Udostępnij:

Wiersze wybrane w lipcu-sierpniu 2026

Adam Ciszewski, Natalia Grudzień, Tymoteusz Kałużewski, Helena Kupczyńska, Adam Makowiecki, Anna Słowiakowska

 

 Adam Ciszewski

 

Nie ma nas w domu

 

Idźcie dalej

nie chcemy zamykać wam drzwi przed nosem

rozstańmy się we wzajemnym uznaniu

wszystkich różnic

słodkich i koniecznych

 

W naszych żyłach miód i mleko

smaczne ale niesycące

idźcie dalej dla własnego dobra

rozbijcie obóz w głębokiej dolinie

tam nawet cienie obrastają tłuszczem

Co wam po bladych ciałach z papieru

kolorowych żaglach

szklanej biżuterii

 

Idźcie dalej

no już

proszę

 

 

Wiosna po wojnie

 

Armie jaskółek uczyniły wiosnę

czerwieńszą niż zwykle

tak upragnioną

 

Dwoma cięciami

z lewa do prawa

ze środka na zewnątrz

ziemia od nieba

światło od mroku

 

Nierówno podzieleni

kwitliśmy cierpliwie

 

Pękały ugory

zaciśnięte wargi

to musi wystarczyć

do zimy do końca

 

 

Czasy

 

Hermes z powyłamywanymi nogami

cztery łapy złe dwie łapy gorsze

kołki przebite językiem

gwoździe dłońmi

aplikacja oręż nie odpowiada

tarcza z leżanką honorowym miejscem

odwierty w miasteczku Babel

 

Koszulka ze skaczącym numerem

plecy zmęczonego maratończyka

jeszcze nadążam na całe szczęście

myślą nie duchem

 

 

 

17 XI 1970

 

Trwa oblężenie

Mishima ostrzy słowa

tysiące gwoździ

 

Wylicza obłęd

dodaje odejmuje

cichy staranny

 

Głos sieje burzę

słuchają a nie słyszą

niepłodna ziemia

 

Wyprostowany

armia pochylonych małp

pora iść dalej

 

 

Ziarno

 

Twórca

błaga żebrze

o Ziarno które

podlega szczególnym prawom chirurgii

przyjmij się przyjmij

tłuste ziarno strofy akapitu

rzucone przez pomnik

kilkadziesiąt liter

w bezbłędnej kolejności

burzy samozachwyt

warownię na błocie

Ziarno puchnie w gardle w głowie

zostawia rany rozgniata myśli

oby coś zostało niech ta wulgarna

przemiana materii cofnie łapę

pozwoli wyrosnąć

Krzakowi Bylinie

które twórca chroni

najszczerzej jak może

 

 

 

Natalia Grudzień

 

Temps mort (martwy czas)

 

przeciąga się i sunie za muchą

bzyczącą rano nad uchem co

pada od szeroko zamkniętych oczu

i jednego trafnego plaśnięcia

 

staje w miejscu

przeciąga się i wydłuża

spojrzenie

 

na suficie widać wnętrzności

parę skrzydeł

co jeszcze próbują trzepotać

 

można byłoby usnąć

umrzeć albo zdechnąć

 

przez otwarte okno

wlatuje mucha

jeszcze nie posprzątano

po poprzedniej

 

 

To z pewnością była rana

 

cięta kłuta szarpana głęboka przelotowa postrzałowa

to było wtedy gdy zdychało lato z powodu upału

i najpierw zaobserwowano dziury w korzeniach

pamiętasz wtedy gdy gałęzie odrywały się od pnia

bo wiało wtedy straszną nudą i na siłę rozdrapywano

rany

 

wleciał jak gdyby nigdy nic

usiadł na parapecie i nagle ścięli mu światło

po ciemku frunął i odbijał się przerzucał się

z gałęzi na gałąź próbował

zapuścić korzenie

 

miał pokrwawione skrzydła

mówili że

do końca świata się zagoi

 

 

Ziemia obiecana

 

no przecież mówiłem ci

że nie można mazać gumką wszystkiego

zmażesz grzechy i twoja krew

 

przecieknie przez kartki papieru

pierwsze słowa rozpoczną się od śmierci

boga jego mordu i przelanej wody

 

jutro nie będzie śladu

ciało przecieknie ci przez duszę

z rany powstaniesz

 

no rzuć kamieniem

kto umie w początki

 

 

Wyścig szczurów

 

na starcie przebili powietrze

oddechy mieli przyspieszone mięśnie napięte

biegli za wczoraj musieli je dogonić złapać

dystans ostatnio im uciekło szybkie sprężyste

kręciło się w kółko jak zabawka

 

po drugiej stronie in illo tempore

łapali oddech

 

podkrążone żyły

wstawione powieki

znoszona skóra

 

zostało im jeszcze tylko jedno kółko

 

 

Na dzisiaj pani była umówiona

 

nie na wczoraj

czy są jeszcze wolne terminy

jutro jest takie niepewne ceny

drożeją a na rynku pracy jakoś

niepewnie od wczesnego przedwczoraj boli mnie czas

w nocy było najgorzej jak tak się zbiera za

dużo jutra to potem trudno spać

 

proszę usiąść i poczekać

koniec świata jest już tuż tuż

 

 

 

Nie ma takiego numeru

 

a więc nie istnieje bo gdyby istniała to przecież zawibrowałaby chociaż

powiedziała coś rzekła

 

może i nawet nie powiedziałaby nic albo mówiłaby ciszą bo nie zamieszkała w ekranie nie weszła do środka i nie wróciła

do rzeczywistości nie ma powrotu tam się nie wraca można być lub nie być

 

bywa się tylko przy wyborze numeru

gdy po drugiej stronie świata ona i on wklepują

numer i okazuje się że nie

można wybrać połączenia

 

Obserwujemy gwałtowny wzrost

 

zachorowań na dystans

pan A. wyobraża sobie dotyk pani B.

rozmawiając przez telefon kreśli jej

biodra rejestruje kolor oczu o odcień już nie pyta trzyma ją w odległości

stu kilometrów jej głos jest na wyciągnięcie ręki

próbuje namierzyć  usta by skraść pocałunek

 

do ekranu trafili przypadkiem

za chwilę zaczną wibrować

 

 

Tymoteusz Kałużewski

 

Harmonogram

 

Plan dnia jest taki, że przynajmniej raz dziennie będę otwierać usta.

Wstaję.

Ubieram się w słowa.

Zapinam koszulę.

Dostrzegam źle zapięty guzik.

Gryzę się w język.

 

 

Podwórko

 

Wiem jak to jest gdy wszyscy nazywają cię cudem

Gdy robisz anioła w granicach podwórka.

 

 

Sierota

 

Trzydziestoletnia sierota,

Wygramoliła się z kojca,

Szuka drogi powrotnej,

Zaglądając w łona koleżanek,

Pomiędzy ślepiami widoczną ma zmarszczkę,

Twierdzi, że wypalona od słońca.

 

 

Bez tytułu

 

Czekamy pod oknem by wydać wyrok,

Pierwszego dnia miesiąca,

W zimny poranek,

Zniewieściały dokonał zgorszenia

Obnażając swoje ciało

Odwrócone na lewą stronę

Ze skręconym brzuchem

Za zębem język

Nie chcący zamienić słowa

Może to i dobrze bo w jego głosie niesie się uległość

Paląc w dłoni kamień

Cóż, poczekamy do jutra, może zmieni zdanie.

 

Powrót nocnym tramwajem

 

Ich gęsie szyje splotły się,

Amortyzują.

Na oknie ich twarze,

Błyszczą oczy, pełne wody.

 

 

Szczur

 

I znów to niepokojące drapanie.

Słychać je na ulicy, czuć je pod stopami.

W rurach, w każdej ścianie i czarnej papie.

To szczur, szczurzyca, szuka ciepła.

Teraz przebija się przez styropian.

Teraz szklana wełna.

 

 

Zabójstwo

 

Gdyby nic nie bolało,

czas mijałby w mrówkach.

 

 

Psisyn

 

Bez wstępu do świata słowa,

nie dosięgam własnego ogona.

Nie widzę śladów swoich łap.

Drepczę w koło po osiedlu, po teraźniejszości.

Nad moimi uszami, unoszą się dzwony.

 

Tej samej nocy

 

Rodzina z maluszkiem,

matka trzyma dziecko pod pachami jak pluszowego misia.

Miś patrzy spod czapeczki, również białej.

Czy zapamięta mnie tak jak ja go zapamiętałem?

 

Głód

 

Na dnie lodówki,

odkryłem skrzydełko kurczaka,

chociaż mięso było suche

to w skórce zachowała się jeszcze jakaś informacja.

Informacja mówi, że wczoraj był inny porządek świata.

Teraz starsi ludzie z wózkami, blokują wyjazd z miasta.

 

 

Wskazówka

 

Iskrz się do Boga

Spawarką swataj żelastwa.

Na końcu pojęć,

Cały w popiele.

 

Poranek 1

 

Prasuję piżamę.

Dziś będę spać godnie.

W samym centrum miasta.

I nikt mnie nie ruszy,

nikt mnie nie uderzy.

Będą spuszczać wzrok.

Moją gładką koszulę i nogawki

będą opływać,

 

 

Poranek 2

 

W łóżku opływam miasto,

Na brzegu zostało ciało, nie może zasnąć.

Przy rękawie i kołnierzu piżamy, zostawiło ślady.

Pod zamkniętą powieką, przeleciał cień ptaka.

Skrzydłem zatrzepotał odbijając się od okna.

To jedyna praca, która kojarzy mi się ze światłem.

Bo przecież tylko słońce mówi prawdę.

 

 

Wieczór 1

 

Kształt zastały w kamieniu – nie do rozpoznania.

Pozostało po nim uczucie przyjemnego chłodu,

stary żar i turecka róża wdeptana w chrząstkę.

Słowa wykruszyły szczeliny w zębach,

Chodź, położymy się w tym przeciągu.

 

 

 

Helena Kupczyńska

 

1

***

Chyba cię nie urodzę

ani stu innych nie zdążę

do tego czasu

 

prawo się nie zmieni

nie będzie powtarzania

bez końca

tych samych historii

trwania bezpiecznie

w domu pod kocykiem

 

noszenia blizny, żeby pokazać

tak byłam odważna, ale nie na tyle

żeby zapach kwiatów pamiętać

i twoje pierwsze kroki

 

bo dzieci nie mają zasług

nie umierają zanim się pomyśli

 

daj odpocząć piję wodę

 

nie zdążę to śmieszne

a jednak prawdziwe

 

czas jest nieugięty

i tylko niektórzy

pokonują bariery

zestrojeni z palcem Bożym

albo wypadkiem na drodze

 

 

2

***

kiedy siedziałam na podwórku

i przesypywałam piasek

z wiaderka do wiaderka

chciałam złapać cię za rękę

i powiedzieć

 

ucieknijmy przed

przeznaczeniem

 

kobiet, pór roku

szybko płynących

 

rozbitych o skały

 

 

 

***

Przesuwamy granicę

wilki wbijają zęby w trumnę

jeszcze pachnącą lasem

 

tracimy przywiązanie

zatomizowane

 

czarna dziura

bez możliwości

zaopiekowania się

tym co inne

 

 

3

***

Midsommar

 

uchylę rąbka tajemnicy

nie byłam w szopie od lat

 

nie kucałam

nie tańczyłam

nie chrumkałam jak żabki

 

paliłam stosy bez czarownic

na święto lata

 

gorące jak upał nad Wisłą

gdzie miesza się wianek z gwałtem

 

fallus symbolizuje urodzaj

wciąż tańczymy wokół niego

co roku

 

4

***

przed operacją

a w głowie mam

to ostatni raz

przed śmiercią

 

ścieram kurz

wynoszę rzeczy

 

przed śmiercią

 

stoję na wysypisku śmieci

zapomniałam, że się sortuje

 

wyrzucam ubrania

szkło

plastik

 

nawet jest wspólny zsyp

 

maszyny miażdżą

ubrania

 

musiałam w nich cierpieć

przed śmiercią

 

 

Adam Makowiecki

 

perpetuum

 

zaczyna się od światła

gdy odsłaniasz żaluzje myślami

będąc jeszcze pomiędzy

za oknem tylko sztuczne blaski albo głosy tak jasne

gdy leżysz na kocyku i płaczesz bo nie rozumiesz

czemu nagle ważysz oddychasz i czemu świat

się zaczął bez ciebie czemu tylko zjawiasz

się jak gość spóźniony a potem oczy

się otwierają dźwięki ciemnieją

i wiesz że to samoobsługa

że dni są na korbkę

 

więc kręcisz i kręcisz językiem oblizujesz

zębatki z szorstkich myśli i wstydliwego

zapachu by dać sobie znów szansę

a potem silnik sprężarki w lodówce chłodzi

głowę i pamiętasz byłeś tu wczoraj

i wczoraj i wczoraj i kupiłeś już trzy kuchnie

i mógłbyś zrezygnować lecz nie i nie i nie

zawsze było nie

zwijasz się w koło toczysz

na ulicę kurz sypiesz jak brokat

piach topisz na witraże okruchy zbierasz

do kupy jesteś żukiem jesteś głazem Syzyfa

w procy Dawida naciągają cię

i pchają i muskają palce te same co lirę

 

więc dalej prosto i równo i widno

wreszcie wystajesz ponad horyzont

i zaczynasz widzieć róże i fiolety

wciąż jeszcze zazdroszcząc

pomarańczy jej miękkości słodkiej

aury objawienia jej jasności

celu ona wie że stanie się czerwienią

potem zapadnie w krzywiznę a ty

jesteś trochę tu trochę tam w kulistym

spektrum wszystkiego i niczego

siedzisz zawieszony wahadło zegara

raz każe wstać raz leżeć i tyka

i tyka i tyka cichym akordem wchodząc

z oddali w szmer lodówki potem syk

czajnika temat przejmuje okap

nad kipiąca wodą krople już tańczą

walc Leidenfrosta i przysiągłbyś

że to symfonia z nowego świata

choć świat nadal ten sam widzisz

go lepiej jesteś wyżej już pod sufitem

ty żyrandol sala pełna grymasów i łez

ale może to ze szczęścia uśmiech

i ból wyglądają podobnie

z góry

 

i na dół

jest krócej i pełniej z kontrolą

bez frykcji doklejasz wspomnienia

jak śnieg z całym brudem na bieli

byle nie stać się bałwanem gnasz

w pochyle z pochyłu okryty

kocykiem przez labirynt z lodówek

błyszczysz rozszczepiony na barwy ty

szmaragdowy skarabeusz ty

który możesz wszystko

i nic który świecisz i gaśniesz ty

który jesteś gwiazdą

w kosmosie i próżnią w stworzeniu ty

w którym jest wszechświat i flaki

 

decydujesz że dziś warto

wczorajsze dziś i dziś z jutra

warto zasłaniać by znów odsłonić

bez ustanku aż grawitacja cię zmęczy

przestaniesz oblizywać swe zęby i spadniesz

pod naporem własnym tymczasem kulaj

się dalej kulaj przed i po kulaj pomiędzy

kulaj

kulaj

i kulaj

 

 

upadek pierwszych ludzi

 

skonteneryzowani w ogrodzie

my dzieci piaskownicy

 

rozsypali nas

w ziarna fraktali, wtłoczyli

w naczynia, niby fajanse, a klepsydry

na żyroskopie dnia i nocy— sztucznie

rozróżnili technikami dekoracji

byśmy się tłukli

 

i umiemy kłamać i kłamiemy

że nas wygnano

nie tęskno mi (ci, wam, im) do wiaderka

i łopatki, zgrabnej foremki?

gdy nie istniały wypalone czerepy

gdy nie było szkliwa i angoby

gdy mogliśmy się rozsypać i znów scalić

rozprzestrzenić i uporządkować, a chaos

był naszym murkiem— dalej

nie było nic i było wszystko

wtedy—nie było potem—teraz

z Jestem zrobili jesteśmy

 

gdy ktoś zerwał z drzewa

osobliwość

 

homo

 

ty być tu

ja być tam

 

zostań przy źródle pilnuj ekranu

sprawdzę czy poza jaskinią

jeszcze coś jest

 

na szczęście nic

nie ma pusto

ciemno

 

dym wdziera się do środka

duszno w korytarzu

ciepło w ręce stopy mózg

jak maczuga wali na oślep

i miażdży

na miazgę

namiastkę

natury

na tury

na matkę

 

na pewno jesteśmy bezpieczni

 

chwała boogu

ooga booga

 

 

adam

 

statystycznie miałem być dziewczynką

według rodziców przynajmniej

i jaką byłabym olą

nieco naiwną zapewne

i może częściej goliłabym pachy

pisałabym też choć nieco inaczej i indziej

prościej bardziej dokładnie ładniej

moje zeszyty byłyby czytelne

 

przez parę dni byłem marcinem

ale marcin to pijak

 

adam to dopiero imię

i gdybym nie był adamem

byłbym adamem?

adamem w oli

pijakiem

człowiekiem

byłbym?

 

 

Anna Słowiakowska

 

postrzyżyny

 

Spomiędzy dębowych nóg stołu
widać długie blade nogi ciotki
delty żylaków rozlewają się błękitem
od zagłębień w kolanach, przez łydki po kostki

A każda żyła drga, pęcznieje,
a krew się gotuje

dyszę, dyszę, jak zwierzę zapędzone do politurowanej nory

czas już, mówi ciotka, a głos jej skrobie o blat
czas już obciąć warkocze.

 

Przywieram do ziemi, a nade mną delty
szumi krew i żółć

łapię się za włosy i wplątuje w nie palce,
jestem strażniczką własnych kokard

nie pozwolę sobie rozpleść dzieciństwa
nie dam obciąć dziesięciu lat.

 

Jej chmurny brzuch opiera się o moją kryjówkę
Burczy
niebo przed burzą

przełykam ślinę, pilnuję warkoczy
przestaję oddychać, żeby mi nie zabrała spod rzęs
lizaków i łez.

 

 

nowohuckie osiedla pełne były roszpunek

 

wieczorami wracałyśmy do domów
a matki, a ciotki, a babki
sadzały nas przed telewizorami
i zaczynały rozczesywać włosy

kołtuny dnia posklejane
wyzwiskami, którymi rzucano w nas z trzepaków i murków
marzeniami z piasku i lizaków

drobne palce, pulchne palce, krzywe palce
rozsupływały te sprawy
wyciągały gnidy
i zgniatały je między paznokciami
z tym charakterystycznym pyknięciem

 

wieczorami jadłyśmy chleb z serem
a matki, a ciotki, a babki
rozczesywały nam delikatnie
rany zadane przez przyjaciółki
na śmierć i życie

nowohuckie roszpunki
księżniczki z tandety zahartowane w pluciu

tylko w domu płakałyśmy
że boli
że nas ciągnie w tę stronę

a to jeszcze nic, to jeszcze nic

nie rozumiałyśmy ostrzeżeń
nie czytałyśmy znaków

będzie bolało

córeczko, wnuczko, siostrzyczko

tak to się poplącze

jak dorośniesz
to na ścięcie

 

przygotowania do komunii świętej

 

przygotowania do komunii świętej
to nieustające przymiarki  czy się będzie pasowało
do pana
jezusa,
do sukienki,
do konwalii,
do rąk złożonych w amen,
sklejonych śliną z gumą balonową.

palec do palca,
żeby się tam nie zmieścił żaden oddech,
beknięcie oranżadą,
bród z chodnika spod klatki numer pięć.

a usta w ciup.
morda, zamknij mordę,
stul głupi dziub.

nie jesteś jakimś przykazaniem,
żeby cię było trzeba, dziewczynko,
szanować,
żebyś miała wchodzić przodem,
ani nawet od zakrystii.

masz znać przykazania,
święte pasowania
do sukienki,
do loków,
do koperty,
do złotego łańcuszka, co się plącze tam na karku,
wyrywa włosy
te najmniejsze, najbardziej pierwsze,

puch.

sukienka zwiastuje piekło:
nie dopina się,
nie wiąże kokardy,
nie mieści kształtów dziecięcych,
dziewczęcych.

panu jezusowi będzie przykro,
że żarłaś,
że nie kręcą ci się loki,
że na nogach masz siniaki,
bo się kopałaś pod klatką numer pięć.

morda,
zamknij mordę w pierwszym rzędzie,
daj sobie z brzucha zrobić poduszkę,
pozwól się dźgać koledze w pierwszej ławce.

kolana,
kolana służą do klęczenia,
na gołej ziemi,
na wieczne poddanie, poniżenie,

rajstopy
to jedyny raj,
do którego, dziewczynko
cię wpuszczą.

strupy zaciągają obłoki
niewinnej bieli lycry 20 den.

chwal
łąki umajone,
ale nie licz, że ciebie ktoś chwalić będzie
za to rozrośnięcie się w swoim szczenięctwie.

niemiłe jest światu posiadanie zdania.
miałaś zostać mała.
panu jezusowi się nie spodoba,
że się próbujesz panoszyć w tiulach i atłasach,
wystajesz poza szwy.

język ci się rozpłatał,
gęba nie zamyka,
nie da się w niej utrzymać opłatka.

morda.
módl się.

módl się, żebyś nie miała brzucha,
żebyś nie miała ud,
żebyś była chuda,
żeby się okazało,
że twoje ciało to nie jest twoje,
albo nie jest ciałem,
a jedynie żartem.
ciastolina.
ubranie na szkielet.

 

kiedy umarł mi bóg

 

jeśli miałam uwierzyć w boga
to musiałam dostać psa
o to tajemnica wiary

zwierzę było świadectwem
modlitwy przynoszą efekty
głębokie zapatrzenie czyni cuda

modliłam się do PsiBoga
i zesłał mi
czarną kulkę zniszczenia

a potem jeszcze kilka
i ja wierzyłam
w żywot wieczny amen

a wtedy na plaży w Mielnie
gdy Czarek nażarł się kiełbasy pełnej gwoździ
bóg umarł

nie płakałam na pogrzebie dziadka
myślałam, że może pod ziemią
będzie gnić przytulając moje psy

zanim sama do nich przyjdę

zdychałam wielokrotnie
z wszystkimi moimi zwierzętami

Odsłuchaj treść artykułu
Przejdź do treści