Wiersze wybrane w październiku 2026
Grzegorz Borowiec, Krzysztof Koch, Katarzyna Anna Koziorowska, Angelika Stelmach, Michał Szulczewski, Lena Warszewska
Grzegorz Borowiec
* * *
Nie pal przy mnie papierosów
jestem dzisiaj zbyt napięty
jedna iskra i na przykład
połamię krzesło drzwi wyrwę
z zawiasów lub kości potrzaskam
razem z oknem
dużo
dużo głupich rzeczy może się zrobić
dlatego nie pal przy mnie papierosów
przeszkadzają mi w oddychaniu
w łapaniu rozumu spokoju
Nie chcę drzwi wyrywać
wyrzucać krzeseł wywoływać krwi
proszę proszę proszę
nie pal przy mnie papierosów
w ten sposób
Żywcem nie
Telefon daje o sobie znać
wiesz co to za rozmowa
odrzucasz wiesz co dalej
odrzucasz na jeszcze i jeszcze
Głosy za drzwiami ciężkie pięści
dają o sobie znać
zatykasz uszy oczy słowa
chowasz się mówisz ostatni raz
Przeciskasz ciało przez ciemność
nikt nie ściga nikt nie karze
podpisywać się krwią
ale jesteś w gotowości
naprężony już na stałe
Będzie trzeba to będziesz biegł
będzie trzeba to będziesz gryzł
* * *
Budzi w ciemności sztuczne światło
letni prysznic i papieros
sypiący się przy ustach
w sercu stuk odhacza
następny tydzień porannych zmian
Trzydzieści parę lat biegania
za wypłatą za tramwajem
liczenie piątków świąt
odkładanie bólu na przyszłość
To wszystko przede mną
w głowie stuk
nowy rozkład jazdy
nowe zimno w dłoniach
próbuję jeszcze raz wstać
Zdychanie
Wypływa krew przez oczy
z uszu z ust z pęknięć
ścieka oddech
z rozerwanych skór
Tylko kręcą głowami
trzymają dłonie po kieszeniach
stoją zimno czują tracą czas
na zwykłe umieranie
Dobry znak
Prawie wyrzucony z pracy
na minusie na chwilówce
w depresji w sinusoidzie
do tego przeziębiony
i z wybitym zębem
ale
pogłaskałem dzisiaj
ładnego pieska na spacerze
to już coś
Krzysztof Koch
[tego dnia, gdy wiadomość przyszła dobra]
że to nic poważnego
choć gołym okiem widać było, że to nieprawda
pierwszy zobaczył, co nas czeka
mówi się, że pies umie wywęszyć śmiertelną chorobę
rozkład wysypiska, który dobywa się ze środka
dziwnie przemieszany z zapachem koperku na mundurach
ziemniaków z masełkiem
tego dnia nie biegał za zabawką, nie wstawał do miski
i nie reagował na zaczepki gryzakiem
siedział przy nas w pozie sfinksa i patrzył w dal
melancholijnym spojrzeniem migdałowych oczu
jego siad i bezruch śnią mi się nadal, w kolejnym roku
wiele miesięcy po rozwiązaniu
[dni zaczynają się od esemesów, w których mama znalazła sposób na prowadzenie dziennika]
każdy kolejny jak dziesięć lat u saint exupery`ego
w esemesach dużo fizjologii
kupa, siku, pociekło, pielucha
w esemesach wykrzykniki
jako ersatz krzyku
uwięzionego za łagodnym uśmiechem
który ustawił was po dwóch stronach muru
[drzwi oblepione instrukcjami, które wypluła drukarka, a do starej płyciny przytwierdziła taśma klejąca jednostronna]
czekać na wezwanie
pon do osiemnastej
wt, śr do dwunastej
czw, pt tylko przypadki zagrożenia życia
czy my jesteśmy przypadek zagrożenia życia
zauważyłeś kartkę w foliówce z dziurkami
choć twoje opadające powieki zapewniały, że to niemożliwe
ja za panem, kto ostatni, mąż po operacji
czy możemy, bo nie ustoi
czekamy na orzeczenie na piśmie
na okoliczność karmienia przez port
bo przełyk odmówił współpracy już dawno
a próba sprzeciwu kończy się zwiększonym zapotrzebowaniem
na detergent hipototalny
wjeżdżamy i od razu konfrontacja ze słabo skrywanym oburzeniem
dlaczego cię męczę, to niehumanitarne
sąd wychodzi zanim zdołam zadać pytanie
usta pielęgniarki układają się w zbitkę palio na znak, że to mój cel
i proszę tu nie wracać, szkoda życia, którego nie ma
[dłoń zwinięta w dziób z podgardlem]
jak u pelikana
a może pelikany nie mają podgardla?
dłoń pokazuje ruchem dziobania
ruchem krzątającym się
że tak dobrze, a tak źle
palce z podgardlem jak oprószone
na sinej skórze
którą masz w pakiecie
[tydzień z życia człowieka w kacheksji]
pierwszego dnia policzki zapadły się i wsunęły między zęby
drugiego stopy spuchły w kostkach, więc rozciąłem skarpety, bo zostawiały ślad
trzeciego i czwartego miała być zapaść i pozamiatane, ale chwilowo odpuściła
za to powieki zawisły w połowie drogi i zabrały wyraziste tęczówki
piątego zsunął się z wózka, bo mięśnie nie dźwigały siedzenia
szóstego charczał przez nos i podnosił do ust rękę z niewidzialnym kubkiem
siódmego zadzwonili
Katarzyna Anna Koziorowska
powidok
zamieszkałam w naszym czerwcu
drzwi zostawiłam otwarte
i wciąż wietrzę nim pokoje
przeszłość jest miodem na języku
słodka i lepka
nie mogę przestać jej smakować
jestem zegarem bez wskazówek
bo czas zatrzymał się wtedy
gdy patrzyliśmy na siebie
noszę tamte dni w warkoczu
zaplątane z polnymi kwiatami
i nie rozczesuję ich na noc
świat za oknem jest przeciągiem
a ja chowam się głębiej
pod kołdrę ze wspomnień
mówią to już było
a ja wciąż jestem tam
gdzie twoja dłoń szukała mojej
żyję w powidoku twojego uśmiechu
i mrugam powoli
żeby nie zgasł
cisza na trzy zmiany
światło jarzeniówki liczy moje blizny
każda ma inny kształt głodu
i każda milczy kiedy pytają
ręcznik ma zapach cudzej skóry
myśli plączą się w warkocz
którego nikt nie chce rozczesać
za ścianą ktoś śpiewa kołysankę
bez melodii bez słów
tylko drżenie powietrza
lekarz mówi będzie dobrze
dobrze to słowo z zewnątrz
tu nie ma go w słowniku
patrzę na dłonie
uczę je być puste
bez tabletek bez lęku bez planu
w oknie kraty układają się w wiersz
czytany od końca
do początku którego nie pamiętam
pokój numer cztery
lampy nie gasną nawet w nocy
sen przychodzi na receptę
a ja czekam aż przestanę się bać
pytają o imię
odpowiadam szeptem
bo głos zgubiłam w korytarzu
za drzwiami kroki pielęgniarki
odmierzają ciszę
która dzwoni w uszach
chciałabym dotknąć deszczu
ale szyba jest grubsza niż obietnice
i nie otwiera się od środka
piszę list do siebie
na serwetce przy śniadaniu
nie mam odwagi go przeczytać
mówią że wyzdrowieję
a ja nie wiem już co to znaczy
być cała
drzwi bez klamek
korytarz pachnie lekami i strachem
moje myśli chodzą boso po kafelkach
zimno w palce w stopy w zdania
mówią że tu bezpiecznie
a ja sprawdzam czy serce jeszcze bije
pod piżamą za dużą o trzy rozmiary
nocą ściany szepczą cudze sny
moje milczą od wtorku
od kiedy zabrali sznurówki
przez kratę w oknie niebo wygląda jak kartka
ktoś podarł ją na równe kwadraty
i kazał oddychać przez jeden
chciałabym płakać głośno
ale tu płacz ma limit czasu
i dawkę zapisaną na karcie
uczę się jeść widelcem bez zębów
uśmiechać się oczami które nie śpią
i liczyć dni które nie mają nazw
szew na lewą stronę
chodzę po ulicach jak pożyczona
chodniki są za wąskie
na mój krok
który zawsze spóźnia się o sekundę
próbuję ułożyć dłonie do modlitwy
palce nie trafiają w siebie
układają się w pytanie
na które nikt nie odpowiada
stawiam na stole kubek z herbatą
para unosi się za wysoko
omija mój oddech
i siada przy cudzym oknie
noszę płaszcz ze światła
jest prześwitujący
wszyscy widzą przeze mnie
a ja nie widzę ich
wieczorem kładę głowę na poduszce
sen przychodzi w cudzym języku
rozumiem każde słowo
i żadne nie jest do mnie
ten sam płomień
zapalasz się w mojej pamięci
bez zapałek
bez ostrzeżenia
i nie gasisz od lat
kładę dłonie na starym stole
drewno pamięta nasze łokcie
zostawia na skórze
ciepły ślad
próbuję przesadzić kwiaty w doniczce
korzenie wracają do tamtej ziemi
pachną tobą
choć podlewałam deszczem
noszę w portfelu bilet bez powrotu
z datą naszego śmiechu
kasownik go nie dotyka
bo jest nieważny dla świata
wieczorem liczę zmarszczki na lustrze
każda prowadzi do ciebie
nie umiem zabłądzić
choć minęło tyle dróg
Angelika Stelmach
Wyrabianie chleba
prosimy o bezwzględne zamykanie na klucz
światła.
nie, myślę
i zagniatam swoje światło dłońmi.
popiół miasta oblepia dzieciaka na huśtawce,
ostrze słońca przecina go raz
po raz
prosimy o bezwzględne zamykanie na klucz
światła
nie myślę
i zagniatam swoje światło dłońmi.
Rozumieranie
Wpisz we mnie kod, uzupełnij odpowiednie literki,
trzymam ręce w słowie, w człowieku, jak związane mam na oczach
to szukam ciemności
stoję w tym samym wierszu tyle lat
przysiadam na chwilę na czasie
odfruwam to się życie przez moment koło mnie jeszcze pokołysza
a potem zapomina o moim ciężarze.
Za myślami
za plecami innych ludzi
podnoszę słowa
jak dziecko z patykiem nad kałużą,
próbuję wyciągnąć z dna kartki
wstęgę czarnej ziemi,
co zmąci w niej białe szkło
odbicia
ono nie jest moje, ale wiem,
że jako jedyna
mam do niego dostęp
kiedy zanurzam usta w rozbitej tafli
pojmuję
moje dłonie mówią o mnie
za moimi myślami.
Kod
nie mamy już koloru skóry
możemy go wyłączyć
możemy zrobić
na czarno
albo biało.
nie gramy już z życiem
w czarno białe momenty
z życiem bez koloru
gramy tylko na ekranie.
Nie palę
ale jak wciągam dym z ust przechodnia
to czuję jakbym nabierała w siebie
jego tlące się płuca, popiół kości.
jakbym dopiero wtedy
wpuszczała w siebie człowieka
Koma
Tak mi ciebie blisko
chociaż nie ma twoich dłoni
oczu, słów.
Tak mi ciebie blisko
we mnie twoje dłonie
oczy, słowa.
i tak było mi bez ciebie
życie.
i tak się tobie życie działo
snem.
w tym świecie z kamienia
się stałeś
moją twarzą odbijałeś się
od ludzi odszedłeś we mnie
a ja
czy nadal mam się w tobie dobrze?
Bo w sobie mam się źle
bo wszystko we mnie
jest o tobie.
Tam
Dotykałeś językiem miejsc,
delikatnie trzepotały
lipcowe motyle
wzlatywały rozkoszą
zanurzona,
z ulgą na twarzy
pozwalałam im ulecieć
w ciebie
płatki róż wypełniały usta
nie było języka w naszych słowach
stawaliśmy się
ciałem.
Michał Szulczewski
imię ruszy
dziecko jeśli kiedykolwiek poczujesz potrzebę zjedzenia książki – umyj ręce
zanim zaczniesz mówić zapomnę co chciałem powiedzieć co w wieczory myślałem
gdy drzwi zaskrzypiały (sen miałaś lekki)
a za oknem uderzył twój pierwszy piorun
gdy cię zawołam i okiem dasz znać że jesteś
zaczniesz głodnieć
zaczniemy jeść
brachistochrona
to szukanie jakości w tureckich serialach
kończy się przy trzeciej retrospekcji w odcinku
gdy bohaterka nie pamięta gdzie schowała
naszyjnik od matki – montażysta – po cichu
w stonowanych kolorach i zwolnionym tempie
przypomina jak kilka scen temu Gulperi
(zbieżność imion przypadkowa) będąc na piętrze
wrzuca naszyjnik do pięknej starej butelki
ze statkiem w środku – cięcie – zbliżenie na galion
by nikt nie odkrył jej kolejnej tajemnicy
że ojciec nie zawsze tak przepadał za mamą
jak za kobietami ubranymi w emiry
gdzieś w tym wszystkim łatwo znaleźć punkt zaczepienia
by z babcią lub mamą porobić retrospekcje
godziny tej papki w oczach szybko zamieniasz
w ostatnią rozmowę – jedyne zakończenie
dwie kreski
czekaliśmy na nie z każdym cichym porankiem
z każdym miesiącem budowany i kruszony
zamek błyskawiczny jak taneczne oddanie
nasłuchiwanie sufitu albo podłogi
teraz przyszły wyrastają z owoca w owoc
powolne układanie puzzli bez pudełka
obrazy ruszają nóżkami w rytmie dzwonią
zajęte są wieczory noc jak pies uległa
kopanie zamieni nogi w bieg bieg w przeloty
obawa jak koszula czekała pomięta
to wszystko to tylko źle wypisane prompty
dobrze widzisz – kreski zakręcają w człowieka
podróż wschód – zachód
jak chuda kanapka przez zęby starszej pani
co usiadła naprzeciw i już tłucze wzrokiem
po bagażach ledwo wiszących nad głowami
światło klaszcze po oczach pies opuszcza kojec
każdy spacer ma koniec i stacje pośrednie
lecz do tego pociągu nikt już nie dosiada
nie ma miejsca każdy przedział jest pod ciśnieniem
za tym co było jeszcze przyjdzie pora płakać
wciąż trzeba uśmiechać się do mijanych stacji
wciąż po wagonie jak kot snuje się nadzieja
że będzie dobrze że nikt śmiercią się nie zmartwi
że niedługo i pociąg zacznie się rozbierać
z ludzi wysiada cierpienie jak duże osy
i czuć kłucie jakby ktoś się za ciebie modlił
Lena Warszewska
*
gdybyś wziął mnie
i przesypał jak piasek przez palce
co pozostałoby na dłoni?
czy rozpłynę się tak szybko
jak rozpada się moja jaźń, gdy ktoś spogląda pod me powieki
i pyta, gdzie iść dalej, by otulić twój gniew?
piasek pustynny rozpyli się w cząsteczkach wiatru
wpadnie ci do oka
czy ja bym mogła
być dyskomfortem twoim, na linii rzęs siedzieć i patrzeć
jak ci przyszło świat oglądać?
moje oczy jak szklane kulki
może byś je obrócił,
a pokaż mi gdzie patrzeć
a gdzie nie zaglądać
chciałabym schować się w twoje dwie dłonie,
nie liczyć posępnych głosów
tych wszystkich porządnych panów
co nie dosłyszą
naszych oczekiwań, trosk i płaczu
gdybyś wziął mnie
i przesypał jak piasek przez palce
w obojętnie jakiej formie
czy ja wciąż pozostanę i doświadczę tego życia
co przeplata się naprzemiennie
z zagubieniem i zbawieniem?
*
moja wstrzemięźliwość rozwinie skrzydła
by pocałować ściany co nie słyszały
radości bądź prawdy, z jaką słyszę śmiech nieznajomego
i ta co pochłonie wilgoć,
co wpełza w momencie
gdy słowa milkną
gdy żaden dźwięk nie pojawia się znów
co wzrasta w piersi
– dotkliwość
a ja wycieram rodzaj tęsknoty z oczu
co nigdy nie dotknęła gruntu,
bądź skóry drugiego człowieka.
wpełzam powoli między jedną ścianę a drugą
nasłuchuje, żenujące powiadasz
nasłuchuje dalej, czy to tutaj
zaczyna się tam gdzie postawię stopę
na wilgotnej ziemi
i nachylę ku niej ucha
bo ona słucha
i słucha
powoli przełknę
przeżuję rozpych z jakim wkraczam
tam gdzie nie dosłyszę
gdzie zamykam swój zawiły świat
co przed twoimi stopami
opadnie jak liść
a ja liczę że powiesz
chce więcej
*
dużo czasu upłynęło w moich dłoniach
dużo czasu upłynęło odkąd dotknęłam swych włosów,
i zaplotłam je w warkocz
odkąd słyszałam lot ptaków
ich dźwięczny trzepot skrzydeł,
ich śpiew gdy nikogo nie było w około
popatrz na siebie
zobacz gdzie teraz jesteś – mówi czule
a ja wyliczam sukcesy na palcach
połykam ból co więźnie w gardle
wyliczam aż palców mi brak
a jak powiedzieć słowa
tak by dotknęły świata zewnętrznego
bo te sukcesy wyliczone,
na mych palcach odrętwiałych
nie tyle że zimne
a nadal nie moje.
*
wielki mur stał między nami
przeoczyłam go
teraz ten rozpościerał mnie od wewnątrz
nie dostrzegłam przedtem
gdy siedziałam na ławce i czekałam na komandosa
że siedzę na czymś co przypomina tępe ostrze
i że nucę melodię
tobie nieznajomą
czekając układałam
z kamieni na trawie
wschodni wzór
lekko nieprzytomna
i ty wezbrany murze
pojawiłeś się znikąd
czułam cię przedtem
wróciwszy do mych kamieni
które spiralą tworzyły moment
tańczyłam powoli w jego samym środku
jasne płatki drzew ukłoniły się mi do stóp
ukłoniły się nam do stóp
i tańczyliśmy nieprzerwanie
gdzie melodia układała się w spiralę