Wiersze wybrane we wrześniu 2026
Tomasz Gos, Agnieszka Johnston, Konrad Komorowski, Tim Koza, Kamil Pilichiewicz, Weronika Zwierzyńska
Tomasz Gos
Psalm sprzątającego
Ty, co sprzątasz w duszach i umysłach
a twa miotła sprawiedliwa, wszechmocna i przeczysta,
brud najmniejszy znajdzie w każdej ludzkiej myśli,
wysłuchaj sługę swego co podłogi czyści.
W tym wiadrze wszechświata gdzie są gwiazd mydliny
a Ziemia jak kurz mała, który bez przyczyny
miejsce chce zajmować swoim tu istnieniem,
odpowiedz na pytanie. Odpowiedz – bo ja nie wiem.
Jakim preparatem trzeba czyścić serce
żeby ból zmyć z niego i nie myśleć więcej
o tym co minęło a wszak minąć nie chce
i co powoduje, że się sprzątać nie chce?
Jakiej trzeba użyć ścierki zapomnienia
by do cna wytarła z płaczu te wspomnienia,
co jak szkło stłuczone przy wyjściu z sypialni
kaleczy i rani jak agrafka w pralni?
Tego typu pytań masz pewnie bez liku,
jednak jeśli zechcesz to umieść w śmietniku
tych kilka wskazówek dla tego co sprząta,
żebym już niczego w życiu nie poplątał.
Tabernakulum
Wieczorem opadają
przy jabłoniach, przystankach
i spółdzielniach.
Woń wina jak aureola
unosi się nad ich głowami.
Ufni w Panu pójdą drogą,
którą wskaże im policjant.
Z tabernakulum na dachu.
A rano będą ich błogosławić
Madonny Rozłożyste.
Twoja krew
Gęsta jak ślina przed przekleństwem.
Czarna jak strupy przed walką.
Lepka jak łapy złodzieja.
Pachnąca jak dziwka.
Zabijmy sprzedawcę alkoholu.
Jutro jest niedziela.
Prokurator kwitnie na przystanku.
Trudno jest mi sobie wyobrazić notariusza czytającego wiersze
Trudno jest mi sobie wyobrazić notariusza – zgodnie z ustawą z dnia 14 lutego 1991 roku „Prawo o notariacie” w zakresie swoich uprawnień jako osoba zaufania publicznego, korzystającego z ochrony przysługującej funkcjonariuszom publicznym (art. 2 § 1pr o not.) – czytającego wiersze, rozumiane jako mowa wiązana i charakteryzujące się sposobem organizacji tekstu polegającym na powtarzaniu się w nim odcinków o takich samych właściwościach strukturalnych.
Imagine
John Lennon z raną postrzałową
ogląda olimpiadę.
Populiści wygrywają z resztą świata.
Widownia szaleje.
Komentator jest przebrany za biskupa.
Nie wie, że ten mecz dawno się skończył.
Wynik opublikowano w książkach
do historii.
Podanie
Uprzejmie proszę o dofinansowanie długu
jaki zaciągnąłem wobec świata i ludzkości.
Dług zacząłem zaciągać będąc jeszcze dzieckiem.
Nauczyciele pokładali wówczas we mnie nadzieję,
że w przyszłości wyjdę na ludzi.
Ich ówczesna miesięczna pensja oraz obecna emerytura,
nie rekompensują ich zmarnowanego czasu
oraz straconych złudzeń.
Moi rodzice wierzyli w to,
że założę trwałą komórkę społeczną
w postaci rodziny oraz, że będę wypełniał
określone role z tym związane.
Komórkę co prawda założyłem ale okazała się nietrwała.
O wypełnianiu ról nawet nie będę wspominał.
Ksiądz od religii usiłował wskazać mi drogę,
która prowadzi do Królestwa Niebieskiego.
Jednak ze względu na słabą orientację w terenie,
drogi tej nie odnalazłem.
Nawet koledzy z podwórka mieli nadzieję,
że kiedyś nauczę się grać w piłkę.
Nie wyprowadzanie ich z błędu
było jawnym nadużyciem z mojej strony.
Szczegółowy opis całego długu
znajduje się w załączniku dołączonym do podania.
Przyznaną kwotę proszę przelać na konto ludzkości.
Z poważaniem.
Podpis nieczytelny.
Errata
Brakuje wyrazów.
Za dużo znaków zapytania.
Imiona nieaktualne.
Zdjęcia archiwalne.
Nie ma środka.
Nie ma początku.
Nie ma końca.
Agnieszka Johnston
Zakątek
Jest taki zakątek – drobny rowek przy oku – tam się schowam.
W cieple ciała rozgrzanego sierpniowym słońcem
będę bardzo mała, obecna tylko dla siebie.
Rosną tam jeżówki o wyblakłych, różowych płatkach –
odchodzą, oddając nasiona jesiennym wiatrom.
Wypowiem słowa, których zwykle nie wypowiadam,
pomyślę o tym, o czym na co dzień boję się myśleć.
Policzę źdźbła traw i zżółkłe liście na drzewach.
A potem wrócę i – gdzie byłam – nie powiem.
Jeśli ktoś dostrzeże łzę w moim oku, to nazwę go głupcem,
bo nie odróżnia łzy od zwykłej kropli potu.
Koniec lata
Na bujnej trawie –
pieczęcie z promieni słońca
odbite w liściach brzozy
w skrzyniach żółte pępowiny ogórka –
kurczowo oplatają pękate owoce
wątłe łodygi pomidora
dźwigają wielkie czerwone piersi
jabłoń – znużona macierzyństwem
chyli gałęzie ku pustym koszom
lato –
upojone jeżynowym sokiem
wie, że przemija, lecz nie chce wierzyć
Wiosna zdarza się jesienią
wiosna zdarza się jesienią
a lato – zimą
stokrotka wprowadza wiosnę
w październik
a zżółkły listek brzozy
czule tuli ją przed chłodem
w grudniu róża przywołuje lato
a nagie ogrody czerwienią się jej kwiatem
człowiek bez miłości nie widzi stokrotki ani róży —
trwa skulony przy ziemi,
udając martwego jak chrząszcz
na widok szpaka
Spotkania
Dziś rano zamieniłam słowo z mrówką –
śpieszyła się do mrowiska,
by oddać pokłon królowej.
Natknęłam się na ślimaka –
drzemał na środku drogi
obojętny wobec świata.
W powietrzu unosiła się ważka,
obrażona, że bez pytania –
na jej wzór budują drony.
Jeż na mój widok nastroszył igły,
przezornie zaszywając mi usta
zanim zdążyłam je otworzyć.
Pies szczeknął pogardliwie,
obwąchał me nogawki i buty
i podążył za swoim nosem.
Kot, umoszczony na świeżej trawie,
obrzucił mnie czujnym spojrzeniem,
lecz obce mu było – zrozumienie.
Zobaczyłam człowieka,
szedł w moją stronę, minął mnie –
miał spuszczoną głowę.
Ćma
Ćma zwabiona światłem,
nie znajdując wyjścia
przylgnęła do białej ściany.
Pająk planował zbudować dom,
lecz został wyniesiony
w papierowej lektyce.
Mysz czaiła się u progu
licząc na ciepłą zimę w piwnicy –
uciekła w pole, zobaczywszy kota.
Moja twarz, przyklejona do szyby,
pusta droga, za nią ciemny las,
tylko wiatr stuka do drzwi.
Murmuracja szpaków
Przyszłam wczoraj do Ciebie
prosto z ulicy —
taka nieplanowana wizyta,
bez czekoladek i kwiatów.
Drzwi wejściowe były otwarte.
Wewnętrzne — zamknięte na klucz.
Byłeś w domu.
Zawsze jesteś.
Może drzemałeś w półmroku,
z twarzą wspartą na łokciach?
Niewielu miewasz w tych dniach gości.
Mówią, że się postarzałeś —
a Ty milczysz, jakbyś nie ufał słowom.
Przywykłeś do samotności —
nie spodziewasz się wiele.
A jednak wciąż czekasz.
Przyszłam do Ciebie w tym odległym mieście,
o porannej porze — może to trochę niegrzeczne.
Chciałam chwilę z Tobą pobyć,
przeprosić — już nie pamiętam za co —
zapytać o coś, podziękować,
opowiedzieć, co we mnie dojrzewa…
Wyszeptałam Ci wszystko naraz —
jak to ja —
i nie czekając na odpowiedź
pobiegłam do świata.
Tego popołudnia zgubiłam cenną rzecz.
Szpak — wysłannik — przyniósł mi ją w dziobie,
jakby to było coś,
co szpaki robią na co dzień.
Wieczorem, gdy przyszedł czas powrotu
z tego obcego miasta,
trzy inne szpaki
zaniosły mnie wprost do domu.
Nocą, gdy ucichł łopot szpaczych skrzydeł,
nim zmęczona przymknęłam powieki,
zrozumiałam —
dziś przemówiłeś do mnie –
murmuracją szpaków.
Konrad Komorowski
Inna Wiosna
Kwitną pety,
Gówna w parkach
Asfalt topi się łatami.
Znów kloszardzi,
Śpią na ławkach.
Znów zalewa
Śląsk, Żuławy.
Marzanna płonie.
Na wystawach
Letnie stroje
Grille, stoją
Z rowerami
Załóż ogród,
Zrób go z nami
Rzeź sadzonek
Jest już blisko.
Marzanna płonie.
Idzie wiosna,
Świeża, miła,
Brudna, zimna,
Lekko zgniła.
Pity gonią
Grupa straszy
To nie bajki
Droższe małpki,
Droższe fajki.
Głód na przednówku.
Marzanna płonie.
Depresja wiosenna.
Potrawka z nerwicy
Przyprawy:
Wstyd, żal,
gniew i strach.
Szczypta agresji
rozgrzeje gardło.
Zupa, w której
sam się gotuję.
Ja — ludożerca
w kraju wegan.
Drapieżnik
z pazurami lęków.
Siekam
swą duszę.
Doprawiam i rzucam
do garnka
kłamstw i
Skrytych…
– Ćśś!
Duszony we własnym
Trującym sosie.
Wyborna.
Karta Pacjenta
Choroba:
Życie
Objawy:
Głód, strach
Obojętność.
Leczenie:
Czas, miłość,
Śmierć.
Przewidywalny termin:
Nieznany.
Cennik:
NFZ – całe życie
Prywatnie – wieczność.
Recepta:
Czuj, żyj, płacz.
Lekarz prowadzący:
Angelus Mortis.
Tim Koza
***1
Sikh wśród wszystkich z ręką na mostku
w eleganckim ukłonie pozdrawia europejski
botoks kości policzkowe
piękności amerykańscy mężowie sweet
ciapciusie w bermudach malibu nic ich
nie dotyczy próżniacza topologia dobrych ojców
mężczyźni to jutrzenki okiem Sikha
a prostackiej grupie z Polski
niech słońce spali kark w ruchliwym Bellagio.
***2
Eugenio miał taki zwyczaj
że patrzył na ludzkie nosy
najczęściej widział zadarty
orli i bulwiasty siedział na granatowym
taborecie i lekceważył kolegów
z Caffe Fratelii nazywał ich bambini
i szybko odwracał głowę
słońce omija aptekę w Varennie
trzeba wejść na trzeci stopień
aby odczytać datę śmierci jest tam
taboret Eugenia dwa koty i kapelusz Non la.
***3
Przełęcz Umbrail szare skały
odwrócone plecami nie do przeczytania
czasami nawalam tym razem zachowałem
zimną krew pijemy doppio w Dervio
smród klocków hamulcowych
zbiegł po szyi w dół niedługo
będziemy się hodować.
***4
Cichy zapach elektryków
tęcze w szczytach okien przytrzymałem drzwi katedry
parze Anglików w Ratyzbonie
dowalili z przesadnym Thank You
wolę tak niż honor i ojczyzna
ospowata młodzież z filtrami
w ustach pracownica terenów zielonych
wcina currywurst żona podziwia
panoramę stref chłopcy non stop gadają
całkiem niemłody ksiądz biegnie ostro nabuzowany
chyba się poddał grzechom kamiennych mostów.
***5
Panie Holst trawa powinna być krótka
jak myśli papistów
do pierwszej ortodoksji potem weźmiemy się
za przyciąganie dygnięcie w lewą stronę
a te Pańskie planety ( wilgotny kaszel od Gitenasów )
tak planety później teraz ziemia ukłony Gustavie
to ja już sobie pójdę
ziemia ziemia ( kaszel ).
***6
rowerzysta rzucony w absurd
histerycznej sikorki – byłam widziałam –
kruka dostojnika – kroczę po sensorycznym torze gnoju –
a tłem żuraw – zawsze ucinają ten cholerny kadr –
chwila tej przejażdżki składa się z ciebie
w życiu nie ma znaków: projekt niedzielny obiad
nierówności na czarnych spodniach zmęczonej żony
urzeczywistniają nieożywienia tyle rzeczy się stwarza
nic i nic
nie nazywaj.
***7
jednakowiuśki ojciec
huśta dziecko gołębie gryzą piasek
wola ślepo się utrwala.
Noe chroni oczy przed tęczą
wydechy Warszawy zakręty
moc kary osłabmy milczeniem.
na pocieszenie dam Ci haczyk
i absurd muzyki alternatywnej.
***10
źli ludzie potrafią się ładnie uśmiechać
tęcza zapaliła budynek socjalny
kolor wlewa się w ludzkie zamknięcia
dziurami i basem hip-hopu
co z tego że ta pani ma trójkę dzieci
a pan z kulą mówi radiowym głosem
dzień dobry. zło to zło.
w podły tytoń
wkładają świeże ogórki a kawa
musi być z pianą. obieżyświaty:
von Struś Rita de Nowak. szkoda mi
brzózek nad ławką trawy
w płytach i martwego piachu
od ojca Abrahama. żółta forsycja
w ciągłym napięciu.
Kamil Pilichiewicz
wierci
wierci się
wczepia małe palce w moje plecy
trąca nóżką
obudzony warczę, podkulam ogon
odsuwam się
na skraj łóżka – i te oczy
nawet zamknięte
podobnie
list do poety
szanowny panie Homerze
pisał o panu poeta Herbert
że ślepnąc uczył pan widzieć
na nowo – widzieć więcej
użycz pan nam bieżącym
swego wzroku abyśmy
uwagę kierowali nie na Troję
nie na Achillesa ale sandał
sprzączkę przy sandale
cienką linię światła
na jej brzegu
wyspy
Na spopielałych
wyspach białe domki
– stygną wargi.
Ponad wyspy Ikar
podnosi świt na desce.
Jaśnieje woda, jaśnieje
ciało w lustrze.
Patrząc przyzwyczajasz
wzrok. Drga nylonowa
struna – wygładza falę.
Nie – jeszcze nie
dzisiaj
mój kafka
mój kafka miał siostrę ottlę kafkę
która towarzyszyła żydowskim dzieciom
z białostockiego getta podczas transportu
do komór gazowych
mój kafka miał siostrę ottlę kafkę
a główna brama białostockiego getta
znajdowała się koło rynku kościuszki
ulica była węższa – niebo ołowiane
jak ten ptak latający po cmentarzach
kawka mylona często z pospolitą wroną
szary ptak który nie rzuca się w oczy
i ten jego świdrujący wzrok
Weronika Zwierzyńska
AKTYN (89 znaków)
Napisz coś
i nie bój się tego
że będzie o niczym
w tych słowach
zamknęłaś wszystko
otworzył się wszechświat.
173 znaki
Droga podzieliła się na trzy.
Jeden z końców był mglisty, ale rozmazany.
Drugi był miły, ale miał w sobie demoniczność.
Trzeci zaś jawił się jako chaotyczny, ale o uporządkowanej strukturze.
Cały czas szłam prosto.
(Usuń ,,ale”)
638 znaków
Poszłam kupić herbatę.
(Na pozór proste.)
Wracając przyłapałam dziewczynę, na tym jak przeszukuje mój plecak zostawiony na krześle.
W tym momencie byłoby coś przerażającego, gdyby nie to że nie posiadałam nic.
I nic już zupełnie nie przeraża mnie w posiadaniu prócz posiąścia.
Oprócz fioletowej ładowarki do telefonu.
Tylko ją posiadłam.
Gdyby dziewczyna miała iphone najpewniej wzgardziłaby moim c.
Ale najwyraźniej wzgardziła mną całą i nie zabrała nawet torby na mleko.
Wzgardziłam sama sobą na to co posiadam a potem wzgardziłam światem który nie może mi odebrać niczego , bo jakże pusta i bezwartościowa w nim żyje…
A potem wzgardziłam samą wzgardą.
otworzył się absolut.
Ponieważ to ja byłam tym, któremu niczego i nic nie możesz ukraść.
Uznałam więc, że posiadam wszystko.
Klucz z tysięcy przelatujących wron zaczernia niebo.
Grupa przechodniów stapia się w masę, chcą patrzeć
z tej samej perspektywy
na to samo.
Uwiecznić
Udostępnić
Zapamiętać
może właśnie to ten moment …
Kobieta i mężczyzna trzymają w dłoniach wszechświat.
Widzę ich.
Oni mnie nie widzą.
Ciekawe czy patrzą na to samo… Czy widzimy ten sam lot…
Postanawiam utrwalić ich w wierszu.
Zapisać ich tak jak zapisali kraczące niebo.
Będę odtwarzać jej długie muskające o szary płaszcz włosy
w kolorze orzecha, jej beżowe trzewiki na obcasie, białą
wełniana opaskę, rumieńce świeżej krwi…
Kiedy ich twarze spotkały się po kliknięciu off..
Mężczyzna objął ją w talli i spojrzał na czubek
nosa, na rozchylone wargi, pytając
czy pokaże mu co nagrała…
Kobieta oddała mu telefon…
Stałam już przy przystanku, nadjeżdżał tramwaj..
a odwrócenie się mogłoby zdemaskować zwierzęcą obserwacje…
..przegapiłam moment pocałunku…
Nad głowami latały wrony w kluczu i robiły:
,,Kra kra.”
Niebo było szare i pełne od gęstych chmur.