dotykało stóp
skrzydlatym prześcieradłem
odeszło
patrzę jak toczy się
biała chusta piany
Klucz
pastuszek
Pinokio
czekasz na swoją rolę
nie widzisz nas
w dalekim rzędzie długich ławek
wystawiasz język
tik
wiemy od tygodnia
dzieci światło
szmer widowni
przyspieszony puls
długo ćwiczone słowa
potrzeba fizjologiczna
na którą nie masz czasu
świat staje się twój
a ty
jedyny klucz
otwierasz kłódkę zeszytu
w zakurzonej sali
Kilka dni w Głogowie
doniczka na kredensie
to od niej ciągnęły się łodygi
do regału
obrazu
przeciwległej ściany
ozdoba zerwana gdy spadły
książki z najwyższej półki
dzisiejsi kilkulatkowie
śpią
tamtych kwiatów
już nie ma
mój wzrok
odwzorowuje rozrost
obok plastikowa imitacja
pojazd porządkujący miasto
mniej elastyczny
ale tak samo
nieruchomy
Nie na wynajem
aby trzypokojowe mieszkanie stało się puste
czeka już tylko na ciebie
ptak który co kilka dni na parapecie
obserwuje jak się poruszasz co jesz
pewnej nocy
kroki
głos z drugiej strony
czas na Iwonę
chodźmy
rozbiórka kina Jubilat
pusty plac zabaw przed blokiem
sprzątaczka zebrała małpki
z klatki schodowej
przyjeżdżam raz na miesiąc
zakręcone zawory
szczelne drzwi
cisza parkowego strumyka
kłania się na dzień dobry
Piotr Łączyński
Księżyc na ulicy Wroniej I: Spektakl lalek
Z kontekstu ciszy
wydarta chwila
przerywa objęcia lalek
dzieci z ulicy Wolskiej
objeżdżają park
kilkulatki drżą w rytm
koni mechanicznych
miejscowy stan zapalny
redukuje ciała
do samego krzyku
nielegalne termiczne
przetwarzanie życia
oślepia chlorofil
sierpniowych kasztanowców
spektakl lalek
odbija się
w lustrze twoich butów
perfekcyjnie czystych
niemal jak twoje myśli
gdy powieki rozciągasz
w bezsenność
O złym pisaniu
Ona wiedziała
co on ma na myśli
mówiąc o rozcinaniu
bladej skóry papieru
i obnażaniu słabych wiązań
między sylabami
do samego źródła złej poezji
ona wiedziała
co on ma na myśli
mówiąc wulgarną prozą
o przetrwaniu
silnych związków
między wyrazami
zapisanymi własną krwią
Drzewo
Czasami zazdroszczę drzewom
wrastają w horyzont zdarzeń
wgryzają się w niebo
powoli wyjadając komórki powietrza
jedna po drugiej
czasami zazdroszczę drzewom
stoją i nie patrzą
czują światło i głębię Ziemi
mogą być drzewostanem wody
choć ponoć taki nie istnieje
czasami zazdroszczę drzewom
nie odbierają sobie życia
dłońmi korzeni
trzymają bliskość innych drzew
nigdy nie są zupełnie samotne
zamykam oczy i jestem drzewem
na chwilę
na ostatni oddech
przed opadnięciem liści
Aokigahara*
W milczeniu splecione buki
wieczny uścisk starodawnych Entów
ubiera groby w ciemność
razem z ojcem przemierzam
sopocki cmentarz
AI czyha w kieszeni
co roku te same miejsca
tajemnice krótkich chwil
kwatera księdza Kaczkowskiego
przypomina o mistrzostwie życia
cienie ptaków zastygły
w ospałym czuwaniu
grube kończyny drzew
dają wsparcie i nadzieję
na szybkie zamknięcie światła wiersza
*las u podnóża góry Fuji, ulubione miejsce japońskich samobójców.
Gra
Spacer we mgle
kolejny rok ten sam parkowy tunel
we dwóch
nowa przygoda wokół wygasłych lamp
tysiące gigabajtów gęstej grafiki
nie można przejść przez ścianę
jak w grach sprzed trzydziestu lat
sierpniowa noc
obok śpi pluszowy osiołek
wczoraj skończyłem czterdzieści cztery lata
może to zagubienie w czasie
może niegęstość grafiki
i przeszedłem przez ścianę tunelu
między levelami życia
znów mam trzynaście lat i gram w DOOM’a
Natalia Prill
Las
zaprowadziłeś mnie do lasu,
pachniało mchem i paprocią
poziomki śpiewały w ciemnościach
widzisz te fluorescencyjne kapelusze?
uważaj, mają brodawki jak u baba-jagi
schowaliśmy się pod muchomorem
może to my byliśmy tacy malutcy
a może muchomory urosły po deszczu
chodźmy
gdzie?
gdzie serca nas poniosą
spadliśmy
z urwiska
Pustkowie
pachniesz pustkowiem
tak się składa, że rozpoznaję ten zapach na kilometry –
to ciemny bukiet żył ziemi i podmokłych fiołków
przyznaj się
jadłeś czyjąś ziemię,
jesteś zwykłym ziemiożercą,
jadłeś czyjąś ziemię
żeby się przedostać
na lewą stronę świata
a wyszedłeś po drugiej stronie pustkowia
Bonsai
wysiewałeś nasiona,
aż wyrosło we mnie drzewko bonsai
Gdy dyscyplinowałeś mój wzrost:
korzenie,
pędy,
koronę
dżungla rozsadzała mnie od środka
pożarły cię
błękitne ważki,
rajskie ptaki,
tygrysy,
tarantule
Marek Przybyła
bez znieczulenia
być zmuszonym
by przestać być
tu i teraz
uzupełnianie
coraz większych braków
cech rzadkich
potrzebnych do tworzenia
wyższych uczuć
w strukturze
czucia głębokiego
ktoś nie wie
ktoś nie chce wiedzieć
ktoś ma to głęboko
wiadomo gdzie
ktoś inny zginął
ktoś inny zaraz zginie
ktoś już nie chce żyć
ktoś jeszcze chce
ale…
my
spokojnie wyłączamy tv
wyrzucając z siebie
nadmiar zbędnego czasu
oni
dogorywają między zgliszczami
swojego świata
przechowując pod wyschniętą skóra
kilka najważniejszych wspomnień
na koniec
bez odpowiedzi
zła chwila
uderzyła z dużą prędkością
zły los
wydał wyrok
złe miejsce
wybrało ofiarę
ktoś zwykły
znany tylko nielicznym
po tygodniu do zapomnienia
gdyby chwilę wcześniej
gdyby chwilę później
gdybanie
czy był to przypadek
czy Bóg tak chciał
bez znaczenia
jakiś ktoś
nie przeżył nocnej popijawy
na przystanku autobusowym
imię nazwisko
nieistotne
żadna pamięć
nie przechowa
tej osobowości
na dłużej
przyjadą zabiorą zakopią
był ktoś nie ma ktosia
i w jego sprawie tyle
a co jeśli jutro
wszystko trafi szlag
i nie będzie tych
od kopania
i tych do kopania
żadnych różnic
pomiędzy tym a tamtym
czasy dokonane i te co mają przyjść
zatrzymają się w jednym miejscu
i powstanie klimat
jak na przystanku
po ostatnim odjeździe
bez przyszłości
czarna plamka
ledwie zauważalna
na tle złocistej gwiazdy
trzeba się przyjrzeć
tak bardzo głęboko
by dostrzec jej błękit
nosi w sobie
wielkie ambicje
plany na przyszłość
objawione prawdy
i bezobjawową codzienność
różne rodzaje bogów wszechmogących
i odrobinę zdrowego rozsądku
w pewnym momencie
zapowiadanym albo i nie
plamka się zmyła
a słońce niczego nie zauważając
świeciło jak zawsze
lęk I
porysowane lustro
spojrzało mi w twarz
to nie mogłem być ja
szybko odwróciłem wzrok
lodowaty dotyk
przeszył skórę
chcąc wejść do środka
zacząłem biec
kamyk z buta
coraz mocniej
wchodził do głowy
lęk II
odjeżdżający pociąg
budzi obawę
jakby zabierał mi coś
co już nigdy nie wróci
ktoś za szybą
wypatruje znajomych twarzy
machanie ręką
chwilę potem zostają tylko szyny
uciekam od spojrzeń
na zatłoczonym peronie
trudno znieść
intensywność światła
co jakiś czas
rzucającą smugę cienia
w sam środek źrenicy
świadomość w której
wszystko gaśnie
lęk III
bywają dni
kiedy poezja mnie przeraża
najczęściej w osiedlowym sklepie
kupuję chleb
ona pyta
jaśniejszy czy ten bardziej wypieczony
czuję jak zaczyna rosnąć we mnie
to dziwaczne zjawisko
przybiera coraz trudniejszych
do określenia kształtów
chleb zaczyna pożerać mnie
od środka
w końcu udaje mi się uciec
na zewnątrz
a tam
lump pełen nadziei
ze szczerbatym uśmiechem
pan da na chleb pan da
rzucam coś na odczepnego
przyspieszam kroku
w domu
na ścianach
chleb lump ja
i gdzieś pomiędzy
poezja
Iwona Anna Wyka
Trzecie oko
Stosy stłamszonych łachmanów
za parę drobniaków,
chemikalia bawią się mutacją.
Trzecie oko wciąż patrzy.
Boiska, teatry
wypełnione nową zastawą,
tłumy niczym piasek nabrzeżny
w kieszeniach bursztyny.
Trzecie oko wciąż patrzy.
A potomstwo bez kamizelek
wypływa za horyzont.
Sieć łowiąca wodorosty
nie szuka już syren.
Trzecie oko wciąż patrzy.
Fałszywa nić,
za nic przędzie na oślep,
a głodne ekrany pochłaniają oczy.
Wędrówka
Buty z drogi nie dotykają wycieraczek,
dłonie ściskają pustkę w kieszeniach,
cień szklanego marzenia nie znika nocą,
poszarpane sznurowadła drażnią nawet księżyc.
Taniec karuzeli
zimnego apetytu
powił dziecko o imieniu Zachłanność.
Dziś nie ucinają rąk.
Segregujemy odpady w foliowych rękawiczkach.
Koniec dnia
Bez różowych okularów
na ukwieconych balkonach –
plastikowe krzesła ,
pledy przesiąknięte lekarstwami.
Małe klatki
w nich za dużo powietrza.
Macham ręką- iskry nie chcą się palić.
Marzenie-to wyobcowane słowa,
a wspomnienia niczym poszarpany kłębek.
Wszystkie odcienie szarości
skute syberyjskim zimnem.
Ściany nie oddają nawet echa.
Przygnieciona bezradnością
pochylam głową.
Znużona starość zasypia ,
nie wierząc własnym wyblakłym źrenicom.
Popękane siedziska milczą.
Czy to jawa, czy sen
Cyfrowi imigranci
przybywają bez paszportów –
witani szeptem maszyn,
które otwierają ramiona
szerzej niż granice,
jakby pragnęły
własnej nieskończoności.
A my wciąż nasłuchujemy.
To nie są kroki –
to drżenie algorytmów,
ich szybki, głęboki oddech,
pochłaniający po omacku –
wszystko ,
co zdążyliśmy nazwać wiedzą.
W człowieku –
cicho przemyka dreszcz.
Wzrasta coś obce,
niepojęte,
a jednak przyciągające
jak blask super inteligencji.
I wtedy wraca pytanie –
zamglone,
a smaga jak ogień ostateczny;
Czy zwykły człowiek
zdąży ochronić-
ulotne skrzydła pszczół.
Szept skrzypiec
Niech nasze pieśni nie gasną,
niech płyną przez noc,
jak dym co nie szuka nieba.
Bo tylko cisza zna jego drogę,
i gwiazdy co drżą w oddali,
nie dotykając każdej duszy.
Niech przypominają, że szacunek nie wybiera,
Nie waży dłoni, nie liczy istnień.
Przychodzi jak cień matki,
która obejmuje każde dziecko,
nawet to, które przyszło z daleka
i milczy z lęku.
Dusze nie są ze stali,
ani z kamienia, ani z brązu.
Są strunami skrzypiec drżącymi niczym
świerszcze.
Od pierwszego pra-sumienia świata
gdy nie było słów –
tylko ciemne pulsowanie istnienia.
Tam w pierwszej muzyce,
spotykają się wszystkie istoty :
wędrowny chłopiec z gór,
zagubione dziecko z miasta
i stara kobieta z oczami pełnymi zmierzchu.
Wszystko nosi ten sam ton,
choć każdy niesie go inaczej.
Czasem z dumą,
czasem z łkaniem,
czasem z milczeniem,
które boli bardziej niż krzyk bez skrzydeł.
Pęknięta struna jęczy sama w pustce,
bo rozpacz szuka dna mroku.
A jednak jej marzeniem jest,
by wszystko ,co żyje,
choć ukrywa chropowate tajemnice
mogło pozostać w kręgu iskier.
Portfel z drobinkami
Usiadłam przed supermarketem,
oczy zanurzone w brudzie chodnika.
Wózki wystukują rytm miasta,
szeleszczą reklamówki-
dobre wróżki niczym skrawki przepychu.
Wieczorem w pustej misce dla zwierząt,
zabrzmiały tysiące spojrzeń,
ciężkich, jak zaklęta przestrzeń.
Kilka dłoni spadło na mnie-
za brak umiejętności,
za zmarnowany czas.
Gardło zapomniało słów,
które dławią od środka.
Może jutro spotkam uśmiech,
który rozwiódł się z pogardą.
Złodzieje istnień
Oczekiwania innych
rozprzestrzeniają się cicho.
Jak kukułcze jaja –
bez pytania, bez miejsca wylęgu.
Strach niesie testament życia.
Uszczupla jedyny rękopis.
W imię przytłumionej kalki.
Ciała stoją – wyschnięte drzewa.
Nie szukają już wody.
Zamglone uczucia unoszą okruchy,
nie przypominają chleba,
a jednak zbieramy,
odwracając oczy.
Wiosna nie przeprasza
Spierzchniętą korę muskają promienie,
wychudzone ptaki zaczynają trele,
Zdzierając struny bez zapłaty.
A ja podduszam wiosnę.
Budzi wszystkich do życia.
Nie pyta o pozwolenie,
jest niczym wyrocznia,
która prześwietla kody.
Słychać głos papug:
ty rozkwitniesz w oddechu światła
a tobie sklecę trumnę
z podpisem wiosny.
Cisza
Już nie fruwają gołębie z obrączką,
brak wiadomości.
Poruszam się po omacku
ciało roztrzaskuje się
jak lustro.
Szare niebo uwiodło mgłę,
bez zaproszenia
zapadła w sen na łożu.
Czasami wiatr, cichszy niż ćma,
zadrży w cieniu.
Temperatura przestrzeni nie mruga,
jedynie ta chwila jest przy mnie
i myśli za mnie.